Archiwa tagu: Poznań

DOBRZE, ŻE JESTEŚ

Studenci oddali krew dla potrzebujących

 We wtorkowe południe budynek Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych opanowali wolontariusze z fundacji „Dobrze że jesteś”. Tego dnia studenci, wyrażający chęć niesienia pomocy innym, mogli oddać krew lub zapisać się do banku dawców szpiku.

Fundacja „Dobrze że jesteś” działa, oprócz Poznania, również w 5 innych miastach Polski. Jej zadaniem jest udzielanie pozamedycznej pomocy osobom ciężko chorym i umierającym. Wolontariusze działają głównie na oddziałach onkologicznych i hematologicznych.

Chcemy pomagać głównie osobom starszym. Jest wiele fundacji, które niosą radość małym pacjentom, a nikt nie zajmuje się starszymi. To jest właśnie nasze zadanie. Wykonujemy czasem bardzo banalne czynności, jak chociażby zakupy. Osoby po chemioterapii nie mogą wychodzić, a nie zawsze jest ktoś, kto może kupić im butelkę wody. Często jednak sama nasza obecność jest dla chorego czy jego bliskich największym wsparciem. – mówi jedna z wolontariuszek.

Podczas akcji, przeprowadzonej w Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych, studenci mieli okazję oddać krew dla potrzebujących, czy chociażby zapisać się do banku dawców szpiku. Zainteresowani niesieniem pomocy mogli także porozmawiać z wolontariuszami czy wysłuchać wystąpień specjalnie zaproszonych gości. O swojej pracy z chorymi opowiadali lekarze, psychologowie, ksiądz oraz osoby z organizacji pozarządowych między innymi chociażby Drużyna Szpiku.

Wspomóc nas można nie tylko poprzez oddawanie krwi. Zachęcamy każdego do wstąpienia w nasze szeregi. Wolontariuszem może zostać każdy, kto tylko przejawia chęć niesienia pomocy innym. Wymagamy jednak, aby członkowie naszej fundacji byli zdrowi i silni psychicznie, bo wbrew pozorom praca ta wymaga nie lada mocnych nerwów. – dodaje wolontariuszka.

Najbliższe spotkanie z fundacją „Dobrze że jesteś” zaplanowano na 18 października w szpitalu J. Strusia przy ul. Szkolnej w Poznaniu, gdzie prowadzony będzie nabór na nowych wolontariuszy.

Natalia KRAWCZYK

Fot. N. Krawczyk  Fot. N. Krawczyk  Fot. N. Krawczyk  Fot. N. Krawczyk  Fot. N. Krawczyk  Fot. N. Krawczyk

 

 

 

WSIĄŚĆ DO CZEGOŚ, BYLE JAKIEGO…

Podróżowanie po mieście może być ciekawą przygodą. Po prostu wystarczy to robić na tyle rzadko, żeby zapomnieć o wszystkich atrakcjach, które mogą nam wtedy towarzyszyć, bo przecież…

Zdarzają się sytuacje, w których człowiek musi wyjść z domu. Nie może iść pieszo, bo dystans zbyt długi. Samochodem też nie może pojechać, bo albo nie ma prawa jazdy, albo samochód jest w naprawie po wjechaniu w dziurę, a jak wiadomo, na polskich drogach o to nietrudno, wystarczy jechać przepisowo, albo w samochodzie nie ma aż tyle paliwa, bo skończyły się fundusze. Kupno nowej sokowirówki, tostera i lampy były ważniejsze niż ileś tam litrów benzyny do naszej maszyny. Teraz uwaga… człowiek wychodzi z domu i idzie ulicą w niezbyt grubej kurtce, w której jeszcze niedawno było mu gorąco. Teraz „w słońcu” jest ciepło, ale jak nie daj Boże ono zajdzie i do tego dojdzie powiew, niebezpiecznie orzeźwiającego wiatru, to okazuje się, że ta kurteczka jest zdecydowanie za cienka. Jednakże spacer na przystanek już rozpoczęliśmy i nie mamy zamiaru wracać do domu, żeby się przebrać. Nie, bo nie, a poza tym, rozkład jazdy obowiązuje. Przynajmniej tak mówią. Zapinamy się pod szyję. Czytaj dalej!

Udało się dopaść na przystanek. Stoimy zadowoleni ze swojego sprytu, bo mamy jeszcze trochę czasu do naszego, bliżej nieokreślonego środka publicznego transportu. Uśmiechamy się do siebie dumni z naszego zorganizowania i nagle zauważamy małego chłopczyka z babcią. Młodzieniec, który jedną ręką mocno trzyma się babci patrzy na swoją drugą rączkę. My też patrzymy na jego drugą rączkę. O, Boże, bilety! Chłopiec miętosi w łapce cienkie papierki, a my czujemy jak robi się nam gorąco. Gdzie są bilety?! Tak dawno nie jeździliśmy bliżej nieokreślonymi środkami publicznego transportu, że nie mamy, co ich szukać w portfelu. Biegniemy do kiosku. Zdyszani pochylamy się do okienka, a okienko jest zamknięte. Mhm, świetnie, tego nam było trzeba. Rozglądamy się dookoła i pukamy się dłonią w czoło, biletomat! Znów biegniemy, potykając się o nierówno poukładane płyty chodnika. Stajemy w końcu przed machiną. Portfel, drobne i… biletomat jest zapchany. Nasze monety wciskane po chwili na siłę nie wchodzą w biletomat. Apokalipsa. Zdruzgotani, z czarnymi myślami, zmęczeni, wracamy na przystanek, bo nasz bliżej nieokreślony środek publicznego transportu zdążył nadjechać. Suma summarum, bilet kupujemy właśnie w nim, bo tam jest zainstalowany inny biletomat.

Głęboki wdech. Nasza podróż w końcu się zaczęła. Rozglądamy się nieśmiało po ludziach. Miejsca siedzącego nie uświadczymy, zwłaszcza w godzinach szczytu. Chwytamy się pierwszej lepszej wystającej rury i gapimy się przez szybę. Przed siebie. Bezmyślnie. Kołyszemy się razem z bliżej nieokreślonym środkiem publicznego transportu, pokonujemy razem z nim nierówności podłoża i przeżywamy każdy postój na przystanku albo na światłach. Wszystko do czasu aż ostre, niespodziewane hamowanie nie sprawi, że wylądujemy na pasażerze obok nas. Ciche i zapewne niewiele znaczące: „przepraszam, przepraszam”, nie robi wrażenia na współpasażerze, bo nadepnięta przez nas stopa, nadal go boli i nasze przeprosiny dziwnie nie przyniosły ulgi. Co, oczywiście, nie oznacza, że nie mamy przepraszać za wszelkiego tego typu wpadki. Szepczemy pod nosem przekleństwa w kierunku bezradnego kierującego. Gdy podróż wróci do normy, zaczynamy sobie zdawać sprawę jak promienie słońca przedostają się przez szybę i zaczynają nas gotować. A my przecież nadal jesteśmy zapięci pod szyję w naszej niezbyt grubej kurteczce. Nagle zrobiła się gruba. Nagle zaczęła okrutnie grzać. Rozpinamy się szybciutko, by po chwili niczym złoci medaliści należący do Polskiego Związku Akrobatyki Sportowej, próbować ją zdjąć, tak, aby nikogo nie potrącić łokciem. Nasza sprawność osiągnęła szczyt. Przewieszamy sobie kurteczkę przez rękę i radzi z tego faktu, delektujemy się dalszą częścią podróży. Oczywiście, do czasu aż pewien osobnik siedzący niedaleko nas, nie włączy ze swojego najnowszego modelu telefonu muzyki tak głośno, że wszyscy współpasażerowie mogą ją słyszeć. Tym sposobem, zastanawiając się nad pochodzeniem owego osobnika, bo przecież nie może on wywodzić się z tej samej linii ewolucyjnej, co my, edukujemy się i rozszerzamy muzyczne horyzonty.

Jeden przystanek, drugi, trzeci… Podróż mija. Dojeżdżamy do swojego pierwszego celu. Zakładamy szybko kurtkę, bo w czasie naszego pobytu w bliżej nieokreślonym środku publicznego transportu rozpadało się na dworze. Jednak nie zamartwiamy się za bardzo, bo przecież już tyle dzisiaj przeżyliśmy. Stajemy na przejściu dla pieszych. Ruszają samochody i przejeżdżają blisko przed nami. Wspominałam już o dziurach w polskich drogach? Stoimy na przejściu z bladym uśmiechem, a woda z kałuży, w którą wjechał rozpędzony samochód, wręcz z nasz kapie. Zielone. Przechodzimy i stajemy na kolejnym przystanku innego bliżej nieokreślonego środka publicznego transportu. Otrzepujemy błoto z nogawek i naszej kurteczki. Prostujemy się i oddychamy głęboko. Chwila na uspokojenie skołatanych nerwów i… cholera, gdzie są bilety?!

Ada DYMEK