Archiwa tagu: facebook

RODZINKA.PL BEZ MAŁGORZATY KOŻUCHOWSKIEJ?

Fani pokochali serial rodzinka.pl jednak kolejny sezon stanął pod znakiem zapytania.

Fot. http://superseriale.se.pl/seriale/rodzinkapl-2-odc-43-opis-streszczenie-niespodzianka_212340.html
Fot. http://superseriale.se.pl/seriale/rodzinkapl-2-odc-43-opis-streszczenie-niespodzianka_212340.html

Małgorzata Kożuchowska zyskała sławę dzięki serialowi M – jak miłość, w którym grała Hankę,  żonę Marka Mostowiaka i matkę Mateusza oraz dwóch adoptowanych dziewczynek. Jednak dopiero na planie rodzinka.pl pokazała swój prawdziwy talent aktorski. Gra główną rolę, wciela się w postać Natalii, matki trzech chłopców i żonę Ludwika. Mimo, że przedstawia obraz nowoczesnej matki polki, fajni oszaleli na punkcie serialu. Świadczy o tym ilość lajków na Facebooku oraz na kontach poszczególnych aktorów serialowej rodzinki. Większość widzów twierdzi, że odejście Małgorzaty Kożuchowskiej z M jak miłość wyszło aktorce na lepsze.

Prasa niedawno donosiła, że Małgorzata Kożuchowska (43 l.) zaszła w ciążę. W związku z tym, poprosiła producentów o przesunięcie prac nad nowym sezon rodzinki.pl, prośbę uzasadniła chęcią skupienia się na ciąży. Producentom jednak nie spodobał się fakt, iż aktorka wystąpiła w spocie reklamowym znanej marki odzieżowej oraz sieci telefonii komórkowej. Stwierdzili, że inne obowiązki są dla niej ważniejsze. Być może aktorka wybrała po prostu mniej pracochłonne propozycje, ale czy producenci rodzinki.pl są w stanie to zrozumieć? Internauci w komentarzach twierdzą, że nie wyobrażają sobie tego serialu bez Kożuchowskiej. Co dalej z rodzinką.pl ? Wszystko w rękach producentów.

NATALIA CZERWONKA: ŻYĆ Z DNIA NA DZIEŃ, NIE PLANUJĄC ZA DUŻO

Wicemistrzyni olimpijska znajduje się obecnie w szpitalu, jej życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. Jednak wszystkie plany Czerwonki legły w gruzach. 

Fot.https://www.facebook.com/natalia.czerwonka?fref=ts
Fot. https://www.facebook.com/natalia.czerwonka?fref=ts

Panczenistka poniosła poważne obrażenia kręgosłupa w wyniku zderzenia z traktorem, jej dalsza kariera stoi pod znakiem zapytania. Na swoim fanpage na Facebooku opublikowała dość dramatyczny wpis: ” Człowiek planuje pół roku do przodu..cały sezon, poszczególne dni i treningi. Tyle miałam w planie: Górski Wyścig Wałbrzyski, obóz z kolarkami torowymi, MP na torze w Pruszkowie i wiele innych planów oraz sukcesów na ten sezon;/ Proponuję żyć z dnia na dzień, nie planując za dużo w życiu….kręgosłup połamany + 12 szwów= zderzenie z traktorem 🙁 „.

Jej fani pozostawili mnóstwo komentarzy pozostając w nadziei, iż Natalia wróci do formy. Jeden z  nich brzmiał następująco: ” Natalia na pewno nie jest teraz łatwo, być może jesteś rozgoryczona tą sytuacją bardzo. Wierzę jednak, że trochę czasu minie i wszystko będzie dobrze, wrócisz znów do robienia tego co kochasz, a może po drodze odkryjesz coś jeszcze!”

Lekarz komentuje jej stan jako stabilny, mimo że początkowo wyglądało to groźnie (uraz na pograniczu czaszkowo-kręgosłupowym). Stwierdził również, że uraz ten nie kwalifikuje się do leczenia operacyjnego a jedynie do zabezpieczenia specjalistyczną ortezą i kołnierzem. Drugim urazem jaki doznała Natalia jest złamanie trzonów kręgowych.

ŚWIĘTO KOTA

Dzień 17-stego lutego był dla posiadaczy i miłośników kotów szczególnie wyjątkowym świętem, ponieważ właśnie w tym dniu rokrocznie obchodzony jest Światowy Dzień Kota. Tego dnia, podobnie jak każdego innego w roku, w internecie można spotkać wiele różnorodnych zdjęć tych czworonożnych przyjaciół.

http://kociulki.blogspot.com/2011/11/czemu-koty-ugniataja-mas-apkami.html
http://kociulki.blogspot.com/2011/11/czemu-koty-ugniataja-mas-apkami.html

Koty są zwierzętami, które opanowały nie tylko portale społecznościowe ale i serca, pomimo faktu, iż często chodzą swoimi własnymi drogami.

Idea Światowego Dnia Kota

Pomysłodawcą Światowego Dnia Kota jest Wojciech Albert Kurkowski, twórca akcji charytatywnej na rzecz kotów ‘’ Rasowce Dachowcom’’.
Światowy Dzień Kota jest świętem o włoskich korzeniach( 1990 rok), zapoczątkowanym w Polsce w 2006 roku.
Idea Światowego Dnia Kota zakłada podkreślenie znaczenia kota w życiu człowieka, zapobiegania bezdomności tych zwierząt, niesienie pomocy tym, które kiedyś miały dom, a obecnie go straciły oraz uwrażliwienie człowieka na trudny los, który często spotyka koty.
W Polsce Światowy Dzień Kota obchodzony jest już po raz ósmy. W związku z tym świętem wśród osób znanych medialnie, organizowany jest konkurs na ‘’ Kociarza Roku’’.

Sława i nieśmiertelność kotów

Spora liczba kotów uzyskała sławę i nieśmiertelność w postaci internetowych memów.
Obecnie najbardziej rozpoznawalnym wśród nich jest wiecznie niezadowolony z życia, można by określić go mianem kociego malkontenta, Grumpy Cat posiadający 3 miliony fanów na facebooku.
Co więcej, kolejnym z popularnych kotów jest Simon’s Cat posiadający swój kanał na Youtube.
W przypadku tego kota, który w dość humorystyczny sposób zmaga się z codziennością, można z niemałą pewnością zaobserwować wiele sytuacji przytrafiających się również naszym kotom.
Niezapomnianą popularnością cieszy się również Mruczek ze Shreka.

W dniu Światowego Dnia Kota wszystkim właścicielom tych czworonogów, życzę cierpliwości, bo jak wiadomo koty chodzą swoimi ścieżkami, a kotom, podążając za sloganem reklamowym firmy Whiskas, wielu samych powodów do mruczenia i radości.

CZAS TO PIENIĄDZ, A JAK PIENIĄDZ TO I REKLAMA…

Dziś idę do kina. To decyzja nieodwołalna. Pójdę do kina, kupię pyszne ociekające serowym dipem nachosy. A co tam… Niech mnie w całości pochłonie kinowa atmosfera.

Fot. http://www.dcmagic.pl/
Fot. http://www.dcmagic.pl/

Siadam więc w wygodnym fotelu, rząd D miejsce 8. Siadam i patrzę. Patrzę i jem. Jem i liczę… Jeden nachos, druga reklama, czwarty nachos, piata reklama, szósty… Puste pudełko! Po przekąsce ani śladu, a bloku reklamowego ciąg dalszy. Ona (ta na ekranie)je chipsy, a ja jestem głodna! Zerkam na zegarek 20:35, spoglądam na bilet 20:00.

Współczesny blok reklamowy w kinie trwa około 30 minut. Ba, odnotowano przypadki nawet o 20 minut dłuższe!
Widzowie mają tego dość. W ramach protestu utworzono profil na facebooku o jakże dźwięcznej nazwie <em>bojkotujemy reklamy w kinie. Akcja nie kończy się jednak wyłącznie na klikaniu lubię to. Założyciel profilu zachęca do stawiania się na seansie 20 minut później niż godzina, która została wybita na bilecie. Jak sam argumentuje „fizyczne” opóźnienie wejścia na salę ma dać do zrozumienia iz oglądanie reklam NAS nie interesuje. Niektórzy zarzekają się nawet, iż nie będą w ogóle chodzić na seanse do multipleksów. Wątpliwe jednak, by dotrzymali obietnicy. Bo, gdzie indziej obejrzą wysokobudżetowe ekranizacje komiksów?

Wielu oponentów posługuje się argumentem, iż czas to pieniądz. Skoro tak, to czy zdolni są zapłacić więcej za seans pozbawiony reklam?

Jak wiadomo, sprzedaż biletów to jedynie część przychodów. Większość zysku zapewniają produkty gastronomiczne. Cóż z tego, że przekąski kosztują trzy razy więcej niż w zwykłym sklepie, skoro jestem w kinie mogę sobie na nie pozwolić. Raz nie zawsze…

Podobną zasadą kierują się właściciele kin serwujących pakiet kilkudziesięciominutowych reklam. Statystyczny widz, nie często ma okazję zobaczyć reklamy na dużym ekranie. A skoro dzięki temu ma zapłacić kilka złoty mniej za bilet, to dlaczego miałoby mu to przeszkadzać? Tym bardziej, że organizowane już od kilku lat Noce reklamożerców cieszą się coraz większym powodzeniem.

W Polsce nie ma żadnych uregulowań prawnych odnoszących się do długości emisji bloku reklamowego w kinie. Co prawda, niektórzy prawnicy doszukali się kruczka w postaci naruszenia zbiorowych interesów konsumentów w rozumieniu ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, jednak większość z nich nie daje szans na przebicie się tego argumentu w sądzie.

Zatem nie pozostaje nam nic innego jak uzbroić się w cierpliwość, a długie reklamy uznać, ot za jeden z elementów magii kina.

Co do wspomnianego powyżej bojkotu w serwisie społecznościowym, radziłabym protestować przeciw głupim reklamom, a nie reklamom w ogóle. Za motto obrałabym przewodnią myśl jednego z rekinów branży reklamowej, Davida Oglivy:

Konsument nie jest idiotą. To twoja własna żona. Nie obrażaj jej inteligencji.

PO CO KUPUJĄ FANÓW NA FACEBOOKU?

Kupowanie fanów na Facebooku przyszło do Polski z zagranicy.

Fot. http://www.stowarzyszenie-rozwoju.eu/
Fot. http://www.stowarzyszenie-rozwoju.eu/

Fanów dla swojego fanpage’u można kupić bardzo tanio. Wystarczy kilka groszy z kieszonkowego. Cena za jednego fana waha się w granicach 10-35 groszy. Najciekawsze oferty znaleźć można na Allegro oraz w Ebay, jednak tutaj cena sięga 45 gorszy za jednego fana. Ponadto na Ebayu kupić można mailingi, informacje profilowane do określonej grupy fanów, oferty sprzedaży całych fanpage’ów czy grup.

To, że Facebook zawładnął światem, wiemy nie od dziś, jednak praktyka kupowania fanów dla reklamy, rozgłosu czy sławy budzi mieszane uczucia. Jak odróżnić prawdziwe profile od fikcyjnych (kupionych)? Tego dokonać nie można w 100%. Budowanie fanpage dla sztucznych odbiorców mija się z celem, chyba że wiąże się z zarobkiem. Agencje reklamowe bardzo często chcąc wypromować swojego klienta sięgają po tego typu praktyki. Zanim zlecisz zadanie agencji reklamowej, zobaczy czy nie idzie ona na łatwiznę.

NA CZYM POLEGA FENOMEN FACEBOOKA?

 Gdyby zapytać parę  lat temu Marca Zuckerberga – twórcę najpopularniejszego portalu społecznościowego, co najmniej ostatnich trzech lat, jaką przyszłość przewiduje dla „swojego dziecka” myślę że nawet nie przypuszczałby, iż  już na początku 2011 r. liczba zarejestrowanych użytkowników sięgnie 7 000 000.

Fot. http://www.artykul.com.pl/prowadzenie-strony-na-facebooku/
Fot. http://www.artykul.com.pl/prowadzenie-strony-na-facebooku/

Facebook powoli staje się pierwszą religią świata dla której większość ludzi zastąpiła poranną modlitwę zalogowaniem się do serwisu. Skąd taka popularność brata bliźniaka NK ? Dlaczego facebook jest tak atrakcyjny ? Tutaj nikt za nas nie decyduje, każdy może być kim chce, śmiało możemy wpisać w rubrykę hobby snowboard, chociaż jedyną deska z jaką mieliśmy styczność to deska klozetowa w łazience. Nikt nas bowiem z tego nie rozlicza. Facebook to miejsce gdzie prawda miesza się z kłamstwem i fantazją. Gdzie przeciętne dziewczyny są bardziej urodziwe i gdzie wszyscy mają poczucie humoru amerykańskiego komika – Billa Cosby. Pomińmy fakt że w większości są one  dziełem photoshopa, a cięte riposty i żarty są żywcem skopiowane z internetu. Z chwilą zalogowania się na facebooka zostawiamy za sobą cały ten syff i wchodzimy do innego świata, gdzie dostajemy drugie życie, ale czy do końca lepsze ? Według mnie nie. Facebook tworzy bariery między ludźmi. O wiele łatwiej jest wyznać miłość, zaproponować seks czy zgnoić wroga patrząc w szklany ekran laptopa zamiast prosto w oczy. Facebook to doskonała alternatywa dla nieśmiałych ale samotnych i potrzebujących kontaktu z innymi ludźmi. Alternatywa ale nie antidotum.

Kiedy ktoś zajdzie nam za skórę z łatwością możemy usunąć go z naszego facebookowego życia jednym kliknięciem usuń, jakie to proste. Stajemy się wtedy jakby panami życia i śmierci mającymi prawo uśmiercić wirtualnie każdego, i właśnie tego szukają ludzie w facebooku piękna i władzy – podniet które od zarania dziejów kształtują świat. Ale czy człowiek byłby człowiekiem gdyby nie pragnął więcej ? Ktoś kiedyś powiedział, że umieszczając post na facebookowej tablicy jesteśmy jak małe dzieci pokazujące mamie rysunek, dzieci oczekujące na pochwały i nagrody i ludzie właśnie tego oczekują – akceptacji i podziwu. Doszliśmy do momentu w którym liczba „lajków” pod zdjęciem jest wyznacznikiem popularności i statusu społecznego. Sacrum zostało bezpowrotnie oddzielone od profanum, to co nasi dziadkowie i rodzice skrzętnie ukrywali przed światem dziś stało się zwykłym produktem na sprzedaż. Dzięki facebookowi każdy może wejść z butami w czyjeś życie. Oczywiście każdy wyznacza granice, ale zbyt łatwo inni mogą je przekraczać.

Reasumując facebook wydaje się rajem, ale ten raj tak naprawdę nie istnieje. Zniknie kiedy bateria w laptopie padnie albo połączenie z Internetem zostanie przerwane. Co wtedy ? Czy mamy dokąd wracać ? Inwestujmy więc w świat realny, mimo iż mniej barwny i momentami nudny to jednak zawsze prawdziwy i pod tym względem wyprzedza facebook o miliony lat świetlnych. Swoją drogą ciekawe jak wyglądałby świat, gdyby facebook istniał kilkadziesiąt lat wcześniej ? Czy Hitler wypowiedziałby Polsce wojnę na jej fan page ? Jaki wpis mógłby zamieścić przed śmiercią Kurt Cobain ? Warto się nad tym zastanowić pomiędzy jednym a drugim zalogowaniem.

KTO KOGO KREUJE? MY FACEBOOKA CZY FACEBOOK NAS

To, że nasze codzienne wizyty na „fejsiku” są na porządku dziennym, to chyba każdy zdaje sobie z tego sprawę. Osobiście nie wyobrażam sobie braku kontaktu ze światem, który to zawdzięczam temu portalowi społecznemu. Po trzech dniach mojej nieobecności w świecie żywych naszły mnie pewnego rodzaju spostrzeżenia.

www.kwejk.pl
www.kwejk.pl

Poprzez „fejsbooka” kreujemy samych siebie. Większość ludzi robi wszystko, by pokazać siebie pod określonym kątem. Kojarzycie obrazek określający typ zdjęcia profilowego?  Nie? E tam, na pewno kojarzycie. Mianowicie, chodzi w nim o to, że każdy z nas ma taką fotografię, która pokazuje nas z jak najlepszej strony, pod najlepszym kontem. Jasne, że to jest normalne. Chyba każdy chce mieć ładne zdjęcia. Niebezpiecznie robi się zaś wtedy, gdy zdjęcia które publikujemy, w rzeczywistości nie pokazują nas samych. Nie mam tu na myśli psa odbierającego telefon czy Potwora Ciastkowego w okularach ( tego to chyba znacie! No, ten niebieski z „Ulicy Sezamkowej”, uzależniony od ciasteczek ) ale retuszowanie zdjęć mające na celu poprawienia sobie tego i owego. Nos za duży to sobie zmniejszę, krzywe nogi to wyprostuję, zez poprawię, brodę cofnę, cycki zrobię, klatę napompuję, zadartą kichawę oklapcię… Czy jakoś tak. Nasuwa mi się na myśl pytanie – po co? Po co to robić? Swego czasu gdy zobaczyłam zdjęcia dodane przez znajomą zastanawiałam się, kto to, kurde blade jest. Dopiero uświadomiłam sobie, że jednak znam tę osobę, gdy otworzyłam w nowym oknie pełny jej profil – przeczytałam imię i nazwisko.

Ciekawym zjawiskiem są również młode matki. Na początku młodziutkie dziewczyny panikują( oczywiście nie wszystkie ) – o Boże! Nie jestem nawet pełnoletnia a jestem w ciąży! Matka mnie zabije! Ojciec z domu wyrzuci! O Boże!  Żeby następnie po urodzeniu się maleństwa, zasypywać nas zdjęciami swoich pociech. O, tutaj takie w wanience, a tutaj „ubryzgana” kruszyna kaszką. A tutaj w pampersie a tu w wózeczku, tutaj z mamusią, tu z tatusiem… I tak w koło Macieja. Człowiek ma wrażenie, że przeglądając tablicę przypadkiem „polajkował” stronę ” Mamo to ja”. Nic konkretnego znaleźć nie idzie, bo wszędzie te dzieciaki na niego spadają!

Kolejne zjawisko to zakochane pary. Super, cieszymy się waszym szczęściem. Ja też kogoś mam, co wolę zaznaczyć zanim mnie zlinczujecie, że zazdrosna jestem albo co. Ale ja mam na myśli te pary, które na tablicach co rusz upewniają siebie ( a przy tym innych ) o dozgonnym i płomiennym uczuciu. Co rusz wrzucają zdjęcia na którym to są spleceni w miłosnym uścisku. Co chwila zaśmiecają idiotycznymi miłosnymi piosenkami, na tablicy partnera/ki. Oczywiście do czasu  poznania nowej ” tej jedynej, ostatniej miłości „.

Chyba każdy z nas widział te osoby, które muszą dokumentować imprezy, na których to alkohol leje się strumieniami. Wchodzimy i widzimy zdjęcia pod tytułem ” tyle wypiłem, że lecę puścić pawia a Ty mi szybciorem pstryknij słit focię ” . Albo zdjęcia, gdzie mamy wrażenie, że te osoby z tychże fotografii, miały na drugi dzień niezłego kaca moralnego. Oczywiście koniecznie towarzyszy temu wszystkiemu rozmowa uczestników imprezy, wypominających sobie wzajemnie ilość spożytego alkoholu oraz wypalonych papierosów. Nie zapominają również o wspomnieniu żałosnych przypałów. A zabawnym jest to, że tym ludziom często brakuje paru lat do skończenia pełnoletności.

Na zakończenie opowiem wam pewną legendę. Za górami, za lasami grono młodych ludzi postanowiło stworzyć coś, dzięki czemu mogliby się kontaktować z ludźmi na całym świecie. Poznawać innych, gromadzić się w wirtualnym świecie ze znajomymi. A wszystko po to, by mogli szybko, łatwo i przyjemnie ze sobą porozmawiać. KONIEC.

INTERES NA FACEBOOKU

Czy wiecie, że profil na portalu Facebook może mieć realną wartość ?  Od jakiegoś czasu profile na portalu społecznościowym stworzonym przez Zuckerberga są towarem na sprzedaż.

www.facebook.com
www.facebook.com

Zapewne część z was zdziwiła się, że profil na popularnym Facebook może mieć jakąkolwiek wartość. Zapewniam jednak, że ma i to całkiem niemałą. Zwykle cena takiego profilu, w zależności od ilości fanów, to kilka tysięcy złotych. Do tej pory najwyższą ceną za fanpage to trzynaście tysięcy złotych. Przyznacie, że to niezła suma za coś wirtualnego. Czy zatem trzeba być szaleńcem, żeby coś takiego kupić?

Dla przeciętnego internauty Facebook to miejsce, gdzie może podzielić się swoimi zdjęciami i przemyśleniami, a także odnaleźć dawnych znajomych. Może też polubić zdjęcia i statusy innych. A także ulubione produkty i marki. Dzięki temu Facebook stał się także narzędziem marketingowym. Czyli służy firmom to promowania swojego wizerunku, produktów, czy też usług. Takie rozwiązanie jest tańsze, niż reklama w tradycyjnych mediach, a do tego często bardziej skuteczne. Jeżeli Firma trafi do odpowiednio dużej ilości odbiorców, przełoży się to w realny sposób na jej zyski.

Jak to działa? Na pewno większa część z Was spotkała się z tym mechanizmem. Zauważacie, że jeden z waszych znajomych udostępnił zdjęcie. Niestety, widzicie tylko miniaturkę, a podpis w rodzaju: „Szok! Jak ona to zrobiła!” Jeszcze bardziej was intryguje. Klikacie zatem w obrazek i jesteście kierowani do innej strony internetowej. Nie widzicie jednak od razu swojego obrazka. Musicie najpierw polubić stronę, a i często udostępnić na swoim profilu określone treści. Dopiero po tym możecie zobaczyć swój obrazek. Strona zdobywa kolejnego fana. Za jakiś czas – może nawet nie zwrócicie na to szczególnej uwagi – zobaczycie na swojej stronie zdjęcia i obrazki z profilu, którego nigdy nie „polubiliście”. To znaczy, że trafiliście do farmy fanów, a poprzednia strona została sprzedana.

W podobny sposób działają też niektóre aplikacje, również opierające się na ciekawości internautów. Swego czasu bardzo popularna była aplikacja, dzięki której osoby zarejestrowane na Facebook mogły zmienić kolor swojej „skórki” na Facebook. Wystarczyło jedynie kliknąć „Lubię to” i podać kolor, w jakim chce się skórkę. Osobiście nie znam nikogo, kto miałby nowe barwy na tym portalu społecznościowym.

Należy również uważać na różnorodne konkursy, które nie mają jasnego regulaminu i nie są prowadzone, przez znane i zaufane strony, firmy, czy osoby. Szerokim echem odbiła się na Facebook akcja rozdania 500 Iphone’ów, które rzekomo nie nadają się do sprzedaży. Internauci szybko jednak zwietrzyli podstęp, dodatkowo na wielu profilach pojawiły się żarty na ten temat.

Warto zatem zastanowić się, zanim następnym razem klikniemy „Lubię to”. Jeżeli pojawia nam się okno, które niejako zmusza nas do „polubienia” strony, której jeszcze nigdy nie widzieliśmy – warto po prostu zamknąć okno i wrócić do swojego profilu. Jeżeli chcecie wziąć udział w konkursie, bacznie przyjrzyjcie się takiemu profilowi. Czy jest tam regulamin? Czy wyniki poprzednich konkursów zostały opublikowane? Jak bardzo są urozmaicone zarówno posty, jak i komentarze do nich? Jeżeli coś wzbudza wasze podejrzenia, nie bierzcie w tym udziału. Dzięki temu będziecie mieli pewność, że na waszych profilach pojawią się niepożądane treści. Wasz „lajk”, czy też udostępnienie nie stanie się wtedy również produktem na sprzedaż. Pamiętajcie również, że tego typu profile są niezgodne z regulaminem tego portalu społecznościowego. Każdy użytkownik ma możliwość zgłoszenia przypadku pogwałcenia regulaminu.

Jesteśmy ciekawi  co wy sądzicie na ten temat? Jak  bardzo często spotykacie się ze stronami, który wymuszają kliknięcie w „lubię to”? Czy jest to dla was uciążliwe? A może chcielibyście stanąc po drugiej stronie i stworzyć profil idealny na sprzedaż? Jesteśmy ciekawi waszej opinii, zatem zachęcamy do komentowania

JESTEŚMY SZCZĘŚLIWI?…

Oczywiście, że tak. Jeżeli by tak nie było, to po co i kto prowadziłby drugie życie, tworzył wirtualną, potencjalnie lepszą osobowość, kłamał do lustra.

Fot. pochodzi z: http://flowermoon.pinger.pl/a/2011/12/23/ s
Fot. pochodzi z: http://flowermoon.pinger.pl/a/2011/12/23/ s

Z czego to wynika? W roku 2000, wydano pierwsze egzemplarze gry The Sims, z pozoru niewinnej rozrywki dla dzieci, nastolatków i dorosłych. Zabawa polega na tworzeniu postaci, rodzin, kreowaniu związków między nimi i budowaniu im domu, czyli wszystko to, co zwykły śmiertelnik robi przez całe życie, tu może osiągnąć to w kilka godzin. Później trzeba znaleźć pracę, sprzątać, gotować, utrzymywać zdobyte więzi, pojawia się dziecko, przychodzi starość, grób. Niespełna 3 lata później, pewna firma rozszerzyła możliwości takiej gry, tworząc wirtualny świat, do którego każdy może przystąpić, tworząc w nim swoją osobę. Grając w Second Life, możemy poznawać rzeczywistych ludzi z całego świata, ubranych w piksele, podobnie jak my, wciągniętych w swoje drugie życie, prawdopodobnie bardziej niż w to pierwsze.

Przecież w wirtualnym świecie można modyfikować wygląd i charakter według uznania, a gdy życie codzienne nie pozwala graczowi na otworzenie się, na śmiałość, rozmowność, wykazanie się charyzmą, tam, wszelkie wodze krępacji zostają popuszczone. Wyjątkowi więźniowie własnego wstydu, znajdują w SL nawet partnerów, z którymi stoją na „pikselowym” kobiercu. Czy dla takich maniaków życie jest tak wspaniałe i wciągające, że po przepracowanym dniu, chętnie zasiadają przed komputerem, aby do końca dnia robić to samo? Nie. W drugim świecie można pracować lepiej, szybciej, mieć wielu przyjaciół, ma się dla kogo „żyć”. Kolejnym dowodem na permanentną chandrę współczesnego społeczeństwa są także portale społecznościowe i blogi. Niektóre z pozoru szare postacie, nie rzucające się w oczy, skromne i ciche, zamiast być otwartym face-to-face, wolą wylewać cały swój ból istnienia, wszelkie poglądy polityczne, krytykę codziennych zdarzeń na swoją fejsbukową tablicę. Skoro nie mogą zwrócić na siebie uwagi w szkole czy w pracy, dlaczego by nie uderzać z podwójną siłą w Internecie? Dopiero dzięki niemu leją się prawdziwe łzy radości (np. gdy wpis zostanie miło skomentowany), dzięki niemu można zdobyć znajomych, można zabłysnąć inteligencją, być niepowtarzalnym oraz w końcu o r y g i n a l n y m, co jest aktualnie priorytetem. Internet ułatwił nam dostęp do tego, co kiedyś było niedostępne, pozwolił na rozwijanie wiedzy, spędzanie miło czasu, ale mimo wszystko skrzywdził nas trochę. Zabrał w zamian kreatywność, zabrał otwartość, jest złodziejem, który kradnie nam najlepsze chwile, bo niestety często wolimy spędzać czas z nim, niż ze sobą. Sieć jest piękną ideą, dopóki korzystanie z niej jest odpowiednie, jednak skąd wiedzieć, gdzie kończą się granice, skoro nikt ich nie wyznaczył?

Julia SOBECKA

Ab ovo ad ACTA

Internet, poza nadrzędną funkcją komunikowania, służy do trzech rzeczy. Oglądania pornografii, zarabiania pieniędzy i konsumowania kulturowej – przeważnie ciężkostrawnej i mało odżywczej – pulpy.

Istnieją, owszem, wirtualne muzea, parki i galerie, ale nie łudzę się, że 100% internautów urządza sobie popołudniowe spacerki po Luwrze. Homo internautus większość czasu spędza na portalach społecznościowych oraz stronach z filmami i serialami, których legalność jest – eufemistycznie mówiąc – kwestią sporną. Niektórzy oddają się przyjemności „grania w gierki” w sieci na średnio trzy godziny dziennie i choć do japońskiej wersji nolife’ów im jeszcze daleko, to groźba, że w ogóle przestaną wychodzić z domu już dawno realnie zawisła w wirtualnym powietrzu.

Fot. Paulina ZychInternauci entuzjastycznie partycypują w wątpliwej jakości dyskusji o ACTA tylko dlatego, że obejrzeli frajerski filmik utrzymany w big-brotherskim tonie kolejnego ograniczania swobód obywatelskich. Na społeczeństwo padł blady strach, nie dlatego, że obawia się cenzury, ale dlatego, że zaistniało ryzyko zamknięcia portalu, którego nazwa przywodzi mi na myśli niesmaczną mieszankę szejka z kwękaniem i na którym propaguje się równie niesmaczny dowcip. Nie daj Bóg trzeba będzie na powrót zacząć ze sobą rozmawiać po polsku, a nie hasłami spod obrazków, których poziom nie przewyższa wcale poziomu malowideł z jaskiń w Górach Kantabryjskich. Naprawdę, wielka to strata dla ludzkości.Większość dyskutujących nawet nie wysiliła się, żeby przeczytać, co na ten temat mają do powiedzenia gazety, nie wysłuchała radiowców. Za to na podstawie sądów buduje sądy. Nie żartuję, jak mi ktoś nie wierzy, niech ściągnie słuchawki w autobusie i przysłucha się rozmowom współpasażerów.Proszę państwa, paradoks. My-społeczeństwo radośnie rozdające nasze dane osobowe na prawo i lewo boimy się, że ktoś ograniczy naszą wolność osobistą.My-społeczeństwo (z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy) klikające „lubię to” pod każdą pierdołą i wrzucające na swoje wirtualne ściany po tysiąckroć przerobione w popularnym programie do obróbki zdjęcia protestujemy przeciw ograniczaniu własności intelektualnej.My-społeczeństwo dla zabicia czasu uprawiające wirtualne marchewki i marihuanę wyrażamy obawę, że ABW, najlepiej we współpracy z CIA i FBI, wyważy nam drzwi o czwartej nad ranem, a nasze żony i dzieci za kłaki zawlecze na przesłuchanie w pokoju bez okien za to z lustrem weneckim.My-społeczeństwo śmiejące się z matchstick man’a o twarzy zepsutego ziemniaka ubolewamy nad ograniczaniem wolności tworzenia.

My-społeczeństwo w ciemno podpisujące umowy i zobowiązania jednym kliknięciem myszki w okno „I agree”.

My-społeczeństwo wirtualnie okradające realnych ludzi.

My-społeczeństwo z tęsknotą wpatrujące się w przerobione zdjęcia szesnastolatek w galeriach pod wszystko mówiącymi tytułami „Chudość, Miłość, Zaje**stość”.

My-społeczeństwo plujące jadem bez ortografii i interpunkcji w komentarzach na blogach polityków, a ukrywające się pod pseudonimami.

Koniec końców my-społeczeństwo żyjące w cieniu wiecznego postradzieckiego, smoleńskiego, rządowego i gazeto-wyborczego spisku nie ufamy sobie do tego stopnia, że w niepodpisanym jeszcze dokumencie upatrujemy (odnoszę wrażenie, że z upodobaniem) końca wolności słowa i działania.

My-społeczeństwo nieudolnie trawiące rzucone nam ochłapy informacji z bezpłatnych gazet, niedyskretnie bekające podejrzliwymi sądami ludzi równie anonimowych jak my sami.  bbbb

My-społeczeństwo podnoszące kwiatowy bunt z popularnego graffiti Banksy’ego – puknijmy się w głowy.

Paulina REZMER