Archiwa tagu: PO

TUSK DO UE? – A NIECH SOBIE TAM IDZIE, BYLE TU GO NIE BYŁO

Od kilku dni w mediach mówi się tylko o jednym – premier Donald Tusk ma zostać „prezydentem” Unii Europejskiej. 

Fot. http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Donald-Tusk-nie-szukam-kandydatow-na-komisarza-Warszawy,wid,15939504,wiadomosc.html?ticaid=1135a4&_ticrsn=3
Fot. http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Donald-Tusk-nie-szukam-kandydatow-na-komisarza-Warszawy,wid,15939504,wiadomosc.html?ticaid=1135a4&_ticrsn=3

Ma poparcie premiera Davida Camerona. Jest wyraźnym faworytem i nadzieją na wynegocjowanie nowych warunków brytyjskiego członkostwa. Prezes Centrum Strategii Europejskiej demosEUROPA Paweł Świeboda stwierdził – Myślę, że wczorajsze wystąpienie Donalda Tuska w Sejmie miało w jakiejś mierze potencjalnie charakter pożegnalny w tym znaczeniu, że w przeciwieństwie do poprzednich lat nie przedstawił całościowych planów rządu na najbliższe miesiące i nie wygłosił płomiennego, trwającego półtorej czy dwie godziny przemówienia.

Inni już spekulują, że Donald Tusk nawet jeśli obejmie stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej, nadal będzie również pełnił funkcję przewodniczącego PO, dzięki czemu dobrze wypadnie w sondażach przed wyborami.

A co na to Leszek Miller? Twierdzi, że zazwyczaj ten, kto jedzie z pewnością, iż zostanie biskupem, nie zostaje nim. Natomiast reakcja Jarosława Kaczyńskiego (PiS)  nie zdziwiła chyba nikogo – A niech sobie tam idzie, byle tu go nie było.

Czy Donald Tusk zostanie „prezydentem” UE? Dowiemy się już wkrótce. Jedno jest pewne – Polska skorzystałaby na tym.

GRECHUTA ŻYJE!

W wyjątkowym entourage’u Teatru Wielkiego w Poznaniu mieliśmy możliwość wysłuchania ponadczasowych utworów autorstwa Marka Grechuty. Tego wieczoru królował materiał z czwartej płyty zespołu PLATEAU zatytułowanej „Projekt Grechuta”, na scenie towarzyszyli im- Ania Wyszkoni, Małgorzata Ostrowska, Piotr Cugowski i Maciej Balcar. Nie zabrakło śmiechu, wspomnień, zadumy, wspólnego śpiewania, a nawet łez…

Fot. Karolina Piątczak
Fot. Karolina Piątczak

Światła gasną, na scenie roztacza się dym, nerwowe i zaciekawione spojrzenia publiczności wypatrują sylwetek muzyków. Przed widzami stoi krzesło, to miejsce dla wyjątkowego Gościa, bez którego nie byłoby nas w tym miejscu i o tym czasie. Marek Grechuta- artysta doskonały. Nikt jak on nie operował słowami ubierając je w dźwięki. Po ponad 140 koncertach zagranych przez zespół w Polsce, USA i Kanadzie przyszedł czas na spotkanie w pominiętym dotąd Poznaniu. Pierwsze dźwięki doskonale znanych publiczności utworów rozluźniły napięcie, już po chwili można było dostrzec śpiewających pod nosem panów, którzy przypominali sobie swoją pierwszą wiosnę i kobiety, które rozmyślały o dziewiczych pocałunkach. Nie zabrakło „Niepewności” w zaskakującej aranżacji, w podróż „Po niebieskim niebie” zabrała nas charyzmatyczna Małgorzata Ostrowska, która swym seksownym, chrypliwym głosem sprawiła, że po plecach przechodziły ciarki. Nikt nie potrafi lepiej „Ocalić od zapomnienia” Grechuty jak PLATEAU, Ania Wyszkoni rozweselona witała coraz cieplejsze dni słowami „Wiosna, ach to ty”, a Piotr Cugowski, moim zdaniem jeden z najlepszych męskich głosów w Polsce, przekonał mnie, że „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…”. Maciek Balcar (od 15 lutego 2001r. wokalista kultowego zespołu DŻEM) przeniósł nas w inny wymiar utworem „Wolność”- lekkość w muzyce i głęboka warstwa tekstowa. Wieczór był pełen muzycznych niespodzianek, prócz standardowych instrumentów, muzycy zagrali na pile do cięcia drewna, butelce po piwie czy cymbałkach, na których uczyliśmy się grać w szkole podstawowej, jak nie wcześniej. Bohaterami tego wieczoru byli przede wszystkim wspominany Marek Grechuta oraz człowiek, który od dawna związany był z tym projektem, pomagał w aranżacjach, pisał nową muzykę i teksty- Marek Jackowski. W hołdzie wielkiemu muzykowi, artyści zaśpiewali wspólnie wzruszającą piosenkę zatytułowaną „Oprócz błękitnego nieba”. Nie obyło się bez oklasków na stojąco i bisu, w którym Ania Wyszkoni z wokalistą PLATEAU- Michałem Szulimem zaplątali się „W dzikie wino…”.

Koncert z cyklu Projekt Grechuta utwierdził mnie w przekonaniu, że prawdziwa, szczera i opleciona historią muzyka broni się sama. Zbędne są wizualizacje, fajerwerki i cekinowe stroje. Nie było miejsca na braki w wokalu, nieumiejętności interpretacji, wszyscy wypadli znakomicie, a mistrz Grechuta odżył na nowo, czuliśmy to.

[Fot. Karolina Piątczak]

Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak DSC_0107 Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak

 

 

TINA. PO PROSTU…

Królowa rocka. Kobieta wulkan, mocny, zachrypnięty głos. Sceniczna charyzma, pewność siebie, swej kobiecości. Karierę rozpoczynała śpiewając w chórach kościelnych muzyki gospel, już wtedy wyróżniała się z tłumu, stworzona była do występów solowych. Droga do sukcesu była czasem wyboista, ale zawsze podtrzymywała ją na duchu muzyka. Tina Turner- legenda.

 

Plakat reklamowy.
Plakat reklamowy.

Mark Bego postanowił tym razem prześledzić życie zjawiskowej wokalistki- Tiny Turner. W książce zatytułowanej „Tina Turner. Po prostu najlepsza” przyznaje, że jest wielkim fanem jej głosu i osobowości. Nie mówi tego wprost, ale między wierszami zachwyca się każdym jej ruchem, decyzją. Można powiedzieć, że oddaje hołd artystce.

Życie Turner nie należało do najłatwiejszych. Problemy alkoholowe jej męża- Ike’a Turnera, który dostrzegł w niej artystyczną duszę, narkotyki, przemoc, którą wobec niej stosował doprowadziły do rozpadu małżeństwa, a także załamania kariery na okres ośmiu lat. W tym czasie Tina śpiewała typowo soulowy repertuar w kasynach i clubach. Wydawało się, że bez niego sobie nie poradzi. Tymczasem zacisnęła zęby i postanowiła walczyć o swoje pasje, przyszłość i samą siebie. W 1984r. jej los w końcu się odwrócił. Wraz ze zmianą wizerunku z grzecznej dziewczynki, na seksbombę posypały się propozycje i sukcesy zawodowe, telefon wciąż dzwonił.
W biografii tej poznamy szczegółowo kolejne szczeble, po których wspinała się gwiazda. Począwszy od dzieciństwa, marzeń, problemów z rodzicami, po debiut, nieudane małżeństwo, światową karierę, macieżyństwo, na legendzie skończywszy.
Tina Turner osiągnęła na rynku muzycznym niemalże wszystko, ciężko pracowała na swój sukces, o czym pisze Bego. W biografii zawarte są nieznane dotąd fakty, ciekawe historie, które nie ujrzały wcześniej światła dziennego.

To znakomita książka dla fanów artystki, którzy zafascynowani są jej postacią tak samo jak Mark Bego, który moim zdaniem idealizuje Turner. Wciąż podkreśla, że jest „piękna”, „silna”, „wspaniała”, w pewien sposób narzuca czytelnikowi jej ocenę. Fakty nie są podkoloryzowane, nie odnajdziemy nieścisłości czy zakłamania. Polecam każdemu na zbliżające się wielkimi krokami zimowe wieczory, nie pożałujecie. Ciekawa historia divy, którą każdy fan muzyki powinien znać…

Autor: Mark Bego

Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie, http://publicat.pl/wydawnictwo-dolnoslaskie.html

Premiera: czerwiec, 2013

PROBLEM Z PRACĄ W NIEDZIELĘ

Fot. http://profesjonalnywarsztat.pl/images/stories/dzialalnosc/praca_w_niedziele_i_swieta.jpg
Fot. http://profesjonalnywarsztat.pl/images/stories/dzialalnosc/praca_w_niedziele_i_swieta.jpg

Ogólne i powszechne – zwłaszcza medialne – stało się ostatnio szukanie wspólnej i zadowalającej wszystkich odpowiedzi na następujące dwa pytania: Czy mający wkrótce być uchwalony zakaz handlu w niedzielę poprawi sytuację pracowników w Polsce, tak aby mogli oni więcej czasu spędzać z rodziną? I czy aby na pewno Polacy nie chcą w niedzielę robić żadnych zakupów? Jednak jest to jedynie temat zastępczy, jak twierdzi Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha. Swoją opinię tłumaczy tak: Problemem nie jest praca w niedzielę. Problemem jest brak pracy w poniedziałek, wtorek, środę… Posłowie chcą tu odwrócić uwagę od spraw naprawdę istotnych, jak np. zbyt wysokie opodatkowanie pracy, które sprawia, że Polakom, choć nieraz pracują na dwa etaty, i tak brakuje pieniędzy.                                                                       

Troska posłów

Chcemy, aby nie zmuszano Polaków do pracy w niedzielę, aby ten siódmy dzień był rzeczywiście dniem wolnym, dniem przeżywania wspólnoty małżeńskiej i rodzinnej – twierdzi Tadeusz Woźniak z Solidarnej Polski. Swoją wypowiedź tłumaczy dalej w taki oto sposób: Handel w niedzielę ma na celu wyłącznie maksymalizację zysków przez sklepy, a dzieje się to kosztem zatrudnionych tam osób.

Posłowie martwią się przy tym przede wszystkim o pracowników tzw. sklepów wielkopowierzchniowych, czyli hiper- i supermarketów. Pozostaje nam zapytać: A co z licznymi pozostałymi zawodami, których przedstawiciele muszą pracować w niedzielę? Są też przecież zawody bez których świat nie mógłby sobie spokojnie iść naprzód – np. bileterka w kinie i w teatrze – nie wspominając już o lekarzach, pielęgniarkach, policjantach i celnikach. W ich wypadku jednak w grę wchodzi służba. Skoncentrujmy się więc na innych zawodach, tych nie służebnych. I tak pani Alina, właścicielka niewielkiego sklepu w Ursusie, mówi: w sklepie jestem w niedzielę, ale za to w czwartek i piątek pracują za mnie koleżanki. Natomiast Rafał, dziennikarz z Warszawy – dziennikarstwo to też zawód służebny – o swojej niedzielnej pracy świadczy tak: czasami przychodzę do pracy w niedzielę i święta, ale rekompensuje to sobie odbierając wolne w inne dni. Mam wybór i nie chciałbym, żeby ktoś go ograniczał, zakazując mi pracy w określone dni. Warto dodać tu, że wszyscy właściwie przyznają, że chcą mieć wybór kiedy i gdzie robić zakupy.

Przeciwko temu wspólnie buntują się posłowie, jak wspomniany już Tadeusz Woźniak i dodam, że aż dziwna jest ta ich jednomyślność. Zakaz handlu w niedzielę popiera także NSZZ „Solidarność”. Marek Lewandowski, rzecznik prasowy Związku, mówi: Nie chodzi o to, że można odebrać inne dni w tygodniu. Niedziela to w naszej kulturze dzień wyjątkowy i powinna być wolna.

Niedzielni Polacy

Internetowy serwis wyborcza.pl przeprowadził ostatnio sondaż, w którym udział wzięło ponad 14 tysięcy osób. Wyniki są dość zaskakujące, bo niemal trzy czwarte internautów uważa, że supermarkety powinny być otwarte w niedzielę, a jedynie 15 proc. z nich zaznacza, że powinny one działać krócej, dajmy na to do 15.00. 14 proc. biorących w sondzie z kolei uważa w ogóle, że sklepy tego typu powinny być czynne non stop – 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Poseł Tadeusz Woźniak, poproszony tu o komentarz, mówi tak: To zależy, kto robi sondę. Trzeba podzielić pracę na konieczną i taką, która nie jest konieczna. Do tej pierwszej zaliczamy na pewno różne służby, dziennikarzy, czy osoby, które swoją pracą umożliwiają wypoczynek pozostałym. To są prace, które służą innym. Ale w handlu chodzi tylko o maksymalizację zysków.

Marek Lewandowski z „Solidarności” wyjaśnia, że zakaz handlu w niedzielę funkcjonuje w 15 państwach europejskich i wcale nie był on przyczyną zapaści gospodarczej, tak zgodnie wieszczonej przez ekonomistów. Z kolei Maria Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, tłumaczy to tak: To dlatego, że w Austrii, Niemczech, czy Francji nawet 70 proc. PKB jest kreowane przez eksport. U nas 60 proc. zaś pochodzi z rynku wewnętrznego. Dlatego ograniczenie handlu w niedzielę to dla nas spory cios. Pan Maria Andrzej dalej podaje nawet konkretne liczby: Dla supermarketu to strata między 4 a 12 proc. tygodniowej sprzedaży. Ale dla centrum handlowego, w którym ten supermarket jest usytuowany, to już około 17 proc.

Na zakaz handlu w niedzielę nie zgadzają się także niektóre organizacje zrzeszające kupców i pracodawców. Twierdzą one – przypuszczalnie nie bez racji – że nowe prawo doprowadziłoby do zwolnienia kilkudziesięciu tysięcy osób. Szacuje się (oszacował to pan Maria Andrzej), że będzie ok. 40 tys. osób, które zanotują pogorszenie warunków finansowych. Pozostaje zapytać: co to byłby za komfort mieć wolne niedziele, jeśli w ogóle nie miałoby się pracy? We wtorek, 28 maja 2013 do Sejmu wpłynął projekt zmian w kodeksie pracy zakazujący handlu w niedzielę. Podpisali się pod nim posłowie PiS, PO, PSL, SP oraz ci nie zrzeszeni albo inaczej niezależni. Ich zdaniem zmiany w kodeksie pracy pociągną za sobą pozytywne skutki społeczne, w postaci „nowej jakość życia dla rodzin, zwłaszcza dla rodzin pracowników zatrudnionych w sektorze handlu”. Ale jaka to jakość, jeśli ludzie nie będą mieć pracy?

POLSKI NEOFASZYZM?

Fot. http://media.wp.pl/kat,1022943,wid,14416803,wiadomosc.html?ticaid=1f7a8
Fot. http://media.wp.pl/kat,1022943,wid,14416803,wiadomosc.html?ticaid=1f7a8

Jakiś czas temu przeżywaliśmy II rocznicę katastrofy smoleńskiej. Jej obchody były, o czym dobrze wiemy, czego zresztą także się spodziewaliśmy, podzielone tak, jak i przed rokiem. W kaplicy Pałacu Prezydenckiego odbyła się uroczysta msza św. w intencji ofiar, na którą Bronisław Komorowski zaprosił rodziny pasażerów Tu-154M. Jarosław Kaczyński natomiast wcale na mszy nie był, w tym samym czasie przed Pałacem Prezydenckim przemawiał do tłumu swoich zwolenników biorących udział w specjalnych obchodach organizowanych przez PiS. I à propos tej przemowy, chciałabym zająć pewne stanowisko – takie raczej mocno antyfaszystowskie.

Kontekst

Powtórzę, że sytuacja wyglądała w ten sposób, iż Prezydent Bronisław Komorowski zorganizował wspomnianą mszę, a PiS zaaranżował uroczystości w aż kilku miejscach w Warszawie. Zaczęły się one od manifestacji przed ambasadą rosyjską i apelu poległych. Potem był przemarsz przez Krakowskie Przedmieście, przemówienia, koncerty, recytacje, filmy, msza św. w katedrze św. Jana, wystawy i „marsz pamięci”. Najważniejsze jednak było wystąpienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Było ono ewidentnym wykorzystaniem upamiętnienia ofiar katastrofy sprzed ponad dwóch lat do celów partyjnych, mimo że politycy wszystkich chyba opcji deklarowali, że tak się nie stanie i na pewno tego nie zrobią, bo im to nie przystoi. Problem w tym, że od dwóch lat nic innego się nie dzieje. Zresztą sam PiS jest, oczywiście jedynie przez część znawców sceny politycznej, określane od jakiegoś już czasu jako stronnictwo jednego tematu – smoleńskiego. Podobnie jest z Jarosławem Kaczyńskim – jemu śmierć brata dodała chyba tylko skrzydeł, choć wiem, że brzmi to okrutnie, bezlitośnie, i może nawet trochę nieludzko. Ale pomyślmy o tym biorąc pod uwagę to, co wiemy o faszyzmie.

Ruch polityczny I

Zacznijmy więc od przypomnienia sobie tego, czym jest faszyzm. Po pierwsze jest to masowy ruch polityczny. Po drugie ma cechy nacjonalistyczne. Po trzecie dąży do zdobycia władzy i stworzenia totalitarnego państwa. Po czwarte faszyzm powstał jako protest przeciwko rezultatom I Wojny Światowej. Był wyznaniem ludzi pokonanych, rozczarowanych i zwyczajnie zemsty spragnionych. Wreszcie, po piąte faszyzm chciał mieć człowieka tylko dla siebie. Panowała w nim zasada, że kto się nie zgadza, ten sam skazuje się na śmierć.

Faszyzm na ulicach

Popatrzmy teraz nie na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ale na ludzi, którzy byli 10 kwietnia 2012 przed Pałacem Prezydenckim i wsłuchiwali się w jego słowa. Było ich mnóstwo, wszyscy wykrzykiwali swoje racje – nie będę rozważać tu ich zasadności, bo to chyba nie ma sensu – a co najważniejsze, zaatakowali oni ekipę telewizyjną TVP INFO, która zrezygnowała ostatecznie z przeprowadzania relacji na żywo z wydarzenia. Ludzie ci krzyczeli  do realizatorów i dziennikarzy: Uciekaj z tym, jazda! Sp…j, Stul pysk. Poza tym rozwiesili na którejś bramie wjazdowej transparent z rysunkiem Kaczora Donalda i napisem: „Oto głowa zdrajcy”. Wszyscy wyglądali strasznie zapamiętali w gniewie i bólu, które były podkręcane tylko przez prezesa. Bo co on robił? Przede wszystkim wyglądał na niesionego wprost na skrzydłach tłumów swoich wyznawców i mówił, słowami Zbigniewa Herberta pomieszanymi z tekstami biblijnymi: Zostali zdradzeni o świcie! Nikt się z nami nie liczy! Zło dobrem zwyciężaj. Następnie wyliczał tylko oskarżenia pod adresem obecnych władz. Było ich mnóstwo, ale nie na nie chciałam zwrócić uwagę, lecz na to, co robił tłum. Za każdym razem odpowiadał mu krzycząc: Hańba! Hańba!, wznosząc burzę oklasków i był coraz bardziej rozwścieczony.

Ruch polityczny II

Rozważmy raz jeszcze całą tę sytuację, powoli, odwołując się do tego, co napisałam już o faszyzmie. Po pierwsze na Krakowskim Przedmieściu była masa ludzi, zwolenników PiS-u. Po drugie partia ta ma silne skłonności nacjonalistyczne – wystarczy przypomnieć sobie jej stosunek do wejścia Polski do Unii Europejskiej. Po trzecie PiS, a wraz z nim Jarosław Kaczyński, dążą do zdobycia władzy. Po czwarte wiec był reakcją rozczarowanych i spragnionych zemsty ludzi na katastrofę smoleńską i jej skutki, a to właśnie pan Prezes sam podjudzał ich do intensywniejszych działań. To on sprawia, że czują się pokonani, a – i to jest po piąte – wszystkich tych, którzy chcą wprowadzić jakieś zmiany, coś nowego i nie widzą w nim już boga, Jarosław Kaczyński skazuje na banicję (jak choćby Zbigniew Ziobro). Czy nie są to cechy charakterystyczne dla faszyzmu?

Na koniec przytoczę słowa jednego z uczestników zorganizowanego przez PiS upamiętnienia ofiar katastrofy: To był rusko-żydowsko-niemiecki zamach – oświadczył z żądzą zemsty i pomszczenia tych ofiar w oku. A przecież zmarłych wspomina się w skupieniu i w ciszy…

Wróćmy teraz, na zupełny już koniec stricte do faszyzmu. Nigdy nie powiemy, że Hitler albo  Mussolini byli ludźmi zdrowymi. Przypuszczalnie już jako ludzie bardzo młodzi, a może nawet dzieci doznali wielu krzywd, o jakich nam się w głowie nawet nie śniło i to ich „wypaczyło”, zasiało w duszach tak ogromne i przerażające wręcz zalążki zła. Nie wiadomo. Jedno pewne jest: musimy, nauczeni doświadczeniem, dbać o to, ażeby taka sytuacja nigdy nie miła już miejsca – drugi atak faszyzmu (Trzecia Wojna Światowa?) może być dla nas zgubny.

ŚWIĘCI STUDENCI

http://biznes.newsweek.pl/dementi-rzadu-boni–mysle–ze-umowy-studentow-nie-beda–ozusowane-,97020,1,1.html

Nie oburzyły mnie wcale zapowiedzi rządu, który przez jakiś czas mówił o obłożeniu podatkiem tzw. umów śmieciowych. Jestem przecież, podobnie jak większość Polaków, przyzwyczajony do tego, że rząd lubi odbierać. A „przyzwyczajenie jest naszą naturą” – jak powiedział Blaise Pascal. To, co mnie natomiast rozsierdziło, to fakt, że nowe obciążenia nie miały objąć studentów. Przynajmniej tak wynika z wypowiedzi ministra Boniego:„Studenci myślę, że niekoniecznie będą wzięci pod uwagę, dlatego że jakby sytuacja zawodowa studentów jest sytuacją uzupełniania dochodów. To nie jest realny start zawodowy i myślę, że te umowy nie będą „ozusowane”

Najśmieszniejsze jest to, że akcję „ozusowania” wszystkich umów minister Boni uzasadniał chęcią wyrównywania szans na rynku pracy.
Cóż, jeśli to jest wyrównywanie szans, to ja jestem feministką. Rozumiem, że sytuacja, w której tylko studenci z łatwością mogą znaleźć zatrudnienie, ponieważ ich pracodawca nie musi za nich płacić składki do ZUS, jest fair? A, co z osobami, które się nie uczą? Czy ich szanse na znalezienie pracy, choćby tej najprostszej, np. przy wykładaniu towaru w supermarkecie, są równie duże? A może to nie jest żadne wyrównywanie szans, tylko jawna dyskryminacja?
Wielu pseudo studentów (wielu, bo oczywiście nie wszyscy są pseudo…) jest dzisiaj w stanie połączyć naukę z pracą. Odpowiadają za to dwa czynniki. Pierwszy – to masowe kształcenie, które spowodowało obniżenie poziomu nauczania. PO do tej pory nie kiwnęło palcem, by uporać się z tym problemem. Drugi – dotyczy właśnie owej składki. Kiedy przyjdzie czas wyborów, taki pseudo student zagłosuje na Platoformę, bo jest ona w jego mniemaniu cool (a może takie myślenie wśród młodzieży już uległo zmianie?), i dlatego, że stworzyła mu warunki do tego, by jednocześnie się kształcił i pracował.
Premier Donald Tusk, w przeciwieństwie do Jarosława Kaczyńskiego, może uchodzić w oczach studentek za mężczyznę niezwykle przystojnego. Uprawia jogging, gra w piłkę, to go wyszczupla, ale jednocześnie zwiększa jego masę mięśniową. I to jest jego atut w walce z Kaczyńskim o głosy młodzieży. Ale nie żebym bronił tego ostatniego, który słabo sypia. Pis przecież uprawiał taką samą politykę w stosunku do studentów, co PO. Co prawda nikt wtedy nie wpadł na perfidnie „rostowski pomysł” (bo sądzę, że to minister finansów za wszystkim stoi), by „ozusować” wszystkie umowy, ale relacje student – pracodawca były identyczne.
No cóż, zobaczymy, jak to będzie. Co prawda podczas swojego ostatniego przemówienia premier wycofał się z pomysłu opodatkowania wszystkich umów, czas jednak pokaże na jak długo. Ja tam nie wątpię w geniusz złodziejstwa oraz dyskryminacji PO. A problem z osobami uczącymi się nadal istnieje. Odczuwam go przecież od dłuższego czasu. Od kiedy bowiem rzuciłem nieprzynoszącą prawie żadnych zysków robotę w nieruchomościach, bezskutecznie poszukuję czegoś nowego. Mam z tym trudności, ponieważ studenciki „kasują” mi miejsca pracy. Już sam nie wiem, co robić. ..

(Zdjęcie ze strony tytułowej pochodzi z adresu: http://www.studencipat.pl/kat/praca)

KACZYŃSKI W FORMIE

W swoich felietonach wyrażałem opinię, że PO nie musi zbyt dużo robić, by zachowywać swoje dotychczasowe poparcie: wystarczy, że politycy Platformy nie będą zbyt często mówić o swojej polityce, a przychylne im media, zamiast interesować się rządem, będą podejmowały tematy związane z opozycją.
Do tej pory zdawało to egzamin, ale wszystko może mieć swój finał. Gdy obserwuję ostatnie działania Jarosława Kaczyńskiego, to tym bardziej utwierdzam się w takim przekonaniu.
PO i Donald Tusk od lat są rozpieszczani przez media, zwłaszcza przez najbardziej wpływową – moim zdaniem, stację ostatnich lat: TVN. Powoduje to gnuśność w szeregach PO podczas, gdy działacze PiSu, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, przechodzą nieustannie nowe, cenne testy bojowe.
Jeszcze całkiem niedawno w PiSie wrzało, co niektórzy komentatorzy przewidywali nawet koniec Jarosława Kaczyńskiego, podejrzewali, że straci władzę we własnej partii. Wypominano mu wiele porażek politycznych. Teraz jednak wydaję się, że jedynie on jest w stanie poprowadzić swoją partię do zwycięstwa w najbliższych wyborach. Chyba uświadomili sobie to jego podwładni i dlatego o buntach w PiSie, jak na razie, nie słyszymy.
Mnie perspektywa zwycięstwa PiSu w najbliższych wyborach niezbyt cieszy. Co prawda nie ulegałem nigdy tej histerycznej nagonce mediów na Prawo i Sprawiedliwość, ale też nie była to nigdy partia z mojej bajki (chociaż wszystko lepsze od lewaków z SLD). Nie będę ukrywał, że z dwojga złego, PO PiS, wybieram PO. I właśnie ta obawa powrotu do władzy PiSu, powoduje, że nie śmiem lekceważyć Jarosława Kaczyńskiego. Zwłaszcza, iż jest on politykiem wysokiej miary. Przeanalizujmy jego ostatnie sukcesy.

Całkiem niedawno Ryszard Kalisz grzmiał w mediach, nawołując do postawienia przed Trybunałem Stanu Jarosława Kaczyńskiego w celu wyjaśnienia śmierci Barbary Blidy. Pomysł ten podchwycili nawet politycy PO, którzy do tej pory byli mu przeciwni. Sam Jarosław Kaczyński powiedział, że chętnie stanie przed Trybunałem i wyjaśni wszelkie wątpliwości. Od czasu tej wypowiedzi sprawa Trybunału ucichła z obawy przed uczynieniem prezesa Pisu męczennikiem, co mogłoby zjednać mu sympatię Polaków.
W prasie pojawiały się opinie, że Kaczyński świetnie się zachował taktycznie, dążąc do konfrontacji. Ja jednak uważam, że to postępowanie służyło wymiganiu się. Gdyby rzeczywiście zależało mu na zwiększeniu swojej popularności poprzez stanięcie przed Trybunałem, to by nie przyznawał się do tego. Blefowałby, że obawia się takiej sytuacji, by do niej doprowadzić. Ale też nie sądzę, że przeraża Kaczyńskiego wizja stanięciem przed Trybunałem. W większym jednak stopniu jak na razie chyba nie pragnie ryzykować i stąd takie jego mylące wypowiedzi.

Kolejnym sukcesem tego polityka jest skupienie wokół siebie znacznego poparcia społecznego albo przynajmniej wyjątkowe umocnienie swojego żelaznego elektoratu. Miało to miejsce podczas obchodów katastrofy smoleńskiej oraz protestów środowiska ojca Rydzyka przeciw nieprzyznaniu telewizji Trwam miejsca na cyfrowym multipleksie.
Do tej pory Platformie wydawało się, że nie robienie niczego jest dla niej korzystne. Wystarczyło pozwolić Kaczyńskiemu szaleć na „polu smoleńskim”, co gwarantowało brak zainteresowania polityką rządu. Taka postawa jednak może okazać się ostatecznie zgubna.
Jarosław Kaczyński ma świadomość, że bez względu na to jak mocno ograniczy swoją obecność w mediach, one i tak będą bardziej zainteresowane nim niż PO. Nie pozostaje mu nic innego jak działać, nie dbając już o żadne negatywne oceny komentatorów. I działa bez kompleksów. Ofensywa Pisu może robić wrażenie. W mediach, jak zwykle, mówi się tylko o Smoleńsku, ale nie powoduje to już takiej sytuacji jak przedtem. Pis nie traci poparcia, wprost przeciwnie. Wystarczy przeanalizować ostatnie sondaże, w których PO niewiele zyskuje nad swoim odwiecznym rywalem. Sądzę, że ten wzrost poparcia dla opozycji nie bierze się z wiary większości Polaków w kłamliwe sugestie o zamachu w Smoleńsku. Wynika to raczej z niechęci wyborców do takiej, a nie innej polityki Platformy, polegającej na odwracaniu uwagi od siebie.

Pis zyskuje również na sile w kontekście walki z Solidarną Polską. Jak na razie bezapelacyjnie wygrywa z nią rywalizację o miano jedynej poważnej prawicowej partii. TVN, najbardziej chyba obecnie opiniotwórcza stacja w Polsce, raczej bierze stronę Jarosława Kaczyńskiego. Wypowiedzi na temat Solidarnej Polski są dosyć stonowane, nie prowadzą, jak zwykle, do krytyki Pisu. Jest to łatwe do wytłumaczenia. Gdyby Solidarna Polska znacznie osłabiła Pis, ten przestałby spełniać rolę zauważalnej opozycji – chłopca do bicia. Telewizja TVN nie miałaby pretekstu, by stale mówić o tej partii, skoro niewiele by znaczyła. W końcu musiałaby zacząć skupiać się na rządzie.

Przypomnijmy, że jeśli PO wygra następne wybory, to uczyni to po raz trzeci z rzędu. Taki kosmiczny wynik wydaje się mało prawdopodobny. Tak więc powrót do władzy Jarosława Kaczyńskiego jest całkiem realny. Dopiero po kolejnych rządach Prawa i Sprawiedliwości (mogą one się skończyć w wyniku przedterminowych wyborów: Pis przecież uwielbia zrażać do siebie wyborców) Platforma mogłaby tryumfalnie powrócić do władzy. Jeśli jednak PO wygra najbliższe wybory, to dalsza egzystencja Jarosława Kaczyńskiego w polityce zawiśnie na włosku.

Kaczyński mógłby stanowić dla Platformy znacznie większe zagrożenie niż dotychczas. Byłoby to możliwe, gdyby przesunął się w swoich działach ku centrum. Nie będę ukrywał, że zawsze naśmiewałem się z wypowiedzi p. prof. Jadwigi Sztaniszkisz, która twierdziła, że Kaczyński, aby wygrać z Platformą, powinien zabiegać o wyborców centroprawicowych. To twierdzenie wydawało się mi nieprzemyślane. Sądziłem, że jeśli Kaczyński to zrobi, to jego partia zostanie wchłonięta przez PO, która okaże się najbardziej atrakcyjną opcją centroprawicą. Na podobnej zasadzie przecież niedawni koalicjanci Kaczyńskiego, LPR i Samoobrona, stracili swoich wyborców, którzy zaczęli identyfikować się z Pisem.
Myliłem się jednak. Gdy Jarosław Kaczyński przybierał łagodny ton, kandydując na prezydenta, zyskiwał niesamowicie duże poparcie. Społeczeństwo polskie głosuje na PO, nie widząc żadnej innej opcji. Gdyby Pis przybrał maskę Platformy, mógłby stanowić dla niej wielką konkurencję. Ale wtedy Jarosław Kaczyński musiałby zacząć otaczać się innymi ludźmi. Dążąc ku politycznemu centrum, zostałby zmuszony do łagodniejszego przywództwa, niewątpliwie otwartego na dialog. A do tego chyba Jarosław Kaczyński nie jest zdolny. Woli przebywać w otoczeniu ludzi, prezentujących oszołomskie, ale wiernopoddańcze mu hasła.

Pomimo pewnych niedoskonałości Jarosława Kaczyńskiego nie można go lekceważyć, zwłaszcza teraz, gdy ten świetny polityk wydaje się powracać do formy!


Krzysztof Olszewski

(Fot. PAP / Jacek Bednarczyk)

(Fot. na str głównej: http://fotostat.pl/Pictures/342/Jaros%C5%82aw+Kaczy%C5%84ski/)

PO WYBORACH…

Na ulice wyjdziemy później…

Wybory Anno Domini 2011 za nami. Po wyjątkowo jałowej kampanii, wątło okraszonej nawet przez hamującego Palikota i jego egzotyczną drużynę z urn wyborczych wyłoniła się triumfująca Platforma Obywatelska. Wygrali po raz drugi i w tym wymiarze przechodzą do historii polskiego parlamentaryzmu. Największym przegranym jest SLD. Media otrąbiły sukces Ruchu Palikota, lecz tak naprawdę kolejnym wygranym jest PSL, który uwiarygodnił swoją pozycję solidnego koalicjanta. Dla każdego…

Tuskowi zabrakło kilkunastu mandatów do pełni szczęścia. Pełnia szczęścia to dla każdej partii politycznej w polskim parlamencie bezwzględna większość głosowań. Trzeba się więc będzie wdzięczyć do potencjalnego partnera. W PO mówiło się głośno już pod koniec wieczoru wyborczego: To będzie partia Pawlaka. Ów, z charakterystyczną dla siebie, niespieszną manierą zbierania myśli oświadczył: Trzeba rozważyć wszystkie warianty koalicji. To co jest grane? – zapytacie zapewne. Zagrane może być wszystko, z wyjątkiem rzecz jasna POPiSu. Ludowcy byli już w przeszłości w koalicji z wszystkimi ugrupowaniami, które zasiądą teraz na Wiejskiej. Z wszystkimi oprócz Palikota. Rzecz w tym, że to ugrupowanie traktowane jest przez pozostałych jako źródło dostarczania mandatów. A więc – dezintegracja? Oprócz samego Palikota jasno widzą to wszyscy przywódcy partyjni.

Można teraz spekulować, a i tak skończy się na powtórce z poprzedniej koalicji, z tym, że trudniej będzie ją zawiązać, bowiem ludowcy chcą kilka ministerstw więcej. Przed Donaldem Tuskiem trudne zadanie – musi solidnie przewietrzyć swoje szeregi – zbyt wiele tam bałaganu i prowizorki. Łatwo nie będzie, wygrana jest na tyle wyrazista, że do sejmu wejdzie większość „jedynek”, „dwójek” i „trójek” z poszczególnych list, a to zapewnia już na starcie ostrą konfrontację pomiędzy przyszłymi posłami.

Powtórka z wygranej to dla Platformy duży sukces. Nie od rzeczy pytanie, czy to sukces gwarantujący rządy na kolejne cztery lata? Nieco w to wątpię. Donaldowi Tuskowi – jak zauważył prof. Wawrzyniec Konarski z Uniwersytetu Jagiellońskiego – przyjdzie się rozliczyć z obietnic przedwyborczych i to nie tylko z aktualnych ale i tamtych sprzed czterech lat. Nie jestem pewien czy PO może już teraz ogłosić gotowość do takich rozliczeń. Jeśli nie zrobi tego w przeciągu najbliższego roku, scenariusz przedterminowych wyborów jest prawdopodobny.

A co teraz z nami? Nadal będziemy jeździć najlepszymi kolejami w Europie, po polskich drogach podziwianych przez wszystkich cudzoziemców i cieszyć się będziemy statusem zielonej wyspy na czerwonej mapie Europy. Na ulicę wyjdziemy później. Może za dwa, może za trzy lata…

Tomasz DYMACZEWSKI