Archiwa tagu: uczniowie

OD WRZEŚNIA „SZKOŁA” – NOWY SERIAL PARADOKUMENTALNY TVN

Fakt, że seriale paradokumentalne cieszą się ogromną popularnością nikogo już nie dziwi. Właśnie dlatego mnożą się jak grzyby po deszczu.

Źródło: ŚwiatSeriali.pl/ Agencja W. Impact  Czytaj więcej na http://www.swiatseriali.pl/seriale/szkola-1111/news-szkola-prawdziwe-oblicze-polskiej-edukacji,nId,1486654#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome
Źródło: ŚwiatSeriali.pl/ Agencja W. Impact

Od 1. września w TVN emitowany będzie nowy serial o nazwie „Szkoła”. Akcja serialu toczyć się będzie w szkole (głównie gimnazjum i liceum) wokół problemów nastolatków. Kluczową rolę odegrają również nauczyciele zaangażowani w codzienne problemy uczniów. Każdy z odcinków opowie dwie zamknięte historie. Jak to często bywa w serialach paradokumentalnych – pojawi się narrator wszechwiedzący.

Serial kręcony jest w ogromnej hali, która łudząco przypomina prawdziwą szkołę. Losy uczniów ukazane w serialu są inspirowane prawdziwymi historiami, głównie opowiedzianymi przez nauczycieli. Można będzie obserwować dwa światy odwiecznie przenikające się: z jednej strony pedagodzy stojący na straży moralności i bezpieczeństwa podopiecznych, z drugiej zaś problematyczni nastolatkowie i ich kłopoty. Mówi się, że serial jest swoistym novum na rynku, lecz przypomina on „Szkołę życia” emitowaną w TVP2, która obecnie cieszy się szerokim odbiorem.

Społeczeństwo lubi seriale paradokumentalne z prostej przyczyny, sytuacje ukazane w nich często dotyczą ich życia osobistego. Szukają oni w nich rozwiązania własnych problemów. Inni natomiast w takich serialach szukają głównie sensacji i rozrywki. Prosty w odbiorze serial paradokumentalny nie wymaga wysiłku intelektualnego i stanowi pewnego rodzaju odprężenie mózgu.

WYKSZTAŁCENIE NA TELEFON

Ciemne chmury nadciągnęły nad populację edukujących się młodych ludzi. Sesja, matura, czy obrona potrafią przysporzyć nie lada problemów i stresu. Czasem nawet otrzymanie promocji do następnej klasy staje się ogromnym wyzwaniem. To wszystko łączy się ze spędzeniem sporej ilości czasu na czytaniu, analizowaniu, liczeniu… Co więc mają powiedzieć ci, którzy są mniej zdolni, zapracowani lub po prostu leniwi?

Fot. http://keytolive.blogspot.com/2012/11/blog-post.html
Fot. http://keytolive.blogspot.com/2012/11/blog-post.html

Można przygotowywać się systematycznie, zabierając się za „zagadnienie problemowe” odpowiednio wcześnie – stworzyć swego rodzaju plan działania i zgodnie z nim sukcesywnie robić postępy. Wtedy mamy pewność, że wystarczy nam czasu na wszystko to, co niezbędne do pozyskania pożądanej wiedzy. Przyznać trzeba, że taki wariant edukacji brzmi dość kusząco i dla zabieganych i dla opornych, bo nie obciąża dokuczliwie ani naszego terminarza, ani też zmęczonej nauką głowy. Dodatkowo, stopniowo przyswajany i powtarzany materiał pozostanie nam na dłużej, co sprawia, iż nie musimy się już obawiać luk w pamięci w najistotniejszym momencie, czyli zasiadając bezbronnie przed komisją. Kolejnym plusem takiej nauki, jest zdecydowanie fakt, iż daje nam ona możliwość skorzystania ze swego rodzaju wyjścia awaryjnego. Mianowicie, kiedy postępy przez nas czynione okażą się być mniej widoczne niż zakładaliśmy, bądź też po głębszej analizie wybrany przez nas temat stanie się dla nas zbyt rozległy zawsze mamy czas na ewentualne zmiany bądź korekty. Nie oszukujmy się jednak… Choć wizja takiej nauki, a konkretniej mówiąc jej efektów brzmi dla każdego niemal zachwycająco, tak zwolenników takiego przyswajania wiedzy ze świecą szukać. Niezależnie od tego, jak pracowici i jak ambitni byśmy byli, lenistwo dość często jednak bierze górę…

Wtedy pozostaje nam jedynie wersja komunistyczna, w której to wyrabiamy 300% normy. Chodzi więc o przyswojenie jak najobszerniejszej wiedzy w czasie maksymalnie krótkim. Sposoby jednak są wielorakie. Niektórzy uczą się nocami, twierdząc, że edukacja po północy przynosi największe efekty. Jeszcze inni, zasiadają do materiału kilka godzin przed sądnym momentem, sugerując, że nic nie motywuje do nauki lepiej niż stres. Jeszcze inni polegają na starej metodzie wkładania książek pod poduszkę. Natomiast Ci najbardziej opieszali, którzy podręczników nawet nie dotknęli uciekają się do modlitwy, bądź liczą na jakieś 13 gramów szczęścia.

Co jednak, jeśli powyższa wersja jest dla nas zbyt ryzykowna a systematyczna nauka zdecydowanie nam nie leży? Ja w tym wypadku mam przed oczami moją mamę, która ze srogą miną mówi, zapewne nie obce nikomu, słowa: „Przecież nikt za ciebie tego nie zrobi!”. I racja, mamo. Nikt za mnie się nie nauczy. Ale pracę napisze jak najbardziej…

W dobie internetu znalezienie osoby, która wykona dla nas jakiś projekt to żaden problem. Po wpisaniu w wyszukiwarkę naszego „zagadnienia problemowego” wyskoczą nam zaraz rozmaite strony, które oferują szeroki wachlarz pomocy. Praca magisterska, licencjacka, zaliczeniowa? Prezentacja maturalna? Referat? Proszę bardzo. Można kupić „gotowca”, konspekt czy sam zbiór materiałów. Można zlecić to „profesjonalistom”, czy za pośrednictwem konkretnej witryny umówić się z kimkolwiek, kto zapragnie sprzedać swoją własność intelektualną. 3 strony czy 60? Nie ma sprawy. Wystarczy dysponować odpowiednią kwotą, przysiąść na dzień bądź dwa przed egzaminem, przeczytać i gotowe, zdane, zaliczone… Czy aby na pewno?

Niekoniecznie. Na stronach tych nie ma nic o gwarancji sukcesu. Nikt nie obiecuje zwrotu pieniędzy w razie ewentualnego niepowodzenia. A jak można się domyślić, bywa różnie… O ile praca napisana przed osobę kompetentną jest lepsza niż ta, napisana przez kompletnego laika, tak kwestia przygotowania, wygłoszenia czy obrony pozostaje nadal w gestii zdającego. To jego wiedza i umiejętności będą oceniane. Jeśli mimo to, że występuje z czyjąś pracą jest bystry, inteligentny i oczytany zapewne sobie poradzi. Jeśli natomiast nie ma pojęcia o czym mówi, a w gruncie rzeczy również o tym co tak właściwie robi tu i teraz, to i dobry Boże nie pomoże…

Zapewne znajdzie się ktoś, kto powie, że przecież w takim zdawaniu nie ma nic złego. Skoro ktoś nie umie pisać prac bądź też po prostu nie ma na to czasu, jest to świetne rozwiązanie dla niego, jak i dla zleceniobiorcy. Bo i wilk syty i owca cała. Jednak rozmyślając nad tym, nasuwa mi się jedno pytanie… Jeśli ktoś nie umie sobie poradzić tam gdzie jest, to może po prostu nie powinno go tam być?

Natalia KRAWCZYK

JAK ZACHOWAĆ ŚWIEŻOŚĆ UMYSŁU?!

Często nauczyciele słyszą narzekania uczniów pytających o to, dlaczego muszą się ‘tego’ uczyć skoro i tak w przyszłości znajomość ‘tego’ nic im nie da. Może i nie zostaną lekarzami, ale na pewno poprawią kondycję umysłu.

Fot. pochodzi z: http://www.tapetyczne.pl/tapeta/887-czytanie-ksiazki-na-trawie-dziewczyna
Fot. pochodzi z: http://www.tapetyczne.pl/tapeta/887-czytanie-ksiazki-na-trawie-dziewczyna

Ucząc się konkretnych zagadnień z nielubianego przedmiotu wypracować można nawyk szybkiego uczenia, a co za tym idzie zapamiętywania, kojarzenia faktów, gdyż bardzo często różne dziedziny nauk przenikają się wzajemnie. Język polski w szkołach często dla ucznia jest ogromną męczarnią, na lekcjach siedzą żeby siedzieć i nie mieć godzin nieusprawiedliwionych. Takie zachowanie często spowodowane jest brakiem wpojonego zwyczaju czytania książek, a o czytaniu ich ze zrozumieniem aż strach wspomnieć.

Książki nie parzą ani też nie ziębią, a mimo to tak niewiele osób po nie sięga. Należy wspomnieć, że ten problem dotyczy nie tylko uczniów ale także dorosłych. Dlaczego użyłam słowo ‘problem’? Ludzie uważają książki za niepotrzebną rzecz, która nic im w życiu nie da, ale nic bardziej mylnego. Ci, co regularnie sięgają po książki i to nie z obowiązku szkolnego tylko własnych potrzeb, po pierwsze potrafią formułować poprawne zdania i wypowiadać się. Odpowiedni dobór słownictwa stawia nas w innym świetle, nasz rozmówca uważa nas za osoby mające coś ciekawego do powiedzenia. Po drugie, książki zapalają w umyśle człowieka światełko, które ukierunkowuje go na dany pogląd. Książki zmuszają do myślenia, poszerzają wiedzę i świadomość człowieka, wzbudzają także fantazję pomagając ukształtować jakiś obraz w umyśle. Po trzecie książki to przede wszystkim skarbnice wiedzy, z których chcąc dowiedzieć się więcej trzeba je przeczytać. Jest to doskonała rozrywka dla ciekawych świata. Książki wyrabiają także uczucie empatii, kiedy wczuwamy się w rolę bohatera po głowie zaczynają krążyć myśli co ja zrobiłabym ja miejscu bohatera np. powieści. Mając na uwadze słowo książka chodzi mi głównie o książkę namacalną, pachnącą nowością i drukiem albo tę o zapachu starości z lekko pożółkłymi kartkami, może z kleksem po rozlanej kawie ale tej jeszcze bardziej wartościowej, która nie tylko zawiera historię samą w sobie ale także tę historię tworzy.
Oczywiste jest, że wysiłek fizyczny dobroczynnie wpływa na ludzki umysł. Bieganie, jazda na rowerze czy chociażby spacer to nie tylko aktywność wspomagająca utrzymania ciała w dobrej kondycji ale także wspomaga nasz umysł. Nie bez powodu zaleca się przerwy w nauce, które mają stanowić np. spacery na świeżym powietrzu, dotleniające umysł. Po takim zabiegu łatwiej się skupić czy zapamiętać daną treść.
Inną formą pracy nad funkcjonowaniem naszego umysłu jest rozwiązywanie krzyżówek, sudoku, gra w scrabble itp. Każda z wymienionych rozrywek uaktywnia lewą półkulę mózgu, uczymy się logicznego myślenia, a nawet zwiększamy poziom naszej inteligencji. Wielu lekarzy twierdzi, że rozwiązywanie krzyżówek czy sudoku doskonale usprawniają pracę mózgu m.in. także w taki sposób, że pozwalają zachować ‘młodość’ umysłu na dłużej a także opóźniają występowanie takiej choroby jak chociażby choroba Alzheimera.
Uczmy się języków obcych i nie wmawiajmy sobie, że nie mamy do tego daru. Czytajmy książki ale nie te w tzw. PDF-ach lecz te, w których słychać szelest kartek. Bawmy się ale nie siedząc przed konsolą do gry ale wykorzystując inteligentne możliwości jakie dają nam krzyżówki.

SZKOLNA SPRAWIEDLIWOŚĆ – MOŻLIWA CZY NIE?

Szkoła to miejsce, gdzie spędzamy większość naszego czasu. To nie tylko miejsce, gdzie zdobywamy wiedzę i oceny (mniej lub bardziej uczciwie), ale także spotykamy przyjaciół, zakochujemy się, śmiejemy czy, po prostu żyjemy. Czego wymagamy od szkoły oprócz tego, że daje nam nowe znajomości, ludzi, dzięki którym uśmiechamy się? Myślę, że przede wszystkim sprawiedliwości. Czy jest to możliwe? I czy to działa w obie strony?

Godzina ósma. Jesteś zdenerwowany sprawdzianem z matematyki, który ma odbyć się na trzeciej lekcji. Wewnątrz czujesz, że nie powinieneś się denerwować, bo przecież kto przesiedział kilka dni nad materiałem? No właśnie ty. Pisałeś, liczyłeś, sprawdzałeś, nawet wzory umiesz. Więc o co chodzi. Wszystko będzie dobrze. Godzina prawdy nadchodzi. Siedzisz z bolącym brzuchem w ławce i dostajesz sprawdzian – idealnie. Wszystkie zadania już widziałeś, wiesz, jak wyliczyć. Uśmiechnięty zabierasz się do pracy, ale z boku słyszysz – „Pst, pomożesz mi? Od tej oceny zależy moja przyszłość w tej szkole”. Spoglądasz na kolegę, a potem na nauczyciela. Skoro umiesz, to dlaczego masz nie pomóc? Piszesz więc dwa sprawdziany – dajesz ściągać koledze, a z klasy wychodzisz zadowolony, że nie tylko odniosłeś swój osobisty sukces, ale także uratowałeś znajomego od „kibla” z matmy.

Źródło: http://szkola.wp.pl/kat,108802,opage,2,title,Zrezygnowac-ze-szkolnych-ocen,wid,13275613,wiadomosc.html?ticaid=1e395
Źródło: http://szkola.wp.pl/kat,108802,opage,2,title,Zrezygnowac-ze-szkolnych-ocen,wid,13275613,wiadomosc.html?ticaid=1e395

Przychodzi dzień oddawania sprawdzianu. Jesteś spokojny, prawie pewny dobrej oceny, pocieszająco patrzysz też na kolegę, który boi się wyniku. Nauczyciel zaczyna wymieniać oceny. Kiedy wśród prac nie ma twojej – jesteś pewny, że zostanie wyróżniona. „Mamy jednego ściągacza”. Nic nie rozumiesz. Nauczyciel podaje ci twoją pracę z wielkim napisem – PRACA NIESAMODZIELNA. Spoglądasz na kolegę, któremu pomogłeś. Cieszy się z piątki. Dajesz mu znaki, żeby powiedział, jak było naprawdę. Udaje, że cię nie widzi, a w twoim dzienniczku ląduje ocena niedostateczna.

Czy w szkole jest możliwe sprawiedliwe ocenianie? To pytanie dręczyło i będzie dręczyć każdego, zwłaszcza, że młodym ludziom powtarza się nieustannie, iż na tym świecie nie ma sprawiedliwości. Nauczyciele mają więc trudne zadanie, aby sprawiedliwie ocenić swoich podopiecznych. Czy udaje im się to? Wielokrotnie, każdy z nas spotkał się z przejawami niesprawiedliwości. Na jednym sprawdzianie jedyne pół punktu brakowało ci do wyższej oceny, ale nauczyciel nie podarował – postawił ocenę, jaka mieściła się w kryteriach. Ale na kolejnym sprawdzianie to twojej koleżance brakowało takiej samej ilości punktu. Jej się udało – nauczyciel postawił ocenę wyżej dodając jedynie mały minusik. Czy to sprawiedliwe? Pewnie nie. Skoro kurczowo trzymamy się kryteriów – niech dotyczy to każdego ucznia, bo czy ty różnisz się czymś od twojej koleżanki? W szkole, w procesie oceniania, nie powinien być istotny twój status społeczny, pochodzenie, zawód rodziców, ale wiedza i to, co nią reprezentujesz. Czy jednak tak rzeczywiście jest? Pewnie nie do końca. W czasach, w których żyjemy nawet nauczyciele stają się coraz mniej obiektywni, chociaż oczywiście, nie wszyscy, ale są to wyjątki, które niestety potwierdzają regułę.

Uczniowie bardzo często narzekają, że nauczyciele wybierają sobie swoich ulubieńców, że tylko z nimi rozmawiają, że łaskawszym okiem patrzą na nich podczas odpowiedzi, kartkówek czy sprawdzianów. Ale tak już z nami, uczniami, jest – widzimy każde potknięcie naszej pani profesor lub szanownego pana profesora. Każda niesprawiedliwa ocena, każde przychylne spojrzenie w kierunku faworyta klasowego, każdy uśmiech i próba podpowiedzi dla kogoś, kogo lubi. Ale czy my jesteśmy wobec innych sprawiedliwi? Wyobraźmy sobie sytuację: dostajemy sprawdzian. Liczymy punkty ( kto z nas tego nie robi – w poszukiwaniu zbawiennego punkcika, który podwyższy nam ocenę). Okazuję się, że nauczyciel się pomylił, ale zrobił to na naszą korzyść. Nie wiemy, czy było to zamierzone, dlatego sprawiedliwym byłoby iść i zgłosić pomyłkę, ale wtedy jest ryzyko, a raczej pewność, że zmieni się ocena – na gorsze. Co robi większość z nas? Zapomina i nie zgłasza. Czy to jest sprawiedliwe? Tego nie widzimy, swoich błędów staramy się nie dostrzegać, ale gdyby nauczyciel zaniżył nam ilość punktów – stalibyśmy pierwsi w kolejce do biurka ze złością w oczach.

Sprawiedliwość w szkole jest ciężka do osiągnięcia. Ale nie jest niemożliwa. Jest tylko jedna zasada: uczciwość i równość. To już połowa drogi do sukcesu. Ze swojej strony życzę wszystkim uczniom, żeby sami byli sprawiedliwi, a na swojej drodze spotkali takich nauczycieli, którzy będą sprawiedliwi wobec wszystkich swoich uczniów. Tym, którzy takich mają – zazdroszczę .

Katarzyna PÓŁTORACZYK

WIARA VS TRADYCJA

Polska uznawana za kraj katolicki. wszyscy obchodzimy święta, wyczekujemy pierwszej gwiazdki, malujemy jajka ale ilu odwiedza kościół? Mieliśmy prawo wyboru czy jeszcze nieświadomi staliśmy się przynależni do wspólnoty kościoła?

Matka Boska z Dzieciątkiem w Gaju oliwnym/ Fot. Archiwum.
Matka Boska z Dzieciątkiem w Gaju oliwnym/ Fot. Archiwum.

Nauki religijne wpajane są nam od najmłodszych lat. W tej chwili religia jako przedmiot szkolny liczy się również do ogólnej klasyfikacji podczas oceniania. Niby przedmiot nieobowiązkowy, lecz by na niego nie uczestniczyć należy wypełnić pisemną deklarację swojej woli, więc odgórnym założeniem jest, że uczęszczają na niego wszyscy. W szkołach ponadgimnazjalnych można zaobserwować, że zwiększa się procentowa ilość osób, które rezygnują z tego przedmiotu, lecz we wcześniejszych etapach edukacji są to raczej sytuacje rzadkie. Można postawić przed sobą pytanie jak czują się dzieci, które nie pochodzą z rodzin katolickich, są ateistami lub wyznają inną religie? Dzieci mogą czuć się wyalienowane, odłączone od grupy, co w tym wieku ta, jak i każda inna odmienność staje się powodem zainteresowania jak i niejednokrotnie żartów czy nawet kpin. Uświadamiając sobie problem warto również pokusić się nad rozważeniem, czy korzystniej byłoby nauczać religii w szkółkach niedzielnych jak to miało miejsce kiedyś, niż w szkołach. Wtedy faktycznie chodziłyby na nią dzieci chcące posiąść odpowiednią wiedzę, a nie jak w stadzie owiec na pastwisku jedna za drugą- bo przecież wszyscy chodzą.

Poza nauczaniem religii warto również poruszyć problem obchodzenia świąt, na przykładzie Wielkiej Nocy. W Wielkosobotni poranek szykujemy koszyczki wypełnione pisankami, barankiem z masła i innymi przysmakami. Przy święceniu potraw są wręcz tłumy wiernych, a samo święcenie odbywa się do późnych godzin popołudniowych dosłownie co kilkanaście minut. Obchodzenie świąt Wielkiej Nocy to nie tylko pójście do tak zwanej ‘święconki” ale przede wszystkim Triduum Paschalne, czyli 3 dni obrzędów w kościele mających na celu upamiętnić mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa oraz przygotować do głębokiego przeżycia uroczystości. Ci, którzy święcić potrawy idą, już niekoniecznie wkładają swój wysiłek, by w reszcie przygotować uczestniczyć.

Przy obchodach świąt Bożego Narodzenia jeszcze więcej tradycyjnych zachować: ubieranie choinki, karp pływający we wannie, szał kupowania prezentów i unoszący się w domu zapach jabłek i cynamonu. Magię świąt przysłania szaleństwo zakupów, przez które zapomina się o faktycznym ich znaczeniu. Takie to rodzinne i pogodne święta, lecz zamiast jak to nakazuje wiara północ spędzić na Pasterce to często przed telewizorem z Kelvinem- bo przecież nie ma świąt bez Kevina.

Sakrament Komunii to znów swoista impreza dla rodziny, bardziej obchodzi się uroczystość tą w restauracji gdzie podany jest suty obiad, a największą frajdą dla Komunisty jest zabawa nowym iPodem, telefonem, gdyż rower staje się coraz mniej zadowalającym prezentem, nie wspominając już o tradycyjnym zegarku. Biała szata nie robi wrażenia, a uroczystości w kościele stają się nieprzyjemną koniecznością. Warto wspomnieć również, że często Komunia staje się rewią mody szczególnie wśród młodych dziewcząt, które zamiast skromnej alby wkładają falbaniaste suknie, które przypominają bardziej te ślubne.

Śmiem twierdzić, że do sakramentu Bierzmowania przystępuje już mniej młodzieży. Bycie ateistą w dzisiejszych czasach stało się modne, ale wielu z nich świadomie podejmują tę decyzję, ze względu nie odczuwania jeszcze gotowości do kolejnego etapu pogłębienia swojej wiary. Zresztą nie da się ukryć, ale kościół jako instytucja również stała się odpychająca chociażby ze względu na nagłośnione przez media przypadki molestowania młodych chłopców przez księży.

Nieraz słyszy się tłumaczenia „idź do bierzmowania jak wszyscy, później będziesz chciał wziąć ślub i co?” ale znów po co nam ślub kościelny, gdy nie czujemy głębokiego poczucia wiary? Tu po raz kolejny potwierdza nam się, że tak wypada, że to dla rodziny, z tradycji, ze taka już kolej rzeczy.

Powszechne stało się twierdzenie ‘wierzący, ale nie praktykujący”. Czy tutaj nie pojawia się paradoks? Jeśli uważa się siebie za osobę wierzącą to dlaczego nie spełnia się podstawowych warunków, jakie nakazuje nam religia chociażby jak „pamiętaj, abyś dzień święty świecił?” znów staramy sobie sami stworzyć religie, która będzie odpowiadała naszym wymaganiom; wierzymy wybiórczo? Czy na pewno na tym to polega?

I pojawia się decydująca kwestia-chrzest. Wkraczamy we wspólnotę kościoła mali, nieświadomi, nie zdający sobie sprawy z niczego. Tym bardziej niegotowi i niezdolni do podejmowania decyzji jaką religię chcemy wyznawać. Od kiedy tylko pamiętamy nauczani jesteśmy tej jednej religii, a jakakolwiek nasza wątpliwość szybko jest negowana. Może trafne byłoby zamiast lekcji religii w szkole religioznawstwo, by móc w pełni świadomie zdecydować w co chcemy wierzyć. Po osiągnięciu wieku dojrzałości, z wolnego wyboru, nie z przypadku…

Sonia TOMKOWIAK

BUFETOWE SZALEŃSTWO!

„Czekaj, przepuść mnie!”, „Mogę przejść?”, „No nie pchaj się”, „Przepraszam, muszę przejść do okienka, zaraz się spóźnię na lekcję”, „Ej, tu jest kolejka!” – Słowa, które wypowiadają miliony uczniów polskich szkół, stojąc w kolejce do bufetu szkolnego. Co ich tam przyciąga? Dlaczego tak wielu z nas korzysta z ofert szkolnych kafeterii?

Andruty kaliskie. Fot. http://ekozakupy24.pl
Andruty kaliskie. Fot. http://ekozakupy24.pl

Codziennie, na każdej przerwie przechodząc obok szkolnego bufetu, widzę ciągnącą się przez połowę korytarza kolejkę, z której dochodzą mnie zniecierpliwione głosy kolegów i koleżanek, nerwowe pokrzykiwania oraz błagalne tony osób, które proszą o ustąpienie miejsca w kolejce, bojąc się spóźnienia na następną lekcję. Wszyscy, jak jeden mąż, próbują się jak najszybciej dostać do wspomnianego okienka, aby tam zakupić to, na co akurat mają ochotę. A co do wyboru? Batoniki, wafelki, drożdżówki, kanapki, pączki, babeczki, paluszki, chipsy, pizzerinki, hot-dogi, napoje gazowane, kawa, czyli generalnie to, co młodzież lubi podjadać najbardziej, i co obecne jest w większości szkolnych bufetów czy „sklepików”, jakie powstały w szkołach w Polsce. Wszystko jest dobre i niezdrowe… Dlaczego? Zdrowe jedzenie nie zdaje egzaminu. Zestresowani lekcjami uczniowie, drżący przed niezapowiedzianymi kartkówkami czy niespodziewaną odpowiedzią przy tablicy, wybierają słodkości, coś co chociaż na chwilę da im trochę energii na kolejne „bardzo ciekawe” lekcje i poprawi samopoczucie, które w wielu przypadkach może być nie najlepsze.

Aby jednak dostać to, co spowoduje chwilowy uśmiech na naszych twarzach, pobudzi przed lekcją, albo zaspokoi burczenie w żołądku, trzeba przebrnąć przez niełatwy tor przeszkód. Nogi złośliwych koleżanek, szturchania zdenerwowanych współzawodników, okrzyki poirytowanych, przed których właśnie się wepchnęliśmy, złośliwe szepty i plany zemsty tych, którym nie udało się wcześniej dostać do okienka. Kiedy już myślisz, że jesteś u celu, ślinka cieknie na widok słodkości, jakie masz do wyboru, przed tobą pojawia się jeden ze „szczwanych lisów” i teraz to Ty zaliczasz się do zgrai narzekających, którym ktoś nagle przeszkodził w dotarciu do wymarzonego celu, jakim jest bufetowe okienko. W końcu jednak jesteś, docierasz, i tylko od Ciebie zależy, co za chwilę będziesz spożywał. Nie obchodzą Cię nerwowe głosy sąsiadów, którzy też przecież chcą jeszcze coś zakupić. Ty rozmyślasz nad przyszłym drugim śniadaniem. Już wiesz… Wyciągasz potrzebną sumę pieniędzy, klnąc pod nosem, że przepłacasz, ale mimo to, nie mogłeś się powstrzymać od zakupienia pyszności, niezdrowych pyszności szkolnych. Teraz przed Tobą jawi się droga wyjścia na „ światło dzienne” z tłumu zgłodniałych. Udaje Ci się, mimo że nie obyło się bez uszczypliwych komentarzy, pełnych zazdrości spojrzeń, że Tobie pierwszemu się powiodło. Oddychasz głęboko…

Kiedy już przebrnąłeś przez niezwykle trudny tor, masz przerwę dla siebie, możesz się nią cieszyć do woli, pogryzając i delektując się zakupioną przez siebie drożdżówką, lub pączkiem, spoglądając z zadowoleniem na wzrok osób, którzy nie mieli odwagi, aby zmierzyć się z przejściem przez zatłoczony korytarz do bufetowego okienka. Siadasz na jednej z ławek, krzeseł (jeżeli akurat są wolne) lub parapecie i rozkoszujesz się pysznym smakiem słodkości. Zapominasz o tym, ze za chwilę czekają na ciebie ciężkie lekcje. Za chwilę dosiadają się do ciebie ludzie z twojej klasy i wtedy zaczyna się prawdziwa integracja, słychać śmiechy, krzyki, poddenerwowanie lekcjami, stres przed kolejnymi zajęciami. Przyjacielskie szturchania, żarty, przedrzeźnianie nauczycieli przy pączku, bułce czy innych pysznościach z bufetu, to idealna przerwa dla każdego ucznia.

Szkolne kafeterie przyciągają tym, co smakuje nam najlepiej i choć nie jest do końca zdrowym pożywieniem dla młodego człowieka, a ceny często zwalają z nóg, my, uczniowie nie możemy sobie odmówić małych przyjemności pomiędzy wyczerpującymi zajęciami szkolnymi. I mimo że dostanie się do kasy sklepikowej, przed dzwonkiem, kończącym przerwę graniczy z cudem, myślę, że bez tego „bufetowego szału” przerwy i szkolne życie nie byłoby takie samo.

Katarzyna PÓŁTORACZYK