Archiwa tagu: trawa

NIECAŁA PRAWDA O ELICIE INTELEKTUALNEJ POLITECHNIKI

Poliwóda

Imprezy w akademikach wpisane są w cotygodniowy rozkład zajęć Polibudy. Często od zajęć zajmują pozycję silniejszą. Przez uczestników opatrywane są klauzulą tajności. Jednak ich tajność kończy się zwyczajnym brakiem pamięci. Chyba, że jesteś biernym uczestnikiem, ale bycie biernym uczestnikiem jest gorsze – wtedy dowiadujesz się jak to wszystko wygląda…

Po dotarciu na miejsce, słyszę brzdęk rozbijającego się szkła. Zdając sobie sprawę z tego, że na podłodze wylądowały moje piwa uświadamiam sobie, iż to nie jest mój dzień. Zresztą i tak miałam dziś być tylko bierną częścią tej imprezy. Zrezygnowana i obojętna siadam za stołem i czekam na dalszy rozwój akcji. Wszystko miało zacząć się o 19:30. Jest po 20, a w pokoju znajduje się siedem osób. Nie przejmuję się tym jednak. Wiem że niebawem liczba uczestników imprezy przekroczy listę zaproszonych gości. Wśród głosów rozpaczy tkwiących w mej głowie, słyszę cichy głos ratunku: – W 216 sprzedają piwo. Mają Tyskie, Żubra, Warkę i pedała, tylko Lech się skończył bo jakąś promocję zrobili. Iskierka nadziei sprawia, że wstaję z miejsca i kieruję się na drugie piętro. Pukam pod wskazany adres i otwieram drzwi nie czekając na odpowiedź. Wystrój pokoju trochę mnie onieśmiela – porozrzucane rzeczy, sterta nieumytych garów i wysypujące się z kosza śmieci, a w dodatku ten zapach lekkiego smrodu – no ale w końcu nie przyszłam na inspekcję. Ciemnowłosy chłopak otwiera lodówkę i pokazuje mi dostępny asortyment. Dowiadując się, że miano pedała zyskał Desperados, biorę dwa i jak najszybciej ewakuuję się z tego jakże „przytulnego gniazdka”. Trochę mnie zastanawia brak obaw przed trzymaniem w pokoju około 300 sztuk piwa. Z drugiej strony piwo jest legalne, więc pewnie większe problemy sprawi tu dodatkowa lodówka.
Pogrążona w rozmyślaniach, wracam na imprezę, która powoli przybiera tempa. Pojawia się coraz więcej ludzi. Większość z nich to znajomi. Jest jednak grupka, która przybyła tu na „krzywy ryj”. Grupka niczym się jednak nie przejmuje. Widocznie dobrze czuje się w tym towarzystwie. W końcu jej celem, tak jak celem pozostałych, jest dobra zabawa. Powoli zaczyna tworzyć się chaos. Do tego muzyka gra tak głośno, że nikt nie jest w stanie pozbierać swoich myśli. Niektórzy z gości nieśmiało wyciągają piwo, inni czekają na coś mocniejszego. I wreszcie pojawia się ona – wielbiona przez wszystkich cytryna.

Izotoniczna moc cytryny

 

Cytrynówka
Cytrynówka

Jej tajna receptura jest ciągle udoskonalana w prowizorycznych pokojach akademików. Każdy z akademików ma swoich producentów. Każdy z klientów ma swoich ulubionych dostawców. Jej wyrób i pochodzenie składników jest tajne. Jedyna pewna rzecz to cena – dycha za pół litra. Widząc szczęście na twarzach innych i moje lekkie zmieszanie, Jacek wyjawia mi tajniki produkcji i potencjał, który drzemie w tym napoju. – Studenci lubią dużo imprezować, więc muszą dużo pić. Stawiają na cytrynę bo to dość tani interes. My też jesteśmy zadowoleni bo na produkcji zarabiamy około 100%. Jak jest dobry tydzień to może tego pójść nawet z 50 litrów. Chociaż w sumie czasami nam się to średnio opłaca, bo przepijemy ¾ zarobionej kasy. Jeśli chodzi o produkcję, to każdy pokój ma inny sposób. Ja na przykład obieram cytryny i gotuję skórki, potem dodaję cukier, wyciskam miąższ i sok, gotuję, zalewam spirytusem, rozcieńczam wodą i miażdży ryj. Z reguły zostawiam na dwa dni, ale… zazwyczaj po godzinie schodzi. Jeśli chodzi o konkurencję, to konkurencji nie ma. Zamiast niej jest współpraca w ustalaniu cen i polecanie innych, w razie braku towaru.

W końcu sama postanawiam spróbować wielbionego przez wszystkich trunku. Z przymrużeniem oka mogę uznać, że smakuje całkiem nieźle. Chociaż cytryna usilnie próbuje zabić ostry smak spirytusu, ten nie daje za wygraną informując, że nie będzie współpracował, bo wcale nie minęły dwa dni od daty produkcji. Nikomu jednak to nie przeszkadza. Butelki są opróżniane w zawrotnym tempie. Atmosfera się rozluźnia. Niektórzy zaczynają nawet tańczyć. Wśród zgiełku i chaosu, usłyszeć da się także zwierzenia i rozmowy o tym, jak ciężkie są studia i jak łatwo można z nich wylecieć.

Na szczęście miał guza mózgu

Wiesz, mam jednego waruna, ale niedługo zostanę inżynierem.
Co to jest jeden warun, w sumie nie z takiego bagna się człowiek wywijał.
Dokładnie, ale najgorsza była etka….
Etka – oficjalnie znana pod nazwą elektrotechniki i elektroniki, jest główną przyczyną smutnego końca kariery naukowej wśród wielu studentów automatyki. Bowiem tam, gdzie kończy się analiza matematyczna, robotyka, czy rachunek operatorowy, kończą się żarty – zaczyna się etka na czele z mistrzem do spraw elektrotechniki, zwanym przez studentów Szymanem.
Warunek miało chyba z 60% roku. Podobno za naszą pomocą, profesor chciał pobić rekord wystawionych luf. No, ale nie udało mu się… Miał guza i poszedł do szpitala. Dzięki temu egzamin przeprowadzał wuja Rybar, więc mieliśmy realne szanse na jego zdanie. Podobno sam profesor kazał się nam modlić by za szybko nie wyszedł ze szpitala, bo jeśli wyjdzie, to wszystkich nas ujebie. Nie wyszedł…

Zza krat…

Trudne rozmowy i rozważania nad sensem życia dają znać o tym, że nastąpiła kolejna faza imprezy – faza wyznań i lekkiego delirium. Rozpoczęły się też toasty, niekiedy połączone z wylaniem zawartości trzymanego w ręku kieliszka. Po jednym z nich, z niechęcią, udaję się do toalety. Ta czynność jest bowiem dla mnie ostatecznością. Łazienka nie przypomina tu parku krajobrazowego. W sumie nawet nie przypomina łazienki. Jest koszmarem każdej sprzątaczki, która czyszcząc toalety mruczy pod nosem: – Inteligencja, kurwa, inteligencja. Zapewne ma trochę racji, ale przecież kibel sam się nie wyczyści. Nawet zalanie toalety środkami chemicznymi i zamknięcie jej na pół dnia, za wiele nie pomoże. Postanawiam udać się na wyższe piętro, na którym większość mieszkańców stanowią kobiety. Tam przynajmniej nie śmierdzi tak bardzo i zawsze pozostaje nadzieja na odnalezienie papieru.
Wracając czuję dym unoszącej się w powietrzu trawy i jestem pewna, że impreza sięga fazy większego majaczenia. Sprzedaż trawy jest w akademiku przemysłem zorganizowanym. Towar udostępnia się tylko znajomym. Wszyscy boją się ryzyka. Podobno studenci palą najczęściej gdy na uczelni są trudne egzaminy i trzeba się rozluźnić. Najczęściej nie oznacza jednak, że nie ma ku temu innych okazji. Trawa schodzi zazwyczaj jak świeże bułeczki. –Puszczamy to jak najszybciej się da. Każdy ma swój zapas i jakoś w przeciągu godziny rozprowadza wśród swoich. Jeżeli przychodzi obca osoba to z miejsca jest niszczona. Środki ostrożności muszą sięgać najwyższego poziomu, bo w każdej chwili można się spodziewać nalotu. Kontrola akademików mogłaby czasem przypominać więzienie o zaostrzonym rygorze . Chociaż często jej stan faktyczny nie odpowiada rzeczywistości staje się uciążliwa i pozbawia studentów prywatności. Rolę przodującą w tej materii wiodą portierzy, którzy teoretycznie nie mają do tego żadnych praw. Niektórym zdarza się jednak wcielać w rolę stróżów prawa i wpadać z wizytą by sprawdzić czy mieszkańcy grzecznie śpią i czy nie puszczają zbyt głośnej muzyki. Do pokoju bez skrępowania może wejść także kierownik akademika w towarzystwie osoby z samorządu. I nie jest istotne to, że w pokoju nikogo nie ma. Oprócz tego zdarzają się wizyty policji, poszukującej wszystkiego co nielegalne. Policja może wejść w każdej chwili i przetrzepać twój pokój. Oprócz tego wszędzie są kamery. Nawet jak idziesz srać to cię kamerują, totalny brak prywatności.

                                                       ….na wolność

Prywatność zostaje przerwana przez kilka głosów informujących, że nadszedł moment, by wyjść na miasto. Zazwyczaj zajmuje to dużo czasu, jednak dziś wszyscy gotowi są w zawrotnym tempie. Po godzinie, ci którzy jeszcze trzymają się na nogach, wyruszają na przystanek. Chociaż autobus jest przepełniony, każdy odnajduje w nim swoje miejsce. Niektórzy mają go nawet nadmiar. Gdy wśród krzyków i przyśpiewek słyszę: – UAM, UAM rozłóż uda, bo nadchodzi Polibuda.- pragnę zabić autora tego tekstu. W związku z tym odwracam się z pogardą by ujrzeć okolczykowanego gościa, który swym ubiorem przypomina mi podróbę ucznia prywatnej szkoły w amerykańskim filmie…no więc, jeśli tak wygląda przedstawiciel elity intelektualnej, to ja postoję i co najwyżej ręce rozłożę. Z drugiej strony może jego desperacja jest uzasadniona – w końcu dziewczyny są na polibudzie towarem deficytowym. Zazwyczaj gatunek ten występuje na twardych dyskach komputerów.

Po dotarciu na właściwy przystanek zaczyna się dyskusja na temat tego, do którego klubu się udać. Po wizycie w trzech kolejnych, w których część osób ze względu na swój stan nie przeszła selekcji, uświadamiam sobie, że dalsza wędrówka nie ma sensu i postanawiam wrócić do domu…

Paulina SKÓRZEWSKA