Archiwa tagu: Maciej

GRECHUTA ŻYJE!

W wyjątkowym entourage’u Teatru Wielkiego w Poznaniu mieliśmy możliwość wysłuchania ponadczasowych utworów autorstwa Marka Grechuty. Tego wieczoru królował materiał z czwartej płyty zespołu PLATEAU zatytułowanej „Projekt Grechuta”, na scenie towarzyszyli im- Ania Wyszkoni, Małgorzata Ostrowska, Piotr Cugowski i Maciej Balcar. Nie zabrakło śmiechu, wspomnień, zadumy, wspólnego śpiewania, a nawet łez…

Fot. Karolina Piątczak
Fot. Karolina Piątczak

Światła gasną, na scenie roztacza się dym, nerwowe i zaciekawione spojrzenia publiczności wypatrują sylwetek muzyków. Przed widzami stoi krzesło, to miejsce dla wyjątkowego Gościa, bez którego nie byłoby nas w tym miejscu i o tym czasie. Marek Grechuta- artysta doskonały. Nikt jak on nie operował słowami ubierając je w dźwięki. Po ponad 140 koncertach zagranych przez zespół w Polsce, USA i Kanadzie przyszedł czas na spotkanie w pominiętym dotąd Poznaniu. Pierwsze dźwięki doskonale znanych publiczności utworów rozluźniły napięcie, już po chwili można było dostrzec śpiewających pod nosem panów, którzy przypominali sobie swoją pierwszą wiosnę i kobiety, które rozmyślały o dziewiczych pocałunkach. Nie zabrakło „Niepewności” w zaskakującej aranżacji, w podróż „Po niebieskim niebie” zabrała nas charyzmatyczna Małgorzata Ostrowska, która swym seksownym, chrypliwym głosem sprawiła, że po plecach przechodziły ciarki. Nikt nie potrafi lepiej „Ocalić od zapomnienia” Grechuty jak PLATEAU, Ania Wyszkoni rozweselona witała coraz cieplejsze dni słowami „Wiosna, ach to ty”, a Piotr Cugowski, moim zdaniem jeden z najlepszych męskich głosów w Polsce, przekonał mnie, że „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…”. Maciek Balcar (od 15 lutego 2001r. wokalista kultowego zespołu DŻEM) przeniósł nas w inny wymiar utworem „Wolność”- lekkość w muzyce i głęboka warstwa tekstowa. Wieczór był pełen muzycznych niespodzianek, prócz standardowych instrumentów, muzycy zagrali na pile do cięcia drewna, butelce po piwie czy cymbałkach, na których uczyliśmy się grać w szkole podstawowej, jak nie wcześniej. Bohaterami tego wieczoru byli przede wszystkim wspominany Marek Grechuta oraz człowiek, który od dawna związany był z tym projektem, pomagał w aranżacjach, pisał nową muzykę i teksty- Marek Jackowski. W hołdzie wielkiemu muzykowi, artyści zaśpiewali wspólnie wzruszającą piosenkę zatytułowaną „Oprócz błękitnego nieba”. Nie obyło się bez oklasków na stojąco i bisu, w którym Ania Wyszkoni z wokalistą PLATEAU- Michałem Szulimem zaplątali się „W dzikie wino…”.

Koncert z cyklu Projekt Grechuta utwierdził mnie w przekonaniu, że prawdziwa, szczera i opleciona historią muzyka broni się sama. Zbędne są wizualizacje, fajerwerki i cekinowe stroje. Nie było miejsca na braki w wokalu, nieumiejętności interpretacji, wszyscy wypadli znakomicie, a mistrz Grechuta odżył na nowo, czuliśmy to.

[Fot. Karolina Piątczak]

Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak DSC_0107 Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak Fot. Karolina Piątczak

 

 

NIE BĘDĘ ŚPIEWAĆ O BŁAHOSTKACH – WYWIAD Z SYLWIĄ GRZESZCZAK

To jej piosenki okupują wszystkie listy przebojów, a półki uginają się pod ciężarem zdobytych nagród. Właścicielka anielskiego głosu oraz fortepianu, z którym nigdy się nie rozstaje. W rozmowie z Maciejem Zielinskim opowiedziała o swojej miłości do muzyki, marzeniach o duecie z pewną blondynką, trzeciej płycie i najnowszym singlu zatytułowanym „Nowy Ty, nowa ja”.
Specjalnie dla czytelników twoich-wiesci.pl w rozmowie z Maciejem Zielinskim –  Sylwia Grzeszczak.

Fot. pochodzi z: http://nocoty.pl/page,2,query,sylwia%20grzeszczak,szukaj.html?ticaid=61266c
Fot. pochodzi z: http://nocoty.pl/page,2,query,sylwia%20grzeszczak,szukaj.html?ticaid=61266c

Maciej Zielinski: Będąc w szkole muzycznej bardziej odnajdowałaś się w repertuarze klasycznym, mam na myśli Bacha, Chopina, Mozarta, czy w muzyce rozrywkowej?

Sylwia Grzeszczak: Poszłam do szkoły muzycznej z zamiarem nauki muzyki klasycznej. Tak jak wspomniałeś- uczyłam się Bacha, Chopina, wszystkiego, co było w wymaganym repertuarze. Kocham te utwory do dnia dzisiejszego, jednak największą radość sprawia fakt, że mogę dziś połączyć klasyczny utwór fortepianowy z muzyką rozrywkową. To dla mnie idealne połączenie.

MZ: Chwile relaksu spędzasz również przy pianinie, czy jest to czas wyciszenia, któremu nie towarzyszy muzyka?

SG: Pianino towarzyszy mi tak naprawdę cały czas. Dbam o nie, nie mogłabym bez niego żyć. Tkwi ono głęboko w moim serduchu, nie lubię się z nim rozstawać, dlatego na scenie muszę czuć jego obecność. Miejsce przy pianinie to pewnego rodzaju oaza. Nigdy nie zniknie z mojego życia.

MZ: Każdy singiel, który wydajesz zostaje obrzucony nagrodami, bądź trafia na pierwsze miejsca list przebojów. Jak krok po kroku wygląda u Ciebie tworzenie utworu?

SG: To proces samoistny. Czasem wena dopada mnie w najmniej oczekiwanym momencie. „Karuzela” powstała podczas telefonicznej rozmowy z moim tatą. Opowiadałam mu coś, aż w jednej chwili usłyszałam w głowie melodię. Od razu przeprosiłam tatę i napisałam muzykę w mgnieniu oka.

MZ: Właśnie, teksty nie wychodzą spod twojego pióra, więc w jak dużym stopniu w nie ingerujesz?

SG: Oczywiście utożsamiam się ze wszystkimi słowami, które pojawiają się na moich płytach. Dla mnie bardzo ważne jest to, o czym śpiewam. Nie mogłabym przekazywać rzeczy błahych, bezwartościowych. Ta strefa jest ważna, o ile nie najważniejsza. Do tekstu potrzebna jest chwytliwa melodia i wtedy jestem zadowolona ze swojego utworu. Autorami tekstów na płytę pt. „Komponując siebie” są wspaniali artyści- Marcin Piotrowski, Marysia Sadowska i Karolina Kozak.

MZ: Jak opiszesz najnowszy singiel zatytułowany „Nowy Ty, nowa ja”?

SG: Mam nadzieję, że singiel „Nowy Ty, nowa ja” będzie się coraz bardziej rozkręcał wśród odbiorców. Na koncertach jest przyjmowany świetnie, mimo, że to tak naprawdę radiowa świeżynka, natomiast na płycie „Komponując siebie” znalazł się już dawno, wśród innych utworów, które zostały tam zamieszczone. Piosenka jest o odnajdywaniu w sobie wiosny. Nadchodzi okres odrodzenia, chodzi o to, by na nowo dotrzeć się w związku, rozpocząć nowy etap, powrócić do początkowych emocji, jakie towarzyszyły związkowi. Rutynie trzeba powiedzieć w końcu stop! Wiosna to czas zmian.

MZ: W takim razie teledysk będzie żywiołowy. Kiedy powstanie clip?

SG: Dokładnie! Na dniach kręcimy teledysk, mam nadzieję, że jego premiera pojawi się bardzo szybko.

MZ: Są już plany związane z trzecią płytą? Mówi się, że pozycja artysty zależy od trzeciego krążka…

SG: Mam wrażenie, że już tworzę trzeci album. Tak naprawdę podczas pisania jakichkolwiek kawałków, które trafiają w późniejszym czasie na płytę, jednocześnie tworzę inne, z których mogę później wybierać to, co pojawi się na kolejnych albumach. Po prostu tworzę przez całe swoje życie, 24 godziny na dobę.

MZ: Jest ktoś na polskim lub zagranicznym rynku muzycznym, o kim marzysz we wspólnym duecie?

SG: Tak, bardzo lubię Beatę Kozidrak, będę to powtarzać do końca swoich dni. Moim marzeniem jest zaśpiewać razem z nią. Po koncercie Beaty w poznańskiej Arenie byłam nią oczarowana. Jest niesamowitą artystką. Wiesz, nie wiadomo, czy do naszego spotkania na scenie dojdzie, może nie. Nikogo nie będę obwiniać, po prostu fajnie byłoby stworzyć taki duet.

MZ: Może wystarczy po prostu jej to zaproponować?

SG: Czas pokaże, zobaczymy. Nie wymagam tego od niej, jest świetną solową wokalistką. Niczego nie będę robić na siłę.

MZ: Czego mogę Ci życzyć?

SG: Podczas dzisiejszego koncertu w poznańskiej Arenie dostałam taką dawkę pozytywnej energii, że na chwilę obecną niczego więcej mi nie potrzeba. Mimo wszystko myślę, że najważniejsze i tak jest zdrowie, bez niego nie jesteś w stanie nic zrobić

MZ: Tego właśnie Ci życzę…

MIŁ.OŚĆ WEDŁUG EWY KASPRZYK

Ewa Kasprzyk jest kobietą sukcesu. Silna, niezależna, lubiąca dobrą zabawę. Tak piszą o niej kolorowe czasopisma, tak postrzegana jest przez większość widzów. Znamy ją z kultowych seriali ( „Złotopolscy”, „Magda M.”) oraz filmów, które zapisały się na kartach historii (chociażby „Kogel- mogel”). Jest również znakomitą aktorką teatralną. Gra najczęściej kobiety wyzwolone. Przypadek?

Plakat reklamowy.
Plakat reklamowy.

30 lat temu Ewa Kasprzyk, która jeszcze wtedy nie była aktorką, a dopiero myślała o tym zawodzie i marzyła, aby go uprawiać zapisuje na kartce słowo ,,Mił.ość”. Kilkanaście miesięcy temu, razem z autorem książki, Ewa odnajduje pożółkłą stronę z zeszytu…I tak rozpoczyna się  jej książkowa ,,podróż” – w głąb siebie oraz do zdarzeń i ludzi, które nierozerwalnie będą kojarzyć się aktorce z miłością i mił.ością. Dlaczego i dla kogo Ewa zapisała swoje ciało imieniem ukochanego? W kim tak bardzo była zakochana, że paląc miłosne listy na wykładzinie w pokoju omal nie wywołała pożaru? Jak wyglądało pierwsze spotkanie Ewy i jej męża Jerzego, który przekonany był, że zakochał się w wyczynowej pływaczce? Jaką jest kucharką, jeśli rosół jej receptury miał barwę czerwieni? „Mił.ość – miły, miło, miłe chwile, ale kiedy ością staje w gardle, to można się od niej udusić” – mówi aktorka. Czy Ewa Kasprzyk obgryzła miłość do ości?
Pamiętnik z życia aktorki wzbogacony jest unikalnymi zdjęciami, które dodatkowo zabarwiają każdą z jej historii, również te pikantne…

Autor: Kędziak Maciej, Kasprzyk Ewa

Wydawca: G+J Gruner&Jahr www.gjksiazki.pl

Premiera: 25 września 2013

KORA L!VE

Artystka? Ten wyświechtany w dzisiejszych czasach przydomek, przypisuje sobie każdy, kto wydobędzie z siebie jakikolwiek dźwięk na scenie. Często nie liczy się fakt, że ten dźwięk był fałszem. „Artystą” jest dzisiaj każdy.

Fot. Jacek Poremba.
Fot. Jacek Poremba.

KORA. Ona jest tylko jedna. Wzbudza skrajne emocje, od nienawiści po uwielbienie, bo przecież Polacy tylko tak potrafią oceniać.
Pod koniec czerwca miałem przyjemność uczestniczyć w koncercie KORY, który odbył się na deskach gorzowskiego amfiteatru. Siedziała za mną grupa starszych kobiet, które już pół godziny przed koncertem niczym naprężone struny zacięcie komentowały całą sytuację związaną z koncertem. „Spóźni się, mówię wam”, druga dorzuciła- „Wiadomo! Pewnie się pudruje. Już nie te lata”, inna z kolei- „Powinna już sobie dać spokój. Zamknąć się w tej swojej willi i z niej nie wychodzić. Zapewne z playbacku poleci”. Któraś jeszcze wspomniała o Ramonce i całym tym zamieszaniu, że pewnie razem biorą teraz działeczkę. Żenujące.
KORA faktycznie się spóźniła… ok. 6 minut. To aż taki wielki grzech w momencie, kiedy większość muzyków spóźnia się na swój koncert ponad godzinę?

W jednej chwili dźwięk gitary i perkusji rozlał się na całe miasto. Prawdziwy rock, bez żadnych półśrodków. Dreszcze przebiegały kolejno po karku, rękach kończąc na nogach. Po wspaniałym intro wchodzi pewnym krokiem Kobieta w czarnych okularach. Nikt nie ma wątpliwości kim jest. Niesamowicie seksowny i chrypliwy głos sprawił, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Uszu również. Podczas swojego półtoragodzinnego koncertu KORA zaśpiewała największe przeboje zespołu MAANAM jak również utwory ze swojej solowej płyty zatytułowanej PING PONG. Wielkim zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że KORA nie poszła na łatwiznę odgrywając znane wszystkim hity, lecz nadała im nowe życie, ubierając słowa piosenek w świeże, bardziej współczesne i niesamowicie wysmakowane aranżacje. Świadczy to o tym, że nie chce stać w miejscu, podąża za współczesnością, lubi wyzwania. Usłyszeć na żywo „Cykady na Cykladach”, „Szare miraże”, „Raz dwa, raz dwa”, czy choćby „Lucciolę”, to niesamowite przeżycie. „Oddech szczura” potwierdził, że KORA ma niesamowitą dykcję, której w dzisiejszej muzyce ze świecą szukać. Warto uczestniczyć w tak ważnym wydarzeniu, bo przecież te kompozycje zmieniły muzykę rockową w naszym kraju, na naszym.

Ludzie nie zawsze doceniają, że stoi przed nimi żywa legenda i należy, albo chociaż wypada schować w kieszeń swoje uszczypliwe komentarze, które nijak nie odnoszą się do głosu KORY i atmosfery, którą buduje w interakcji z publicznością. Sukcesu MAANAM jak i jej frontmenki nie mamy prawa podważać, ilość sprzedanych przez nich płyt tylko potwierdza wyjątkowość ich muzyki i stawia zespół na jednej z najwyższych półek. Podczas koncertu między przeboje zespołu wplatane były utwory z solowej płyty KORY. Wykrzyczała, że „Nie jest biała i nie jest czarna”, sprzedała słuchaczom swój „Przepis na szczęście” i podrzuciła wysoko piłeczkę w „Ping Pong’u”. Na koniec dodała, że „Jedno słowo wszystko zmienia”. Po gromkich brawach publiczności i osłupieniu tych Pań siedzących za mną śmiem twierdzić, że wszystko zmieniło nie tylko jedno słowo, ale całe zdanie, jakie chciała nam przekazać KORA swoim scenicznym ruchem, głosem, tekstem, światłem i muzyką. Artystka.

BRODKA W OŚMIU SMAKACH

Początek marca, dokładnie dzień szósty. Tego dnia pogoda nas rozpieszczała, słońce muskało twarze swoimi gorącymi promieniami. W małym klubie w Poczdamie ma wystąpić wieczorem „Polens Stern“. Niemcy przechodzą obojętnie wobec wiszących przy każdej ulicy plakatów, nawet nie zerkają na ciemnowłosą, młodą dziewczynę w dziwacznym stroju, które wiszą tam pewnie od dłuższego czasu. Nadszedł wieczór, przed klubem czeka około dwieście osób. Jedni mówią po polsku, inni po niemiecku. Wszyscy przybyli na koncert. Jako support – no właśnie. Do dziś nie potrafię określić co to było. Ludzie przyjęli dziwacznego DJ’a z obojętnością, nikt się nim nie przejmował. Kilka minut po dwudziestej rozbrzmiewają instrumenty, które grają pierwsze nuty piosenki „W pięciu smakach“, a publiczność w dzikim krzyku wita na scenie Monikę Brodkę. Po niesamowitym koncercie Artystka udzieliła nam ostatniego wywiadu przed wylotem do USA. Czas tykał na naszych plecach niczym bomba, która ma za chwilę wybuchnąć, bo przecież samolot nie będzie czekał, ale Brodka powiedziała o tym, co dla niej najważniejsze. Jesteście ciekawi?…

Plakat: Maciej Zielinski.
Plakat: Maciej Zielinski.

Maciej Zielinski: Zacznijmy od początku… Monika Brodka, lat 16. Jakie wspomnienia nasuwają się na słowo „IDOL”?

Monika Brodka: Szczerze mówiąc, to niewiele pamiętam z tego okresu, minęło w końcu 10 lat, byłam wtedy bardzo młoda. Na początku mojej muzycznej drogi kompletnie nie wiedziałam jak moja kariera się potoczy, co się wydarzy… Dopiero uczyłam się obycia ze sceną, poznawałam ten biznes z pozytywnej strony, jak również tej mniej przyjaznej, w której rządzą układy i niesprawiedliwość. Stopniowo dochodziłam do wniosków, co chciałabym robić w życiu, jak chciałabym żeby moja kariera wyglądała, jaką muzykę chciałabym tworzyć. Mówiąc szczerze, to prawdziwe i świadome bycie artystą na scenie poczułam dopiero w 2010 roku, czyli z wydaniem płyty GRANDA. Myślę, że to drugi, tym razem trzeźwy etap mojej kariery.

Maciej: Pochodzisz z Twardorzeczki. Tęsknisz za wsią? Przecież to w niej się wychowywałaś, uczyłaś grać na skrzypcach, poznawałaś świat…

Monika: Za wsią jako taką to nie. Tęsknię za moim regionem, za górami, lasami, za moją rodziną, która tam cały czas mieszka i staram się ją odwiedzać jak najczęściej mogę. Z Warszawy jest to jednak kawałek drogi, ale staram się przyjeżdżać do Twardorzeczki w wolnych chwilach. Nigdy nie sądziłam, że zostanę w niej na dłużej, że będę tam żyła. Myślę, że to miejsce było dla mnie tylko na okres dzieciństwa. Wspomnienia o górach wciąż tkwią w mojej głowie, przypominam sobie różnego rodzaju obrazy, np. kiedy jako mała dziewczynka zbieram świeże truskawki z ogródka, zrywam z drzewa słodkie jabłka. Wspominam to niesamowicie sentymentalnie i fajnie.

Maciej: Jako dziecko chciałaś stać na scenie, być piosenkarką- udało się. A co dziś jest Twoim marzeniem?

Monika: Zawsze chciałam grać poza granicami Polski. Marzenie się spełnia, ponieważ ten rok to koncerty w dużej mierze właśnie zagranicą. Uwielbiam odkrywać nowe miejsca, nową publiczność. Zarówno ja, jak i mój zespół staramy się aplikować na różne festiwale, zgłaszamy chęć wystąpienia na ciekawych eventach. Moja managerka często wysyła zgłoszenia za moimi plecami, a kiedy zostaniemy zaproszeni na daną imprezę, mówi mi o tym niespodziewanie. To dla mnie niesamowita frajda i niespodzianka. Poza tym organizujemy mini trasy koncertowe w Niemczech, Ameryce… Druga połowa roku będzie czasem odpoczynku, wyciszenia. Wtedy powoli zacznę zastanawiać się nad kolejną płytą, w głowie zaczną rodzić się kolejne, świeże pomysły. Tak wyglądają moje plany na najbliższe miesiące, nie wybiegam w przyszłość za daleko, nie myślę o tym, co się wydarzy za parę lat, moim marzeniem są podróże i granie w tym roku zagranicą, na razie do szczęścia potrzeba mi tylko tyle.

Maciej: Ukończyłaś Akademię Fotografii. Komu, lub czemu najchętniej robisz zdjęcia?

Monika: Na chwilę obecną jestem totalnie pochłonięta robieniem zdjęć na aplikację, która nazywa się Instagram, jestem jej superfanką. Od pewnego czasu prowadzę tam swój oficjalny profil, staram się dokumentować to, co dzieje się w moim życiu na co dzień. Od bardzo zwykłych sytuacji, jak wyjazd na koncert w busie z moim zespołem, czy poranne śniadanie, po ciekawe podróże, sytuacje które nie chcę żeby mi umknęły i chciałabym żeby zostały w mojej pamięci na długo, dlatego je uwieczniam na fotografiach. Moją bardziej profesjonalną kamerę wyciągam zazwyczaj na czas wakacji, dalekich podróży, kiedy to mam szansę sfotografować coś bardziej egzotycznego. Głównie posługuję się iPhonem i właśnie nim robię zdjęcia. Jestem uzależniona od utrwalania ulotnych i zwykłych chwil, które czasami są bardzo ważne, a późniejsze oglądanie ich wzbudza we mnie miłe wspomnienia.

Maciej: GRANDA to majstersztyk, nasz towar eksportowy, muzyka jest żywa, prawdziwa, oryginalna, natomiast EPka LAX jest zupełnie inna, przepełniona sztucznymi dźwiękami. Skąd tak przeciwstawne nurty? Do czasów GRANDY Twoje płyty były spójne, teraz- dwa przeciwstawne bieguny.

Monika: Uwielbiam eksperymentować, bawić się muzyką, bo to przecież o to, w moim przekonaniu w niej chodzi. GRANDA była pewnego rodzaju odcięciem się od muzyki, którą tworzyłam wcześniej, postanowiłam najzwyczajniej w świecie nagrać coś, co przede wszystkim mnie się spodoba i co ja czuję. Co nie znaczy, że z wcześniejszymi albumami się nie utożsamiam…

Maciej: Skąd zamiłowanie do Berlina i Nowego Jorku? Co je łączy? Co dzieli? Co Cię w nich fascynuje?

Monika: W Berlinie czuję się najzwyczajniej w świecie swobodnie. Nikt mnie w nim nie rozpoznaje, mogę spacerować spokojnie ulicami. Podoba mi się klimat Berlina, jestem zafascynowana jego zakamarkami oraz żyjącymi w nim ludźmi, albo inaczej…ich stylem życia. Nie mogę oprzeć się wszelkiego rodzaju „flomarkom”. Zazwyczaj przyjeżdżam do Berlina w weekendy, a wtedy staram się wyszperać niesamowite rzeczy do swojego mieszkania, albo chociaż jakieś pamiątki, które nasycone są tajemniczą historią. Bardzo lubię berlińskie knajpy, restauracje, których jest ogromna ilość w zasadzie na każdym rogu ulicy, a w każdej z nich niepowtarzalne i często oryginalne smaki. Mam nadzieję, że Warszawa będzie kiedyś takim drugim Berlinem i ten klimat się nam choć trochę udzieli, bo przecież patrząc na mapę, jesteśmy bliskimi sąsiadami. Mogę powiedzieć, że w Warszawie powoli czuć namiastkę Berlina, przynajmniej ja ją czuję. Jeśli chodzi o Nowy Jork to nie będę oryginalna. Fascynuje mnie w nim mix wszystkich możliwych kultur, ras, smaków. To miasto, które jest mieszanką całego świata. Jest potęgą.

Maciej: Wiem, że uwielbiasz gotować, a jeszcze bardziej jeść… Jakie jest Twoje popisowe danie?

Monika: Chyba nie mam popisowego dania, w kuchni bardzo dużo eksperymentuję . W zależności od zawartości mojej lodówki i zasobów kuchennych są to bardzo różne smaki, często ciekawe i zaskakujące. Jeżeli chodzi o jedzenie, to nie jestem wybredna. Wybredną staję się jedynie wtedy, kiedy danie jest niedobre. Nie mam tak, że nie lubię jakichś składników, albo ich nie zjem, uwielbiam próbować bardzo różnych, na pozór dziwnych rzeczy, nawet tych, do których nie jestem na początku przekonana, a najbardziej złości mnie to, kiedy coś jest po prostu źle ugotowane i niesmaczne.

Maciej: Wolisz na ostro, czy na słodko?

Monika: Na słodko…

„NIE JESTEM JUŻ TAMTĄ JENNY…”- JEDYNY WYWIAD Z EDYTĄ BARTOSIEWICZ.

Do ostatniego momentu nic nie było pewne… Edyta będzie miała czas, by porozmawiać? Starczy jej sił, po tak wyczerpującym, ponad dwugodzinnym koncercie? To w ogóle możliwe? I w końcu pytanie podstawowe… Dlaczego akurat nam miałaby udzielić wywiadu, skoro największe stacje i portale internetowe biją się o to, by usłyszeć z jej ust kilka słów. Do dziś nie wiem dlaczego Edyta Bartosiewicz postanowiła odpowiedzieć właśnie nam, na pytania, które nie były łatwe. Udało się. Jako jedyne media mogliśmy obcować z artystką, która zapisała się trwale na kartach muzycznej historii. Kanapa w garderobie była wygodna, światło przytłumione, a na tle ciszy pieścił moje uszy charakterystyczny, chrypliwy głos… Głos, który wyśpiewał mi wszystko… Zapraszam na wywiad. 

https://www.facebook.com/photo.php?v=10200181576240699&set=t.1190422624&type=3&theater
https://www.facebook.com/photo.php?v=10200181576240699&set=t.1190422624&type=3&theater

Maciej Zielinski: Wygląda pani świeżo i zachwycająco, czy przede mną siedzi kobieta spełniona? Fizycznie wszystko na to wskazuje, a jak jest duchowo?

Edyta Bartosiewicz: To bardzo trudne pytanie, wiesz? Nie tak łatwo będzie mi na nie odpowiedzieć… Jeśli chodzi o fizyczność to jestem w trakcie, można powiedzieć- procesu reanimacji. Właśnie tak nazwałam pięć koncertów, naszą mini trasę – „Renovatio prelude“, czyli preludium do odrodzenia. Dużo pracy włożyłam przez ostatnie lata, żeby naprawić siebie… i to pod każdym względem. Fizycznym, duchowym i mentalnym. Cieszę się, że rozpiera mnie energia i mogę zagrać fajny, ponad dwugodzinny koncert, a ludzie dobrze się na nim bawią. Oni czekali na mój powrót tyle lat, daje mi to niesamowitą siłę.Czuję , że jestem potrzebna.

Maciej: Nie sądziła pani, że jest potrzebna? Nie czuła tego pani?

Edyta: Wiesz, dopóki nie pojawisz się na scenie, by zagrać koncert, który jest biletowany i za który trzeba zapłacić, to tego nie wiesz.

Maciej: Trochę to już lat minęło. Bała się pani jak teraz będzie?

Edyta: Masz rację, trochę czasu minęło… Pojawiali się inni wykonawcy, zmieniał się rynek, ale jest mi niezwykle przyjemnie, że na wszystkich pięciu koncertach sale były zapełnione i czułam niezwykłą atmosferę. Granie po kilka bisów to cudowne uczucie. Wyjeżdżałam z każdego miasta niesamowicie szczęśliwa. Dzięki tym koncertom nabrałam wiatru w żagle i chcę działać dalej. Jestem na pewno inną osobą niż byłam kilkanaście lat temu. Dzisiaj z całą świadomością stwierdzam, że tamtej Jenny już nie ma. Po prostu przeszłam pewnego rodzaju transformację.

Maciej: Jak zmieniły panią lata nieobecności w życiu medialnym z którego zniknęła pani na długi okres? Czego się pani nauczyła przez ten czas, prócz z tego co słyszałem nabycia umiejętności gotowania?:)

Edyta: Faktycznie zaczęłam gotować, a obiecałam to w jakimś wywiadzie, jeszcze w 90-tych latach. Tak naprawdę nauczyłam się wielu rzeczy, ale za długo by o tym mówić. Zaczęłam odnajdywać przyjemność w drobiazgach, do których kiedyś nie przywiązywałam uwagi.. Natomiast jeśli chodzi o funkcjonowanie w świecie, w którym przyjdzie mi pracować, to nie za bardzo wiem, jak w nim funkcjonować, ponieważ wszystko strasznie się pozmieniało, a ja jestem dinozaurem z lat 90-tych. W pewnym sensie muszę zacząć od nowa.

Maciej: Jak debiutantka?

Edyta: Tak. Czuję się jak debiutantka i to jest fajne, bo człowiek nie jest wtedy stetryczały. Pomimo tego, że skończyłam właśnie 48 lat, to czuję we wszystkim, co robię świeżość, tak jakbym zaczynała od zera. Starsze piosenki, które gramy na koncertach, mają zupełnie inny wymiar. Śpiewam je inaczej niż kiedyś, niektóre są przearanżowane, ale nawet nie o to chodzi, po prostu mam w sobie zupełnie inną energię.

Maciej: Jakie uczucia towarzyszą artystce, która nagle musi zniknąć ze sceny, w czasie, gdy światła reflektorów skierowane są wyłącznie na nią?…

Edyta: To były dla mnie ciężkie lata. Nagrywaliśmy płytę w 2002 roku, zarejestrowaliśmy na niej wszystkie instrumenty, a ja nie mogłam najzwyczajniej w świecie zaśpiewać. Głos odmówił mi posłuszeństwa i to nie chodzi o to, że ja nie mogłam mówić, ale cały aparat, potrzebny do śpiewania, bawienia się wokalem, wyrażania emocji, u mnie zaniemógł. Wszystko runęło. Teraz, po latach myślę, że nie wytrzymałam swojego stylu życia, który był dosyć szybki i barwny,ale przede wszystkim brakowało mi zdrowych mechanizmów obronnych, byłam jak żółw bez skorupy.Przypłaciłam to długą ciszą, pojawiały się różne domysły, co się ze mną dzieje, nie miałam nawet sił, żeby to komentować. Starałam się przede wszystkim nawiązać kontakt ze sobą. Dużo się wydarzyło, ale nie są to sprawy, o których chcesz opowiadać przy każdej okazji. Może kiedyś, gdy nabiorę już dystansu, opiszę to w jakiejś książce. Na pewno ostatnie 12 lat było dla mnie owocnym czasem. Jestem przeszczęśliwa, bo chyba nigdy wcześniej nie bawiłam się tak na własnych koncertach, jak teraz.

Maciej: Czyli musiała się też pani nauczyć siebie?

Edyta: Absolutnie tak. Jak sobie myślę o tym wszystkim, to dochodzę do wniosku, że kiedyś ewidentnie nie miałam ze sobą kontaktu. To, co wydarzyło się w latach 90-tych, dotyczyło osoby, która stała gdzieś obok, jakiejś innej Bartosiewicz. Gdy potem zamilkłam, nie miałam żadnego planu awaryjnego. Moim życiem była i jest muzyka.

Maciej: Bolało pożegnanie się ze sceną? Przecież nie wiedziała pani jak wszystko dalej się potoczy. Jakie myśli kłębiły się wówczas w głowie?

Edyta: Wtedy waliłam głową w mur. Ciągle nagrywałam, starałam się za wszelką cenę wydobyć z siebie ten wokal. Wydałam mnóstwo pieniędzy na studio nagraniowe, na realizatorów. Myślałam, że każdego następnego dnia już wszystko będzie dobrze. Nie sądziłam, że to potrwa ponad dekadę. Gdyby ktoś w 2002 roku powiedział mi, że dopiero w 2013 mam szansę na wydanie płyty, to bym się totalnie załamała,scenariusz jak z horroru.

Maciej: Za wszelką cenę chciała się pani trzymać muzyki?

Edyta: Tak. Nie mogłam skończyć własnej płyty, to pisałam dla innych artystów, występowałam z nimi. Dziś zagraliśmy trzy nowe piosenki- „Renovatio”,“Madame Bijou“ i „Upaść by wstać”- z cudowną Moniką Kuszyńską, której jestem bardzo wdzięczna za to, że przyjęła moje zaproszenie. Monika to niezwykle wartościowa osoba, bardzo ją lubię i szanuję.

Maciej: Po latach przyznała pani, że teksty piosenek Edyty Bartosiewicz są w pełni autobiograficzne. Co stawało wcześniej na przeszkodzie, by powiedzieć „Tak. To moje życie. Wszystko o czym piszę przeżyłam na własnej skórze.”

Edyta: Jeśli coś przeżywasz całym sobą, to bardzo trudno o tym mówić wprost. Tekst piosenki ma umożliwić przekazanie pewnych emocji, którymi chcesz się podzielić ze światem. Bycie na scenie jest pewnego rodzaju ekshibicjonizmem, trzeba to w sobie mieć, bez dwóch zdań, ale artyści w różny sposób to prezentują swoim odbiorcom. Niektórzy są bardziej otwarci, inni mniej. W latach 90-tych, gdy miałam szczęście zaistnieć, muzyka stawiała na emocje, takie szczere do bólu. Dziś różnie z tym jest. Na pewno ‚opakowanie‘ artysty zyskało na znaczeniu.

Maciej: Jest pani bardzo tajemnicza… Nie mogę rozszyfrować, czy Edyta Bartosiewicz jest optymistką, czy może bardziej pesymistką?

Edyta: Chyba jestem trochę przewrotna. W swoich piosenkach często zdarza mi się wprowadzić słuchacza w nastrój mocno melancholijny, ale nigdy nie chcę zostawić go z niczym. Iskierka nadziei musi być. I ja też właśnie taka jestem. Widzę czasem świat w bardzo nieciekawych kolorach, ale to nie trwa zbyt długo.

Maciej: W pani przypadku lepiej pisze się teksty, gdy dusza krzyczy, serce krwawi a w naszym małym świecie wszystko się sypie, czy wręcz odwrotnie?- Gdy w życiu dominują same kolorowe barwy?

Edyta: Nie pamiętam, żeby w moim życiu dominowały same kolorowe barwy. Moje życie jest nieprzewidywalną sinusoidą o dużej amplitudzie.

Maciej: Co pani myśli o dzisiejszym rynku muzycznym, niekoniecznie polskim? Kiedy pani tworzyła muzykę, priorytety były chyba trochę inne… Wydaje mi się, że w większości przypadków tworzono muzykę, która miała duszę.

Edyta: Myślę, że dzisiaj też istnieją artyści, którzy mają tego rodzaju przekaz. Na pewno dużo łatwiej dziś stać się zauważonym, chociażby dzięki internetowi. Wystarczy zrobić coś wykraczającego poza normy, a natychmiast jest się na świeczniku. Zauważyłam nawet, że im bardziej jest to negatywne, tym lepiej, bo jak powszechnie wiadomo- zła wiadomość to dobra wiadomość dla mediów. Nie chcę tego oceniać, po prostu tak jest. Myślę, że jestem konserwą. Zależy mi jedynie na tym, żeby tworzyć piękne piosenki.Najważniejsze, żeby piosenka spodobała się słuchaczom,a ludzie na podstawie fajnego singla kupili moją płytę. Nie chciałabym jej za wszelką cenę promować. Bałabym się brać udział we wszelkiego rodzaju targach próżności.

Maciej: Pani po prostu nie musi sobie na to pozwalać…

Edyta: Fajne jest to, że zajmowanie się muzyką jest dla mnie wciąż zabawą…zabawą która stała się moim zawodem.

Maciej: To już chyba lepiej być nie może?

Edyta: Żeby tylko zdrowie dopisało. Ostatni rok był tragiczny, obfitował w same nieciekawe sytuacje. Wszyscy chorowali. Dlatego życzę Tobie i wszystkim czytelnikom dużo zdrowia, w tym nowym 2013 roku. A czy my może jesteśmy przy ostatnim pytaniu?

Maciej: Nic mi o tym nie wiadomo

Edyta: O Jezu, no to ja się pośpieszyłam z tymi życzeniami

Maciej: To się wytnie i wklei na koniec…

Edyta: Nieee! Właśnie nie, zostawcie to.

Maciej: Istnieje w pamięci moment życia do którego najchętniej pani wraca?

Edyta: Dużo jest takich momentów. Moja pamięć jest bardzo żywa; niesamowita ilość różnych obrazów, dźwięków. Niczego nie żałuję.

Maciej: Czego mogę dziś życzyć kobiecie, która…

Edyta: Która skończyła 48 lat? (śmiech)

Maciej: Też… ale przede wszystkim czego dziś mogę życzyć kobiecie, która swym nieziemskim głosem zmieniła świat muzyki?

Edyta: Cały świat. Proszę, powiedz, że cały… (śmiech)

Maciej: Cały. Bez dwóch zdań.

Edyta: Czego można mi życzyć? Żebym z moim głosem doszła w końcu do formy, nagrała cudowną płytę i była po prostu sobą. I żebym nie znikała już na tak długo.

Maciej: To niech się tak stanie. Życzę pani tego najszczerzej jak tylko potrafię.

Edyta: „Let it be, let it be. Let it be, let it be. Whisper words of wisdom, let it be…” Dziękuję.

(Wywiad autoryzowany).