Archiwa tagu: recenzja

JAK NAPISAĆ DOBRZE SPRZEDAJĄCY SIĘ KRYMINAŁ – CZYLI „ZIARNO PRAWDY” Z. MIŁOSZEWSKIEGO

Książka Zygmunta Miłoszewskiego „Ziarno prawdy” jest skonstruowana tak, jakby autor przy pisaniu korzystał z poradnika dla rzemieślników „Jak napisać dobrze sprzedający się kryminał”, który w dodatku da się zekranizować.

Czytaj dalej JAK NAPISAĆ DOBRZE SPRZEDAJĄCY SIĘ KRYMINAŁ – CZYLI „ZIARNO PRAWDY” Z. MIŁOSZEWSKIEGO

ZEZIA I GILER – RECENZJA

Książka pt. „Zezia i Giler” wywarła na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. Może służyć jako wartościowa lektura, zarówno dla dzieci (sądzę, iż ich wiek nie ma tu większego znaczenia, treść książki jest tak elastyczna, że może pożytecznie zapełnić czas , tym młodszym, a także nieco starszym dzieciom), jak i ich rodziców, czy w ogóle dla dorosłych czytelników.

Fot. http://fakty.rmf.fm/polecamy/inne/big/zezia-i-giler.jpg?2
Fot. http://fakty.rmf.fm/polecamy/inne/big/zezia-i-giler.jpg?2

Książka została napisana przez byłą, ultrarockową, wokalistkę zespołu O.N.A., Agnieszkę Chylińską. Piosenkarka, po 2009 roku, rozpoczęła karierę solową i wraz z narodzinami drugiego dziecka, córki, zmieniła swój wizerunek na bardziej grzeczny oraz stonowany. Buntownicza przeszłość wokalistki, jak i autorki wielu tekstów, a także nagła zmiana jej image’u zaintrygowały mnie. Skłoniły do przeczytania, z zaciekawieniem, wydanej w 2012 książki o tytule „Zezia i Giler”. Pozycja ta, zawiera również drugą część pt. „Zezia, Giler i Oczak”, która została opublikowana w 2013 roku.

Główną bohaterką książki jest ośmioletnia dziewczynka, Zuzia, czyli Zezia, która mieszka wraz z rodzicami i młodszym, pięcioletnim, bratem Czarkiem, zwanym Gilerem, przy ulicy Grójeckiej w Warszawie.
Objętościowo, książka pt. „Zezia i Giler” zawiera, mogę rzec śmiało, niewiele. Jest to tylko 120 stron, które zostały podzielone na przystępne tematyczne przedstawiające życiowe rozterki głównej bohaterki, rozdziały. Mimo to, lektura ta zawiera tak wiele. Znajdziemy w niej zarys najważniejszych wartości, jak: rodzina, miłość, przyjaźń.
Mimo iż, autorka poprzez treść przekazuje ogrom dobra i pozytywnej energii, w książce nie zostają pominięte kwestie ludzkiego nieszczęścia. „Zezia i Giler” ukazuje, że w życiu każdego człowieka, począwszy od najmłodszych lat do wieku starości, od narodzin do śmierci, na każdym etapie życia człowiek musi zmagać się z trudnościami losu, gdyż świat, nie składa się tylko z tego, co jest piękne i idealne. Główna bohaterka, Zezia, ma swoje smutki, które wywołują u niej poczucie bezradności i płacz. Jednakże, po krótkiej refleksji, czytelnik może stwierdzić, iż problematyka, poruszona na kartach tej książki, nie jest tylko „czymś”, co dotyczy tylko i wyłącznie dziecięcych dylematów a odnosi się także do rozterek większości z nas.

Rodzina Zezi nie jest wcale idealna jak z obrazka, gdyż dochodzi przecież do licznych kłótni między rodzicami dziewczynki. Ponadto, atmosfera podczas obchodzenia świąt rodzinnych jest stresująca i wywołuje wiele napięć. Państwo Zezikowie żyją skromnie, w małym mieszkaniu. Warunki lokalowe, nie są dla nich tak istotne jak zapewnienie pełnej akceptacji swoim dzieciom, a także okazywanie im szacunku oraz miłości. Zezia wie, że należy pomagać rodzicom i potrzebującym.
Postać dziewczynki ukazuje, iż mimo swoich własnych życiowych wyborów, nie powinniśmy pozostawać obojętni na los innych ludzi. Warto także okazywać wsparcie słabszym i tym poniżanym, dlatego że, należy pamiętać, iż są to również ludzie tacy jak my, którzy pragną kochać i być kochanymi. A to, co ich w życiu spotyka nie musi być zawsze zależne od ich woli, jak i podjętych przez nich decyzji,

Książka pt. „Zezia i Giler” spełnia kilka cech przynależności tekstu do literatury dla dzieci, co sprawia, iż jest to lektura, która, zdecydowanie, nadaje się do przeczytania, w wolnym czasie, przez tych najmłodszych czytelników. Publikacja Agnieszki Chylińskiej, poprzez wyrażenie odczuć głównej bohaterki, zawiera ciekawą treść o dużym ładunku emocjonalnym. Zezia, a więc Zuzia, poprzez swoje przygody stanowi interesującą postać. Warto dodać, że w książce występuje bohater dziecięcy, który jest rówieśnikiem dla potencjalnego odbiorcy. „Zezia i Giler” wskazuje na istotne kwestie w życiu każdego człowieka. Udowadnia, że to, co jest materialne i szybko przemija, nie jest w stanie zastąpić, opartych na prawdzie i oddaniu, relacji z drugim człowiekiem. A to sprawia, iż ta książka, spełnia funkcję dydaktyczną. W utworze dominuje jasny i barwny styl. Mimo iż, w tym utworze zostają poruszone dość poważne tematy, to poprzez zastosowanie humoru, publikacja jest przystępna nie tylko dla dorosłych, ale również dla ciekawych świata i zjawisk społecznych dzieci.
Książka zaintrygowała mnie ze względu na swoją prostotę, a jakże dogłębny przekaz. Mogę polecić ją wszystkim, którzy pragną dostrzec, że każdy na swój sposób przeżywa osobiste dylematy. Stąd też, powinniśmy liczyć się z opinią innych osób. „Zezia i Giler” bawi i wzrusza. Sprawia, że nie można „oderwać” się od jej lektury. A każda kolejna przeczytana strona wprowadza nas w świat prawdy, pozbawiony złudzeń. W świat nie wolny od nadziei, iż w każdym człowieku istnieje coś na kształt dobroci.

CHŁOPIEC W PASIASTEJ PIŻAMIE – RECENZJA

Chłopiec w pasiastej piżamie to amerykańsko-brytyjski dramat z 2008 roku. Reżyserem i scenarzystą jest Mark Herman. Film powstał na  podstawie, opublikowanej w 2006 roku, książki Johna Boyne.

Fot. http://www.filmweb.pl/film/Ch%C5%82opiec+w+pasiastej+pi%C5%BCamie-2008-420136
Fot. http://www.filmweb.pl/film/Ch%C5%82opiec+w+pasiastej+pi%C5%BCamie-2008-420136

Film, w dość niekonwencjonalny sposób, ukazuje problematykę stosunków niemiecko-żydowskich podczas trwania II wojny światowej. Skupia się na ukazaniu wartości takich jak przyjaźń, rodzina, praca ,naród  a także porusza kwestie oddania czy też posłuszeństwa wodzowi.

Akcja filmu początkowo rozgrywa się w Berlinie, gdzie Bruno, ośmioletni chłopiec, mieszka wraz z rodzicami i starszą siostrą.  Z czasem gdy, jego ojciec otrzymuje nową posadę, komendanta obozu zagłady, cała rodzina przeprowadza się na wieś. Mały Bruno staje się coraz bardziej nieszczęśliwy z powodu braku przyjaciół. Ponadto rodzice, a głównie zaborczy ojciec, zabraniają mu przechadzek po okolicy.  Chłopiec  oddaje się pasji jaką jest czytanie książek przygodowych, a także huśtanie na własnoręcznej wykonanej huśtawce. Pewnego dnia, w sąsiedztwie domu dostrzega ludzi w pasiakach. Bruno żyje w przekonaniu, że pracują oni na farmie. Jako bystry i ciekawy świata chłopczyk udaje się na wędrówkę przez las, i dociera do miejsca nazywanego przez dorosłych farmą. Tam poznaje, również smutnego i samotnego chłopca, o żydowskim pochodzeniu, Schmula, którego następnie darzy sympatią. Wkrótce zderza się z bezlitosną i okrutną, wręcz nie pojętą dla niego rzeczywistością obozową.

Film „Chłopiec w pasiastej piżamie” w intrygujący sposób zarysowuje różne postawy Niemców wobec nazistowskiej ideologii oraz sposobu traktowania Żydów. Główny bohater, Bruno, mimo szczerych chęci niemieckiego profesora, nie potrafi poddać się indoktrynacji. To niewinne, ośmioletnie dziecko, nie będąc jeszcze skażone przez cywilizacje ceni sobie bezinteresowność. Nie są dla niego istotne różnice narodowościowe, dlatego więc, nie pozostaje obojętny na los zamkniętego w obozie zagłady Żyda, Schmula. Przynosi mu jedzenie, bawi się z nim, pomaga mu odnaleźć ojca. Starsza siostra Brunona jest nastolatką ściśle podporządkowaną niemieckiemu systemowi, wyraża pełny antysemityzm. Z dumą uczy się historii Niemiec, dostrzega swoją tożsamość. Prawdopodobnie, wynika to z wychowania, od najmłodszych lat, w tamtejszej ideologii. Ojciec Brunona jest ślepo zapatrzony w  pracę na rzecz silnego państwa niemieckiego  i posłuszeństwo Führerowi. Dochodzi do wniosku, że kwestia Żydów powinna być jak najszybciej rozwiązana, dlatego też,  godzi się na zwiększenie użycia komór gazowych.  Za swoją najwyższą wartość postrzega naród, zaniedbując w ten sposób rodzinę. W swoich działaniach jest bezwzględny i stanowczy. Kontrast wobec jego postaw stanowi zachowanie matki Brunona. Ta, ma już dosyć podporządkowania swojego męża. Jest to kobieta wrażliwa, troszcząca się o swoje dzieci, pragnąca ich pełnego dobra.

Dwaj młodzi aktorzy, Jack Scanlon (Bruno) oraz Asa Butterfield (Schmul), poprzez swoją naturalną grę aktorską tworzą niezwykły obraz przyjaźni „ponad wszystko”. Przyjaźni, której nic ani nikt nie jest w stanie pokonać.

Zakończenie filmu świetnie ukazuje, iż czasami starając się dążyć do realizacji swoich „wyimaginowanych celów” przyczyniamy się do własnej tragedii.  Dramat „Chłopiec w pasiastej piżamie” wzrusza, zmusza widza do refleksji nad kwestią antysemityzmu,  stawia go przed nieuniknioną historyczną prawdą, jaką jest istnienie obozów zagłady.

FILM WAJDY O WAŁĘSIE MIAŁ BYĆ KANDYDATEM DO OSCARA?

 

„Wałęsa Człowiek z Nadziei”

Fot. Materiał prasowy.
Fot. Materiał prasowy.

jest filmem łatwym w odbiorze, a jednocześnie niezmiernie trudnym do zrecenzowania. Weryfikacja opinii publicznej na jego temat również wydaje się być karkołomnym zadaniem. Mistrz Wajda i Bohater Wałęsa, niegdyś jednoznacznie wielcy. Dziś wzbudzają kontrowersje. Jeden jako krzewiciel konserwatywnych, że aż boli poglądów, drugi jako specjalista od edukacji polskiej młodzieży, sprawiają, że trudno wyzbyć się wobec nich uprzedzeń.

Przed obejrzeniem filmu wyrażenie „człowiek z nadziei” wzbudzało we mnie tyle obaw, co niedawno Lechowi Wałęsie przedrostek „homo”. Na szczęście, film nie okazał się patetyczny, a postać głównego bohatera ukazana została więcej niż w jednym wymiarze. Mimo to, odbiór postaci pozostaje jednoznacznie pozytywny. Owszem, ekranowy Wałęsa ma wady, ale właściwie to tylko jedną, butę. Jak wiemy, sam pierwowzór rościł pretensje do reżysera, że ten ukazał go jak nadętego bufona. Potwierdzam, buta bohatera przejawia się dość często, jednak przeważnie przeplatana jest humorem. W rezultacie, celność wypowiadanych przez Wałęsę ripost, jakoby rekompensuje tak dla niego charakterystyczną wadę. Wałęsa ma cięty język, który jest tutaj okraszony dawką humoru, zresztą jak cały film. Humoru, jest tutaj naprawdę sporo. Czasami nawet ciut za wiele. Najbardziej irytuje zachowanie bohaterów, którym (niczym w blockbosterach) na żarty zbiera się dopiero w chwili największego zagrożenia.

Głównym argumentem przemawiającym za tym, iż film nie jest hagiografią postaci, ma być przedstawienie na ekranie faktu podpisywania przez byłego prezydenta wiadomych dokumentów. Jednak i to zdarzenie ukazane zostało w taki sposób, iż widz natychmiast bohatera z tego czynu rozgrzesza.

To, czego najbardziej brakuje w filmie to relacje Lecha Wałęsy z rodziną. Niby ukazano, że częściej odgrywa rolę gościa niż domownika, ale czegoś jednak tu brakuje. Niby żona rości pretensje do męża o to, że tak naprawdę jest zdana na samą siebie, ale jest to zaledwie jeden wybuch złości. A znany ze swej porywczości Wałęsa już w zarodku dusi, mający się wykluć, konflikt. Państwo Wałęsowie, w co trudno uwierzyć, na ekranie po prostu się nie kłócą.

Oglądając „Człowieka z nadziei” trudno odciąć się od kontekstu, jakim są dwa pierwsze filmy Andrzeja Wajdy o „ludziach z…”. Cała trylogia ma konwencje wywiadu, we wszystkich częściach fabularne fakty potwierdzane są wykopanymi z przeszłości dokumentami. W dwóch pierwszych, oś akcji stanowiły poczynania dziennikarzy, w „Wałęsie” ową oś wydarzeń wyznaczają jedynie pytania dziennikarki, a wywoływane przez nie retrospekcje pomagają usystematyzować wiedzę widza. Nie chcę zagłębiać się w analizowanie całej trylogii, ale nie trudno zauważyć, ze „Człowiek z żelaza” i „Człowiek z nadziei” mają ze sobą wiele wspólnego. Począwszy od występujących w obu częściach bohaterów; prawdziwego Wałęsy oraz postaci Agnieszki i Tomczyka pojawiających się notabene jako cytat w najnowszej części, po przedstawienie bohaterów drugoplanowych, a na formie filmu skończywszy.

„Człowiekowi z żelaza” zarzucano, że bohaterowie drugiego planu są zbyt papierowi. W „Człowieku z nadziei” podział na czarnych i białych nie jest już tak jednoznaczny. Wystarczy przypomnieć agenta służb specjalnych, który klęka na widok ukazanego w telewizji Jana Pawła II, czy też policjantkę karmiącą własną piersią dziecko zatrzymanego na komisariacie Wałęsy. Te zachowania na ekranie wypadają, dość niewiarygodnie, wplecione są jakoby na siłę, jakby chroniły przed przytoczonymi powyżej zarzutem.

Co się tyczy formy… Tak samo jak Wajda wyłania kolejne materiały z archiwum, tak ja znowu przytaczam opinię jednego z krytyków o „Człowieku z żelaza”, który mianował go określeniem „docu-dramy”. W pełni się z tym zgadzam. Miano to jeszcze bardziej pasuje do filmu o Wałęsie. Do fabuły opowiadającej o byłym rezydencie przemknęła wręcz masa archiwaliów. Praktycznie każdy fakt z życia byłego prezydenta, na ekranie zostaje potwierdzony jakimś wykopanym dokumentem, co w miarę oglądania robi się coraz bardziej irytujące.

Jednak powstały w ten sposób kogel-mogel wcale źle nie smakuje. Ba, nawet szybko się go pije. Jest zdrowy, polecany szczególnie gimnazjalistom, licealistom, a nawet studentom. W zasadzie wszystkim absolwentom szkół, w których historia PRL-u nigdy nie zdążyła być przerobiona dość dogłębnie i do końca.

CHODZIŁO O MIŁOŚĆ – RECENZJA KSIĄŻKI

Tytuł: Chodziło o miłość

Autor: Robert Rient

Wydawnictwo: Sonia Draga, Katowice 2013

Fot. https://www.facebook.com/photo.php?fbid=264243410375901&set=a.238021829664726.61907.238020699664839&type=1&theater
Fot. https://www.facebook.com/photo.php?fbid=264243410375901&set=a.238021829664726.61907.238020699664839&type=1&theater

To tak, jak z sensem- poszukiwanie

bywa ciekawsze od znalezienia.

Na czym polega fenomen tej książki? Odpowiedź może być krótka i prosta:- Na tym,że każdy z nas przeżywa w różnym stopniu to, co bohaterowie „ Chodziło o miłość”. Trywialne? Może, ale jakże prawdziwe.

Inna odpowiedź – bardziej wydumana- zaprowadzi nas w sferę przeżywania najbardziej intymnych wzruszeń, o których w zasadzie głośno się nie mówi. Dużo tu tematów z gatunku wstydliwych: nieudane dzieciństwo, niespełniona czy przypadkowa miłość, fałszywe zauroczenie czy przyjaźń nie wytrzymująca najprostszej próby, terapia, a więc spotkania z psychiatrą, w których wspólnie szuka się przyczyn… Czego? Tego, jacy jesteśmy, dlaczego, z jakiego powodu, gdzie jest przyczyna naszych zachowań, takich , a nie innych, czy mamy szansę, by coś jeszcze zmienić, z czegoś się wycofać, do czegoś dążyć, coś podsumować.

Tomasz Raczek powiedział o debiutanckiej powieści Roberta Rienta, że „bagaż obciążeń psychicznych bohaterów jest na granicy jego przyswajalności”. Każdy z nas jest skazany na własną przyswajalność. Ludzie , którzy mają przyjaciół lub znajomych wśród niepełnosprawnych intelektualnie- i nie tylko- przeżywają na co dzień silniejsze stresy i by funkcjonować ze swym bliskim lub sobą w społeczeństwie , muszą zaakceptować sytuację, inaczej się z nią nigdy nie pogodzą, nie oswoją jej, tak powiedziałby Mały Książę.

Świat, który jest naszym światem tu i teraz, bez względu na nasz wiek, płeć i tak ostatnio nagłaśnianą seksualność , wymaga od nas umiejętności znajdowania się w nim. Jak to robić? Sposobów jest wiele, tyle ile osób, pewne jest to,że pomogą nam w tym – znów truizm, ale takie jest życie- miłość, przyjaźń,odpowiedzialność, dystans, rozumienie potrzeb innych , czyli uczucia znane ludziom już od tysiącleci, ale nadal istotne i jakże potrzebne każdemu. Jeśli zapomniane lub niedocenione, pora je reaktywować w codzienność. Nie ukrywać z błahego powodu ,dlatego że coś nie wypada, nie chce nam się, nie ma na to czasu-zrozumienia człowieka, w tym siebie, nie odkładajmy na później. Miejmy czas dla siebie, wsłuchajmy się w swoje potrzeby, nie wstydźmy się uczuć, bez względu na bagaż doświadczeń z przeszłości- ufnie szukajmy tego, co wcale nie jest ukryte,jeśli bardzo chcemy, wyrzekając się wielu nieistotnych drobiazgów, potrafimy przecież być szczęśliwi.

Takie jest przesłanie tej pięknie po polsku, bogatym językiem, niemal bez wulgaryzmów, co dziś rzadko spotykane, napisanej książki – z pasją stworzona, wymaga takiegoż czytania. Niektóre sformułowania, mające urodę i wymowę aforyzmów, warto zapamiętać, jak to :” Chleb nie nudzi się nigdy, tylko dodatki do niego”. A gdyby tak wyraz chleb zastąpić wyrazem miłość ?

 

OPOWIEŚCI Z NARNII: LEW, CZAROWNICA I STARA SZAFA

Autor: Clive Staples Lewis

Tytuł: Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa

Tytuł oryginalny: The Chronicles of Narnia. The Lion, the Witch, and the Wardrobe

Czas nagrania: 6:45 godz.

Format: mp3

http://film.onet.pl
http://film.onet.pl

Urodzony w 1898 roku autor był nie tylko znakomitym pisarzem, ale również historykiem, filozofem i teoretykiem. Na pewno te zainteresowania pomogły mu w pisaniu „Opowieści z Narnii”. C.S. Lewis tworzył fantastykę młodzieżową, którą od jakiegoś czasu możemy również oglądać na srebrnym ekranie.

Napisana w 1950 roku książka „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa” to początek wspaniałej serii przygód czwórki rodzeństwa i ich przyjaciół. Ja jednak miałam okazję wysłuchać tej powieści na audiobooku.

Historia opowiada o czwórce rodzeństwa: Piotrze, Zuzannie, Edmundzie i Łucji. Udają się oni na wieś, do starszego profesora, gdyż Londyn bombardowany jest przez wrogie wojska. Tu mają czuć się bezpiecznie. Wielki dom i brzydka pogoda są dobrym pretekstem na różnego rodzaju zabawy. Pewnego dnia Łucja wchodzi do starej szafy, gdzie odkrywa tajemniczą krainę, w której żyją fauny, krasnoludy i gadające zwierzęta. Panuje tam wieczna zima i strach przed Czarownicą. Jednak pojawienie się dziecka w Narnii daje nadzieję, że lepsze czasy. Gdy dziewczynka wraca do świata ludzi, bracia i siostra nie wierzą w jej opowieść. Jednak już niedługo po tym zdarzeniu jej brat, Edmund zawitał do tej niesamowitej krainy, lecz zaprzeczał temu, gdyż tak poleciał mu spotkana tam osoba. W końcu cała czwórka przechodzi przez szafę do Narnii i przeżywa tam liczne przygody, niekiedy dziwne, innym razem niebezpieczne.

Opowieść ta należy do fantastyki. Jest to typowo młodzieżowa powieść, o ciekawie zbudowanym napięciu. Nie jest przesadzona – nie ma tu ani przelewu krwi, ani zbyt wielu niesamowitych postaci. Niestety główni bohaterowie są moim zdaniem słabo zbudowani – sztuczni, naiwni, zbyt dziecinni by brać udział w bitwach i przeżyć w ciężkich czasach, mając oparcie tylko w rodzinie.

Najmocniejszą stroną audiobooka byli zdecydowanie lektorzy. Książkę czytają Agnieszka Grajnert i Jerzy Zelnik. Początkowo trudno było mi się przyzwyczaić, że nie tylko w dialogach słychać panią Grajnert, ale również w narracji. Jednak pan Zelnik cudownie zmienia intonacje głosu, łatwo dzięki niemu można było odróżnić kto w tej chwili się wypowiada. Bardzo ciekawy pomysł.

Powieść bardzo mi się podobała. Jest napisana prostym, zrozumiałym językiem, lektorzy mówią wyraźnie i z emocjami. Wczuwają się w swoje role. Najmocniejszym punktem jest tu na pewno postać Aslana, która została napisana wręcz wzrocowo. Mniej podobają mi się główni, ludzcy bohaterowie. Nawet na końcu książki, gdy poznajemy ich jako dorosłych mówią dość sztucznie i są wyidealizowani.

Powieść składa się z 17 rozdziałów. Na początku mamy wstęp z dedykacją od autora dla jego córki chrzestnej. Rozdział ten jest tak intymny, że aż źle czułam się go słuchając. Jakby przeczytała nie swój list.

Komu mogę polecić powieść? Tym, którzy znają ją tylko z ekranu. To fantastyczna przygoda, którą warto poznać też od strony literackiej. Poza tym audiobook jest na pewno ciekawym pomysłem dla każdego zabieganego i zapracowanego miłośnika fantastyki i lekkich powieści. Krótkie, „osiemnastominutowe” nagrania są idealne do autobusu czy pociągu. Sama opowieść jest interesująca. Polecam.

BIG LALKA – RECENZJA ZE SPEKTAKLU „DOM LALKI” W TEATRZE NOWYM W POZNANIU

Fot.Bartłomiej Sowa.
Fot.Bartłomiej Sowa.

Na początku nie spodobało mi się to, że w spektaklu w moim kochanym Teatrze Nowym nie będzie żadnej przerwy. Wolę te z pauzami – zawsze można przemyśleć zachowania poszczególnych postaci, zapytać kogoś jeśli nie zrozumiało się jakiejś sceny, wypić coś albo i skorzystać z toalety. Jednak mając w pamięci granych także bez przystanku w tym samym teatrze i widzianych przez mnie jakiś miesiąc wcześniej cudownych i przewspaniałych „Dwunastu gniewnych ludzi”, poszłam pełna nadziei na miłe spędzenie czasu. Niestety, pomyliłam się. I to bardzo. Dalej kocham teatr, ale już bez lalek.

W spektaklu obserwujemy życie pewnej celebrytki, Nory Ibsen, gwiazdki pop. Poznajemy jej męża, dawną przyjaciółkę, najbliższych współpracowników, a także jedną fankę, która wydaje się, że mogłaby symbolizować każdego z nas albo prawie każdego z nas. Jesteśmy też świadkami takiego swego rodzaju programu w stylu Big Rothera. Wyraźnie widać, że twórcy idą z duchem czasu. Wszystko wygląda pięknie, kultowo, współcześnie i tak bezdusznie – w końcu takie właśnie mamy czasy. Jednak język używany przez aktorów w spektaklu pokazuje wyraźnie, że ludzie już nie wiedzą, jak dziś opowiada się w wysoko-kulturalnym teatrze historie. W tej chwili w naszej codzienności wszystkich nas obowiązuje język telewizji, szybkiego montażu i migawkowych informacji, nierzadko ociekający wręcz od wulgaryzmów, a teatr niebezpiecznie zaczyna go imitować. Kiedy teraz przypominam sobie widzianą przez mnie „Firmę” Moniki Strzępki i Michała Korchowca w tym samym teatrze, choć na innej scenie, po której wyszłam lekko zniesmaczona – wielokrotnie usłyszeć można tam jakieś ‘kurwy’ i ‘pierdolenie’ tego i owego – to myślę sobie, że spektakl ten w porównaniu z „Domem lalki” to było coś na poziomie słownika używanego przez dzieci w przedszkolach. I uważam tak, mimo że Olo Machalica, jeden z „firmowych” aktorów mówił gdzieś kiedyś, że nie jest im, wykonawcom, łatwo w tym spektaklu, bo przecież na co dzień, nie używają takiego języka. Ciekawe co by powiedział, gdyby przyszło mu grać w „Domu lalki”? Pamiętam też kłaniających się aktorów, a zwłaszcza Waldemara Szczepaniaka, który zawsze w takich sytuacjach jest happy, a usta ma rozciągnięte w uśmiechu od ucha do ucha. Tym razem nie uśmiechał się raczej wcale, był ponury jakby przytłaczał go ciężar wypowiedzianego na wysoko-kulturalnej scenie teatralnej tysiąca wulgaryzmów. I fakt, że niby taka właśnie jest współczesność – nasza mowa potoczna jest coraz bardziej wulgarna i powoli pierwszym słowem wypowiadanym przez niemowlę stanie się jakaś ‘kuśwa’, bo już nie ‘baba’ ani ‘mama’, jako słowa za mało wulgarne. Jednak uważam, że teatr jest miejscem, dla niektórych świętym, które powinno pozostać wolne od wulgaryzmów na stałe.

Drugą sprawą, która w „Domu lalki” była zła to piosenki. W spektaklu na gitarze grał przecież Przemek Śledziucha Śledź. Wychodziło mu to nawet ładnie i o jego grze nic nieprzychylnego nie mogę powiedzieć. Zwłaszcza, że zagrał kilka głośnych i bardzo lubianych przebojów z moją ukochaną piosenką „Wicked Game” Chrisa Izaaka na czele. Jednak Anna Mierzwa śpiewała ją i wszystkie inne kawałki tak, że nóż sprężynowy otwierał mi się w kieszeni. Ona w ogóle nie starała się zachować melodii, rytmu i intonacji, tylko wychodziła z założenia, że im głośniej tym lepiej. I tak darła się na całe gardło jak stare gacie, a ja jak na razie nie mam ochoty włączyć do odsłuchu w domu płyty Chrisa Izaaka.

Było jednak coś, co sprawiło, że po spektaklu wszyscy wstali i klaskali bardzo głośno. Może to ostatnia scena, w której Anna Mierzwa opowiada o problemach gwiazdy, celebrytki w dzisiejszym świecie? Zagrała ją tak pięknie i tak prawdziwie, z głosem drżącym i naprawdę zrozpaczonym. Wydźwięk tej sceny trafił chyba do serca i duszy każdemu widzowi i każdej widzce.

Dlatego, podsumowując, ja osobiście nikomu wizyty w „Domu lalki” polecać nie będę, chociaż Teatr Nowy to zawsze i każdemu. Jednak biorąc pod uwagę to jak zareagowała publiczność napiszę, że może warto się wybrać, bo taki chyba jest znak czasu, że współcześnie wszystkie tradycje i przyjęte kiedyś formy tracą na znaczeniu i podobają się rzeczy, na które kiedyś nikt by nawet nie spojrzał.

Natalia Mikołajska

Szymon Adamczak, Michał Siegoczyński, Kuba Mokrosiński

„Dom lalki” Teatr Nowy w Poznaniu

Reżyseria: Michał Siegoczyński

Dramaturgia: Szymon Adamczak

Scenografia: Jan Kozikowski

Kostiumy:  Grupa „Mixer”

Muzyka: Krzysztof Kaliski

Choreografia: Anna Piotrowska

Video: Zuzanna Pyda

Aktorzy: Edyta Łukaszewska, Anna Mierzwa, Martyna Zaremba, Nikodem Kasprowicz, Andrzej Niemyt i Waldemar Szczepaniak.

Oraz Przemysław „Śledziucha” Śledź gra na gitarze

Premiera:  14 września 2012, Scena Nowa

DZIEJE TRISTANA I IZOLDY – RECENZJA

Fot. Agnieszka Deja.
Fot. Agnieszka Deja.

Autor: nieznany, odtworzył Józef Bédier

Tytuł: Dzieje Tristana i Izoldy 

Wydawnictwo: GREG

Liczba stron: 81 bez opracowania, 112 z opracowaniem

 

Józef Bédier był znawcą średniowiecza. To właśnie on otworzył jedną z najbardziej znanych historii miłosnych w dziejach – opowieść o Tristanie i Izdoldzie, która pierwszy raz ukazała się w 1900 roku. Wydawnictwo GREG wydało książkę w 2010 roku.

Dzieje Tristana i Izoldy” to historia zakazanej i niebezpiecznej miłości. Dwójka młodych ludzi poznaje się w dość dziwnych okolicznościach – Tristan raniony mieczem śmiertelnego wroga Kornwalii prosi swojego wuja, Marka, by ten wysłał go łodzią w nieznane strony. Bóg jest jednak dla chłopaka łaskawy – przybija on do brzegów Irlandii, gdzie córka króla opatruje mu rany. Jej uroda zapiera dech w piesiach. Tristan jednak postanawia, że zostanie ona żoną jego pana – Marka. Zabijając smoka, zdobywa rękę dziewczyny i odwozi ją do Kornwalii. Podczas podróży dochodzi jednak do katastrofy – młodzi wypijają magiczny eliksir, który sprawia, że zakochują się w sobie do szaleństwa. Nie zmieniają jednak planów i Izolda zostaje żoną Marka, a kochanką Tristana. Król dowiaduje się jednak o zdradzie i od tej pory kochankowie drżą o własne życie. Siła miłości pcha ich jednak w objęcia tej drugiej połówki, co przynosi im tylko wiele problemów.

Sama historia miłosna jest moim zdaniem interesująca, ale nieco przekombinowana. Tristan i Izolda kochają się miłością szaloną i namiętną, co pokazują narażając się często na niebezpieczeństwo. Schadzki urządzają bowiem nie tylko pod czujnym okiem króla Marka, ale też jego zauszników, którzy źle życzą młodemu rycerzowi. Uczucie zaślepia parę kochanków. Muszą się ukrywać, lecz rzadko kiedy są ostrożni. Przez to oboje narażeni są na utratę życia.

Podczas czytania męczyły mnie ciągłe rozterki bohaterów, którzy albo uciekali z dworu, albo do niego wracali i tak w kółko. Oboje byli świadomi tego, że oprócz ich miłości są jeszcze inne rzeczy, które ich obowiązują, jak choćby wierność królowi w przypadku Tristana.

Bohaterowie są ciekawi. Izolda wcale nie jest, jak mi się wydawało przed lekturą, uległą i niewinną istotką. Potrafi zwodzić i kłamać, a nawet wyrzeka się dworskich przywilejów by tylko być z ukochanym. Poza urodą ma jeszcze całkiem mocny charakter. Tristan natomiast to wzór prawdziwego rycerza – męski, silny, odważny i do tego przystojny. Poza ukochaną służy też swojemu władcy, a także każdemu, kto przyjmie go na swój dwór podczas tułaczki. Jest wierny i prawy. Jego spryt nie raz pomógł mu odwiedzić królową.

Poza głównymi postaciami warto zwrócić uwagę na Brangien, służącą i przyjaciółkę Izoldy. To z jej winy kochankowie wypili magiczny napój, ale też dzięki niej nie raz uniknęli śmierci. To ona pomagała im w schadzkach, ale też nie raz pokazała swoje oddanie królowej.

Książka nie jest długa. Mimo stylizacji, język jest prosty i zrozumiały. Jedyne co drażni to częste zmiany czasu w narracji. Każde słowo, które mogło sprawić trudność czytającemu zostało wyjaśnione w przypisach. Gdzieniegdzie znajdujemy proste rysunki dzielące treść. Całość bogata jest oczywiście w różnego rodzaju odniesienia i objaśnienia, które uczniom na pewno pomogą przy omawianiu lektury.

Jeśli chodzi o wydanie to redakcja świetnie sobie poradziła. Błędów nie zauważyłam, lecz czasem denerwowała mnie mnogość przecinków. Nawet krótkie zdania miały ich mnóstwo. Poza tym wydaje mi się, że niektóre z fiszek były umiejscowione nieco za wysoko lub za nisko interesującego fragmentu, a niektóre były wręcz zbędne. W porównaniu jednak z innymi lekturami, ta miała bardzo mało objaśnień.

Opracowania nie czytałam, mimo że zajmuje ono sporą część książki. Przeglądające je zauważyłam, że ma sporo streszczeń – od ogólnego, po szczegółowe i plan wydarzeń. Na pewno przyda się uczniom, którzy nie lubią szkolnych powieści.

Szata graficzna jest uboga. Jak wcześniej wspomniałam, książka ma parę obrazków, ale bardzo prostych i moim zdaniem kompletnie zbędnych. Okładka jest typowo GREGowska – większość zajmuje obrazek, w tym wypadku statku, reszta to tytuł i nazwisko autora. Dodatkiem jest informacja, że książka posiada czcionkę ułatwiającą szybkie czytanie. Nie znam się na tym, ale książkę faktycznie czyta się błyskawicznie – nie jestem jednak przekonana, czy to za sprawą czcionki, czy po prostu interesującej historii.

Po „Dzieje Tristana i Izoldy” sięgnęłam ze względu na film, który uwielbiam. Jednak film a książka to dwie kompletnie różne rzeczy. Historia, którą przeczytałam jest pełna przeciwności losu, z którymi niemal cały czas muszą się mierzyć bohaterowie. Nie trzyma to może w napięciu, ale naprawdę dobrze się ją czyta. Co dla mnie ważne – opisów w książce jest mało. Jest to płynnie opowiedziana historia, a narrator trzecioosobowy zwraca się do czytelnika jak do słuchacza, często podkreślając rolę odbiorcy. Robi to dobre wrażenie, jest czymś zupełnie nowym i przypomina mi bajki z dziciśtwa, które miały podobny schemat.

Komu mogę polecić książkę? Prawdę powiedziawszy nie wiem. Uczniowie i tak w większości nie przeczytają. Myślę, że książka powinna trafić w ręce wszystkich, którzy lubią opowieści o miłości. Tristan i Izolda to obok Romea i Julii jedna z najbardziej znanych i rozpoznawanych par w dziejach. Warto poznać ich prawdziwą historię.

LICZBY CHARONA – RECENZJA

Fot. Agnieszka Deja.
Fot. Agnieszka Deja.

Autor: Marek Krajewski

Tytuł: Liczby Charona

Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 303

Marek Krajewski zadebiutował w 1999 roku. Od tego czasu możemy czytać jego książki, którym poświęca się bez reszty. To dla pisarstwa porzucił rolę wykładowcy na Uniwersytecie Wrocławskim.

W 2011 roku ukazała się książka „Liczby Charona”, której głównym bohaterem jest Edward Popielski. To były policjant, który mieszka na stałe we Lwowie, wraz ze swoją kuzynką i córką. Ma dryg do wielu rzeczy – świetnie zna się na liczbach, na językach obcych i na kobietach. To właśnie przez jedną z przedstawicielek płci pięknej Popielski postanawia znowu spróbować swoich sił w zawodzie, który uwielbia. Renata, jego dawna podopieczna, przychodzi do niego z trudną sprawą – zaginęła jej opiekunka, a ona sama została zwolniona. Popielski ma też inne zdanie do wykonania – w mieście zaczynają się dziać paskudne rzeczy. Po ulicach Lwowa zaczyna krążyć morderca, który z zimną krwią pozbywa się kolejnych osób. Na dodatek gra policji na nosie i zostawia tajemnicze liściki, których szyfr jest niemal nie do złamania. Jednak nie dla Popielskiego… Sprawy zaczynają nabierać tempa, pokazują się nowe poszlaki i dowody. Czy sprawy zostaną rozwiązane?

Popielski to interesujący bohater. Mimo, że nie znam książek z nim w roli głównej, a takie podobno są, nie odczuwałam dyskomfortu z tego powodu. Wraz z rozkręcaniem się akcji, postać zostaje nam bliżej pokazana, poznajemy jego przeszłość, chorobę, zmagania z losem i niezbyt bohaterskie czyny. To nie jest kryształowy człowiek – jest bezczelny, arogancki, pewny siebie, używa życia. Ale ma też zalety, a największą z nich jest wytrwałość.

Książka to dobry przykład kryminału. Akcja rozwija się powoli, ale ciągle coś nas zaskakuje. Przy okazji wielkim plusem jest zabieg stylizacji języka, który możemy tu zobaczyć. Trzecioosobowa narracja nie jest pozbawiona archaizmów, a dialogi prostych ludzi wyraźnie odróżniają się od mów profesorskich. Za to należy pochwalić „Liczby Charona” – za język. Czytać nie jest trudno, większość słów można domyślić się z kontekstu, a jeśli nie to są one wytłumaczone w przypisach na dole strony. Przydatne i godne pochwały.

Krój czcionki też jest niezwykły. Nie jest on nowoczesny, nowy rozdział zaczyna się od kilku słów napisanych wersalikami, a numeracja stron zawsze jest tylko na prawej kartce. Proces liczenia, wypisywania znaków i liter hebrajskich jest schludny i czytelny – pojawiają się tabelki, schematy, które ułatwiają zrozumienie treści.

Bardzo dobra robota została też wykonana ze strony korekty i redakcji. Błędów nie zauważyłam, przecinki są idealne, a styl nie utrudnia czytania.

Moim zdaniem książka jest ciekawa. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest wybitna. Dla kompletnego nieuka matematycznego jakim jestem wiele kwestii było niejasnych za pierwszym razem. Sprawę ratowały tabelki. Również przesadny naturalizm w książce nie przypadł mi do gustu. Inni na pewno będą zachwyceni faktem tak dobrego oddania rzeczywistości, ja jednak uważam że niektóre kwestie mogły zostać pominięte i opisane mniej szczegółowo.

Komu polecam książkę? Fanom Krajewskiego na pewno nie muszę. Zatem kto powinien po nią sięgnąć? Na pewno ludzie, którzy nie mają za często okazji do czytania czegoś, co ma wybitnie dobrą stylizację językową. Również ci, którzy chcą zobaczyć kunszt autora powinni wyjąć „Liczby Charona” z półki.

Czy ja stałam się fanką Krajewskiego po tej książce? Nie jestem pewna. Klimat opowieści bardzo mi się podobał, jednak nie do końca przekonuje mnie jej forma. Nie zniechęcam, ale też nie polecam jako numer jeden na liście „do kupienia”. Jeśli już to jako jedna z pozycji w pierwszej pięćdziesiątce.