Archiwa tagu: rozmowa

WOŁY I CIELĘTA

Piękna, słoneczna, iście majowa niedziela. Na skórze czuć ciepło promieni słonecznych i delikatny wietrzyk. Właśnie takimi dniami jak ten, wiosna wynagradza nam swoje tegoroczne spóźnienie.

Fot. http://www.chwilkawytchnienia.com/Perelki/Perelki37.ht
Fot. http://www.chwilkawytchnienia.com/Perelki/Perelki37.ht

Pociąg, którym tego dnia jechałam wydawał się jakby wygodniejszy, a jego pasażerowie milsi niż zazwyczaj. Myślałam, że w tak urokliwe dni opuszcza ludzi wszelka złość i negatywne nastawienie. Jak straszliwie się pomyliłam przekonałam się po wejściu do autobusu miejskiego przed dworcem PKP.

Autobus, jak to autobus odjeżdżający spod dworca, wypełniony był po brzegi ludźmi z walizkami i wielkimi torbami, głównie studentami wracającymi z rodzinnych miejscowości. Do maksymalnie ściśniętych już pasażerów autobusu zapragnęła dołączyć Pani Z Wózkiem, w którym siedziało roczne dziecko. Wielkie było jej oburzenie, gdy niełatwym zadaniem okazało się wejście do autobusu i przedostanie się do miejsca dla wózków. Kiedy kosztem ostatnich milimetrów przestrzeni osobistej zrobiliśmy miejsce dla Pani z Wózkiem, ta wyraźnie niezadowolona postanowiła podzielić się ze współpasażerami swoim zdaniem na ich temat. Co za brak kultury i wychowania! Żadnego szacunku dla starszych! – przez całą drogę komentowała Pani Z Wózkiem. – Od razu widać, że wieśniaki z zadupia przyjechały i porządnym ludziom życie utrudniają. Pegeery jedne!

Droga Pani, po co te nerwy? I skąd te uprzedzenia do studentów? Tak się składa, że tego samego dnia na własnej skórze przekonałam się, że nie tacy młodzi ludzie straszni, jak ich Pani Z Wózkiem maluje. Kilkanaście minut wcześniej dziewczyna, która usłyszała, że kupuję bilety na komunikację miejską zaproponowała, że odda mi swój ważny dobowy bilet, którego już nie wykorzysta, bo wyjeżdża właśnie z miasta. Kiedy chciałam jej zapłacić, stwierdziła, że nie chce żadnych pieniędzy, tylko z uśmiechem życzyła mi miłego dnia. Jeszcze wcześniej tego dnia, inni młodzieńcy ochoczo pomogli mi z dźwiganiem walizki, kiedy wsiadałam do pociągu, choć nawet nie zdążyłam o to poprosić.

Jak się okazało tej majowej niedzieli, w naturze młodych leży niczym nie skrępowana radość życia, płynąca z najmniejszych rzeczy, a często także bezinteresowność i gotowość do pomocy. Starsi ludzie niestety są już życiem zmęczeni, sfrustrowani i permanentnie niezadowoleni. Czy świat nie byłby piękniejszy, gdyby wół przypomniał sobie, jak wesołym cielęciem był i trochę się wyluzował?

„NIE JESTEM JUŻ TAMTĄ JENNY…”- JEDYNY WYWIAD Z EDYTĄ BARTOSIEWICZ.

Do ostatniego momentu nic nie było pewne… Edyta będzie miała czas, by porozmawiać? Starczy jej sił, po tak wyczerpującym, ponad dwugodzinnym koncercie? To w ogóle możliwe? I w końcu pytanie podstawowe… Dlaczego akurat nam miałaby udzielić wywiadu, skoro największe stacje i portale internetowe biją się o to, by usłyszeć z jej ust kilka słów. Do dziś nie wiem dlaczego Edyta Bartosiewicz postanowiła odpowiedzieć właśnie nam, na pytania, które nie były łatwe. Udało się. Jako jedyne media mogliśmy obcować z artystką, która zapisała się trwale na kartach muzycznej historii. Kanapa w garderobie była wygodna, światło przytłumione, a na tle ciszy pieścił moje uszy charakterystyczny, chrypliwy głos… Głos, który wyśpiewał mi wszystko… Zapraszam na wywiad. 

https://www.facebook.com/photo.php?v=10200181576240699&set=t.1190422624&type=3&theater
https://www.facebook.com/photo.php?v=10200181576240699&set=t.1190422624&type=3&theater

Maciej Zielinski: Wygląda pani świeżo i zachwycająco, czy przede mną siedzi kobieta spełniona? Fizycznie wszystko na to wskazuje, a jak jest duchowo?

Edyta Bartosiewicz: To bardzo trudne pytanie, wiesz? Nie tak łatwo będzie mi na nie odpowiedzieć… Jeśli chodzi o fizyczność to jestem w trakcie, można powiedzieć- procesu reanimacji. Właśnie tak nazwałam pięć koncertów, naszą mini trasę – „Renovatio prelude“, czyli preludium do odrodzenia. Dużo pracy włożyłam przez ostatnie lata, żeby naprawić siebie… i to pod każdym względem. Fizycznym, duchowym i mentalnym. Cieszę się, że rozpiera mnie energia i mogę zagrać fajny, ponad dwugodzinny koncert, a ludzie dobrze się na nim bawią. Oni czekali na mój powrót tyle lat, daje mi to niesamowitą siłę.Czuję , że jestem potrzebna.

Maciej: Nie sądziła pani, że jest potrzebna? Nie czuła tego pani?

Edyta: Wiesz, dopóki nie pojawisz się na scenie, by zagrać koncert, który jest biletowany i za który trzeba zapłacić, to tego nie wiesz.

Maciej: Trochę to już lat minęło. Bała się pani jak teraz będzie?

Edyta: Masz rację, trochę czasu minęło… Pojawiali się inni wykonawcy, zmieniał się rynek, ale jest mi niezwykle przyjemnie, że na wszystkich pięciu koncertach sale były zapełnione i czułam niezwykłą atmosferę. Granie po kilka bisów to cudowne uczucie. Wyjeżdżałam z każdego miasta niesamowicie szczęśliwa. Dzięki tym koncertom nabrałam wiatru w żagle i chcę działać dalej. Jestem na pewno inną osobą niż byłam kilkanaście lat temu. Dzisiaj z całą świadomością stwierdzam, że tamtej Jenny już nie ma. Po prostu przeszłam pewnego rodzaju transformację.

Maciej: Jak zmieniły panią lata nieobecności w życiu medialnym z którego zniknęła pani na długi okres? Czego się pani nauczyła przez ten czas, prócz z tego co słyszałem nabycia umiejętności gotowania?:)

Edyta: Faktycznie zaczęłam gotować, a obiecałam to w jakimś wywiadzie, jeszcze w 90-tych latach. Tak naprawdę nauczyłam się wielu rzeczy, ale za długo by o tym mówić. Zaczęłam odnajdywać przyjemność w drobiazgach, do których kiedyś nie przywiązywałam uwagi.. Natomiast jeśli chodzi o funkcjonowanie w świecie, w którym przyjdzie mi pracować, to nie za bardzo wiem, jak w nim funkcjonować, ponieważ wszystko strasznie się pozmieniało, a ja jestem dinozaurem z lat 90-tych. W pewnym sensie muszę zacząć od nowa.

Maciej: Jak debiutantka?

Edyta: Tak. Czuję się jak debiutantka i to jest fajne, bo człowiek nie jest wtedy stetryczały. Pomimo tego, że skończyłam właśnie 48 lat, to czuję we wszystkim, co robię świeżość, tak jakbym zaczynała od zera. Starsze piosenki, które gramy na koncertach, mają zupełnie inny wymiar. Śpiewam je inaczej niż kiedyś, niektóre są przearanżowane, ale nawet nie o to chodzi, po prostu mam w sobie zupełnie inną energię.

Maciej: Jakie uczucia towarzyszą artystce, która nagle musi zniknąć ze sceny, w czasie, gdy światła reflektorów skierowane są wyłącznie na nią?…

Edyta: To były dla mnie ciężkie lata. Nagrywaliśmy płytę w 2002 roku, zarejestrowaliśmy na niej wszystkie instrumenty, a ja nie mogłam najzwyczajniej w świecie zaśpiewać. Głos odmówił mi posłuszeństwa i to nie chodzi o to, że ja nie mogłam mówić, ale cały aparat, potrzebny do śpiewania, bawienia się wokalem, wyrażania emocji, u mnie zaniemógł. Wszystko runęło. Teraz, po latach myślę, że nie wytrzymałam swojego stylu życia, który był dosyć szybki i barwny,ale przede wszystkim brakowało mi zdrowych mechanizmów obronnych, byłam jak żółw bez skorupy.Przypłaciłam to długą ciszą, pojawiały się różne domysły, co się ze mną dzieje, nie miałam nawet sił, żeby to komentować. Starałam się przede wszystkim nawiązać kontakt ze sobą. Dużo się wydarzyło, ale nie są to sprawy, o których chcesz opowiadać przy każdej okazji. Może kiedyś, gdy nabiorę już dystansu, opiszę to w jakiejś książce. Na pewno ostatnie 12 lat było dla mnie owocnym czasem. Jestem przeszczęśliwa, bo chyba nigdy wcześniej nie bawiłam się tak na własnych koncertach, jak teraz.

Maciej: Czyli musiała się też pani nauczyć siebie?

Edyta: Absolutnie tak. Jak sobie myślę o tym wszystkim, to dochodzę do wniosku, że kiedyś ewidentnie nie miałam ze sobą kontaktu. To, co wydarzyło się w latach 90-tych, dotyczyło osoby, która stała gdzieś obok, jakiejś innej Bartosiewicz. Gdy potem zamilkłam, nie miałam żadnego planu awaryjnego. Moim życiem była i jest muzyka.

Maciej: Bolało pożegnanie się ze sceną? Przecież nie wiedziała pani jak wszystko dalej się potoczy. Jakie myśli kłębiły się wówczas w głowie?

Edyta: Wtedy waliłam głową w mur. Ciągle nagrywałam, starałam się za wszelką cenę wydobyć z siebie ten wokal. Wydałam mnóstwo pieniędzy na studio nagraniowe, na realizatorów. Myślałam, że każdego następnego dnia już wszystko będzie dobrze. Nie sądziłam, że to potrwa ponad dekadę. Gdyby ktoś w 2002 roku powiedział mi, że dopiero w 2013 mam szansę na wydanie płyty, to bym się totalnie załamała,scenariusz jak z horroru.

Maciej: Za wszelką cenę chciała się pani trzymać muzyki?

Edyta: Tak. Nie mogłam skończyć własnej płyty, to pisałam dla innych artystów, występowałam z nimi. Dziś zagraliśmy trzy nowe piosenki- „Renovatio”,“Madame Bijou“ i „Upaść by wstać”- z cudowną Moniką Kuszyńską, której jestem bardzo wdzięczna za to, że przyjęła moje zaproszenie. Monika to niezwykle wartościowa osoba, bardzo ją lubię i szanuję.

Maciej: Po latach przyznała pani, że teksty piosenek Edyty Bartosiewicz są w pełni autobiograficzne. Co stawało wcześniej na przeszkodzie, by powiedzieć „Tak. To moje życie. Wszystko o czym piszę przeżyłam na własnej skórze.”

Edyta: Jeśli coś przeżywasz całym sobą, to bardzo trudno o tym mówić wprost. Tekst piosenki ma umożliwić przekazanie pewnych emocji, którymi chcesz się podzielić ze światem. Bycie na scenie jest pewnego rodzaju ekshibicjonizmem, trzeba to w sobie mieć, bez dwóch zdań, ale artyści w różny sposób to prezentują swoim odbiorcom. Niektórzy są bardziej otwarci, inni mniej. W latach 90-tych, gdy miałam szczęście zaistnieć, muzyka stawiała na emocje, takie szczere do bólu. Dziś różnie z tym jest. Na pewno ‚opakowanie‘ artysty zyskało na znaczeniu.

Maciej: Jest pani bardzo tajemnicza… Nie mogę rozszyfrować, czy Edyta Bartosiewicz jest optymistką, czy może bardziej pesymistką?

Edyta: Chyba jestem trochę przewrotna. W swoich piosenkach często zdarza mi się wprowadzić słuchacza w nastrój mocno melancholijny, ale nigdy nie chcę zostawić go z niczym. Iskierka nadziei musi być. I ja też właśnie taka jestem. Widzę czasem świat w bardzo nieciekawych kolorach, ale to nie trwa zbyt długo.

Maciej: W pani przypadku lepiej pisze się teksty, gdy dusza krzyczy, serce krwawi a w naszym małym świecie wszystko się sypie, czy wręcz odwrotnie?- Gdy w życiu dominują same kolorowe barwy?

Edyta: Nie pamiętam, żeby w moim życiu dominowały same kolorowe barwy. Moje życie jest nieprzewidywalną sinusoidą o dużej amplitudzie.

Maciej: Co pani myśli o dzisiejszym rynku muzycznym, niekoniecznie polskim? Kiedy pani tworzyła muzykę, priorytety były chyba trochę inne… Wydaje mi się, że w większości przypadków tworzono muzykę, która miała duszę.

Edyta: Myślę, że dzisiaj też istnieją artyści, którzy mają tego rodzaju przekaz. Na pewno dużo łatwiej dziś stać się zauważonym, chociażby dzięki internetowi. Wystarczy zrobić coś wykraczającego poza normy, a natychmiast jest się na świeczniku. Zauważyłam nawet, że im bardziej jest to negatywne, tym lepiej, bo jak powszechnie wiadomo- zła wiadomość to dobra wiadomość dla mediów. Nie chcę tego oceniać, po prostu tak jest. Myślę, że jestem konserwą. Zależy mi jedynie na tym, żeby tworzyć piękne piosenki.Najważniejsze, żeby piosenka spodobała się słuchaczom,a ludzie na podstawie fajnego singla kupili moją płytę. Nie chciałabym jej za wszelką cenę promować. Bałabym się brać udział we wszelkiego rodzaju targach próżności.

Maciej: Pani po prostu nie musi sobie na to pozwalać…

Edyta: Fajne jest to, że zajmowanie się muzyką jest dla mnie wciąż zabawą…zabawą która stała się moim zawodem.

Maciej: To już chyba lepiej być nie może?

Edyta: Żeby tylko zdrowie dopisało. Ostatni rok był tragiczny, obfitował w same nieciekawe sytuacje. Wszyscy chorowali. Dlatego życzę Tobie i wszystkim czytelnikom dużo zdrowia, w tym nowym 2013 roku. A czy my może jesteśmy przy ostatnim pytaniu?

Maciej: Nic mi o tym nie wiadomo

Edyta: O Jezu, no to ja się pośpieszyłam z tymi życzeniami

Maciej: To się wytnie i wklei na koniec…

Edyta: Nieee! Właśnie nie, zostawcie to.

Maciej: Istnieje w pamięci moment życia do którego najchętniej pani wraca?

Edyta: Dużo jest takich momentów. Moja pamięć jest bardzo żywa; niesamowita ilość różnych obrazów, dźwięków. Niczego nie żałuję.

Maciej: Czego mogę dziś życzyć kobiecie, która…

Edyta: Która skończyła 48 lat? (śmiech)

Maciej: Też… ale przede wszystkim czego dziś mogę życzyć kobiecie, która swym nieziemskim głosem zmieniła świat muzyki?

Edyta: Cały świat. Proszę, powiedz, że cały… (śmiech)

Maciej: Cały. Bez dwóch zdań.

Edyta: Czego można mi życzyć? Żebym z moim głosem doszła w końcu do formy, nagrała cudowną płytę i była po prostu sobą. I żebym nie znikała już na tak długo.

Maciej: To niech się tak stanie. Życzę pani tego najszczerzej jak tylko potrafię.

Edyta: „Let it be, let it be. Let it be, let it be. Whisper words of wisdom, let it be…” Dziękuję.

(Wywiad autoryzowany).

 

O „NIEPRZYSIADALNOŚCI”

Fot. http://3.bp.blogspot.com/-6BaQDMQQUpk/TmZ3n52j8_I/AAAAAAAAACk/RfwFqyc1Rrs/s1600/239588.jpg
Fot. http://3.bp.blogspot.com/-6BaQDMQQUpk/TmZ3n52j8_I/AAAAAAAAACk/RfwFqyc1Rrs/s1600/239588.jpg

O tym, że warto czytać kryminały, że lepiej stracić wzrok niż słuch, o przeprowadzce na Kazimierz, o tym, że lubi palić papierosy, spędzać czas we własnym towarzystwie i o tym, że w miniony piątek był szczęśliwy, opowiadał wczoraj (11.11) wieczorem w poznańskiej „Głośnej” Marcin Świetlicki. Właściwie nie opowiadał „o” tylko odpowiadał na mniej lub bardziej ciekawe pytania zadawane przez publikę. Z dozą autoironii i absurdalnego humoru – tak właśnie ugościł uczestników spotkania autorskiego „Pierwsza połowa Marcina”. Nie chciał recytować, powiedział, że nie lubi, że nie od tego jest poeta, aby recytować własne teksty.

Ze wszystkich wypowiedzi artysty, które padły w trakcie spotkania wywnioskować można, że pisze dla własnej satysfakcji, bo jakaś siła mu tak podpowiada. We wstępie do publikacji z 2011 roku wydawnictwa EMG pt.Wiersze, z podkreśleniem na wiersze, a nie „‚wiersze zebrane’,albowiem wiersze zebrane to wyrok śmierci” napisał: „Poezję robi się przeciw. Przeciw instytucji, jakkolwiek by się nie nazywała. Przeciw każdej władzy. Przeciw niesprawiedliwości. Przeciw głupocie. Przeciw złym ludziom. Poezja jest ryzykiem. Poezja jest odwagą. Poezja jest niebezpieczna. Wszystko inne to łatwo przetłumaczalne na wiele języków świata bajdurzenie.”

Na pytanie o stan aktualnej „nieprzysiadalności”, odpowiedział, że ta z wiekiem maleje. Myślę jednak, że o tym, czy tak właśnie jest, każdy z czytelników odpowiedzieć powinien sobie sam. Dla większości Marcin Świetlicki pozostanie enigmą. Bo nie o to w tym chodzi „co autor miał na myśli?”. W końcu tylko on wie, „gdzie przychodzą umierać koty”.
Romina WACŁAWEK

PIĘTNASTOMINUTOWA PODRÓŻ SOCJOLOGICZNA TRAMWAJEM

Podróże kształcą.

 

Fot. pochodzi z: http://kurierkolejowy.eu/aktualnosci/8022/Krakow-kolejny-tramwaj-dla-niewidomych.html
Fot. pochodzi z: http://kurierkolejowy.eu/aktualnosci/8022/Krakow-kolejny-tramwaj-dla-niewidomych.html

Dopiero dziś zrozumiałam, ile tracę nie dojeżdżając tramwajami do poszczególnych miejsc w Poznaniu. Nie chodzi tutaj o ekonomiczną stronę refleksji. Co prawda taksówki są wygodniejsze, jednak rozmowa z taksówkarzem zawsze zamyka się na prognozie pogody i krytyce poczynań politycznych. A w tramwaju? Mnóstwo rozmów pouczających i tych mniej pouczających.

Dziś zastanawiałam się, jechać tramwajem? Taksówką? Tramwajem? Taksówką? Zdecydowałam się pojechać na Górczyn do serwisu komputerowego tramwajem, zrobiłam to pierwszy raz od dłuższego czasu. Był to mój szczęśliwy dzień, ponieważ odbierałam laptopa z serwisu – jak to w życiu dziennikarza często bywa, w jednym padł dysk, w drugim znowu coś innego…

Piętnastominutowa podróż w tamtą stronę była dla mnie sentymentalną podróżą po pierwszych latach studiów, ale też wyjątkowo pouczającą przejażdżką.

Podbiłam bilet w tym samym czasie, w którym tramwaj ruszył. Wtedy już słyszałam rozmowę dwóch starszych panów. Jeden siedział, drugi stał. Siedzący miał na głowie zimową czapkę z daszkiem, rysy bladej twarzy wskazywały na sędziwy wiek, mimo to, mężczyzna żwawo zadawał pytania stojącemu. Stojący posiadał czarną laskę, był niewidomy (dziwiłam się, dlaczego jego laska nie miała białego koloru). Jego oczy były mocno zaciśnięte powiekami. Na głowie wełniana czapka, w jednej ręce trzymał kurczowo torbę, drugą trzymał się poręczy a jeszcze pod pachą przyciskał laskę. Siedzący zadawał pytania, na które stojący odpowiadał:

Długo pan już nie widzi?

Jak miałem pięć lat zachorowałem na zapalenie opon mózgowych. W wyniku tej choroby straciłem wzrok.

Jak pan daje sobie radę? Musi być ciężko, ani telewizora obejrzeć, ani nic…

Nie jest źle. Są książki dla niewidomych. Mam dobrze zorganizowane życie. Nie można się przecież załamywać. Byle do przodu.

A jak pan jeździ sam tramwajem? Nie boi się pan, że wysiądzie nie na tym przystanku, co trzeba?

Nie, mam wyostrzony słuch, słyszę zapowiedzi przystanków. Jeżdżę tramwajami dla niewidomych.

Ciężkie życie, nie widzieć nic. Nie próbowali tego leczyć u pana, jak był pan jeszcze dzieckiem?

Próbowali, ale wzroku nie dało się odzyskać. Mam jeszcze uszkodzone inne nerwy.

Ta służba zdrowia leczy tylko jak się im dobrze zapłaci.

Nawet jak się dobrze zapłaci, to nie leczą dobrze. Nie ma sensu o tym myśleć, trzeba jakoś żyć. A ja to i do pracy chodzę i po zakupy. Nie ma co się załamywać.

To pan naprawdę zaradny jest.

W tym momencie rozmowę na chwilę uciął kolejny przystanek, tym razem Dworzec Zachodni. Mężczyzna chwycił za laskę, przygotowywał się do wyjścia, przełożył torbę w drugą dłoń. Starszy pan wtedy zapytał jeszcze:

Może pomóc panu zejść? Czy da pan radę?

Dam radę, proszę się nie martwić – schodząc ostrożnie ze schodów kontynuował – miłego dnia!

Wzajemnie i zdrowia życzę, bo to jest najważniejsze.

Ja również życzę zdrowia – kiwnął jeszcze dłonią na odchodne. Tramwaj ruszył. Na kolejnym przystanku dosiadła się kobieta w sędziwym wieku. Wybrała miejsce tuż obok starszego pana, który prowadził wcześniej dialog z niewidomym. Tramwaj nagle wydał sygnał ostrzegawczy i gwałtownie zahamował. Okazało się, że tuż przy Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych, na przejście dla pieszych wbiegła młoda dziewczyna nie zważając na czerwone światło. Wtedy właśnie starszy pan miał pretekst do nawiązania rozmowy ze staruszką:

Widziała pani, jakie roztargnione są te młode dziewczyny? Prawie pod tramwaj wleciała.

– Tak to już jest z młodymi – dodała staruszka.

…a może zakochana? – Wtrąciłam się do rozmowy.

Pewnie zakochana, to jest najbardziej prawdopodobne – uśmiechnął się pod nosem starszy pan.

A pani ile liczy sobie wiosenek? – Zadał bezceremonialnie pytanie staruszce.

Ja to już 83 lata mam, panie…

Dobrze się pani trzyma jak na ten wiek, a zakupy jeszcze sama pani robi?

Tak, daję radę jeszcze, ale ze wzrokiem już ciężko panie.

A bo to wiek już robi swoje ze wszystkimi. Na każdego przyjdzie czas, chociaż teraz i młodzi szybko umierają.

To też prawda.

Pani męża jeszcze ma, czy już pochowała?

Pochowałam już – tramwaj zbliżał się do kolejnego przystanku: Głogowska/Hetmańska, kobieta wstając z miejsca mówiła – ale panie, ja bym nie chciała jeszcze raz wyjść za mąż. Jakbym się jeszcze raz urodziła, nie wyszłabym za mąż.

Nie? Ano i tak bywa, ale pewnie jakby była pani jeszcze raz młoda, to chciałaby się z kimś związać?

Nie, nie, panie, na pewno nie. Daj pan spokój – przytrzymała się jeszcze poręczy i schodziła powoli dodając – do widzenia!

Starszy mężczyzna również ruszył z miejsca. Chwyciwszy się poręczy schodził powoli ze schodów, kulał na lewą nogę, skierował jeszcze do mnie kilka słów – Widzi pani, osiemdziesiąt trzy lata kobiecina, a jeszcze sama zakupy robi. Do widzenia, miłego dnia!

– Dziękuję, wzajemnie. Do widzenia.

Tak to już bywa, posiadamy często więcej, niż nam się wydaje, a nie potrafimy się z tego cieszyć. Inni natomiast posiadają o jeden zmysł mniej, a łapią życie pełnymi garściami i tak naprawdę dostrzegają więcej niż ludzie w pełni sprawni. Dopiero w takich okolicznościach zastanawiasz się, co by było, gdybyś nie widział, lub kulał na jedną nogę…Nie kuśmy jednak losu, ale… może warto przestać narzekać i zacząć cieszyć się z tego, co posiadamy?

DOBRA ROZMOWA KLUCZEM DO SUKCESU

Fot. http://partnerstwo.informativo.pl/komunikacja-w-zwiazku-cz-i/
Fot. http://partnerstwo.informativo.pl/komunikacja-w-zwiazku-cz-i/

Gdy ktoś mówi: „Tak trzeba. Musisz to zrobić”. Ma rację. Też masz rację twierdząc, że nie musisz robić tego czy tamtego, w taki lub w inny sposób. Doradzanie komuś jest rzeczą prostą, dużo nie wymagającą. Poprzez kilka zdań jesteś w stanie zrzucić z siebie ciężar obowiązku pomocy komuś i przenieść go na osobę, do której mówiłeś. Teraz wszystko zależy od drugiej osoby, czy dostosuje się do Twoich dobrych rad.
Wszystko przecież zależy od Ciebie. To Ty decydujesz o swoim losie. Jeśli Twoja sytuacja wymaga poprawy i wiesz co jest nie tak, to szukasz rozwiązań, aby wyjść z sytuacji dla Ciebie niekorzystnej. Potrzebujesz jedynie konkretnej informacji. Pytanie masz już sformułowane i łatwiej jest znaleźć Tobie odpowiedź. To duży plus, ponieważ często człowiek nie wie, co leży w zalążku jego problemu. Rozwiązań możesz szukać w Internecie, rozmawiając ze znajomymi, przyjaciółmi, itd. Możesz je również znaleźć w literaturze fachowej.
Jeśli jest Ci źle, a nie wiesz dlaczego, to zaniepokojony swoim stanem informujesz konkretne osoby i prosisz je o pomoc. Wiążesz nadzieję z nimi i jesteś pewny, że pomogą Tobie. Oni jednak zasypują Ciebie gotowymi rozwiązaniami. Czy aby na pewno, są one dla Ciebie dobre? Czy są dostosowane do Ciebie jako człowieka i do sytuacji, w jakiej się znalazłeś? Mimo, że ich chęć pomocy jest jak najbardziej szczera, to nie zawsze to co powiedzą musi pomóc. Mnogość „dobrych rad” może powodować niepotrzebny konflikt wewnątrz Ciebie. Niektóre z tych rozwiązań, mogą być niezgodne z Twoim charakterem, sposobem bycia i rozumowania. Zapewne doskonale znasz to z praktyki.
Wiedza o problemie i o tym, co tak naprawdę jest jego przyczyną, nie wystarczy. Ciężko jest samemu sobie pomóc. Brak narzędzi, umiejętności, czy choćby wsparcia w kimś może powodować dalsze zmaganie się kłopotami. Dodatkowych problemów mogą dostarczyć Tobie osoby u których szukałeś pomocy. Mogą załagodzić pewne Twoje zachowania ale kłopot nie zniknie.
Rady są bardzo niebezpieczne. Nie znając całej historii, lepiej jest się nie wypowiadać i poprzestać na zwykłym słuchaniu. Czasami chodzi o zwykłe wygadanie się. Jeśli ktoś może poświęcić Tobie trochę czasu byś mógł po prostu opowiedzieć o tym co Ciebie trapi, to będzie lepsze, niż zbieranie gotowców od różnych ludzi. Komplikacja sprawy może zacząć się od zwykłej tzw. „dobrej rady”.
Psycholog podczas spotkań z pacjentem zadaje dużo pytań. Zaskoczeniem jest fakt, że to wiedza dla obu stron. Psycholog słucha, by dowiedzieć się w czym jest problem i dopytuje, by zgromadzić więcej informacji. Pacjent z kolei słyszy siebie gdy opowiada sytuację i gdy odpowiada na pytania. Potem zaczyna cały czas przetwarzać te informacje. Wydobywa i dzieli się wiedzą, którą posiada. Psycholog jedynie zadaje pytania, a pacjent na nie udziela odpowiedzi. Po pewnym czasie samodzielnie znajduje rozwiązanie z sytuacji, z którą się zmaga. Nie ma tu doradzania, jest zgłębianie wiedzy na temat problemu, udzielanie odpowiedzi na pytania i odnajdywanie idealnie dopasowanej do siebie drogi. Tak poprowadzona rozmowa jest w stanie odnieść pozytywne rezultaty.

KACZY KUPER

Fot. pochodzi z http://www.galeria.nagrzyby.pl/v/users/Ania/test/Ania_006/Ania/kurczak+genera__+w+piekarniku.jpg.html
Fot. pochodzi z http://www.galeria.nagrzyby.pl/v/users/Ania/test/Ania_006/Ania/kurczak+genera__+w+piekarniku.jpg.html

Nieodmiennie i nieprzerwanie bawią mnie szyldy nad sklepami, w których można nabyć pożywne białko. Brzmią „mięso, wędliny, drób”. Jakby wędliny nie były mięsem albo drób nie mógł posłużyć za bazę dla nich. Jakby już nikomu nie wystarczył stary dobry mięsny. Co zresztą za różnica, skoro w punkcie nabywania mięsa, wędlin i drobiu oferuje się kupującym schab po żydowsku (pewnie koszerny!) albo jeszcze lepiej, skrzydełka wołowe? Mniejsza zatem o nazwę, liczy się drób, bo wokół drobiu koncentrowało się dzisiaj moje życie rodzinne. Konkretnie wokół kaczego drobiu, czy też, jak wolą fani Joanny Chmielewskiej,  kaczego zewłoka.

Otóż babcia wsadziła zewłok do pieca, a kiedy go wyciągnęła, okazał się niedopieczony. Babcia uznała niedopieczenie kaczki za swoją osobistą klęskę. Trochę uspokoiło ją odkrycie, że piekarnik jest zepsuty i nie grzeje od dołu, ale mimo wszystko niedopieczenie kaczki zostało zaliczone w poczet porażek życia. Z innych przyziemnych kwestii babcia zapytała o rozwój mojej kariery zawodowej i podliczywszy na głos moje zarobki z trzech źródeł (z których tylko jedno jest legalne) stwierdziła, że jeszcze nie może umierać. Babcia jest w wieku, w którym ludzie mają pełne prawo żartować sobie bardziej ze śmierci, niż z czyichś zarobków. Nad kaczym zewłokiem zdałam sobie sprawę, że babcia chociaż żartuje, to nie o taką Polskę walczyła.

Wygłosiwszy życzenie długowieczności babcia włączyła telewizor, przeczesała wszystkie kanały i zdecydowała zatrzymać się na tym, który emitował nieśmiertelny Kabaret Starszych Panów. Może babcia intuicyjnie wiedziała, że kabaret dostosuje się do rodzinnego menu i utrzyma w drobiowej tonacji. No, po prostu trafiła na skecz z udziałem bohatera Kaczyńskiego odgrywanego przez Czechowicza zresztą Mieczysława. Z entuzjazmem wspomniała jak to w internecie można było znaleźć zmontowane gagi obśmiewające polską rzeczywistość polityczną. Wiadomo, tu i tam Kaczyński. Ja też się śmiałam, ale co z tego, skoro śmiech przez łzy był?

Z drobiu dotarły do mnie dwie rzeczy. Że moje pokolenie nie będzie miało tego szczęścia, co babcia, nie dożyje emerytury, bo emerytury nie będzie. Trzeba więc, według zaleceń Waldemara Pawlaka odkładać do skarpety, ale też trzeba mieć z czego. Budzi to moje obawy związane z drobiem właśnie, bo czuję, że Polska młodzież gremialnie uwierzy w hymn mistrzostw Europy w piłce nożnej, z tym że tekst przeredaguje na Koko-koko-€-spoko i w tym celu bardziej masowo niż dotychczas zacznie opuszczać ojczyznę. Druga związana z drobiem obawa jest taka, że kto zostanie, będzie musiał zadowolić się kaczym kuprem, bo wyboru między skrzydełkiem a nóżką dokonali w jego imieniu parlamentarzyści. Trzecia, bardzo osobista obawa jest taka, że znajdą się czytelnicy, którzy zarzucą mi, że oto jajko próbuje być mądrzejsze od kury. Na swoją obronę mam tylko jedno. Jajek ci u nas dostatek…

Paulina REZMER

POMIĘDZY SŁOWAMI

Mowa jest dla nas bardzo ważna. Z naszych ust codziennie wypływa potok słów. Układamy je w zdania, tworzymy z nich informacje. Dzięki temu możemy się komunikować ze sobą.

Tymczasem słowa to zaledwie 7% przekazu. Pozostałą część stanowią: to w jaki sposób mówimy – 38% oraz w 55% (czyli w większości) mowa ciała.

Julia i Kamila/ Fot. Paulina Zych
Julia i Kamila/ Fot. Paulina Zych

Postawa, gesty, mimika naszych twarzy to swoiste źródła informacji. Dostarczają drugiej osobie wiele wiadomości o nas, naszych emocjach, stosunku do tematu rozmowy, czy do danej osoby. Działa to w obie strony, jako że omawiamy kontakty międzyludzkie, a więc rozmowę między dwoma osobami (a nie naprzykład rozmowę człowieka z psem, a właściwie mówienie człowieka do psa). Również słuchacz wysyła informacje w ten sam sposób
(z drugiej strony można by uznać zwierzęta, za mistrzów komunikacji niewerbalnej, gdyż żadne z nich nie powie nam: „Cieszę się, że masz dla mnie kiełbaskę”, a jedynie pomerda radośnie ogonem, a my wiemy że jest to oznaka radości). Dlatego niegrzecznie jest opierać głowę na ugiętych łokciach, gdyż jest to oznaka znudzenia.
Wyróżnia się dwie główne postawy: otwarta i zamkniętą. Pierwszą, swobodną przyjmują zazwyczaj ludzie pewni siebie i otwarci, są oni postrzegani przez otoczenie jako bardziej przyjaźni. W drugim przypadku część ciała jest zasłonięta poprzez skrzyżowanie rąk czy zasłonięcie się posiadanym przedmiotem (torebką, teczką, stanie za krzesłem). Taka postawa sygnalizuje, że osoba jest zamknięta w sobie, może się czegoś obawiać, być nieśmiała.
Mowa ciała często jest niekontrolowana. Niektóre zachowania możemy pohamować, inne nie. Założona „noga na nogę”, która nie znajduje się w pionie, sygnalizuje chęć i możliwość ucieczki, a strona w którą nogi są zwrócone – jej kierunek. Wiedząc o tym, możemy unikać tej postawy. Najtrudniej jest kontrolować mimikę. Twarz to ponad 700 mięśni, dzięki którym możemy wykonać około kilku tysięcy min. Z wyrazu twarzy, bez problemu, każdy może odczytać przynajmniej sześć głównych emocji: gniew, zaskoczenie, niesmak, smutek, zadość, zdziwienie. Przy czym każde z nich ma kilka, a nawet kilkanaście oblicz. Radość może być szczera, może wynikać też z grzeczności – uśmiechy takie różnią się od siebie; inny jest uśmiech do samego siebie (np. wywołany miłymi wspomnieniami), inny na widok lubianej osoby. Wszystko to maluje się na naszych twarzach.
Podczas mowy towarzyszy nam nieświadoma gestykulacja, często przejawiająca się wymachiwaniem rękoma. Istnieją również gesty świadomie. To te, które mają konkretne, zrozumiałe dla ogółu znaczenie np. uniesiony kciuk możemy nazwać synonimem sformułowania „O.K”.
Komunikacja niewerbalna to nie tylko sygnały, które wysyłamy w danym momencie.
Części naszego ciała; to jak jesteśmy zbudowani zdradza nasze predyspozycje do konkretnych cech charakteru. Znacząca jest tu wielkość i kształt ust, czy oczu, podbródka, czoła…
Również nasze przyzwyczajenia, nawyki (np. sposób trzymania filiżanki) nawiązują do cech osobowości. Wróćmy więc do filiżanki. E. Thiel wyodrębnił pod tym względem kilka typów osobowości. I tak „nerwus” trzyma filiżankę i papierosa, „lis” trzyma ją oburącz, „szybki Bill” nie potrzebuje ucha w ogóle, „leniwiec” nie wyjmuje łyżeczki, „paw” odgina mały palec podczas picia, a „aktor” obraca filiżankę dookoła. Z kolei: pukanie palcami w powierzchnię stołu oznacza nierozwiniętą wrażliwość muzyczną, ale również egoizm.

To tylko kilka przykładów, nie są one bezwzględne, ale gdybyśmy przeczytali ich więcej (np. w książkach, których na ten temat nie brakuje) z pewnością każdy znalazłby coś, na co pomyślałby „rzeczywiście!”.

Paula ŚLIWIŃSKA