Archiwa tagu: eskulap

URIAH HEEP PO RAZ PIERWSZY W POZNANIU

Uriah Heep AD 2012
źródło: http://metalnation.org

Moje kolejne marzenie zostało spełnione – udało mi się zobaczyć na żywo wielki zespół założony pod koniec lat 60. – Uriah Heep. Zasłużona grupa znów pojawiła się w Polsce, ale po raz pierwszy zagrała w Poznaniu.

Przypomnę tylko, że Uriah Heep wykonują muzykę z pogranicza hard rocka i rocka progresywnego. Od 1970 roku wydali 22 studyjne albumy, ale za najbardziej znane uważa się pierwsze 9, kiedy to wokalnie udzielał się David Byron (zmuszony do opuszczenia zespołu po nagraniu „High and Mighty”, zmarły z powodów alkoholowych w 1985 roku), a za charakterystyczne brzmienie organów Hammonda odpowiadał Ken Hensley. Uriah Heep zalicza się również do „Wielkiej Czwórki Hard Rocka” razem z Deep Purple, Led Zeppelin i Black Sabbath, dlatego jego obecność w poznańskiej Arenie nie mogła przejść u mnie niezauważona.

Dzień wcześniej muzycy grali w Bielsko-Białej (stąd ich „zmęczenie po długiej podróży” i 30-minutowe opóźnienie) i przeglądając zdjęcia z tamtego koncertu obawiałem się, że będę jednym z kilku/kilkunastu młodych rodzynków wśród publiczności. Większość audytorium stanowiła bowiem grupa dinozaurów, która pewnie doskonale pamięta początki zespołu. Wiele się nie pomyliłem – stałem w otoczeniu grupy starszych mężczyzn, którzy jednak zdecydowali się na zaproszenie swoich żon, córek lub jednych i drugich. „Nie ma July Morning!” – powiadomił nas jeden z nich. Konsternacja. Jak to? Nie zagrają sztandarowego kawałka? „Jak nie ma, jak jest.” – uspokoił drugi. Informacje pochodziły z pewnego źródła, ponieważ stojąc przy barierkach można było odczytać całą setlistę leżącą na podłodze. Z ciekawości sprawdziłem zestaw utworów z poprzedniego koncertu i był on taki sam, jak tego wieczoru.

Czarujący gitarą.
źródło: Archiwum autora

Punktualnie o 20:30 po krótkiej introdukcji zespół wyszedł na scenę i bez zbędnych zapowiedzi zaczął koncert. Bernie Shaw (wokal) i Mick Box (gitara, jedyny muzyk z pierwszego składu Uriah Heep) ubrani w gustowne koszule i dżinsy, pozostali – Trevor Bolder (bas), Phil Lanzon (klawisze) i Russell Gilbrook (perkusja) w bawełniane bezrękawniki. Po dwóch utworach („Against the Odds” i „Overload”) Bernie przywitał się z poznańską publicznością udanie wymawiając nazwę stolicy Wielkopolski (ciekawe, co mówił dzień wcześniej na Śląsku). Odwzajemnione powitanie ze strony publiczności i zaczęła się podróż do 1972 roku, z którego to okresu panowie przypomnieli „Traveller in Time”, „Sunrise” i „All My Life”. Wokalista bawił się na scenie, a Box czarował swoją gitarę przekazując co jakiś czas jej dźwięki w stronę fanów. Nie mniejszą pracę wykonywali pozostali członkowie zespołu, zwłaszcza najmłodszy stażem Gilbrook. Jako szósty w kolejności wybrzmiał utwór „I’m Ready” z ostatniego albumu „Into the Wild”, następnie „Stealin’” i kolejne dwa utwory z nowej płyty – „Nail on the Head” i tytułowy. Swoją drogą „Into the Wild” z 2011 roku to bardzo dobra płyta, lepsza od „Wake the Sleeper” wydanego trzy lata wcześniej. Widać, że muzycy mają jeszcze pomysły na nowe albumy i wciąż im się chce. Najlepsze nadeszło jednak po godzinie koncertu. Mick Box zapowiedział utwór z pierwszej płyty zespołu „…Very ‘Eavy …Very ‘Umble”, czyli legendarny „Gypsy”, który gładko przeszedł w „July Morning”. Klawiszowe solówki w obu tych utworach są niesamowite. Do pełni szczęścia zabrakło jedynie „Look at Yourself”, ale i tak nie można było narzekać. Setlista była różnorodna (muzycy nie uraczyli jednak publiki żadnym utworem z okresu 1978-91) z przewagą klasyki. W końcu przyszedł długo wyczekiwany moment – gdy Mick Box wziął do ręki gitarę akustyczną, już było wiadomo, co za chwilę zagrają. Znaną i lubianą „Lady in Black”, której tekst każdy mógł otrzymać przed wejściem na koncert od pięknych, młodych dziewczyn rozdających promujące wydarzenie gadżety. W drugiej części utworu Bernie wysłużył się poznańską publicznością oddając im inicjatywę w śpiewaniu niezbyt skomplikowanego refrenu. Fani do tego stopnia byli zabsorbowani w śpiew, że nawet nie zauważyli, gdy koncert się skończył, ale dzięki swoim zdolnościom wokalnym i wytrwałości zdołali po krótkim czasie przywołać z powrotem muzyków na scenę, ale tego, co się wydarzyło w trakcie bisów nikt się chyba nie spodziewał…

Szał ciał na scenie.
źródło: Archiwum autora

Box zapowiedział „Free ’n’ Easy” jako pierwszy utwór heavy metalowy w muzyce, a po tym obwieszczeniu zaprosił kilkunastu fanów płci pięknej do odtańczenia wspólnie tego szybkiego utworu. Podejrzewam, że był to również pretekst dla Micka i Berniego do przytulenia dziewczyn przed zejściem ze sceny. Towarzystwo się rozkręciło, więc panowie poszli za ciosem i na zakończenie zagrali jeszcze „Easy Livin’”. Po raz drugi się pożegnali, poprzybijali piątki z fanami, rozdali kilka atrybutów (udało mi się złapać kostkę Micka!) i zeszli ze sceny.

Szkoda, że zagrali tak krótko i czasami śpiew wokalisty był słabo słyszalny, ale i tak koncert zaliczę na plus. Tym bardziej, że po godzinie od zakończenia muzycy po wyjściu z garderoby chętnie pozowali do zdjęć i rozdali autografy najbardziej wytrwałym fanom.