Archiwa tagu: wywiad

W MASAŻU SIŁA

Mając od pewnego czasu okazję do podglądania jak wygląda praca z maluchami i wcale nie chodzi o zasłużonego dla polskiej motoryzacji Fiata 126p, mój pogląd na to ile potrzeba wysiłku, chęci, determinacji aby zapewnić małemu człowiekowi dobry start w życie bardzo się zmienił.

Do tego momentu uważałem, zapewne jak większość tej brzydszej połowy populacji, że wystarczą pieluchy, mleko w buteleczce no i jakoś to będzie. Nie wygląda to jednak w taki prosty sposób. Pomijając wszelkiego rodzaju badania, ubranka, wózki i masę innych rzeczy zaciekawił mnie bardzo pewien sposób, który w zasadzie nic nie kosztuje, a przynosi zdecydowanie niewymierne korzyści. Mowa o masażu Shantala.

Shantala była ubogą hinduską kobietą, siedzącą gdzieś na ulicy. Miała sparaliżowane nogi, więc jedynym sposobem na zapewnienie swojemu maleństwu odrobiny szczęścia i lepszego przygotowania do życia było masowanie go. Robiła to z ogromną miłością i uczuciem.

Masaż Shantala polega na masowaniu całego ciała dziecka. Celem wykonywanych działań jest zapewnienie maleństwu lepszego snu, poprawy krążenia, oddychania, wpływa również na poprawę trawienia. Wzrasta więź miedzy dzieckiem a rodzicem, a maluch poznaje czym jest dotyk pełny rodzicielskiej dobroci i miłości.

Zapraszam do przeczytania krótkiego wywiadu z Karoliną Bochenek, certyfikowaną instruktorką masażu Shantala, która zajmuje się masażem zawodowo.

Jak duża jest popularność masażu Shantala na świecie i jak sprawa wygląda w naszym kraju?

Największa popularnością Shantala cieszy się w USA i Kanadzie. W Europie masowanie dzieci jest szczególnie popularne w Holandii, skąd praktyka ta została sprowadzona do Polski, gdzie zdobywa coraz więcej zaufania wśród młodych mam.

Skąd moda na tego typu masaż?

Powracamy do metod najprostszych, masowanie jest jedną z nich. Młode matki często wpadają w panikę kiedy wracają ze szpitala do domu i ich dzieci są głośne, płaczliwe, nie śpią, mają kolki itd. Wówczas najprostszym antidotum jest delikatny dotyk. To nieskomplikowane oddziaływanie potrafi odmienić życie całej rodziny: uspokaja i leczy dzieci, uodparnia je na stresy, modeluje ich postawy, a jednocześnie zaspokaja potrzebę bliskości, pogłębia więzy pomiędzy rodzicami a dzieckiem, spaja ich jako rodzinę. W wielu miejscach można znaleźć kursy, w Poznaniu np. w Opener Klub Mam na ul.Piątkowskiej do którego serdecznie zapraszam.

Czy każdy może wykonywać masaż, ile czasu trwa nauka techniki?

Masaż Shantala jest prosty do nauczenia, każdy może się go nauczyć w stosunkowo krótkim czasie. Rodzice często wykonują masaż instynktownie. Podczas masowania wytwarzają się endorfiny zarówno u matki jak i u dziecka oraz tworzy się więź między masującym a masowanym, dlatego masaż powinni wykonywać rodzice lub opiekunowie. Rodzicom optymalnie wystarcza 8 spotkań z instruktorem.

Jak dużej wiedzy i praktyki wymaga masowanie maleństwa?

Najlepiej wziąć udział w kursie z instruktorem gdyż wówczas poznamy tajniki masowania, siłę masażu, tempo masażu oraz kilka istotnych elementów których nie nauczymy się z filmów instruktażowych. Nie masujemy dzieci chorych. Nie masujemy bioderek kiedy nie było jeszcze wykonane usg. Masujemy mniej więcej ok 1,5h po i przed jedzeniem. Nie musimy wykonywać zawsze całościowego masażu, ważne aby był on przyjemny dla dziecka. Ja uczyłam się kilka miesięcy ale wcześniej ukończyłam już kurs masażu klasycznego. Musimy zachować wszelkie zasady niezbędne do masowania, czyli: chęć dziecka, temperatura pomieszczenia, spokój i cisza, nie może być biegających dzieci, hałasujących, najlepiej mama i dziecko lub tata i dziecko. Odpowiedni czas zarówno ilość jak i pora dnia, przygaszone światło, łagodna muzyka.

Jakie korzyści czerpie dziecko, a jakie osoba masująca?

Regularne masowanie dziecka co najmniej 3-4 raz w tygodniu daje naprawdę wiele korzyści. Dla dziecka to przede wszystkim regulacja snu, poprawa trawienia, wyciszenie czy uspokojenie. To korzyści zdrowotne. Poza tym masaż wzmaga równie ważne więzi z rodzicem, dziecko czuje dotyk, oswaja się. Korzyści odczuwają także rodzice. Poprawa pewności siebie, świadomość wiary we własne umiejętności opieki nad dzieckiem czy poznanie ciała dziecka, jego potrzeb czy reakcji na bodźce zewnętrzne to główne korzyści dla rodzica lub opiekuna.

Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.

Masaż Shantala jest więc znakomitą formą kontaktu z dzieckiem, przy której korzyści czerpią obie strony. Mając okazję przyjrzeć się jak w praktyce wygląda masaż, nie mogłem wyjść z podziwu zarówno dla wykonującej masaż, ale także podziwiając reakcję małego dziecka. Uśmiech i pozytywna reakcja malucha jest największą rekomendacją do spróbowania własnych sił w tej formie kontaktu z pociechą.

NIE BĘDĘ ŚPIEWAĆ O BŁAHOSTKACH – WYWIAD Z SYLWIĄ GRZESZCZAK

To jej piosenki okupują wszystkie listy przebojów, a półki uginają się pod ciężarem zdobytych nagród. Właścicielka anielskiego głosu oraz fortepianu, z którym nigdy się nie rozstaje. W rozmowie z Maciejem Zielinskim opowiedziała o swojej miłości do muzyki, marzeniach o duecie z pewną blondynką, trzeciej płycie i najnowszym singlu zatytułowanym „Nowy Ty, nowa ja”.
Specjalnie dla czytelników twoich-wiesci.pl w rozmowie z Maciejem Zielinskim –  Sylwia Grzeszczak.

Fot. pochodzi z: http://nocoty.pl/page,2,query,sylwia%20grzeszczak,szukaj.html?ticaid=61266c
Fot. pochodzi z: http://nocoty.pl/page,2,query,sylwia%20grzeszczak,szukaj.html?ticaid=61266c

Maciej Zielinski: Będąc w szkole muzycznej bardziej odnajdowałaś się w repertuarze klasycznym, mam na myśli Bacha, Chopina, Mozarta, czy w muzyce rozrywkowej?

Sylwia Grzeszczak: Poszłam do szkoły muzycznej z zamiarem nauki muzyki klasycznej. Tak jak wspomniałeś- uczyłam się Bacha, Chopina, wszystkiego, co było w wymaganym repertuarze. Kocham te utwory do dnia dzisiejszego, jednak największą radość sprawia fakt, że mogę dziś połączyć klasyczny utwór fortepianowy z muzyką rozrywkową. To dla mnie idealne połączenie.

MZ: Chwile relaksu spędzasz również przy pianinie, czy jest to czas wyciszenia, któremu nie towarzyszy muzyka?

SG: Pianino towarzyszy mi tak naprawdę cały czas. Dbam o nie, nie mogłabym bez niego żyć. Tkwi ono głęboko w moim serduchu, nie lubię się z nim rozstawać, dlatego na scenie muszę czuć jego obecność. Miejsce przy pianinie to pewnego rodzaju oaza. Nigdy nie zniknie z mojego życia.

MZ: Każdy singiel, który wydajesz zostaje obrzucony nagrodami, bądź trafia na pierwsze miejsca list przebojów. Jak krok po kroku wygląda u Ciebie tworzenie utworu?

SG: To proces samoistny. Czasem wena dopada mnie w najmniej oczekiwanym momencie. „Karuzela” powstała podczas telefonicznej rozmowy z moim tatą. Opowiadałam mu coś, aż w jednej chwili usłyszałam w głowie melodię. Od razu przeprosiłam tatę i napisałam muzykę w mgnieniu oka.

MZ: Właśnie, teksty nie wychodzą spod twojego pióra, więc w jak dużym stopniu w nie ingerujesz?

SG: Oczywiście utożsamiam się ze wszystkimi słowami, które pojawiają się na moich płytach. Dla mnie bardzo ważne jest to, o czym śpiewam. Nie mogłabym przekazywać rzeczy błahych, bezwartościowych. Ta strefa jest ważna, o ile nie najważniejsza. Do tekstu potrzebna jest chwytliwa melodia i wtedy jestem zadowolona ze swojego utworu. Autorami tekstów na płytę pt. „Komponując siebie” są wspaniali artyści- Marcin Piotrowski, Marysia Sadowska i Karolina Kozak.

MZ: Jak opiszesz najnowszy singiel zatytułowany „Nowy Ty, nowa ja”?

SG: Mam nadzieję, że singiel „Nowy Ty, nowa ja” będzie się coraz bardziej rozkręcał wśród odbiorców. Na koncertach jest przyjmowany świetnie, mimo, że to tak naprawdę radiowa świeżynka, natomiast na płycie „Komponując siebie” znalazł się już dawno, wśród innych utworów, które zostały tam zamieszczone. Piosenka jest o odnajdywaniu w sobie wiosny. Nadchodzi okres odrodzenia, chodzi o to, by na nowo dotrzeć się w związku, rozpocząć nowy etap, powrócić do początkowych emocji, jakie towarzyszyły związkowi. Rutynie trzeba powiedzieć w końcu stop! Wiosna to czas zmian.

MZ: W takim razie teledysk będzie żywiołowy. Kiedy powstanie clip?

SG: Dokładnie! Na dniach kręcimy teledysk, mam nadzieję, że jego premiera pojawi się bardzo szybko.

MZ: Są już plany związane z trzecią płytą? Mówi się, że pozycja artysty zależy od trzeciego krążka…

SG: Mam wrażenie, że już tworzę trzeci album. Tak naprawdę podczas pisania jakichkolwiek kawałków, które trafiają w późniejszym czasie na płytę, jednocześnie tworzę inne, z których mogę później wybierać to, co pojawi się na kolejnych albumach. Po prostu tworzę przez całe swoje życie, 24 godziny na dobę.

MZ: Jest ktoś na polskim lub zagranicznym rynku muzycznym, o kim marzysz we wspólnym duecie?

SG: Tak, bardzo lubię Beatę Kozidrak, będę to powtarzać do końca swoich dni. Moim marzeniem jest zaśpiewać razem z nią. Po koncercie Beaty w poznańskiej Arenie byłam nią oczarowana. Jest niesamowitą artystką. Wiesz, nie wiadomo, czy do naszego spotkania na scenie dojdzie, może nie. Nikogo nie będę obwiniać, po prostu fajnie byłoby stworzyć taki duet.

MZ: Może wystarczy po prostu jej to zaproponować?

SG: Czas pokaże, zobaczymy. Nie wymagam tego od niej, jest świetną solową wokalistką. Niczego nie będę robić na siłę.

MZ: Czego mogę Ci życzyć?

SG: Podczas dzisiejszego koncertu w poznańskiej Arenie dostałam taką dawkę pozytywnej energii, że na chwilę obecną niczego więcej mi nie potrzeba. Mimo wszystko myślę, że najważniejsze i tak jest zdrowie, bez niego nie jesteś w stanie nic zrobić

MZ: Tego właśnie Ci życzę…

WSZYSTKO BYŁO LEKKO DZIWNE, CZYLI SPOTKANIE STUDENTÓW UAM Z JERZYM RADZIWIŁOWICZEM

3. grudnia w uczelni UAM, w budynku Collegium Maius miało miejsce spotkanie z jednym z najbardziej charyzmatycznych aktorów, Jerzym Radziwiłowiczem. Spotkanie odbyło się w ramach projektów unijnych i miało formę wykładu pt. Medialny wizerunek aktora, czyli jak dziennikarze powinni mówić/mówią o aktorach.

Fot. http://www.filmweb.pl/person/Jerzy+Radziwi%C5%82owicz-471
Fot. http://www.filmweb.pl/person/Jerzy+Radziwi%C5%82owicz-471

W rzeczywistości jednak formuła spotkania zbliżona była bardziej do wywiadu połączonego z panelem dyskusyjnym. Całe spotkanie można zaliczyć do średnio udanych. Strasznie raziła niekompetencja organizatorów. Spotkanie rozpoczęło się pokazem skróconego filmowego emploi aktora, z którego, jak sam zauważył, można było wywnioskować, iż większość jego ról to postacie duchownych lub robotników. Ponadto, wypowiedzi pana Radziwiłowicza poprzedzone były krótkimi zwiastunami seriali ,w których grał, jakoby zakładając, że aktor jest dla przybyłych raczej mało znaną postacią. Nadmienię, że w uczelni mieści się Katedra Filmu Telewizji i Nowych Mediów.

Jednak najmniej przygotowanymi do samego spotkania okazały się być prelegentki i przygotowane przez nie pytania np. o to, czy jako tłumacz z języka francuskiego pan Jerzy umieszcza w tekście dramatów wskazówki mające pomóc aktorom w odtwarzaniu roli. Poza tym najbardziej chyba absurdalnym pytaniem, pojawiły się standardowe pytanie dotyczące różnicy między aktorstwem w filmie i serialu. O czym aktor nie chciał zbyt wiele opowiadać, dając do zrozumienia, iż ma do tego zagadnienia raczej ambiwalentny stosunek.

Publiczność również nie wykazała się zbyt wielką erudycją. Na szczęście, Jerzy Radziwiłowicz jako wielki aktor i człowiek wielkiej kultury potrafił udzielić stosownych odpowiedzi, które być może przez innych aktorów uważane zostałyby za zbyteczne. Najciekawszą informacją z całego spotkania było ujawnienie negatywnego stosunku aktora do metody Stanisławskiego.

Radziwiłowicz odpowiedział też na, często stawiany mu, zarzut niechęci udzielania wywiadów. Powiedział, iż bardzo lubi dyskutować, lecz nie cierpi często powtarzających się pytań, które po prostu stają się nudne. Dowodem tych słów jest wydana niedawno książka pt. Wszystko jest dziwne, której zawartością są rozmowy aktora ze znanym krytykiem Łukaszem Maciejewskim. Pan Jerzy wyraźnie zaznaczył swoje stanowisko, iż, tym co najbardziej ceni jest rzetelność, czego z pewnością organizatorom tego spotkania zabrakło.

TUŻ PRZED POTOPEM – WYWIAD Z TOMASZEM SADOWSKIM

Jak powstała Fundacja „Barka”? Czy było to spełnieniem dziecięcych marzeń Tomasza Sadowskiego? Dlaczego chciał pomagać innym? Z Tomaszem Sadowskim, założycielem Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka” rozmawia Dorota Smykowska.

Fot. Dorota Smykowska.
Rozmowa z Tomaszem Sadowskim/Fot. Dorota Smykowska.

D.S.: Skąd wziął się pomysł na powstanie Fundacji Pomocy Wzajemnej„Barka”?

T.S.: Jak wszystko w życiu, to wynika trochę z kolei losu, ale też myślę, że zapoczątkowało się to w dzieciństwie.

D.S.: W dzieciństwie?

 T.S.: Tak. Mógłbym powiedzieć, że jest to już sama kwestia przygotowania młodego człowieka czy nawet dziecka do pewnego zaangażowania w wymiarze społecznym. Krótko mówiąc, niektórzy ludzie mogą mieć własne zainteresowania, mogą być skoncentrowani na różnych sprawach, które dotyczą na przykład przyrody, jak i węższych dziedzin edukacji. W moim przypadku był to problem biedy ludzkiej. Ogólnie rzecz biorąc borykała się z nią również moja rodzina, więc nie było mi to obce. Bardzo dobrze pamiętam, nie żyliśmy nigdy w dostatku. Ale wokół był też inny problem…

D.S.: Inny problem? Jaki?!

T.S.: Sprawy zaczęły się komplikować w miarę dorastania moich rówieśników. Pojawiały się problemy rodzinne, ekonomiczne, związane z edukacją czy też zdrowotne…  Wiadomo, że te wszystkie czynniki zebrane w jedno przemawiają, i to sprawia, iż człowiek przestaje być na to obojętny, przywiązuje do tego wagę. Dlatego też, zacząłem się zastanawiać skąd ludzkie niepowodzenia, dlaczego ludzie idą do więzienia, poprawczaków, szpitali psychiatrycznych.

D.S.: Rozumiem. Dlaczego zdecydował się pan rozpocząć tę działalność, przecież istnieją przeróżne stowarzyszenia społeczne?

T.S.: Nie chciałem, by ci ludzie szli do przytułków, w których zakłada się tylko przetrwanie. Myśmy mieszkali wspólnie, w jednym domu jak normalna rodzina. Zdaję sobie sprawę, że na pewno na początku było to poważne wyzwanie, pewien wymóg, któremu musiałem sprostać. Stworzyć grupę tworzącą silną, co więcej martwiącą się o siebie nawzajem wspólnotę.

D.S.: Jak udało się panu to osiągnąć?

 T.S.: Ważne było abyśmy nie stawali się osobami tylko dochodzącymi, przyglądającymi się z boku, żebyśmy aktywnie uczestniczyli w budowaniu wspólnoty, opartej na więziach, jakie istnieją pomiędzy domownikami. Musiałem pamiętać o tym, że osoby do nas trafiające być może nigdy tego nie doświadczyły. Stąd, każdy, nawet dziecko, miał swój uczciwy głos. A w związku z tym w domu panowały czytelne reguły demokratyczne, a także jednoznacznie zostały określone relacje pomiędzy nami.

D.S.: Jak one wyglądały?

T.S.: Traktowaliśmy siebie jak rodzeństwo. Jeśli traktuje się innych jak swoją rodzinę, niezależnie od wieku, no to powiedziałbym, że najważniejsze jest to, aby postawić na prawdziwość i szczerość okazywanych uczuć. Bo to nie może być fałszywe.

D.S.: Ma pan trzy córki. Jak one reagowały na tę dość nietypową sytuację?

T.S.: Na pewno było to dla nich trudne doświadczenie. Mianowicie, nie miały nas na własność. Liczyła się każda osoba mieszkająca w domu, dlatego posiadała taki sam dostęp do mnie czy do mojej żony Basi i to powodowało, że nie zawsze Ewa, Marysia czy też Jadźka były obdarzane większą opieką rodziców. Mimo tego zawsze były serdeczne, a nic nie sprawia tyle radości jak uśmiech przebiegającego przez dom dziecka. Dziewczyny potrafiły w końcu odnaleźć się w nowej sytuacji, a to zaowocowało tym, że nabyły wyjątkowe umiejętności.

D.S.: Jakie to były umiejętności? 

T.S.: Każda z nich jest inna, posiadają też przeróżne zainteresowania. Ale głównie wiąże je otwartość na problemy otaczających je ludzi, wrażliwość społeczna. W swoim życiu borykają się także ze zjawiskiem emigracji, tym co dzieje się z wyjeżdżającymi za granicę ludźmi. Mówiąc w skrócie, podejmują różne społeczno-polityczne ekspedycje.

D.S.: Jak interpretować nazwę fundacji „Barka”?

T.S.: Uważaliśmy, że fundacja jest czymś wybudowanym tuż przed potopem. Mówiąc „potop” miałem na myśli fakt, że wielu ludzi zacznie tracić swoją pracę, mieszkanie, a w końcu nawet byt przed, jak i w trakcie nadchodzącego kryzysu ekonomicznego. Ale organizacja o nazwie „Arka” została utworzona już we Francji, z myślą o dzieciach i rodzinach upośledzonych umysłowo, więc to odpadało. Była taka dziewczynka, która mieszkała z nami, miała problemy intelektualne. To ona zauważyła, że jesteśmy wspólnotą taką jak „Arka”, widziała, że styl życia i pracy jest podobny.   Dodała literkę „B” i powstała „Barka”. A to odpowiada idei, że z tylko pozoru ludzie, którzy tu przychodzą nie są atrakcyjni, użyteczni.

D.S.: Czy nazwa ma coś wspólnego z rybakami?

T.S.: Owszem, w tej chwili ci rybacy to pracujący z emigrantami. Jakby łowili tonący lud, zabezpieczając ich i pomagając im rozpocząć nowe życie tu w Polsce z rodziną. Jak widać słowo to odpowiada temu, co robimy.

D.S.: Słyszałam krążącą opinię, iż fundacja „Barka” mnoży problem bezdomności, sprowadzając z Londynu do Polski osoby, którym również i tam się nie powiodło. Czy mógłby się pan do tego ustosunkować?

T.S.: Chciałbym to zobaczyć (ze zdziwieniem). Jak wraca bezdomny z Anglii to nie jest rozmnożony problem. Ten sam, może zmieniony przez doświadczenia życiowe,  człowiek wraca do Polski. Dostrzegam natomiast przesunięcie tego zjawiska. I jeżeli tam taka osoba znajdowała się kilka lat na ulicy, to jestem pewien, że jeśli chce ona powrócić do ojczyzny to, i również jest gotowa do podjęcia współpracy. Tu, w Polsce, nawet za wszelką cenę.

D.S.: Każdy kto przychodzi do „Barki” jest inny. Jak mógłby pan opisać ich za pomocą pięciu przymiotników?

T.S.: Powtórzę to samo słowo pięć razy. Człowiek, człowiek, człowiek, człowiek, człowiek. Póki, co, stoi. W życiu, jak to w życiu bywa,  pojawiają się różne zawirowania, i każdy może znaleźć się praktycznie w każdej, powtarzam w każdej, nie zawsze, łatwiej dla siebie sytuacji. Człowiek jest osobą lichą, przesadza z przekonaniem, że jest mocny. Jego podstawową cechą jest brak pokory.

D.S.: Ale jednak pokłada pan w nim nadzieję?

T.S.: Owszem. Człowiek to wielka sprawa. Z jednej strony maleńka istota, mała mrówka, bakteria, często o okaleczonych rączkach i nóżkach. Z drugiej strony w systemie pszczół i mrówek jest możliwe, że taka istota nie tylko przetrwa, ale co więcej będzie też funkcjonalna.

D.S.: A  czy nie odczuwa Pan pewnej przewagi moralnej?

T.S.: Nie. Mogę w pełni świadomie powiedzieć, że nie.  Jak już mówiłem jest to kwestia losu. Jestem takim samym człowiekiem jak oni.

D.S.: W takim razie sądzę, że pojawiają się też w pana życiu trudne chwile. Czy zdarzyła się kiedyś myśl odejścia z fundacji?

T.S.: Mimo przeżywania osobistych porażek naszych podopiecznych, co jest wiadomo trudne i na pewno pozostawia jakiś ślad w pamięci, nie jest tak, że chciałbym uciec od tej idei. To jest nawet, mógłbym powiedzieć, niemożliwe. Bez sensu byłoby zakończyć coś, co się zaczęło i przyniosło większe czy też mniejsze, lecz często pozytywne, rezultaty. Możliwe, że moje przeświadczenie jest spowodowane tym, że nigdy nie byłem na razie w, aż tak, dramatycznej sytuacji. Czuję się szczęśliwy.

D.S.: A czy to szczęście wynika również ze zdobytych wyróżnień i nagród?

T.S.: Nie są one dla mnie najważniejsze, nie na nich skupiam się w życiu, ale nie wątpię, są wyrazem tego, że ciężka praca przynosi rezultaty. Jest to miły akcent, pewne podziękowanie, które pozwala mi wierzyć, że fundacja „Barka” wciąż się rozwija i nadal skutecznie pomaga tym najbardziej potrzebującym.

D.S.: Która z nagród sprawiła panu najwięcej satysfakcji?

T.S.: Wszystkie. Aczkolwiek najlepiej pamiętam jedną z pierwszych.

D.S.: Ooo… jaka to była nagroda?!

T.S.: „Wielkopolanin Roku 1994”

D.S.: Tytuł ten kojarzy mi się z lokalnym patriotyzmem. A panu z czym kojarzy się „Mała Ojczyzna”?

T.S.: Mała Ojczyzna to dla mnie właśnie Wielkopolska, lecz bardziej żyję globalną wioską. Mam świadomość, że członkowie mojej rodziny mieszkają w różnych krajach, więc zrozumiałem, że ziemia jest właśnie tą globalną wioską i naszą wspólną Ojczyzną.

D.S.: Na koniec naszej rozmowy proszę mi zdradzić… Czy istnieje „złoty środek” na pomaganie?

T.S.: Nawet najmniejszy gest jest dobry (z satysfakcją). Choć sądzę, że piękniejsze od doraźnej, chwilowej pomocy jest ciągłe wpływanie na rozwój drugiego człowieka. Istotne jest również dbanie o jego otwartość wobec problemów społeczeństwa czy też środowiska, co wbrew pozorom chyba nie jest takie trudne (z nadzieją w głosie).

.

REWOLUCJONISTKA? NIE… ANARCHISTKA! – WYWIAD Z MAGDĄ GESSLER

Magda Gessler. Kobieta odważna, przebojowa, szczera i pozytywnie nastawiona do życia. Wciąż zabiegana… Czarodziejka smaku, zaklinaczka kolorów i kapłanka zapachu. Zna ją cały kraj… I nie tylko. Przez jednych uwielbiana i traktowana jak kuchenne guru, a innych znienawidzona, choć pewnie sami nie wiedzą dlaczego. Pewne jest to, że wzbudza skrajne emocje. Miliony widzów z wypiekami na twarzy ogląda co czwartek program „Kuchenne Rewolucje”, choć sama mówi, że jest anarchistką. O smaku, rodzinnym domu, podróżach, Polsce, malarstwie, smutku i radości… Magda Gessler.

Gessler
Fot. Maciej Zielinski.

 

Maciej Zielinski:Jak Magda Gessler rozpoczyna swój dzień?

Magda Gessler: Słysząc jak ktoś napuszcza wodę do wanny… W ten sposób się budzę, potem czuję zapach kawy… Wtedy wstaję.

Maciej: Sofia, Hawana, Madryt… To miasta, w których spędziła pani spory kawałek życia. Jakie smaki, obrazy, uczucia towarzyszą pani, kiedy dziś myśli o każdym z tych miejsc?

Magda: Jest smacznie. Ludzie są mili, uśmiechają się do siebie. Jest cudownie…

Maciej: Wspomniała pani kiedyś, że już w wieku trzech lat zafascynowała panią kuchnia. Co do niej tak ciągnęło wówczas małą dziewczynkę?

Magda: Dom, który cudownie gotował i rozkoszował się kuchnią robiąc to w sposób naprawdę fenomenalny.

Maciej: Kiedy na panią patrzę, robię się głodny. Jest Pani niewątpliwie królową smaku i gustu. Czy cel został osiągnięty?

Magda: Nie wiem, czy to jest kwestia królowej, bardzo chcę, żeby wszędzie było smacznie i życzę wszystkim, żeby wszystko się udało i było jak najlepiej.

Maciej: „Nie jestem restauratorem, jestem reżyserem sztuki, w której każdy z gości moich restauracji gra główną rolę…” . To znaczy, że restauracja nie powinna tylko karmić?

Magda: Powinna dawać bardzo dużo wrażeń. Poczucie ciepła, przytulności, dobrej energii. Miejsca, w którym można sobie powiedzieć całą prawdę, przeprowadzić cudowną rozmowę, gdzie można skosztować czegoś dobrego. Miejsca, którego się nie zapomina i do którego się wraca…

Maciej: Jest pani również malarką. Można gdzieś ujrzeć pani prace?

Magda: U moich przyjaciół, głównie w Madrycie. Mniejsza wystawa miała miejsce na jarmarku żydowskim, a duża w Madrycie, miejscu magicznym, bo w teatrze Studio, u Szajny. Z kolei Polacy mogli zobaczyć moje obrazy wiele lat temu, w warszawskim Pałacu Kultury.

Maciej: Co najchętniej pani maluje?

Magda: Kobiety. Uważam, że w Polsce kobiety są wyjątkowe i staram się je zrozumieć. Pragnę w pewien sposób odtwarzać kobiecą siłę, którą Polki niewątpliwie posiadają. Ich urodę, wytrzymałość, odporność na przykre doznania. Wspieram je poprzez malowanie.

Maciej: Sypia pani czasem po 3 godziny dziennie. Ciągłe obowiązki zawodowe, podróżowanie z jednego zakątka Polski na drugi pochłaniają pewnie bardzo dużo czasu i energii. Nie za dużo wzięła pani na swoje barki?

Magda: Myślę, że nie. Mój zawód jest moją przyjemnością, moją pasją i nie czuję tego jako ciężar.

Maciej: Jest pani rewolucjonistką…

Magda: Wydaje mi się, że jestem anarchistką…I to jest duży problem.

Maciej: Co panią złości?

Magda: Złości mnie fakt, że nie można mówić prawdy. Istnieją tematy, których się nie porusza. Obowiązuje tu taki francuski dwór. Czasem czuję się jak w jakimś dziwnym, purytańskim kraju.

Maciej: Polska to kraj wiecznych malkontentów i zazdrośników?

Magda: To jest kraj, który niszczy ludzi. Niszczy tych, którzy budują.

Maciej: To gdzie najchętniej by pani zamieszkała?

Magda: W Polsce.

Maciej: Czyli jednak?

Magda: Tak, dlatego, że lubię wyzwania. Jest tu bardzo dużo do zrobienia. Mam nadzieję, że pomagam i nie odbije mi się to czkawką.

Maciej: Taka trochę Magda Boska?

Magda: Tak mówią. Ale chyba nie wszystkim to się podoba.

Maciej: Kiedy coś panią złości, działa impulsywnie i energicznie. Czytając w internecie komentarze na pani temat, czasem łapałem się za głowę. Na pewno docierają do pani te opinie. Boli, kiedy trafiają do pani chamskie i wulgarne słowa?

Magda: Nie, ponieważ nigdy nie biorę udziału w czytaniu komentarzy zamieszczonych w internecie. Nie mam na to czasu, a poza tym uważam, że jeśli ktoś się nie podpisuje pod swoją opinią, to po prostu nie istnieje.

Maciej: W „Kuchennych Rewolucjach” to pani jest nauczycielem, który pokazuje nie tylko jak gotować, ale również jak porozumiewać się z innymi, szanować czyjąś pracę, doceniać drugiego człowieka…

Magda: …cieszyć się pracą.

Maciej: A czego panią nauczył ten program?

Magda: Może trudno w to uwierzyć, ale skromności… Program pokazał mi, że jest wiele osób, które mają bliskie mi problemy. Często myślę, że wstąpiłabym do zakonu, w którym mogłabym zająć się tylko i wyłącznie pomaganiem ludziom, którzy potrzebują wyciągniętej do nich ręki. Koncentracja na takiej pomocy jest z mojej strony coraz większa. Program „Kuchenne Rewolucje” zaczęliśmy nagrywać 3 lata temu, od tamtego czasu „studiuję” intuicję i psychologię, nieustannie się uczę. Efekty są jak widać całkiem niezłe.

Maciej: Wymyka się pani czasem ze swoich restauracji po to, by spędzić wieczór w zupełnie innej, obcej. By ją odkryć?

Magda: Nie żeby sprawdzić, ale skosztować, cieszyć się smakiem. Nie wchodzę do restauracji, by ją skrytykować, tylko po to, żeby zjeść dobrą kolację.

Maciej: Jest pani silnie przywiązana do polskich produktów, tradycyjnych smaków…

Magda: …do smaków, które są zapomniane…

Maciej: Czym jest to spowodowane? Może wpłynęła na to pani nieobecność w kraju. Wiele lat spędziła pani zagranicą.

Magda: Moim domem. Na pewno też tym, że mieszkałam zagranicą, byłam wówczas dumna z Polski. Mój dom rzeczywiście tworzył smaki, zapachy i dania, o których nikt już nie pamięta i chciałabym to wszystko odrodzić na nowo. Mam nadzieję, że mi się to udaje.

Maciej: Istnieje ktoś, na kogo patrzy pani z zachwytem i ciekawością?

Magda: Myślę, że taką osobą w moim życiu jest… mój ojciec. To on nauczył mnie ciężkiej pracy, pasji i radości z życia. Jestem mu za to bardzo wdzięczna.

Maciej: Kiedy jest smutno Magdzie Gessler?

Magda: To chwile, w których dzieją się rzeczy niesprawiedliwe i nieprawdziwe. Często mocno manipulowane, które dają tym manipulantom pieniądze. Wszystkie historie, które obecnie ukazują się w internecie napędzają całą tę machinę. Najpierw byłam cudowna, a teraz należy zarobić na mnie trochę inaczej, niekoniecznie uczciwie i z twarzą. To przykre, ale wierzę, że prawda broni się najlepiej.

Maciej: A często zdarzają się takie sytuacje?

Magda: Nie wiem, ponieważ nie mam czasu. Mam czas, żeby budować.

Maciej: O czym jeszcze może marzyć Magda Gessler, która jest spełniona w miłości, w pracy, dużo podróżuje?

Magda: O tym, żeby ludzie, którzy zrobili mi krzywdę, nie wyrządzali jej dalej, innym ludziom.

Maciej: Wiele pani w swoim życiu przeszła, pojawiali się w życiu mężczyźni, których los dawał, a później odbierał (nawet w brutalny sposób) nauczyła się pani czegoś od każdego z nich?

Magda: Było różnie. Nie znoszę dulszczyzny, nie lubię obcować z ludźmi nieszczerymi, którzy po prostu zapomnieli skąd są i jak to się stało, że są właśnie w tym miejscu. Jeśli chodzi o mężczyzn, to nie nauczyli mnie czegoś konkretnego. Wszyscy poznajemy świat bez przerwy, ja również, a ze wzajemnych relacji trzeba czerpać ogromną radość, staram się to robić każdego dnia.

Maciej: Żałuje pani czegoś w swoim życiu? Coś by mieniła? Naprawiła? Cofnęła?

Magda: Żałuję… Tego, że nie żyje mój pierwszy mąż, że mam za mało czasu dla moich dzieci, że robiąc to, co robię nie mam nawet czasu dla siebie, ale coś za coś…

Maciej: W takim razie życzę pani, w swoim i Redakcji imieniu, z całego serca dużo więcej tego cennego czasu.

Magda: Dziękuję, przyda się. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że lubi mnie młodzież. To budujące. Bardzo…

AKTOR Z MARTWYM PRZEDMIOTEM – WYWIAD Z DYREKTOREM TEATRU ANIMACJI, JANUSZEM RYL-KRYSTIANOWSKIM

Fot. N. Mikołajska.
Fot. N. Mikołajska.

Od jakiegoś już czasu temat lalek, lalkarstwa i teatrów lalkowych nie dawał mi spokoju i czułam, że powinnam coś większego o tym napisać. Ja tymczasem niezmiennie i może trochę mało rozważnie odkładałam to sobie na później, bo co się odwlecze, to nie uciecze, a zresztą zawsze są tematy, które mogą sobie poczekać. Na lepsze czasy oczywiście. W końcu czasy te przyszły w dość niesprzyjających dla mnie okolicznościach przyrody, ale o tym sza… Stało się, jak się stało, a ja z większą tylko werwą rzuciłam się na temat lalek i wymyśliłam artykuł, który miałby być dialogiem dwóch lalek teatralnych odpoczywających po dopiero co zakończonym spektaklu. Udało mi się, szczęśliwie dosyć, umówić się na spotkanie z Dyrektorem Artystycznym poznańskiego Teatru Animacji, Januszem Ryl-Krystianowskim. To dlatego moje kolejne trofeum wywiadowcze pojawiło się w sumie zupełnie nagle i niespodziewanie. Na początku naszego spotkania przedstawiłam panu Januszowi mój pomysł na artykuł, a on – nie wiem czy się przeraził – ale na moje pierwsze pytanie o to, gdzie trzyma się lalki po zakończonym spektaklu, jeśli dnia następnego gra się to samo, lekko zakłopotany zaczął naszą rozmowę tak:

Janusz Ryl-Krystianowski: Zacznijmy od tego, że lalka jest martwym przedmiotem – bez udziału aktora ona jest pozbawiona „życia”.

Natalia Mikołajska: Wiem, ale w moim artykule ona, a raczej one – to ma być dialog dwóch lalek – będą sobie żyły.

J.R.-K.: Ale to będzie kompletne sciece-fiction.

N.M.: Tak, zgadzam się. Ale ja lubię wymyślać takie niestworzone historie.

J.R.-K.:Dobrze. Zatem: po spektaklu zmęczona lalka trafia do magazynu przy scenie – nazywa się go magazynem podręcznym – a zanosi ją tam inspicjent, bo takie między innymi jest jego zadanie.

N.M.: A nie może ona czekać sobie spokojnie za kulisami aż do dnia następnego?

J.R.-K.: Czasem tak, ale częściej nie, bo może przeszkadzać.

N.M.: Komu?

J.R.-K.: Osobom konserwującym urządzenia sceniczne czy też po prostu sprzątającym.

N.M.: A jeśli dany spektakl grany jest raz na pół roku? Macie w Teatrze jakiś taki głębszy magazyn?

J.R.-K.: Tak, oczywiście. Mamy. Czekające na kolejny występ lalki i rekwizyty są tam zabezpieczane przed zniszczeniem i pieczołowicie przechowywane.

N.M.: Dobrze, mam już wszystkie dane wyjściowe potrzebne mi do artykułu. Przejdźmy teraz do tych bardziej szczegółowych: dlaczego prowadzi Pan Teatr Animacji, a nie Teatr Lalek?

J.R.-K.: Wszystko sprowadza się do pojęcia animizmu, czyli przypisywania przedmiotom martwym życia poprzez – w naszym przypadku – celową animację.  To właśnie jest Teatr Animacji.

N.M.: A co się dzieje z Teatrem Lalek?

J.R.-K.: W Teatrze Animacji mieści się także formuła teatru lalek, ale Teatr Animacji ma znacznie szerszy zakres. I chociaż nie zawsze gramy lalkami, to szeroko pojęta FORMA uruchomiana na scenie, jest wyznacznikiem działań naszego teatru. Czynnikiem decydującym jest tu więc „cud ożywiania” tejże formy.

N.M.: Czy lalkarzowi trudniej się gra nie swoim ciałem, tylko przedmiotem?

J.R.-K.: Istotą każdego rodzaju sztuki teatru jest aktor twórczo realizujący zamierzenia inscenizatora. W teatrze operowym – aktor śpiewa, w teatrze tańca – pracuje nad swoim ciałem, w teatrze dramatycznym – wykorzystuje wyuczony tekst, a w teatrze lalkowym – posługuje się lalkami. Umiejętność gry lalką aktorzy posiadają poprzez lalkarskie studia teatralne – w Polsce są dwie szkoły lalkarstwa – filia krakowskiej szkoły we Wrocławiu i filia warszawskiej w Białymstoku. Niestety u nas w Polsce generalnie zatraca się znaczenie pojęcia lalkarz.

N.M.: Zatem kto to jest ten lalkarz?

J.R.-K.: Jest to artysta, który umie sobie wymyślić wszystko – i scenariusz, i scenografię, i oświetlenie. Potrafi też sam zaprojektować i zrobić sobie lalkę. Umie też  wyreżyserować cały spektakl i sam w sposób wirtuozerski zagrać nią.

N.M.: Co jest łatwiejsze – granie z lalką czy chowanie się za parawanem z marionetkami?

J.R.-K.: .Trochę mylimy tu pojęcia. W naszym kraju termin LALKA jest terminem nadrzędnym, dotyczy więc różnego rodzaju i typów lalek, które specjaliści odróżniają nazwami. Marionetka to jedyna lalka poruszana od góry, inne to np. tintamoreski, pacynki ,jawajki, kukły, lalki cieniowe, maski  i wiele innych. Każda z nich ma różny stopień trudności w animowaniu.

N.M.: Tintamoreski?

J.R.-K.: To są lalki , które łączą ciało aktora z formą. Np. widzimy twarz aktora ubranego w tułów lalki lub odwrotnie : głowa lalki, a tułów aktora.

N.M.: A co to jest pacynka?

J.R.-K.: Pacynka to lalka nakładana na rękę. Zwana rękawiczkową. Jest to najbardziej ruchliwa, popularna wśród najmłodszych lalka.

N.M.: Wydaje się więc najprostszą dla lalkarza. A jawajka?

J.R.-K.: Umiejętność grania pacynką, też ma swoich mistrzów i średniaków. Natomiast jawajka najbardziej udatnie naśladuje ruch człowieka. W dolnej partii głowy lalki umieszczony jest kołek, który pozwala uruchomić jej główkę. Dłoń aktora zakryta jest korpusem lalki a drugą ręką aktor manipuluje rączkami lalki, której dłonie przymocowane są do drutów.

N.M.: Lalka cieniowa?

J.R.-K.: Lalki cieniowe mają bardzo wiele odmian: chińskie, jawajskie, tureckie, hiszpańskie itp.. Dla tych lalek wystarczy światło i wyodrębnione miejsce,  na które ono pada.

N.M.: Są jeszcze inne lalki?

J.R.-K.: Tak, oczywiście, np. lalki „żyworękie”, lalki metamorfozy, lalki trickowe i wiele innych kompilacji technik,  zależnych tylko od wyobraźni ich twórcy.

N.M.: Jednak najtrudniejszą lalką dla aktora jest marionetka?

J.R.-K.:  Ma inny stopień trudności, ponieważ marionetka to po prostu ciężar zawieszony na niciach – bywa, że do 7,8 kilo – wymagający szczególnego treningu by uzyskać zadawalający efekt scenicznego życia. To jedyna lalka, która nie podlega prawom grawitacji…  Jednak obecna tendencja to odchodzenie od ukrywania aktora.

N.M.: Aktorzy mają więc łatwiej?

J.R.-K.: Można  powiedzieć, że inaczej, pełniej. Zmienia się tu ich rola i sposób scenicznego istnienia.

N.M.: Czyli?

J. R.-K.: Przede wszystkim zmieniają się relacje między lalką i aktorem. Można  więcej zagrać. Aktor gra lalką ale bywa także jej partnerem, animuje ją, ale może także być przez  nią animowany, może być jej władcą i kreatorem, ale ona – lalka – w pełnej swojej podmiotowości może nie zgadzać się decyzjami aktora, może się buntować i prowadzić swoją  własną grę….itd.

N.M.: Ale ja wciąż nie wiem, z którą lalką najłatwiej się pracuje?

J.R.-K.: Proszę pani, nic łatwe nie jest. To trzeba po prostu czuć, mieć talent i kreatywność. Mieć świadomość konstrukcji lalki, wiedzę o tym, co ona może zrobić, do czego służy. Aktorzy różnie grają tymi samymi typami lalek. Wszystko zależy od talentu i techniki, więc nie ma czegoś, co jest łatwe. W ogóle na świecie nic nie jest łatwe.

N.M.: Tak, to jest jedna z tych nieprzyjemnych prawd obiektywnych… Ale wracając do tematu: co to jest mechaniczny teatr lalek?

J.R.-K.: Sięga on czasów starożytnej Grecji .To teatr w którym raz zakodowany ruch nie ulega zmianie. Przykładem takiego teatru w Polsce jest teatrzyk w Wambierzycach koło Kudowy, a bywa także czasem stosowany w szopkach  kościelnych wystawianych z okazji świąt Bożego Narodzenia. Stosowane w nim są stałe, powtarzalne ruchy figurek nie podlegające żadnej zmianie.

N.M.: Dlaczego wszyscy aktorzy dramatyczni, którzy byli kiedyś w szkołach lalkarskich, mają sentyment do lalek, lalkarstwa i teatrów lalkowych?

J.R.-K.: Mogę tylko domyślać się ,że to się wiąże z tęsknotą za przeżytymi latami młodości. Z reguły takiemu aktorowi było dobrze w szkole lalkarskiej, poznawał wtedy sztukę teatru i wszystko było nowe, świeże. Teatr lalek jest przecież kwintesencją sztuki teatru – to jest taki sam teatr jak wszystkie inne teatry. Tu też mamy przestrzeń teatralną, ruch, światło, dźwięk, tekst, scenariusz i wreszcie aktora i  reżysera, tylko że większy nacisk, niż w teatrze dramatycznym, jest u nas kładziony na formę, choć w tej chwili trochę się to zaciera.

N.M.: Zaciera?

J.R.-K.: Teatry lalkowe  często sięgają teraz do tekstów Słowackiego, Szekspira, Moliera, Witkacego i innych, czyli dramaturgii do niedawna przynależnej teatrowi żywoplanowemu. Takie teksty aktualnie u nas  się wystawia.  Z kolei teatry dramatyczne przejmują  do swoich inscenizacji  formę, która była dotychczas przypisywana szeroko pojętemu teatrowi lalkowemu. Granice sztuki się zacierają.

N.M.: A skąd w ludziach pojawiło się przekonanie, że teatr lalek to zabawa?

J.R.-K.: Pewnie dlatego, że pojęcie lalka bardziej kojarzy się z dziecięcą zabawką niż z teatrem, ale to już wina bałaganu w nazewnictwie tego co dotyczy sztuki lalkowej. Anglicy np. odróżniają lalkę teatralną zwaną the puppet od dziecięcej zabawki zwanej  the doll. My w Polsce takiego rozróżnienia nie mamy.

N.M.: Wojtek Deneka mówił mi kiedyś, że aktorzy lalkowi mają kompleks aktora lalkowego mówiący, że są oni aktorami gorszymi, niż tacy dramatyczni. Zakładam, że to prawda. Dlaczego?

J.R.-K.: Zacznijmy od tego, że źle pani zakłada, bo to sformułowanie mija się z prawdą.  Ja nie znam aktorów teatru lalkowego, którzy mieliby z tego powodu kompleksy.  Może kiedyś lalkarze mieli takie problemy, ale dzisiaj to już odległa historia. Ja pracuję tylko z ludźmi, którzy świadomie wybrali ten gatunek sztuki.

N.M.: Aż tyle się zmieniło?

J.R.-K.: Moje inscenizacje w Teatrze Animacji łączą różne rodzaje „ożywiania” z kompletnymi zadaniami aktorskiej gry „żywoplanowej” i są m. in. działaniami zmierzającymi do dowartościowania i wzmocnienia funkcji i roli aktora. I tak moi aktorzy mają ten rodzaj satysfakcji, że stają się ludźmi rozpoznawalnymi na ulicy.

MICHAŁ ZATOR I ŚW. FAUSTYNA

Fot. http://mamtalent.tvn.pl/uczestnicy,1896,p/michal-zator,1943.html
Fot. http://mamtalent.tvn.pl/uczestnicy,1896,p/michal-zator,1943.html

W pierwszą niedzielę miesiąca, 7 kwietnia 2013, ok. godz. 19.45 – w każdym razie zaraz po mszy św. o godz. 19.00 – w kościele pw. Św. Jana Apostoła i Ewangelisty w Poznaniu na ul. ul. Fortecznej 53, która znajduje się blisko ronda Starołęka, odbędzie się koncert znanego nam harfisty Michała Zatora. Towarzyszyć mu będzie żeńska całość w dwóch częściach: na skrzypcach zagra Aleksandra Machaj, a część czytająca, Natalia Mikołajska, przedstawi fragmenty „Dzienniczków Św. Faustyny”. Wstęp wolny.

Koncert Michała Zatora – tym razem nosi on tytuł: „Michał Zator. Harfa celtycka i śpiew” – zawsze jest wydarzeniem pięknym i wartym posłuchania. O jego muzyce, muzykowaniu i śpiewaniu pisałam już kilkakrotnie, a raz nawet przeprowadziłam z nim, specjalnie dla „Twoich Wieści”, wywiad:

http://twoje-wiesci.pl/2012/o-muzyce-ktora-jest-gdzies-tam-wywiad-z-michalem-zatorem/

Przepięknym piosenkom i harfie Michała Zatora od początku towarzyszyć miała na skrzypcach Ola Machaj – takie zresztą pojawiły się to tu to tam plakaty koncertowe. Ja w repertuarze koncertu pojawiłam się niedawno – powiedzieć można, że znienacka – i ponieważ proboszcz parafii Św. Jana Apostoła i Ewangelisty, ks. Waldemar Szlachetka, przypomniał sobie, że w dzień zaplanowanego koncertu akurat wypada nam Niedziela Miłosierdzia. Pomyślał więc, że trzeba jakoś to podkreślić i dlatego pojawiły się te „Dzienniczki” św. Faustyny od miłosierdzia.

BRODKA W OŚMIU SMAKACH

Początek marca, dokładnie dzień szósty. Tego dnia pogoda nas rozpieszczała, słońce muskało twarze swoimi gorącymi promieniami. W małym klubie w Poczdamie ma wystąpić wieczorem „Polens Stern“. Niemcy przechodzą obojętnie wobec wiszących przy każdej ulicy plakatów, nawet nie zerkają na ciemnowłosą, młodą dziewczynę w dziwacznym stroju, które wiszą tam pewnie od dłuższego czasu. Nadszedł wieczór, przed klubem czeka około dwieście osób. Jedni mówią po polsku, inni po niemiecku. Wszyscy przybyli na koncert. Jako support – no właśnie. Do dziś nie potrafię określić co to było. Ludzie przyjęli dziwacznego DJ’a z obojętnością, nikt się nim nie przejmował. Kilka minut po dwudziestej rozbrzmiewają instrumenty, które grają pierwsze nuty piosenki „W pięciu smakach“, a publiczność w dzikim krzyku wita na scenie Monikę Brodkę. Po niesamowitym koncercie Artystka udzieliła nam ostatniego wywiadu przed wylotem do USA. Czas tykał na naszych plecach niczym bomba, która ma za chwilę wybuchnąć, bo przecież samolot nie będzie czekał, ale Brodka powiedziała o tym, co dla niej najważniejsze. Jesteście ciekawi?…

Plakat: Maciej Zielinski.
Plakat: Maciej Zielinski.

Maciej Zielinski: Zacznijmy od początku… Monika Brodka, lat 16. Jakie wspomnienia nasuwają się na słowo „IDOL”?

Monika Brodka: Szczerze mówiąc, to niewiele pamiętam z tego okresu, minęło w końcu 10 lat, byłam wtedy bardzo młoda. Na początku mojej muzycznej drogi kompletnie nie wiedziałam jak moja kariera się potoczy, co się wydarzy… Dopiero uczyłam się obycia ze sceną, poznawałam ten biznes z pozytywnej strony, jak również tej mniej przyjaznej, w której rządzą układy i niesprawiedliwość. Stopniowo dochodziłam do wniosków, co chciałabym robić w życiu, jak chciałabym żeby moja kariera wyglądała, jaką muzykę chciałabym tworzyć. Mówiąc szczerze, to prawdziwe i świadome bycie artystą na scenie poczułam dopiero w 2010 roku, czyli z wydaniem płyty GRANDA. Myślę, że to drugi, tym razem trzeźwy etap mojej kariery.

Maciej: Pochodzisz z Twardorzeczki. Tęsknisz za wsią? Przecież to w niej się wychowywałaś, uczyłaś grać na skrzypcach, poznawałaś świat…

Monika: Za wsią jako taką to nie. Tęsknię za moim regionem, za górami, lasami, za moją rodziną, która tam cały czas mieszka i staram się ją odwiedzać jak najczęściej mogę. Z Warszawy jest to jednak kawałek drogi, ale staram się przyjeżdżać do Twardorzeczki w wolnych chwilach. Nigdy nie sądziłam, że zostanę w niej na dłużej, że będę tam żyła. Myślę, że to miejsce było dla mnie tylko na okres dzieciństwa. Wspomnienia o górach wciąż tkwią w mojej głowie, przypominam sobie różnego rodzaju obrazy, np. kiedy jako mała dziewczynka zbieram świeże truskawki z ogródka, zrywam z drzewa słodkie jabłka. Wspominam to niesamowicie sentymentalnie i fajnie.

Maciej: Jako dziecko chciałaś stać na scenie, być piosenkarką- udało się. A co dziś jest Twoim marzeniem?

Monika: Zawsze chciałam grać poza granicami Polski. Marzenie się spełnia, ponieważ ten rok to koncerty w dużej mierze właśnie zagranicą. Uwielbiam odkrywać nowe miejsca, nową publiczność. Zarówno ja, jak i mój zespół staramy się aplikować na różne festiwale, zgłaszamy chęć wystąpienia na ciekawych eventach. Moja managerka często wysyła zgłoszenia za moimi plecami, a kiedy zostaniemy zaproszeni na daną imprezę, mówi mi o tym niespodziewanie. To dla mnie niesamowita frajda i niespodzianka. Poza tym organizujemy mini trasy koncertowe w Niemczech, Ameryce… Druga połowa roku będzie czasem odpoczynku, wyciszenia. Wtedy powoli zacznę zastanawiać się nad kolejną płytą, w głowie zaczną rodzić się kolejne, świeże pomysły. Tak wyglądają moje plany na najbliższe miesiące, nie wybiegam w przyszłość za daleko, nie myślę o tym, co się wydarzy za parę lat, moim marzeniem są podróże i granie w tym roku zagranicą, na razie do szczęścia potrzeba mi tylko tyle.

Maciej: Ukończyłaś Akademię Fotografii. Komu, lub czemu najchętniej robisz zdjęcia?

Monika: Na chwilę obecną jestem totalnie pochłonięta robieniem zdjęć na aplikację, która nazywa się Instagram, jestem jej superfanką. Od pewnego czasu prowadzę tam swój oficjalny profil, staram się dokumentować to, co dzieje się w moim życiu na co dzień. Od bardzo zwykłych sytuacji, jak wyjazd na koncert w busie z moim zespołem, czy poranne śniadanie, po ciekawe podróże, sytuacje które nie chcę żeby mi umknęły i chciałabym żeby zostały w mojej pamięci na długo, dlatego je uwieczniam na fotografiach. Moją bardziej profesjonalną kamerę wyciągam zazwyczaj na czas wakacji, dalekich podróży, kiedy to mam szansę sfotografować coś bardziej egzotycznego. Głównie posługuję się iPhonem i właśnie nim robię zdjęcia. Jestem uzależniona od utrwalania ulotnych i zwykłych chwil, które czasami są bardzo ważne, a późniejsze oglądanie ich wzbudza we mnie miłe wspomnienia.

Maciej: GRANDA to majstersztyk, nasz towar eksportowy, muzyka jest żywa, prawdziwa, oryginalna, natomiast EPka LAX jest zupełnie inna, przepełniona sztucznymi dźwiękami. Skąd tak przeciwstawne nurty? Do czasów GRANDY Twoje płyty były spójne, teraz- dwa przeciwstawne bieguny.

Monika: Uwielbiam eksperymentować, bawić się muzyką, bo to przecież o to, w moim przekonaniu w niej chodzi. GRANDA była pewnego rodzaju odcięciem się od muzyki, którą tworzyłam wcześniej, postanowiłam najzwyczajniej w świecie nagrać coś, co przede wszystkim mnie się spodoba i co ja czuję. Co nie znaczy, że z wcześniejszymi albumami się nie utożsamiam…

Maciej: Skąd zamiłowanie do Berlina i Nowego Jorku? Co je łączy? Co dzieli? Co Cię w nich fascynuje?

Monika: W Berlinie czuję się najzwyczajniej w świecie swobodnie. Nikt mnie w nim nie rozpoznaje, mogę spacerować spokojnie ulicami. Podoba mi się klimat Berlina, jestem zafascynowana jego zakamarkami oraz żyjącymi w nim ludźmi, albo inaczej…ich stylem życia. Nie mogę oprzeć się wszelkiego rodzaju „flomarkom”. Zazwyczaj przyjeżdżam do Berlina w weekendy, a wtedy staram się wyszperać niesamowite rzeczy do swojego mieszkania, albo chociaż jakieś pamiątki, które nasycone są tajemniczą historią. Bardzo lubię berlińskie knajpy, restauracje, których jest ogromna ilość w zasadzie na każdym rogu ulicy, a w każdej z nich niepowtarzalne i często oryginalne smaki. Mam nadzieję, że Warszawa będzie kiedyś takim drugim Berlinem i ten klimat się nam choć trochę udzieli, bo przecież patrząc na mapę, jesteśmy bliskimi sąsiadami. Mogę powiedzieć, że w Warszawie powoli czuć namiastkę Berlina, przynajmniej ja ją czuję. Jeśli chodzi o Nowy Jork to nie będę oryginalna. Fascynuje mnie w nim mix wszystkich możliwych kultur, ras, smaków. To miasto, które jest mieszanką całego świata. Jest potęgą.

Maciej: Wiem, że uwielbiasz gotować, a jeszcze bardziej jeść… Jakie jest Twoje popisowe danie?

Monika: Chyba nie mam popisowego dania, w kuchni bardzo dużo eksperymentuję . W zależności od zawartości mojej lodówki i zasobów kuchennych są to bardzo różne smaki, często ciekawe i zaskakujące. Jeżeli chodzi o jedzenie, to nie jestem wybredna. Wybredną staję się jedynie wtedy, kiedy danie jest niedobre. Nie mam tak, że nie lubię jakichś składników, albo ich nie zjem, uwielbiam próbować bardzo różnych, na pozór dziwnych rzeczy, nawet tych, do których nie jestem na początku przekonana, a najbardziej złości mnie to, kiedy coś jest po prostu źle ugotowane i niesmaczne.

Maciej: Wolisz na ostro, czy na słodko?

Monika: Na słodko…

„NIE JESTEM JUŻ TAMTĄ JENNY…”- JEDYNY WYWIAD Z EDYTĄ BARTOSIEWICZ.

Do ostatniego momentu nic nie było pewne… Edyta będzie miała czas, by porozmawiać? Starczy jej sił, po tak wyczerpującym, ponad dwugodzinnym koncercie? To w ogóle możliwe? I w końcu pytanie podstawowe… Dlaczego akurat nam miałaby udzielić wywiadu, skoro największe stacje i portale internetowe biją się o to, by usłyszeć z jej ust kilka słów. Do dziś nie wiem dlaczego Edyta Bartosiewicz postanowiła odpowiedzieć właśnie nam, na pytania, które nie były łatwe. Udało się. Jako jedyne media mogliśmy obcować z artystką, która zapisała się trwale na kartach muzycznej historii. Kanapa w garderobie była wygodna, światło przytłumione, a na tle ciszy pieścił moje uszy charakterystyczny, chrypliwy głos… Głos, który wyśpiewał mi wszystko… Zapraszam na wywiad. 

https://www.facebook.com/photo.php?v=10200181576240699&set=t.1190422624&type=3&theater
https://www.facebook.com/photo.php?v=10200181576240699&set=t.1190422624&type=3&theater

Maciej Zielinski: Wygląda pani świeżo i zachwycająco, czy przede mną siedzi kobieta spełniona? Fizycznie wszystko na to wskazuje, a jak jest duchowo?

Edyta Bartosiewicz: To bardzo trudne pytanie, wiesz? Nie tak łatwo będzie mi na nie odpowiedzieć… Jeśli chodzi o fizyczność to jestem w trakcie, można powiedzieć- procesu reanimacji. Właśnie tak nazwałam pięć koncertów, naszą mini trasę – „Renovatio prelude“, czyli preludium do odrodzenia. Dużo pracy włożyłam przez ostatnie lata, żeby naprawić siebie… i to pod każdym względem. Fizycznym, duchowym i mentalnym. Cieszę się, że rozpiera mnie energia i mogę zagrać fajny, ponad dwugodzinny koncert, a ludzie dobrze się na nim bawią. Oni czekali na mój powrót tyle lat, daje mi to niesamowitą siłę.Czuję , że jestem potrzebna.

Maciej: Nie sądziła pani, że jest potrzebna? Nie czuła tego pani?

Edyta: Wiesz, dopóki nie pojawisz się na scenie, by zagrać koncert, który jest biletowany i za który trzeba zapłacić, to tego nie wiesz.

Maciej: Trochę to już lat minęło. Bała się pani jak teraz będzie?

Edyta: Masz rację, trochę czasu minęło… Pojawiali się inni wykonawcy, zmieniał się rynek, ale jest mi niezwykle przyjemnie, że na wszystkich pięciu koncertach sale były zapełnione i czułam niezwykłą atmosferę. Granie po kilka bisów to cudowne uczucie. Wyjeżdżałam z każdego miasta niesamowicie szczęśliwa. Dzięki tym koncertom nabrałam wiatru w żagle i chcę działać dalej. Jestem na pewno inną osobą niż byłam kilkanaście lat temu. Dzisiaj z całą świadomością stwierdzam, że tamtej Jenny już nie ma. Po prostu przeszłam pewnego rodzaju transformację.

Maciej: Jak zmieniły panią lata nieobecności w życiu medialnym z którego zniknęła pani na długi okres? Czego się pani nauczyła przez ten czas, prócz z tego co słyszałem nabycia umiejętności gotowania?:)

Edyta: Faktycznie zaczęłam gotować, a obiecałam to w jakimś wywiadzie, jeszcze w 90-tych latach. Tak naprawdę nauczyłam się wielu rzeczy, ale za długo by o tym mówić. Zaczęłam odnajdywać przyjemność w drobiazgach, do których kiedyś nie przywiązywałam uwagi.. Natomiast jeśli chodzi o funkcjonowanie w świecie, w którym przyjdzie mi pracować, to nie za bardzo wiem, jak w nim funkcjonować, ponieważ wszystko strasznie się pozmieniało, a ja jestem dinozaurem z lat 90-tych. W pewnym sensie muszę zacząć od nowa.

Maciej: Jak debiutantka?

Edyta: Tak. Czuję się jak debiutantka i to jest fajne, bo człowiek nie jest wtedy stetryczały. Pomimo tego, że skończyłam właśnie 48 lat, to czuję we wszystkim, co robię świeżość, tak jakbym zaczynała od zera. Starsze piosenki, które gramy na koncertach, mają zupełnie inny wymiar. Śpiewam je inaczej niż kiedyś, niektóre są przearanżowane, ale nawet nie o to chodzi, po prostu mam w sobie zupełnie inną energię.

Maciej: Jakie uczucia towarzyszą artystce, która nagle musi zniknąć ze sceny, w czasie, gdy światła reflektorów skierowane są wyłącznie na nią?…

Edyta: To były dla mnie ciężkie lata. Nagrywaliśmy płytę w 2002 roku, zarejestrowaliśmy na niej wszystkie instrumenty, a ja nie mogłam najzwyczajniej w świecie zaśpiewać. Głos odmówił mi posłuszeństwa i to nie chodzi o to, że ja nie mogłam mówić, ale cały aparat, potrzebny do śpiewania, bawienia się wokalem, wyrażania emocji, u mnie zaniemógł. Wszystko runęło. Teraz, po latach myślę, że nie wytrzymałam swojego stylu życia, który był dosyć szybki i barwny,ale przede wszystkim brakowało mi zdrowych mechanizmów obronnych, byłam jak żółw bez skorupy.Przypłaciłam to długą ciszą, pojawiały się różne domysły, co się ze mną dzieje, nie miałam nawet sił, żeby to komentować. Starałam się przede wszystkim nawiązać kontakt ze sobą. Dużo się wydarzyło, ale nie są to sprawy, o których chcesz opowiadać przy każdej okazji. Może kiedyś, gdy nabiorę już dystansu, opiszę to w jakiejś książce. Na pewno ostatnie 12 lat było dla mnie owocnym czasem. Jestem przeszczęśliwa, bo chyba nigdy wcześniej nie bawiłam się tak na własnych koncertach, jak teraz.

Maciej: Czyli musiała się też pani nauczyć siebie?

Edyta: Absolutnie tak. Jak sobie myślę o tym wszystkim, to dochodzę do wniosku, że kiedyś ewidentnie nie miałam ze sobą kontaktu. To, co wydarzyło się w latach 90-tych, dotyczyło osoby, która stała gdzieś obok, jakiejś innej Bartosiewicz. Gdy potem zamilkłam, nie miałam żadnego planu awaryjnego. Moim życiem była i jest muzyka.

Maciej: Bolało pożegnanie się ze sceną? Przecież nie wiedziała pani jak wszystko dalej się potoczy. Jakie myśli kłębiły się wówczas w głowie?

Edyta: Wtedy waliłam głową w mur. Ciągle nagrywałam, starałam się za wszelką cenę wydobyć z siebie ten wokal. Wydałam mnóstwo pieniędzy na studio nagraniowe, na realizatorów. Myślałam, że każdego następnego dnia już wszystko będzie dobrze. Nie sądziłam, że to potrwa ponad dekadę. Gdyby ktoś w 2002 roku powiedział mi, że dopiero w 2013 mam szansę na wydanie płyty, to bym się totalnie załamała,scenariusz jak z horroru.

Maciej: Za wszelką cenę chciała się pani trzymać muzyki?

Edyta: Tak. Nie mogłam skończyć własnej płyty, to pisałam dla innych artystów, występowałam z nimi. Dziś zagraliśmy trzy nowe piosenki- „Renovatio”,“Madame Bijou“ i „Upaść by wstać”- z cudowną Moniką Kuszyńską, której jestem bardzo wdzięczna za to, że przyjęła moje zaproszenie. Monika to niezwykle wartościowa osoba, bardzo ją lubię i szanuję.

Maciej: Po latach przyznała pani, że teksty piosenek Edyty Bartosiewicz są w pełni autobiograficzne. Co stawało wcześniej na przeszkodzie, by powiedzieć „Tak. To moje życie. Wszystko o czym piszę przeżyłam na własnej skórze.”

Edyta: Jeśli coś przeżywasz całym sobą, to bardzo trudno o tym mówić wprost. Tekst piosenki ma umożliwić przekazanie pewnych emocji, którymi chcesz się podzielić ze światem. Bycie na scenie jest pewnego rodzaju ekshibicjonizmem, trzeba to w sobie mieć, bez dwóch zdań, ale artyści w różny sposób to prezentują swoim odbiorcom. Niektórzy są bardziej otwarci, inni mniej. W latach 90-tych, gdy miałam szczęście zaistnieć, muzyka stawiała na emocje, takie szczere do bólu. Dziś różnie z tym jest. Na pewno ‚opakowanie‘ artysty zyskało na znaczeniu.

Maciej: Jest pani bardzo tajemnicza… Nie mogę rozszyfrować, czy Edyta Bartosiewicz jest optymistką, czy może bardziej pesymistką?

Edyta: Chyba jestem trochę przewrotna. W swoich piosenkach często zdarza mi się wprowadzić słuchacza w nastrój mocno melancholijny, ale nigdy nie chcę zostawić go z niczym. Iskierka nadziei musi być. I ja też właśnie taka jestem. Widzę czasem świat w bardzo nieciekawych kolorach, ale to nie trwa zbyt długo.

Maciej: W pani przypadku lepiej pisze się teksty, gdy dusza krzyczy, serce krwawi a w naszym małym świecie wszystko się sypie, czy wręcz odwrotnie?- Gdy w życiu dominują same kolorowe barwy?

Edyta: Nie pamiętam, żeby w moim życiu dominowały same kolorowe barwy. Moje życie jest nieprzewidywalną sinusoidą o dużej amplitudzie.

Maciej: Co pani myśli o dzisiejszym rynku muzycznym, niekoniecznie polskim? Kiedy pani tworzyła muzykę, priorytety były chyba trochę inne… Wydaje mi się, że w większości przypadków tworzono muzykę, która miała duszę.

Edyta: Myślę, że dzisiaj też istnieją artyści, którzy mają tego rodzaju przekaz. Na pewno dużo łatwiej dziś stać się zauważonym, chociażby dzięki internetowi. Wystarczy zrobić coś wykraczającego poza normy, a natychmiast jest się na świeczniku. Zauważyłam nawet, że im bardziej jest to negatywne, tym lepiej, bo jak powszechnie wiadomo- zła wiadomość to dobra wiadomość dla mediów. Nie chcę tego oceniać, po prostu tak jest. Myślę, że jestem konserwą. Zależy mi jedynie na tym, żeby tworzyć piękne piosenki.Najważniejsze, żeby piosenka spodobała się słuchaczom,a ludzie na podstawie fajnego singla kupili moją płytę. Nie chciałabym jej za wszelką cenę promować. Bałabym się brać udział we wszelkiego rodzaju targach próżności.

Maciej: Pani po prostu nie musi sobie na to pozwalać…

Edyta: Fajne jest to, że zajmowanie się muzyką jest dla mnie wciąż zabawą…zabawą która stała się moim zawodem.

Maciej: To już chyba lepiej być nie może?

Edyta: Żeby tylko zdrowie dopisało. Ostatni rok był tragiczny, obfitował w same nieciekawe sytuacje. Wszyscy chorowali. Dlatego życzę Tobie i wszystkim czytelnikom dużo zdrowia, w tym nowym 2013 roku. A czy my może jesteśmy przy ostatnim pytaniu?

Maciej: Nic mi o tym nie wiadomo

Edyta: O Jezu, no to ja się pośpieszyłam z tymi życzeniami

Maciej: To się wytnie i wklei na koniec…

Edyta: Nieee! Właśnie nie, zostawcie to.

Maciej: Istnieje w pamięci moment życia do którego najchętniej pani wraca?

Edyta: Dużo jest takich momentów. Moja pamięć jest bardzo żywa; niesamowita ilość różnych obrazów, dźwięków. Niczego nie żałuję.

Maciej: Czego mogę dziś życzyć kobiecie, która…

Edyta: Która skończyła 48 lat? (śmiech)

Maciej: Też… ale przede wszystkim czego dziś mogę życzyć kobiecie, która swym nieziemskim głosem zmieniła świat muzyki?

Edyta: Cały świat. Proszę, powiedz, że cały… (śmiech)

Maciej: Cały. Bez dwóch zdań.

Edyta: Czego można mi życzyć? Żebym z moim głosem doszła w końcu do formy, nagrała cudowną płytę i była po prostu sobą. I żebym nie znikała już na tak długo.

Maciej: To niech się tak stanie. Życzę pani tego najszczerzej jak tylko potrafię.

Edyta: „Let it be, let it be. Let it be, let it be. Whisper words of wisdom, let it be…” Dziękuję.

(Wywiad autoryzowany).

 

TYLKO JEDNA TAKA SZANSA – ROZMOWA Z OLĄ NIPARKO

Kiedy wszedłem do poznańskiej kawiarni „Dylemat”, gdzie się umówiliśmy, poznałem ją z daleka. Nic zresztą dziwnego. Jej twarz zapadła mi w pamięć z telewizji, z gazet, z Internetu. Gdy podszedłem, wstała i szybko wyciągnęła rękę. „Jestem Ola” – powiedziała, mimo że przedstawiać się nie musiała, a z naszej dwójki anonimem byłem ja. Tak rozpoczęła się dla mnie niezwykła rozmowa z osobą, która w ciągu kilku miesięcy z kopciuszka, stała się obytą ze światem mediów pasjonatką kuchni. W liceum mówili mi – powie, zanim o cokolwiek zapytam – że jestem kurą domową. Że sprzątam, piorę i prowadzę ogródek. Śmiali się ze mnie. Dopiero po MasterChefie ludzie przekonali się, że cicha Ola może coś pokazać. I wszystkim opadły szczęki.

Rozmowa z Olą Niparko, uczestniczką I polskiej edycji programu MasterChef.

źródło: masterchefpolska.pl
źródło: masterchefpolska.pl

 

O tym, że masz bardzo dobry smak w kuchni – wiemy. Spróbuj opisać teraz jak smakuje popularność.

Boję się tego, że gro ludzi lubi mnie tylko z litości dla mojego brata. Dostaję mnóstwo wiadomości, że robię karierę na nieszczęściu Tomka, że wykorzystano przykrą sytuację z mojego domu. Jest to nieprawda. Przeszłam precasting, gdzie Rafał Targosz pochwalił moją dobrą kompozycję smaków. Nawet te słowa, które usłyszałam od Magdy Gessler, że takiej kaczki jeszcze nie jadła, utwierdziło mnie w przekonaniu, że mogę w tym kierunku iść dalej. Tym bardziej, że taką kaczkę robiłam drugi raz w życiu. Pierwszy raz – w sobotę, a drugi raz – w niedzielę, na casting główny. A potrawa, co może zabrzmieć dziwnie, mi się przyśniła.

No właśnie. Często mówisz o tym, że przepisy pojawiają się w Twoich snach. W tej restauracji marzeń też planujesz serwować dania, które Ci się przyśnią?

Tak! Często tak mam, że w jeden dzień pomyślę o rybie i na drugi dzień mam już na nią piętnaście pomysłów. Nawet śni mi się jak miałoby to po prostu wyglądać na talerzu. W swojej restauracji chcę podawać potrawy, które będą odzwierciedlały moje wnętrze. Nie chcę, by było to danie szablonowe, ale by było ciepłe i podane z miłością. By nad tym wszystkim dominowała moja pewna szalona myśl. To nie będą białe ściany, lecz mnóstwo kolorów, ciepło, zapach ziół, aromaty wydobywające się z kuchni.

Myślisz, że popularność, którą zdobyłaś w programie, może Ci pomóc w realizacji tych marzeń?

Nie chcę w przyszłości grać cały czas tą kartą, że byłam w MasterChefie. Chcę dojść do czegoś sama. Nie chcę pisać w CV, że „byłam w MasterChefie – weźcie mnie”. Nie. Nawet nie chcę się tym przesadnie chwalić. Chcę, by renoma mojego nazwiska zależała ode mnie, a nie od tego, że wystąpiłam w jakimś programie.

 

„Bałam się tego, że może
porwałam się z motyką na słońce”

 

Twoja przyszła restauracja to także Twój brat, który ma mieć zapewnione w niej honorowe miejsce.

Tak. Jesteśmy bliźniakami, wychowywaliśmy się razem, mieliśmy trudną sytuację w domu. To wszystko nas bardzo zbliżyło. Nie mówię, że chcę wiązać z nim przyszłość tak, że np. nie wyjdę za mąż bo jest brat. Jeśli będzie miał w życiu problemy i będę mogła mu jakoś pomóc – zawsze znajdzie miejsce w mojej restauracji. Nie chcę jednak czegoś takiego, że podporządkuję swoje życie tylko mojemu bratu. Chcę żyć swoim życiem, ale on musi wiedzieć, że zawsze mu pomogę.

 Tomek jest Twoim najostrzejszym krytykiem, ale postanowiłaś spróbować swoich sił przed zawodowymi kucharzami. Jak wspominasz pierwsze chwile w programie?

Bardzo się bałam, kiedy pojechałam na precasting. Słyszałam tam opowieści mnóstwa ludzi, którzy opowiadali o swoich życiach, o tym skąd pochodzą, jak dużo jeździli po świecie. Niektórzy byli z Grecji, niektórzy z Włoch, a nawet z Afryki. Pomyślałam: matko! Mam osiemnaście lat, zawsze siedziałam w Polsce, nie wyjeżdżałam za granicę. Raz tylko byłam w Niemczech, ale niczego tam nie jadłam. Bałam się, ale potem okazało się, że przeszłam na casting główny do Krakowa. Tam była trójka jury. Miałam godzinę na przygotowanie potrawy, bardzo się stresowałam, tym bardziej, że nie znałam piekarników, kuchenek. Garnki były całkowicie inne niż te, z których korzystam w domu.

Czego bałaś się najbardziej? Krytyki?

Jak już jechałam tym wózkiem, słyszałam jak te koła się kręcą, myślałam sobie: Matko Boska, będzie wszystko źle i wyjdę z wielkim płaczem, że się nie udało. Może nie obawiałam się aż tak bardzo tego, że krytyka załamie mnie tak, że nie będę więcej gotować. Bałam się tego, że może porwałam się z motyką na słońce; że mogłam przygotować coś prostszego, niż to wyrafinowane danie, na które się zdecydowałam. No ale jednak się udało.

źródło: materiały prasowe TVN

Wielkim fanem Twojego talentu stał się Michel Moran. Zaproponował Ci nawet staż. To chyba propozycja nie do odrzucenia.

Nie do odrzucenia i nawet już wykorzystana. We wrześniu byłam pięć dni na stażu u Michela. Zaproponował mi po tym, że w każdej chwili mogę się do niego zgłosić i odbywać dalsze staże.

Jak wyglądał ten staż?

Kiedy zrezygnowałam po szóstym odcinku, dużo jeździłam po szpitalach. We wrześniu udało mi się wykroić pięć dni wolnego, wiec pojechałam do Warszawy i pojawiłam się w jego restauracji. Przyjął mnie z otwartymi rękoma. Kuchnia była podzielona na ciepłą i zimną. Ja pracowałam na zimnej. W pierwszym dniu przyglądałam się jak to wszystko wygląda.  A potem kucharze pozwolili mi dekorować talerze, podawać desery czy przystawki. Zobaczyłam jak pracuje profesjonalna kuchnia.

 

„Pani Gessler zwróciła mi uwagę, że za cicho mówię.
Powiedziała „Ola, mów trochę głośniej, więcej energii!””

 

Jak się czułaś pracując już z tak profesjonalnym zespołem? Twoje marzenia w dalszym ciągu się spełniały.

Nie wierzyłam, że w ogóle tam jestem. Czułam się taka… ważna. Kiedy dostałam bluzę gastronomiczną, pomyślałam, że teraz wyglądam jak mały, poważny kucharz.

Myślisz o tym, żeby podczas studiów zacząć już pracować?

Na pewno nie na pierwszym roku. Chcę wszystko zdać spokojnie, wdrożyć się w studencki świat. Dopiero od drugiego roku zacznę o tym myśleć.

Wróćmy do MasterChefa. Jakie wrażenie zrobiła na Tobie Magda Gessler?

Ona nas tylko oceniała, nie rozmawiała z nami prywatnie. Nie miałam więc okazji jej dobrze poznać. Ale jest na pewno dobrym człowiekiem i zna się na tym, co robi. Jeździła po różnych krajach, wie co i jak powinno smakować. Jej zdanie było z pewnością dla mnie bardzo ważne.

A zdanie którego z jurorów miało dla Ciebie największe znaczenie?

Do mnie najczęściej podchodzili Michel i Ania, więc z nimi miałam najlepszy kontakt. Czasami pytali się co robię, podpowiadali co mogę dodać, więc ich zdanie było najważniejsze. Choć na poligonie, pani Gessler zwróciła mi uwagę, że za cicho mówię. Powiedziała „Ola, mów trochę głośniej, więcej energii!”. Każda uwaga wkuwała mi się w pamięć, nauczyłam się co i jak mam po kolei robić, więc na pewno pod tym względem mi ten program pomógł.

Wspomniałaś o poligonie. Odeszłaś z programu, bo nie mogłaś narażać oczu na zbytni wysiłek. Poligon był chyba sporą lekcją wuefu.

Tak, zwłaszcza, że od drugiej klasy podstawówki nie biegałam i nie skakałam. Ale że inni uczestnicy są wspaniali, polecili mi, żebym nie forsowała się i chodziła po lżejsze rzeczy, po zioła, a oni ganiali np. po ziemniaki. No ale zbiegając z wału, upadłam na beton. Wydaje mi się jednak, że poligon mimo wszystko pogorszył moją sprawę z oczami. Tak samo dźwigając cebulę, którą mieliśmy kroić, złamałam zasadę, której miałam się trzymać od dziecka, więc kosztowało mnie to właśnie tyle, że musiałam zrezygnować. Żal był, ale zdrowie ważniejsze.

Jedno z dań, które Ola zaserwowała w programie: Filet z karpia z ziołami i sosem pomidorowym / źródło: masterchef.tvn.pl

Oprócz wysiłku, wpływającego źle na Twoje oczy, była także kwestia silnych, studyjnych świateł. Nie było możliwości, byś występowała np. w ciemnych okularach?

To były surowe światła, a ja byłam wtedy bardzo osłabiona. Byłam po maturze, do tego byłam chora. Oko było czerwone, miałam zapalenie mięśnia. Wchodząc do studia, te światła na mnie tak działały, że oko mi łzawiło i czułam, jakbym miała wrzątek w gałce. Cały czas mnie piekło i leciały mi łzy. Ciemne okulary akurat w tym wypadku nic by nie pomogły. Ja nawet nie mogę ich nosić. Dopiero pomogły mi szybka reakcja lekarza i zmiana złych leków.

W którym momencie podjęłaś decyzję, że to już koniec?

Zdiagnozowano u mnie chorobę i dzień po tym, jak byłam u lekarza mój stan na tyle się pogorszył, że powiedziałam, że nie wystąpię. Po tym, jak Basia poszła do spiżarni wiedziałam, że muszę już zrezygnować. Bolało jak diabli, bo chciałam walczyć dalej, tym bardziej, że były mięsa – to, co kocham. No ale niestety. Za długo moi rodzice walczyli z chorobą, żebym mogła to stracić.

Pozostał żal.

Tak, ale powiedziałam, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, więc raczej nie wystąpię w drugiej edycji. Tym bardziej, że uważam, że taką szansę od losu dostaje się raz. Ja już swój raz wykorzystałam i drugiego razu chyba nie będzie.

Jak wyglądały kulisy programu? Z kim dogadywałaś się najlepiej?

O kulisach nie mogę za bardzo mówić. Uczestnicy natomiast się śmiali, że byłam ich małym dzieckiem, bo byłam najmłodsza. Z każdym się dobrze dogadywałam, nie było jakichś spięć, nerwówek. My się traktowaliśmy jak jedna wielka rodzina, jedliśmy kolację razem, gadaliśmy po nocach do rana. Każdy, jak umiał, pomagał sobie. Jak np. zaspałam, to wszyscy do mnie pukali naraz „Ola, wstawaj, bo się spóźnisz!”.

Zamknęłaś ten etap swojego życia, rozpoczęłaś kolejny – studia. Technologia żywienia ma być kolejnym krokiem do zrealizowania Twoich marzeń.

Studia są teraz najważniejsze w moim życiu. Są moim „planem A”. Muszę mieć jakieś wykształcenie, muszę mieć to „mgr” przed nazwiskiem, jak mówi mój tata. Być może wyjadę też kiedyś za granicę, by się dalej kształcić.

Jak widzisz swoją przyszłość? Zwiążesz ją z Poznaniem czy wrócisz w swoje rodzinne strony, do Zielonej Góry?

Nie wrócę do domu. Nie otworzę tam restauracji, bo Zielona Góra stała się bardziej miastem sypialnianym. Tu jest więcej możliwości, choć myślałam bardziej o Krakowie bądź Warszawie. Z Krakowem wiąże mnie historia sentymentalna i deptak. Zakochałam się w tym mieście. Warszawa to natomiast dobry rynek zbytu i ta restauracja rzeczywiście mogłaby mieć tam jakiś swój zaczątek.

Rozmawiał: Łukasz Lipiński

zapraszamy na fanpage Oli Niparko na facebooku: www.facebook.com/nutkasmaku