Archiwa tagu: Sprzedaż

KOMERCJALIZACJA ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA

Wczoraj, oglądając telewizję, natknęłam się na reklamę pewnego sklepu, który oferuje sprzedaż choinek. Wszystko pięknie, ładnie… ale zaraz, przecież mamy dopiero połowę listopada?

Fot. Paulina Zych.
Fot. Paulina Zych.

Sytuacja ta następuje rok w rok. Koniec października, w sklepach pojawiają się przeróżne oferty mniejszych, większych, szklanych, plastikowych, kolorowych zniczy. Można kupić świeże lub też sztuczne kwiaty. Następuje szał kupna wiązanek. Wreszcie, listopad, miesiąc, w którym większość myśli skupia się na ludzkiej egzystencji, w pewnym stopniu odnosząc się również do sfery spirytualnej… Ludzie w ciszy, a także w pewnym nastroju zadumy udają się na cmentarze i wspominają zmarłe, bliskie im osoby.

Jednak wraz z końcem pierwszego tygodnia jedenastego miesiąca w roku, dla wielu osób kończy się okres refleksyjności. W telewizji pojawiają się reklamy prezentów, produktów „potrzebnych” do godnego świętowania Bożego Narodzenia. W centrach handlowych, przedwcześnie, widnieją liczne dekoracje,  ukazują się wymyślne opakowania świąteczne. W tym miesiącu, o dziwo, w radiu nie słyszałam jeszcze piosenki „Last Christmas…”.

Ale czy to wszystko, tak naprawdę, jest, aż tak bardzo w życiu ważne? Dochodzi do komercjalizacji Bożego Narodzenia. Zostaję coraz bardziej zatracona istota tych świąt. Nic nie ma takiego wpływu na zabieganą, zapracowaną osobę  jak otaczające ją media. Wokół, aż wrze od informacji, że coraz mniej czasu zostało na „kupno prezentów dla bliskich…”.  A to podświadomie oddziałuje na psychikę jednostki  oraz przyczynia się do tzw. przedświątecznej gorączki … i zysków dla handlu.

Należy pamiętać, iż świąteczne dekoracje witryn sklepowych i centrum handlowych, reklamy telewizyjne i ulotki, nie powstały tylko w celu wykreowania wyjątkowego, baśniowego nastroju świąt. I dlatego też, może warto zastanowić się, czy żyjąc w konsumpcyjnym świecie, usilnie nie podążamy tylko za tym, co wydaje się dla nas, powierzchownie interesujące, modne… za tym, co inni próbują nam wyperswadować.

NOWA GALERIA

Fot. http://www.galeriehandlowe.pl
Fot. http://www.galeriehandlowe.pl

Cofniemy się na chwilę do lat 20-tych XX wieku. Był wieczór w nowoczesnej – jak na tamte czasy – poznańskiej pracowni alchemicznej na ul. Grunwaldzkiej 6, na Wydziale Chemicznym UAM. Wydział ten – jak i cały Uniwersytet – już wtedy należał do najbardziej znanych i dynamicznie rozwijających się ośrodków naukowo-dydaktycznych w Europie. Trzej profesorowie przeprowadzali właśnie doświadczenia w swojej pracowni. Wbrew pozorom jednak wcale nie szukali kamienia filozoficznego, który od zawsze był przedmiotem poszukiwań wszystkich, bez wyjątku, alchemików – dzięki niemu stać się przecież miało możliwe przemienianie zwykłych metali w złoto.

Profesorowie skupili się tym razem na wehikule czasu, który pozwalać miał ludziom podróżować w czasie. Oczywiście oni tych podróży nie odbywali – chyba dlatego, że zbyt się bali, zresztą mieli od tego żądnych przygód studentów. Wspomnianego akurat wieczora chcieli wysłać w przyszłość jednego studenta z duszą bardzo artystyczną, któremu chodziła po głowie zamiana uczelni na malarską. Jarek Maciąg postanowił na 99% przenieść się do nowo powstałego Instytutu Sztuk Plastycznych. Ten pozostały 1% decyzji przeznaczony był na to, co powiedzą mu jego ulubieni profesorowie od chemii. Ci głowili się wspólnie nad tym, jak odwieść Jarka od malarskich pomysłów – nieoficjalnie, jako bardzo zdolny i obiecujący student, przeznaczony był już na następcę jednego z nich – i wtedy właśnie profesor szukający osoby  mogącej go zastąpić zaproponował wykorzystać wehikuł czasu: niech przeniesie się w czas przyszły i zobaczy, co będzie z Jarkiem-malarzem i jakie ma szanse. Przekona się, że malowanie to żadna przyszłość, a z chemią można góry przenosić. Wtedy, po powrocie, zdecyduje się tu zostać.

I w ten właśnie sposób Jarek Maciąg znalazł się w sobotę, 11 sierpnia 2012, na Festynie zorganizowanym w związku z otwarciem nowej linii tramwajowej w Poznaniu na Ratajach, która prowadziła w stronę rożnych centrów handlowych, sklepów, a także do największej w Europie zajezdni tramwajowej.

Zacznijmy od tego, że tramwaj, którego nie ciągnęły konie, i który wielki był jak pociąg, był dla Jarka czymś niezwykłym, niesamowitym i niezapomnianym, ale o tym – i jeszcze o autobusach, samochodach, komputerach i wielu innych rzeczach – powiedzieli mu koledzy-studenci, którzy w przyszłości byli przed nim. Jego najbardziej w XXI-wiecznym Poznaniu uderzyła galeria.

Wcale nie chodzi tu o żadną konkretną wystawę, ale o samo słowo, a raczej o związane z nim nazewnictwo – można powiedzieć o zawłaszczenie sobie słowa galeria przez handel i jego instytucje. Całe życie Jarek przekonany był, że galeria to salon wystawowy, w którym sprzedaje się, ale zawsze dzieła sztuki. Najczęściej były to obrazy, które miał malować po ukończeniu Instytutu Sztuk Plastycznych – wierzył, że mu się uda i osiągnie sukces. Galeria mogła też być po prostu kolekcją wybranych dzieł sztuki przeznaczonych do wystawiania i do sprzedaży, albo też zwyczajną ich ekspozycją o charakterze muzeum lub działu muzealnego. W ekstremalnych wypadkach, w XVII i XVIII wieku galeriami nazywano w dużych pałacach długie sale reprezentacyjne, oświetlane z jednej strony rzędem dużych okien, łączące dwie grupy pomieszczeń lub nawet dwie części budowli. Kiedyś – w czasach Jarka Maciąga, ale później też – galerie, szczególnie te duże zwykle zlokalizowane były w specjalnie do tego zaprojektowanych budynkach umożliwiających różnorodną aranżację przestrzeni wystawienniczej oraz jej iluminację. Często, dla stworzenia specjalnego nastroju, wykorzystywano też budowle zaprojektowane pierwotnie do zupełnie innych celów – mogły to być baszty, latarnie morskie, sale zamkowe, krypty, spichrze, młyny, wiatraki, hale fabryczne, bunkry, a nawet więzienia. Kiedy w takiej galerii otwierano nową wystawę, organizowano wernisaż – zwykle był on bardzo uroczysty, tylko dla zaproszonych gości, często połączony z konferencją prasową i przemowami organizatorów, specjalistów, krytyków i samych artystów. Galerie prezentowały też od czasu do czasu wystawy retrospektywne wybitnych artystów i osobowości sztuki. Najczęściej jednak organizowane tam były prezentacje indywidualne, zbiorowe, bądź środowiskowe – artystów tak polskich, jak i zagranicznych. W galeriach można było planować też różne spotkania autorskie, również te z ciekawymi postaciami z dziedziny sztuk wizualnych z kraju i z zagranicy, czasami zakładające współudział publiczności. Aranżowano tam też wykłady, seminaria, pokazy, odczyty, koncerty, spektakle teatralne, wieczory poetyckie, spotkania literackie, a nawet programy edukacyjne dla dzieci i młodzieży, choć to już po wojnie.

Tymczasem, kiedy Jarek tak sobie chodził wśród ludzi przybyłych na tramwajowy Festyn, wciąż słyszał w ich rozmowach o Galerii handlowej M1″ i jeszcze kilku innych o bardzo dziwnych nazwach – były to np.: „King cross”, „Pestka”, „Malta”. Śmieszne. Ludzie mówili też jak można do nich dojechać i chwalili zgodnie nową linię tramwajową, która przebiega pod ziemią tak, żeby tramwaje nie robiły zbyt dużego hałasu. Coś się Jarkowi jednak tu nie podobało. Galeria sprzedaje przecież obrazy, a on nie chciał żyć w czasach, w których nie ma zwykłej galerii, bo galeria handlowa to nazwa obiektu handlowego wybudowanego z przeznaczeniem na sklepy detaliczne. Szybko postanowił wrócić do siebie, w swoje czasy.

W pracowni alchemicznej na ul. Grunwaldzkiej 6, Jarek pojawił się dosyć prędko – profesorowie zdziwieni byli jego rychłym powrotem. Pytali co się stało. Jarek najpierw powiedział, że wybiera chemię, bo zwykłych galerii w przyszłości chyba nie będzie – tutaj aż widać było napięcie schodzące z całej trójki profesorów. Potem, z obłędem w oczach i bez zastanowienia Jarek ruszył do wyjścia mamrocząc pod nosem: sprzedaż jest tu słowem kluczowym. To tu jest pies pogrzebany.

Bowiem rzeczywiście – w każdej galerii coś się sprzedaje, a zaczęło się od obrazów.