Archiwa tagu: polecane

POMIĘDZY SŁOWAMI

Mowa jest dla nas bardzo ważna. Z naszych ust codziennie wypływa potok słów. Układamy je w zdania, tworzymy z nich informacje. Dzięki temu możemy się komunikować ze sobą.

Tymczasem słowa to zaledwie 7% przekazu. Pozostałą część stanowią: to w jaki sposób mówimy – 38% oraz w 55% (czyli w większości) mowa ciała.

Julia i Kamila/ Fot. Paulina Zych
Julia i Kamila/ Fot. Paulina Zych

Postawa, gesty, mimika naszych twarzy to swoiste źródła informacji. Dostarczają drugiej osobie wiele wiadomości o nas, naszych emocjach, stosunku do tematu rozmowy, czy do danej osoby. Działa to w obie strony, jako że omawiamy kontakty międzyludzkie, a więc rozmowę między dwoma osobami (a nie naprzykład rozmowę człowieka z psem, a właściwie mówienie człowieka do psa). Również słuchacz wysyła informacje w ten sam sposób
(z drugiej strony można by uznać zwierzęta, za mistrzów komunikacji niewerbalnej, gdyż żadne z nich nie powie nam: „Cieszę się, że masz dla mnie kiełbaskę”, a jedynie pomerda radośnie ogonem, a my wiemy że jest to oznaka radości). Dlatego niegrzecznie jest opierać głowę na ugiętych łokciach, gdyż jest to oznaka znudzenia.
Wyróżnia się dwie główne postawy: otwarta i zamkniętą. Pierwszą, swobodną przyjmują zazwyczaj ludzie pewni siebie i otwarci, są oni postrzegani przez otoczenie jako bardziej przyjaźni. W drugim przypadku część ciała jest zasłonięta poprzez skrzyżowanie rąk czy zasłonięcie się posiadanym przedmiotem (torebką, teczką, stanie za krzesłem). Taka postawa sygnalizuje, że osoba jest zamknięta w sobie, może się czegoś obawiać, być nieśmiała.
Mowa ciała często jest niekontrolowana. Niektóre zachowania możemy pohamować, inne nie. Założona „noga na nogę”, która nie znajduje się w pionie, sygnalizuje chęć i możliwość ucieczki, a strona w którą nogi są zwrócone – jej kierunek. Wiedząc o tym, możemy unikać tej postawy. Najtrudniej jest kontrolować mimikę. Twarz to ponad 700 mięśni, dzięki którym możemy wykonać około kilku tysięcy min. Z wyrazu twarzy, bez problemu, każdy może odczytać przynajmniej sześć głównych emocji: gniew, zaskoczenie, niesmak, smutek, zadość, zdziwienie. Przy czym każde z nich ma kilka, a nawet kilkanaście oblicz. Radość może być szczera, może wynikać też z grzeczności – uśmiechy takie różnią się od siebie; inny jest uśmiech do samego siebie (np. wywołany miłymi wspomnieniami), inny na widok lubianej osoby. Wszystko to maluje się na naszych twarzach.
Podczas mowy towarzyszy nam nieświadoma gestykulacja, często przejawiająca się wymachiwaniem rękoma. Istnieją również gesty świadomie. To te, które mają konkretne, zrozumiałe dla ogółu znaczenie np. uniesiony kciuk możemy nazwać synonimem sformułowania „O.K”.
Komunikacja niewerbalna to nie tylko sygnały, które wysyłamy w danym momencie.
Części naszego ciała; to jak jesteśmy zbudowani zdradza nasze predyspozycje do konkretnych cech charakteru. Znacząca jest tu wielkość i kształt ust, czy oczu, podbródka, czoła…
Również nasze przyzwyczajenia, nawyki (np. sposób trzymania filiżanki) nawiązują do cech osobowości. Wróćmy więc do filiżanki. E. Thiel wyodrębnił pod tym względem kilka typów osobowości. I tak „nerwus” trzyma filiżankę i papierosa, „lis” trzyma ją oburącz, „szybki Bill” nie potrzebuje ucha w ogóle, „leniwiec” nie wyjmuje łyżeczki, „paw” odgina mały palec podczas picia, a „aktor” obraca filiżankę dookoła. Z kolei: pukanie palcami w powierzchnię stołu oznacza nierozwiniętą wrażliwość muzyczną, ale również egoizm.

To tylko kilka przykładów, nie są one bezwzględne, ale gdybyśmy przeczytali ich więcej (np. w książkach, których na ten temat nie brakuje) z pewnością każdy znalazłby coś, na co pomyślałby „rzeczywiście!”.

Paula ŚLIWIŃSKA

MIŁOŚĆ JEST JEDYNYM JĘZYKIEM, KTÓRY WSZYSCY ROZUMIEJĄ

Za oknem siarczyste mrozy, tym chętniej więc wracam myślami do mojej drugiej ojczyzny- do Ekwadoru. I od razu robi mi się cieplej. Nie tylko na wspomnienie równikowych temperatur. Serce rozgrzewa myśl o naszych dzieciach.

Strefa wybrzeża, tak zwana costa. Tropikalny klimat, plantacje bananowców, drewniane domki na palach, wszechobecne dźwięki salsy i reggaeton, masa śmieci i straszna bieda. A wśród tego wszystkiego od wielu już lat polski ksiądz, werbista i jego fundacja. Hasło, którego użyłam w tytule, to myśl przewodnia przyświecająca Jankowi (ks. Janowi Koczemu)- nie ważne, jakiego jesteś wyznania, jakie cele masz w życiu. Ważne, że chcesz i możesz pomagać.

Fot. Aleksandra Podbiełło
Fot. Aleksandra Podbiełło

A sposobów jest wiele; najprościej, oczywiście, jednorazowe finansowe wsparcie. Jednak fundacja nie działa na zasadzie doraźnej pomocy materialnej; założeniem Janka jest poprawa ogólnej sytuacji lokalnego społeczeństwa poprzez kształtowanie najmłodszych. To dzieci mają być tą lepszą przyszłością, to im trzeba pokazać, że mają wybór. Dlatego najbardziej pożądana forma pomocy to wolontariat- dla niespokojnych, żądnych przygód dusz, którym niestraszna podróż za ocean, których gna ciekawość poznania zupełnie innej kultury i chęć pomocy tam na miejscu (tak właśnie wyglądała moja przygoda z Ekwadorem).

http://www.fundacion-fushenfu-ecu.org/pl/wolontariat

Druga opcja (coś absolutnie dla wszystkich) to „adopcja” dziecka. Regularne niewielkie wpłaty zapewniają podopiecznemu naukę, leczenie, dożywianie. Wszystkich zainteresowanych odsyłam na stronę fundacji:

http://www.fundacion-fushenfu-ecu.org/pl/children

Aleksandra PODBIEŁŁO

New York, New York

O tym mieście pisano już książki, piosenki; występowało w wielu filmach,w niektórych było wręcz jednym z głównych bohaterów. Nowy Jork- miasto, o którym z całą pewnością można powiedzieć jedno- budzi emocje.

Statua Wolności/ Fot. P&TPewnego dnia razem z bratem i koleżanką stwierdziliśmy zgodnie, że jesteśmy w orwellowskim kraju. Już wcześniej były tego pojedyńcze przejawy, ale nasza wizyta na plaży przesądziła.

Pojechaliśmy na Jamaica Beach. Ponieważ jest to plaża na samiuśkim końcu Nowego Jorku, tłukliśmy się różnymi liniami metra ponad dwie godziny i wywiozło nas na obrzeża miasta. Adam polecał tę plaże ze względu na jej odludność (w zatłoczonej metropolii to naprawdę duży plus) i spore fale. Super, wreszcie dojechaliśmy. Ledwo zdążyliśmy ściągnąć ciuchy i skierować się do wody, kiedy podszedł do nas pan ratownik, żeby poinformować, że na razie nie można się kąpać, bo wszyscy ratownicy oprócz niego udali się na miejsce, w którym chyba właśnie ktoś się utopił i on został sam do pilnowania całej plaży. Spoko- facet był miły, niech mu będzie. Nie wolno się kąpać.

Idziemy więc na dalszą plażę, gdzie widziałyśmy z Anią kąpiących się ludzi. Po drodze spotykamy dwie umundurowane strażniczki. Grzecznie nas proszą, żebyśmy się nie kąpali, dokądkolwiek pójdziemy, bo dziś już dwie osoby utonęły. Taa- nigdzie nie wolno się kąpać.

Gramy w piłkę pożyczoną od miłego pana z sąsiedniego ręcznika. Podchodzi facet w kąpielówkach i radzi, żeby nie wchodzić za linki, obok których gramy (ciągle nam tam piłka wpadała i któreś z nas po nią latało; przecież widzieliśmy, że ogrodzone i nie lataliśmy tam złośliwie czy dla własnej przyjemności), bo za tymi linkami znajdują się gniazda mew, i za wchodzenie tam są wysokie grzywny. Nie wolno wchodzić za linki.

Raany! W metrze trzeba uważać na „podejrzane paczki” i zgłaszać policji, kiedy się takie zobaczy; na lotnisku ściągać buty i paski, żeby nas mogli dokładniej przeszukać. Wszystko to oczywiście dla naszego bezpieczeństwa (czego nie omieszkają dodawać zawsze po jednym z tego typu „komunikatów bezpieczeństwa”). A ja mam gdzieć bezpieczeństwo! Chcę być wolna, a nie bezpieczna! .

Mieszkając na Manhattanie przyzwyczaiłam się do używania połowy objętości płuc, ponieważ istniała obawia, że przy pełnym, głębokim wdechu we wszechobecnym smrodzie (występuje w różnych natężeniach-zależnie od pory dnia i dzielnicy) po prostu padnę.

Powietrze gęste od różnego rodzaju zapachów, niekoniecznie atrakcyjnych dla powonienia, to jeden z uroków Manhattanu. Nie sposób opisać tej charakterystycznej nuty, ale ktoś, kto był tu przynajmniej raz, od razu ją pozna- nagrzany asfalt; smród śmieci wystawianych w czarnych, ociekających podejrzanym „sokiem” workach na ulice w dni wywożenia nieczystości; zapach orzechów smażonych w cukrze na ulicznych stoiskach, konkurujący z aromatem parówek i bajgli z sąsiednich budek; specyficzny zapach metra wydobywający się spomiędzy kratek wentylacyjnych i do tego wszystkiego zapach wilgoci, wszechobecny w Nowym Jorku „humid”. Zapach nie do powtórzenia w żadnym innym miejscu.

Kolejna rzecz, tak charakterystyczna dla Wielkiego Jabłka, to Central Park, po którym w weekendy przewalają się masy nowojorczyków przez cały tydzień zamkniętych w szklanych biurach i otoczonych betonem i asfaltem; to tutaj szpanuje się modnym strojem do joggingu i rasowymi psami.

Wypadałoby podsumować Nowy Jork, ale jedyne, co mi się nasuwa, to że to nie jest miejsce dla mnie, chociaż przynajmniej raz w życiu warto tu przyjechać- ze względu na różnorodność kulturową, na tą mieszankę ludzi różnych ras, wyznań; na ten angielski z wieloma akcentami, na restauracje i sklepy z jedzeniem z całego świata; na otwartość ludzi i na to poczucie możliwości, oczekiwanie w powietrzu, bo tutaj wszystko się może przecież zdarzyć.

Aleksandra PODBIEŁŁO

EKWADOR KULINARNIE 2

Po świętach pewnie większości czytelników nie dopinają się spodnie, a ja tu zamierzam poczęstować Was słodkościami z Ameryki Południowej, ale spokojnie- jak już wspominałam, desery nie cieszą się w Ekwadorze specjalnym szacunkiem, więc też nie czeka nas przegląd specjalnie skomplikowanych i kalorycznych dań.

Plantacja bananowa/ Fot. Aleksandra Podbiełło.
Plantacja bananowa/ Fot. Aleksandra Podbiełło.

To, co w tym kraju słodkie, zawdzięczamy naturze, a nie cukiernikom. Owoce. Ale jakie owoce! Weźmy na przykład taki ananas. Niby każdy próbował, większość pewnie miała do czynienia ze świeżym, a nie tylko puszkowanym. Mimo to jestem gotowa założyć się, że takie cudo, jak ananas, ekwadorski miało okazję spróbować niewielu. Jasny miąższ (bardziej biały niż żółty), sok cieknący po palcach przy lada dotknięciu i oszołamiający zapach, który czuć jeszcze przed wbiciem noża w owoc. Mmm, aż się rozmarzyłam. Nic dziwnego, że miejscowi nie zawracają sobie głowy przerabianiem tej pyszności w jakikolwiek sposób. Jedyne, z czym się spotkałam, to batido z ananasa i, oczywiście, piniacolada (pinia to po hiszpańsku ananas). Batido to rodzaj koktajlu- połączenie soku, miąższu owocowego i mleka. Robi je się ze wszystkich możliwych owoców- truskawek, kokosów, bananów, melonów, papaji, limonek i całej masy innych, których nie potrafię nazwać, bo język polski ich nie przewidział. Dla przykładu podam jeden: ma kształt i wielkość podobne do cukinii, otwiera się go wzdłuż, jak zielony groszek i, podobnie jak w groszku, znajdujemy w środku rząd kulek. Ale w tym wypadku są to jakby kłębki waty z czarną pestką w środku. Do jedzenia służy właśnie ta wata, ma delikatnie słodki, trochę mdły smak.
Jednak niekwestionowanym królem ekwadorskich owoców jest banan, platano. Występuje chyba w 12 odmianach – są żółte, zielone, różowe, mini bananki, banany o smaku ziemniaka; banany, które je się tylko na gorąco, w przeciwnym razie grożą przytruciem; banany, z których robi się chipsy.
Ekwador jest największym na świecie eksporterem bananów i, uwaga, kakao. Nie słynie jednak z czekolady, ponieważ, jak już wspomniałam, Latynosi nie są specjalnie biegli w przetwórstwie. Wielbicielom czekolady sugerowałabym więc raczej Belgię, natomiast fani kakao trafili do raju. Nigdzie nie wypijemy tak pysznego napoju- rzadki, jasnobrązowy, uwodzący aromatem gałki muszkatołowej…
Jest jednak pewna gałąź sztuki cukierniczej, w której Ekwadorczycy osiągnęli mistrzostwo: torty. Od razu zaznaczę, że nie służą tam one specjalnie do jedzenia, są zresztą mdłe i nijakie w smaku. Ale za to jak wyglądają! Kremy w kolorach wściekłej zieleni, smerfowy błękit, ostry pomarańcz. Niesamowite malunki na wierzchu, obrazki, portrety. Już wyjaśniam, skąd tyle uwagi w stronę estetyczną. Tort to nieodłączny element każdej fiesty, a wiadomo, że Latynosi fiesty uwielbiają, więc też mają ich pod dostatkiem: urodzinowe, imieninowe, rocznicowe, na koniec roku szkolnego, na początek wakacji, z okazji karnawału, z okazji rozpoczęcia pory deszczowej. Uff, może wystarczy. bo wymieniać można bez końca. Na każdej takiej fieście musi być tort i fajerwerki, obowiązkowo. I jedno, i drugie- żeby sobie goście popatrzyli. Na urodzinach ciasto z kremem ma dodatkową, ważną funkcję- wciska się w nie twarz solenizanta w momencie zdmuchiwania świeczek. Spokojnie, krem z twarzy zostanie szybko zmyty szampanem, którym „chrzci” się delikwenta.
Na tym chyba temat zakończę, nie ma co się przepracowywać w okresie międzyświątecznym. Na takie błogie lenistwo natura też wymyśliła coś dla Latynosów- duże, zielone kokosy. Maczetą ucina się wierzchołek owocu (trzymanego wcześniej w lodzie), wbija się słomkę i gotowe. Teraz możemy się położyć w cieniu kokosowej palmy i delektować słodką, orzeźwiającą wodą spływającą do gardła. Obowiązki? – maniana:)

Aleksandra PODBIEŁŁO