Archiwa tagu: dzieci

MATKI NIEŚWIADOMIE TRUJĄ SWOJE DZIECI

 

Każdej matce zależy na zdrowiu jej dziecka – dlaczego zatem nie kontrolują żywności?

http://www.abcgospodyni.pl/otylosc-dzieci.html
http://www.abcgospodyni.pl/otylosc-dzieci.html

Jesteśmy krajem, w którym dużo się je i świętuje. Przed niemal każdym świętem markety i prywatne sklepy przeżywają oblężenie. Niektórzy potrafią nawet zapożyczyć się w banku, bo według staropolskiej tradycji godne święta, to takie, gdzie stół ugina się od nadmiaru potraw, nawet jeśli 40% jedzenia wywalamy potem do śmieci. Prawda jest taka, że producentom żywności nie zależy na naszym zdrowiu, lecz na zbycie. Niemal każdy produkt w markecie posiada jakiś pierwiastek z tablicy Mendelejewa. Jesteśmy tym, co jemy i to wcale nie jest pusty frazes.

Przeprowadziłam „badanie”, które polegało na tym, iż zaglądałam w marketach ludziom do koszyków i wózków. Produkty jakie się tam znajdowały przeważnie zawsze obrazowały ich konsumentów. Najbardziej przerażającym widokiem było otyłe dziecko, ledwo poruszające się za swoją matką, które wykrzykiwało: „Mamo, jeszcze o chipsach zapomniałaś!” niosąc w dłoni dużą paczkę chipsów. Tak jakby chipsy były chlebem powszednim. Fakt, że i chleb dzisiaj jest garstką chemicznej mieszanki. Możemy, owszem, zasmakować pieczywa na prawdziwym zakwasie, o ile sami go sobie upieczemy. Obecnie pieczenie ciemnego chleba jest bardzo modne, a także zdrowe. Panie dzielą się zakwasem chlebowym i dobrymi radami co do sposobu pieczenia.

Zauważyłam, że otyłe osoby wykładały z koszyka na taśmę chipsy, batony, kolorowe napoje, słodkie jogurty, orzeszki w słodzonych polewach, białe pieczywo i tym podobne. Ogółem wszystko, co w nadmiarze szkodzi zdrowiu.

Starsze pokolenie nadal tkwi w przekonaniu, że cukier krzepi, a mleko wzmacnia kości, bzdura. Cukier w nadmiarze odkłada się w tkankę tłuszczową, a mleko zwierzęce nie ma żadnych wartości odżywczych prócz tłuszczu (patrz na etykietę). Poza tym bardzo dużo ludzi nie przyswaja laktozy, która powoduje proces gnilny w jelitach. Akcje szkolne „Pij mleko”, gdzie podawane jest dzieciom mleko w kartonach 1,5% uważam za formę public relations dla mleczarni, a gdzie troska o zdrowy rozwój dziecka? W tych kartonikach, prócz zabarwionej na szaro wody i tłuszczu, nie ma nic. Na temat badań nad zwierzęcym mlekiem pojawiło się już mnóstwo publikacji popularnonaukowych, które jeszcze nie docierają do świadomości społeczeństwa.

Nie uczymy dzieci zdrowych nawyków żywieniowych i właściwie sami powodujemy, że w dorosłym życiu nie są gotowi na poważne zderzenia z bakteriami. Mamy coraz więcej otyłych dzieci, a tak naprawdę nie trzeba czynić dużych wysiłków, by przejść na właściwe tory zdrowego trybu życia. Nie lubię słowa „dieta”, ponieważ kojarzy mi się ona z krótkim okresem, w którym odmawiamy sobie ulubionych smakołyków, by potem wrócić do nich i przeżyć efekt jojo. Należy nauczyć się odpowiednio dobierać sobie produkty i jeść o stałych porach pięć posiłków dziennie. Nigdy nie powinniśmy najadać się do syta, rozciągniemy sobie wówczas żołądek. Nie można też podjadać między posiłkami, dajmy odpocząć żołądkowi, niech spokojnie strawi wcześniej zjedzony posiłek. Nie jedz w pośpiechu ani oglądając telewizję, mózg wtedy nie zakoduje zjedzonego posiłku, po czym organizm będzie chciał jeszcze.

Czego powinniśmy unikać by wyglądać i czuć się zdrowo

Masło i olej – w wielu domach pieczywo smarowane jest masłem, a potrawy mięsne pływają na patelni w oleju, to ogromny błąd. Smaruj dziecku kanapki cienką warstwą serka light, a masła i margaryny wyeliminuj ze swojej lodówki, a przede wszystkim z życia.

Sól – nadmiar soli zatrzymuje wodę w organizmie i powoduje opuchnięcie ciała. Sól zastąp wyrazistymi smakowo naturalnymi przyprawami: suszony czosnek, bazylia, zioła prowansalskie, szczypior, koperek, imbir, itp.

Cukier – słodzenie herbaty jest bardzo złym nawykiem. Stopniowo odzwyczaj się od słodkiej herbaty, po paru miesiącach już jej nie tkniesz. Polecam zaparzać suszony hibiskus lub susz owocowy.

Białe pieczywo – obecnie białe pieczywo jest „napompowane” chemią, są to puste kalorie, które również powodują tycie. Przejdź na ciemne pieczywo, najlepiej niekrojone.

Kolorowe napoje – zrezygnuj z kolorowych napoi, wbrew pozorom, te niewinne kolorowe bąbelki posiadają aspartam, benzoesan sodu, a cola dodatkowo kofeinę. Nadmiar tych sztucznych dodatków może powodować u dziecka brak koncentracji a nawet zaburzenia i agresję. W upalne dni podawaj dziecku wodę mineralną z cytryną i listkami świeżej mięty.

Owocowe jogurty – zawierają one cukier i fruktozę, które również niespalone zamieniają się w tkankę tłuszczową. Jeśli lubisz jogurty, kupuj naturalne, dodawaj do nich owoce i blenduj.

Wędliny pakowane w marketach – uważaj na pakowane wędliny, sprawdzaj etykiety, bardzo często w ich skład wchodzi dużo soli, glutaminianu sodu i wiele innych sztucznych ulepszaczy.

Słodkie łakocie – batoniki, wafelki, czekoladki i inne słodycze są bardzo kaloryczne, choć czasem nie można się powstrzymać, by ich nie zjeść, warto zastąpić je zdrowymi przekąskami: garść suszonej żurawiny, nektarynka, banan (uwaga! Jeden ma około 180 kcal), jabłko. Powinniśmy jeść dziennie garstkę owoców i warzyw. Niektóre owoce usprawniają pracę przewodu pokarmowego i przyspieszają trawienie.

Chipsy – to chyba największa trucizna na sklepowych półkach od wielu lat. Każdy wie, ile znajduje się w niej chemicznych składników, ale niestety nigdy nie kończy się na jednym chipsie. Póki dziecko nie ujrzy dna torebki, nie skończy się nimi zajadać. Przeciętna paczka chipsów, to około 700 kcal, a człowiek dziennie powinien przyjmować około 1500 kcal. Logicznie rzecz biorąc, przekraczając dzienną dozwoloną dawkę kalorii, zaczynamy tyć. Chipsy to głównie sól, zabójcze tłuszcze trans, akrylamid, który powstaje podczas długotrwałego procesu smażenia produktów zawierających skrobię. Jest już alternatywa dla niezdrowych chipsów: okrągłe miniaturowe wafle ryżowe z naturalnymi przyprawami, lub słodkie chipsy – suszone jabłka.

Jak powinien wyglądać nasz dzień?

Przede wszystkim powinniśmy się wysypiać, a rano nie rezygnować ze śniadań. Postarajmy się jeść je zawsze o stałych porach. Każdy następny posiłek należy spożywać co trzy godziny, by dać szansę żołądkowi dokładnie strawić pokarmy. Nasz dzień mniej więcej powinien wyglądać tak:

8:00 Śniadanie: jedna kromka ciemnego pieczywa z serkiem light i trzema plasterkami ogórka.

11:00 I przekąska: brzoskwinia lub nektarynka.

14:00 Obiad: warzywa gotowane na parze, pierś kurczaka pokrojona w kostkę, duszona na oliwie z oliwek z przyprawą curry.

17:00 II przekąska: cztery kostki gorzkiej czekolady

19:00 Kolacja: dwie kromki chleba razowego posmarowane serkiem light z pomidorem i bazylią.

Dania i przekąski powinny być każdego dnia zróżnicowane, zgodnie z zapotrzebowaniem organizmu na poszczególne witaminy. Według tego schematu możemy ułożyć sobie zdrowy tryb życia włączając w to ruch na świeżym powietrzu. Analogicznie do tego schematu należy codziennie zmieniać przekąski i obiady. W internecie jest już mnóstwo blogów z dietetycznymi przepisami kulinarnymi, warto do nich zajrzeć. Jeśli dorośli zaczną zmieniać siebie, będzie im łatwiej wprowadzić taką zmianę u dziecka. Jeszcze lepiej, gdy rodzice od narodzin dbają o racjonalne odżywianie potomka i przyzwyczajają ich kubki smakowe do zdrowych potraw.

 

W MASAŻU SIŁA

Mając od pewnego czasu okazję do podglądania jak wygląda praca z maluchami i wcale nie chodzi o zasłużonego dla polskiej motoryzacji Fiata 126p, mój pogląd na to ile potrzeba wysiłku, chęci, determinacji aby zapewnić małemu człowiekowi dobry start w życie bardzo się zmienił.

Do tego momentu uważałem, zapewne jak większość tej brzydszej połowy populacji, że wystarczą pieluchy, mleko w buteleczce no i jakoś to będzie. Nie wygląda to jednak w taki prosty sposób. Pomijając wszelkiego rodzaju badania, ubranka, wózki i masę innych rzeczy zaciekawił mnie bardzo pewien sposób, który w zasadzie nic nie kosztuje, a przynosi zdecydowanie niewymierne korzyści. Mowa o masażu Shantala.

Shantala była ubogą hinduską kobietą, siedzącą gdzieś na ulicy. Miała sparaliżowane nogi, więc jedynym sposobem na zapewnienie swojemu maleństwu odrobiny szczęścia i lepszego przygotowania do życia było masowanie go. Robiła to z ogromną miłością i uczuciem.

Masaż Shantala polega na masowaniu całego ciała dziecka. Celem wykonywanych działań jest zapewnienie maleństwu lepszego snu, poprawy krążenia, oddychania, wpływa również na poprawę trawienia. Wzrasta więź miedzy dzieckiem a rodzicem, a maluch poznaje czym jest dotyk pełny rodzicielskiej dobroci i miłości.

Zapraszam do przeczytania krótkiego wywiadu z Karoliną Bochenek, certyfikowaną instruktorką masażu Shantala, która zajmuje się masażem zawodowo.

Jak duża jest popularność masażu Shantala na świecie i jak sprawa wygląda w naszym kraju?

Największa popularnością Shantala cieszy się w USA i Kanadzie. W Europie masowanie dzieci jest szczególnie popularne w Holandii, skąd praktyka ta została sprowadzona do Polski, gdzie zdobywa coraz więcej zaufania wśród młodych mam.

Skąd moda na tego typu masaż?

Powracamy do metod najprostszych, masowanie jest jedną z nich. Młode matki często wpadają w panikę kiedy wracają ze szpitala do domu i ich dzieci są głośne, płaczliwe, nie śpią, mają kolki itd. Wówczas najprostszym antidotum jest delikatny dotyk. To nieskomplikowane oddziaływanie potrafi odmienić życie całej rodziny: uspokaja i leczy dzieci, uodparnia je na stresy, modeluje ich postawy, a jednocześnie zaspokaja potrzebę bliskości, pogłębia więzy pomiędzy rodzicami a dzieckiem, spaja ich jako rodzinę. W wielu miejscach można znaleźć kursy, w Poznaniu np. w Opener Klub Mam na ul.Piątkowskiej do którego serdecznie zapraszam.

Czy każdy może wykonywać masaż, ile czasu trwa nauka techniki?

Masaż Shantala jest prosty do nauczenia, każdy może się go nauczyć w stosunkowo krótkim czasie. Rodzice często wykonują masaż instynktownie. Podczas masowania wytwarzają się endorfiny zarówno u matki jak i u dziecka oraz tworzy się więź między masującym a masowanym, dlatego masaż powinni wykonywać rodzice lub opiekunowie. Rodzicom optymalnie wystarcza 8 spotkań z instruktorem.

Jak dużej wiedzy i praktyki wymaga masowanie maleństwa?

Najlepiej wziąć udział w kursie z instruktorem gdyż wówczas poznamy tajniki masowania, siłę masażu, tempo masażu oraz kilka istotnych elementów których nie nauczymy się z filmów instruktażowych. Nie masujemy dzieci chorych. Nie masujemy bioderek kiedy nie było jeszcze wykonane usg. Masujemy mniej więcej ok 1,5h po i przed jedzeniem. Nie musimy wykonywać zawsze całościowego masażu, ważne aby był on przyjemny dla dziecka. Ja uczyłam się kilka miesięcy ale wcześniej ukończyłam już kurs masażu klasycznego. Musimy zachować wszelkie zasady niezbędne do masowania, czyli: chęć dziecka, temperatura pomieszczenia, spokój i cisza, nie może być biegających dzieci, hałasujących, najlepiej mama i dziecko lub tata i dziecko. Odpowiedni czas zarówno ilość jak i pora dnia, przygaszone światło, łagodna muzyka.

Jakie korzyści czerpie dziecko, a jakie osoba masująca?

Regularne masowanie dziecka co najmniej 3-4 raz w tygodniu daje naprawdę wiele korzyści. Dla dziecka to przede wszystkim regulacja snu, poprawa trawienia, wyciszenie czy uspokojenie. To korzyści zdrowotne. Poza tym masaż wzmaga równie ważne więzi z rodzicem, dziecko czuje dotyk, oswaja się. Korzyści odczuwają także rodzice. Poprawa pewności siebie, świadomość wiary we własne umiejętności opieki nad dzieckiem czy poznanie ciała dziecka, jego potrzeb czy reakcji na bodźce zewnętrzne to główne korzyści dla rodzica lub opiekuna.

Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.

Masaż Shantala jest więc znakomitą formą kontaktu z dzieckiem, przy której korzyści czerpią obie strony. Mając okazję przyjrzeć się jak w praktyce wygląda masaż, nie mogłem wyjść z podziwu zarówno dla wykonującej masaż, ale także podziwiając reakcję małego dziecka. Uśmiech i pozytywna reakcja malucha jest największą rekomendacją do spróbowania własnych sił w tej formie kontaktu z pociechą.

NIEPEŁNOSPRAWNI I RYBY GŁOSU NIE MAJĄ – IM SIĘ NIE NALEŻY

Ileż trzeba determinacji i samozaparcia , by opuścić przyjazne niepełnosprawnemu dziecku pielesze rodzinne i wraz z nim spać na kocu w budynku Sejmu, wśród innych ograniczonych fizycznie bądź psychicznie dzieci i ich opiekunów..

Fot. pochodzi z: http://belchatow.naszemiasto.pl/artykul/starostwo-zacheca-osoby-niepelnosprawne-do-starania-sie-o,940719,t,id.html
Fot. pochodzi z: http://belchatow.naszemiasto.pl/artykul/starostwo-zacheca-osoby-niepelnosprawne-do-starania-sie-o,940719,t,id.html

Rodzice, których los obdarzył chorym najczęściej od urodzenia dzieckiem, cierpią codziennie, często od wielu lat, borykają się z chorobą i zamkniętymi na głucho drzwiami prowadzącymi do ludzi i instytucji. Wiele lat temu wysłałam do wielu decydentów związanych z różnymi partiami list, w którym barwnie odmalowałam cierpienia całych rodzin, w których pojawia się poważnie i nieuleczalnie chore maleństwo. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. A miałam prawo takiej oczekiwać, sama bowiem wychowuję od czterdziestu już lat dziecko, które okazało się chore na schizofrenię dziecięcą. Nigdy mi nikt nie pomógł, nigdy nie dostałam żadnej oferty od instytucji, które powinny mi służyć. Jedyne, co słyszałam na jakąś moją propozycję to:- Nie ma. Nie mamy pieniędzy. Nie należy się. Na wczasy rehabilitacyjne co roku? Przesada. Gdyby był niewidomy, albo na wózku inwalidzkim…

Rozumiem tych ludzi, bardziej niż się wydaje, wiem, z czym się borykają i na jaki mur obojętności trafiają, ale…

No właśnie, pracowałam czterdzieści lat po to, by mojemu dziecku dokładać do jego renty socjalnej, teraz dokładam z emerytury, nauczycielskiej, niewielkiej. Dokładam, bo za sześćset złotych na miesiąc nie zaspokoi swych podstawowych potrzeb, a tyle wynosi jałmużna, którą oferują najbiedniejszym, bo chorym od urodzenia ludzie, którzy na koncie co miesiąc mają dziesiątki tysięcy. Podwyżki tych rent są, oczywiście, co roku kilkanaście złotych.

Tymczasem o tej grupie ludzi chorych się nie mówi, ich rodzice nie otrzymywali i nie otrzymują zasiłku opiekuńczego, bo pracowali, otrzymują zasiłek pielęgnacyjny 153,00 zł na miesiąc. Nie, nie opuściłam jednego zera, kwota wynosi słownie: sto pięćdziesiąt trzy złote miesięcznie. Można rzeczywiście czuć się z nią pewnie i docenionym przez instytucje, które powinny wspomagać a nie wzdrygać ramionami. Czy my będziemy kolejną grupą, która okopie się pod Semem, czy też negocjatorzy sobie o nas przypomną? Oto jest pytanie.

A gdyby tak oddać swoje dzieci placówkom opiekuńczym? Ile by to kosztowało? Oczywiście dużo, dużo więcej, niż żądają rodzice, no i dziecko byłoby oderwane od rodziny, a rodzina od niego, można proponować takie rozwiązanie, tylko nie nam , rodzicom szczególnym szczególnych dzieci i do tego przyzwyczailiśmy nasze władze, zawsze z myślą o dzieciach znosiliśmy wiele, ale jak widać szala goryczy się przelała. Nikomu ich nie oddamy, są nasze , najukochańsze na świecie, dla nich zniesiemy wiele, nawet sen na marmurowych posadzkach Sejmu Rzeczpospolitej, kolejnej, która o nas nie pamięta.

DZ

FENOMEN HONEY BOO BOO

W Stanach Zjednoczonych panuje szał na konkursy piękności dla małych dziewczynek.

Exclusive - Alana Thompson Competes in "The Sparkle & Shine Pageant"
Exclusive – Alana Thompson Competes in „The Sparkle & Shine Pageant”

Powstał program Toddlers and Tiaras, w którym pokazuje się dziewczynki liczące sobie po kilka lat. Wystylizowane i umalowane jak lalki Barbie. Gwiazdą programu stała się 6-letnia Alana Honey Boo Boo Thompson, która dostała swój własny reality show, w którym prezentuje swoją specyficzną rodzinę.

Będę drugą Marilyn Monroe! – Twierdzi mała Alana, która swoją sławę w programie zyskała głównie przez Go Go juice czyli specjalny sok będący mieszanką kofeiny, napojów energetycznych i pastylek pobudzających. Mamy małych uczestniczek karmią swoje córki tubkami z cukrem, który nazywany jest kokainą piękności. Wypowiedzi oraz nadpobudliwe gesty 6-letniej Alany wzbudziły skandal w całych Stanach. Nie przeszkodziło jej to jednak, w otrzymaniu własnego programu telewizyjnego i miliona dolarów. Oczywiście nie dostała ich mała miss tylko jej rodzice. Nie do pomyślenia jest to, że pomimo takiego wielkiego skandalu jaki wywołał film ukazujący kulisy przygotowań do konkursów piękności dla dzieci Stany zaaprobowały Alane i postępowania jej matki. Co więcej zrobiły z niej gwiazdę. W programie możemy zobaczyć jak na co dzień wygląda życie Honey Boo Boo. Poznajemy również jej trzy siostry, w tym 17-letnią z dzieckiem. Najgorsza w tym wszystkim wydaje się matka dziewczynki. Chora na przerost ambicji kobieta wozi swoje dziecko po całych Stanach w celu uzyskania wszystkich tytułów miss.

Najpiękniejsze dziecko w USA
– czyli Alana Thompson nie jest wyjątkiem w tej całej farsie. Wybory małych miss organizowane są w całych Stanach Zjednoczonych i cieszą się wielką popularnością. Na pokazach dziewczynki muszą spełniać specjalne wymogi. Konieczne jest natryskowe opalanie, sztuczne zęby, włosy. Mocny makijaż, kolorowe stroje i dodatki. Wszystko, to kosztuje setki dolarów. Sztuczność można odnaleźć we wszystkim nawet w uśmiechu, który dla dziecka w wielu 2, 3 lat powinien być naturalny. Program Toddlers and Tiaras ukazuje niespełnione matki, które w większości zmuszają swoje dzieci do uczestnictwa w konkursach i zabiegów, o których dzieci w ich wieku nie powinny mieć pojęcia. Przerażające jest to, że dzieci zaczynają uczestniczyć w tych konkursach mając kilka miesięcy. Kiedy dochodzi do transformacji w „prawdziwą piękność” człowiek ma wrażenie, że widzi 30- letnią o ile nie starszą kobietę, a nie dziecko. Często dziewczynki wcale nie mają ochoty na uczestnictwo w konkursach, są zmęczone i chciałyby wrócić do roli dziecka, a nie lalki na pokaz. Jak widać zamiast zauważyć problem lepiej zrobić z tego show.

POLACY BEZ WYOBRAŹNI – DLACZEGO ICH DZIECI TONĄ W RZEKACH?

Od maja w Polsce utonęły już 352 osoby. Toną nie tylko dzieci, ale i dorośli. Skutek braku wyobraźni czy świadomości zagrożenia?

Wakacje powoli dobiegają końca, dla jednych pozostawią niezapomniane wspomnienia, dla innych z kolei ból i cierpienie po stracie najbliższych osób.  Coraz więcej odnotowuje się tragicznych zdarzeń nad polskimi rzekami. Jak podają policyjne statystyki, od maja utonęły 352 osoby. To przerażający wynik.  Wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego tak  się dzieje? Ile jest w tym winy rodziców? A może wina tkwi w braku oznakowania niebezpiecznych terenów wodnych? A jeśli już są oznakowane, to czy plażowicze respektują je?

Fot. http://wroclaw.naszemiasto.pl/artykul/940977,wroclawianie-lamia-zakaz-kapieli-na-gliniankach-ratownicy,id,t.html
Fot. http://wroclaw.naszemiasto.pl/artykul/940977,wroclawianie-lamia-zakaz-kapieli-na-gliniankach-ratownicy,id,t.html

Z przestrzeganiem zakazów bywa różnie. Niektórzy pozostają wierni dewizie „zakazany owoc smakuje najlepiej”, jednak czy ta adrenalina jest warta tego, by narażać najbliższych na strach, a nawet cierpienie?

Pani Beata, 36 – letnia mieszkanka jednej z wsi położonej w woj. Lubuskim, zgodziła się opowiedzieć anonimowo o tragedii, którą przeżyła trzy lata temu. Wyciągnęła zdjęcia 6 – letniej dziewczynki o promiennym uśmiechu. Blond loki opadały na roześmianą buzię. Wyglądała na grzeczną dziewczynkę, która nie sprawia problemów wychowawczych.

Chciałyśmy miło spędzić czas

Pamiętam ten dzień, w którym odprowadziłam Karolinkę po raz ostatni przed wakacjami do przedszkola. Zakończenie roku szkolnego i wakacyjny szał. Już w drodze powrotnej do domu planowałyśmy, co zrobimy najpierw. Byłam samotnie wychowującą matką, więc praktycznie sama musiałam zadbać o atrakcje dla mojej córeczki. Ojciec Karolinki pojawiał się raz w miesiącu, zawsze obiecywał jej wtedy mnóstwo rzeczy, których w efekcie i tak nie realizował. No, może spełnił jedną obietnicę na dziesięć. Pewnie kochał ją, ale rzadko to okazywał, poza tym ułożył sobie życie z inną kobietą i potem nie miał już czasu. Chciałyśmy miło spędzić czas, obiecałyśmy sobie, że to będą niezapomniane wakacje. I były… lecz nie tak, jak sobie to zaplanowałyśmy.

Karolinka już od dłuższego czasu chciała abym poszła z nią nad pobliską rzekę. Znajduje się ona około 1000 m od naszego domu. Chodziły tam wszystkie dzieci od nas ze wsi. Większość bez nadzoru rodziców, co mnie dziwiło. Nie było tam do końca bezpiecznie, ponieważ w jednym miejscu było bardzo płytko, a dwa korki dalej już głębia i wir, który wciągał. Wszyscy wiedzieli, gdzie znajdują się te niebezpieczne miejsca i postanowili je omijać.

Podświadomie odwlekałam spacer nad wodę, chyba czułam, że tam może zdarzyć się coś nieprzyjemnego. Zadzwoniłam do byłego męża i zaproponowałam mu, abyśmy złożyli się na pół i kupili basen naszej córce. Taki basen w ogrodzie jest zawsze bezpieczniejszy.

Basen nie zdał egzaminu

Wreszcie kupiliśmy Karolince basen. Niestety już po pierwszym dniu znudzona oznajmiła mi, że chce iść nad wodę, bo tam chodzą wszystkie jej koleżanki. Pomyślałam sobie, że może faktycznie pójdę tam z nią, żeby dziecko miało przez wakacje kontakt z rówieśniczkami. Jednak nadal odwlekałam wycieczkę nad rzekę. Pozwoliłam córce zaprosić koleżanki do siebie do ogrodu na basen. Tak zrobiła. Zaprosiła nawet kolegów z przedszkola. Jedni przyszli z rodzicami, drudzy ze starszym rodzeństwem. Ja z rodzicami tych dzieci piłam kawę w domu. Już po godzinie Karolinka przyszła do mnie zapłakana powiedzieć, że ktoś przebił basen i schodzi powietrze. Nikt nie chciał się przyznać do tego, jak to dzieci. Kolejnego dnia znowu pojawiły się prośby o wspólne pójście nad wodę. Nie mogłam już dłużej zwodzić mojej córki. Może powinnam wtedy po prostu powiedzieć, że nie pójdę z nią, bo tam jest niebezpiecznie? Może powinnam też zakodować w jej umyśle fakt, że tam jest niebezpiecznie?

Rzeka porwała moje dziecko

Było nawet dosyć upalnie. Już rano Karolinka przyszła do mojej sypialni obudzić mnie i przypomnieć, że dziś idziemy nad rzekę. Podczas gdy ja szykowałam nam śniadanie, ona układała w swoim małym plecaczku ręczniki i kocyk. Nawet zaśmiałam się do niej, bo widziałam z jakim zapałem pakuje te rzeczy. Pomyślałam sobie, że nie będę jej spuszczać z oczu, a do wody będzie wchodziła tylko ze mną. Po śniadaniu umyła jeszcze ząbki, wyrzuciła szczoteczkę w kąt i już stała przy drzwiach wyjściowych na znak tego, że jest gotowa na wycieczkę. Była to jej pierwsza wycieczka nad rzekę, pierwsza i ostatnia… Po drodze nuciłyśmy piosenkę „słoneczko nasze rozchmurz się…”, śpiewała tak głośno, że ptaszki odlatywały z drzew. Jej śpiew przypominał radosny pisk. Momentami nawet podskakiwała. Zadała mi pytanie, które mnie zdziwiło:

-Mamusiu, ty umiesz pływać? – pokiwałam na to przecząco głową – to kto mnie uratuje w razie czego? – przeszły mi po plecach dreszcze i chciałam szybko wracać do domu. Jednak nie mogłam pokazać dziecku, że stchórzyłam. Odpowiedziałam jej ze spokojem, że do wody będzie wchodziła tylko ze mną i będę ją trzymać za rączkę. Nie może sama wchodzić do wody. Zawsze była posłusznym dzieckiem. Nigdy nie robiła niczego bez mojej zgody.

Doszłyśmy na miejsce, rozłożyłyśmy duży koc. Karolina od razu ciągnęła mnie za rękę i wołała, żebym poszła z nią do wody. Ścisnęłam bardzo mocno jej rączkę. Tak, jakbym się czegoś bała. Weszłyśmy do wody, mimo, że przy wjeździe widniał zakaz kąpieli. Wszyscy się tam kąpali, to dodawało innym odwagi. Karolinka pochlapała mnie lekko wodą, ja ją też. Ochłodziłyśmy się lekko, ale ona chciała popływać. Nie bała się już wody tak jak rok wcześniej. Pozwoliłam jej popływać tylko przy brzegu i w mojej obecności. Potem wyszłyśmy na brzeg, poleżeć na kocu. Posmarowała mi plecy balsamem na moją prośbę. Po chwili położyłam się na brzuchu, a ona leżała tuż obok mnie. Nie zauważyłam kiedy oddaliła się. Zauważyłam to dopiero, gdy poprosiłam o ponowne posmarowanie mi pleców. Ku mojemu zdziwieniu córki przy mnie nie było. Wstałam zdenerwowana i pobiegłam w stronę rzeki. Nagle jakiś mężczyzna poderwał się krzycząc „Dziecko tonie! Czy ktoś umie pływać?!!! Tam, tam!!! Ratujcie ją!” Zakręciło mi się w głowie, nogi zrobiły mi się jak z waty. Serce zaczęło mocno pukać. Widziałam tylko jak wir wciągał moją małą córeczkę. Jej rączki, które nie miały w sobie na tyle sił, aby odpychać się nimi. Dwóch mężczyzn wskoczyło szybko do wody a ja za nimi. Niestety sama zaczęłam się topić. Jakaś kobieta wyciągnęła mnie z wody. Wpadłam w szał, nie pamiętam jak udało im się wyciągnąć moją córeczkę z wody. Gdy już położyli ją na brzegu, była martwa. Krzyczałam do niej. Z jednej strony czułam złość, na siebie i na nią. Na nią dlatego, że nie posłuchała mnie, a na siebie za to, że w ogóle poszłam tam z nią. Moje życie zamieniło się w koszmar. Wszystko mi ją przypominało. Szczoteczka do zębów rzucona w kąt, zabawki  i przebity basen… Moje życie ogarnęła pustka. Gdybym mogła tylko cofnąć czas… Wiele razy pytałam samą siebie, dlaczego tak się stało. Obwiniałam się i katowałam w myślach. Byłam pod stałą opieką psychologa. Często w nocy śniłam o niej. Jednak nigdy już nie uzyskam odpowiedzi, dlaczego to zrobiła? Dlaczego poszła do wody bez mojej zgody? Moja mała Karolinka zawsze pozostanie w mojej pamięci. Dziś zastanawiam się, kim by była w przyszłości gdyby żyła. Opowiedziałam moją historię, ponieważ chciałabym zaapelować do rodziców innych dzieci, aby nie zabierali swoich pociech w zakazane miejsca, szczególnie, gdy widnieje tabliczka z zakazem kąpieli. Trzeba mieć na tyle wyobraźni, by wiedzieć, czym to się może zakończyć.

KREATYWNE PÓŁKOLONIE Z ROBOTAMI!

W końcu zbliżają się wakacje! Na dwa miesiące dzieci i młodzież pożegna szkolne ławki, a ich plecaki wylądują w kącie. Wreszcie będą mogły poświęcić się ulubionym zajęciom. Jednak po pierwszym okresie szczęścia nadejdzie moment, żeby zorganizować pomysłowo spędzony wolny czas… Pobyty u babci i wakacje z rodzicami przecież nie zajmą im dwóch miesięcy. W ostatnim czasie bardzo popularne stały się półkolonie łączące naukę i zabawę. Jedną z takich form jest spędzanie wakacji z robotami.
Półkolonie z robotami mają najczęściej formę 5-dniowego wypoczynku, podczas którego uczestnicy będą mogli dowiedzieć się wielu ciekawych zagadnień związanych z robotyką, a przede wszystkim zbudować robota według własnego projektu!

 Zapewne każdy oglądał kiedyś Gwiezdne wojny, Wall-ego czy serie Transformers  i zastanawiał się jakby wyglądało jego życie, gdyby miał takiego wyjątkowego przyjaciela. O ile życie byłoby łatwiejsze, gdyby robot mógł posprzątać dom czy wynieść śmieci. Wakacje z robotami mogą przybliżyć ten obraz! Na półkoloniach dzieci dowiadują się z czego składa się robot, co pozwala mu się poruszać i jak go zaprogramować. Podczas naukowych półkolonii każdego dnia dzieciaki budują, aż dwa roboty, korzystając z zestawów Lego Mindstorms NXT (8-13 lat) lub RoboKids (5-7 lat).

Zestawy Lego Mindstorms NXT to nie zabawka, potwierdzeniem niech będzie fakt, że są one wykorzystywane na uczelniach technicznych w całym kraju! Podczas półkolonii naukowych instruktorzy uczą dzieci jak ożywić robota i wydawać mu polecenia, za pomocą specjalnego programowania. Według opinii osób, które brały udział w takich półkoloniach w zeszłych sezonach, zabieg ten jest równie prosty co montaż klocków. Jednak, z pomocą instruktorów, można stworzyć bardzo zaawansowane algorytmy.

Uczestnicy podczas zajęć nauczą swoje roboty szukać przeciwników, podążać wyznaczoną trasą, a nawet sprawią, że będą się zachowywać jak prawdziwe stworzenia! Dzięki zdobytym umiejętnościom uczestnicy będą w stanie sprostać Misji na Marsa, wyruszyć na misję statkiem kosmicznym rodem z Gwiezdnych Wojem albo stoczyć emocjonujące zawody Sumo. A to wszystko dzięki robotom!

Dzięki nauce połączonej z zabawą dzieci i młodzież rozwijają swoją kreatywność jak i logiczne myślenie. To właśnie w młodym pokoleniu drzemie przyszłość – trzeba zatem wspólnie pielęgnować i rozwijać ich talenty i pasje już od najmłodszych lat!

Półkolonie z robotami prowadzone w: Bydgoszczy, Kołobrzegu, Koninie, Koszalinie, Lublinie, Olsztynie, Poznaniu, Słupsku, Warszawie i Wrocławiu. 

Szczegółowe informacje na temat organizowanych półkolonii z robotami znajdą Państwo
pod adresem: www.twojrobot.pl.

PLASTERKI MARCHWI O SMAKU PAPRYKI

Chipsy marchewkowe? Coś w sam raz dla dzieci i dorosłych.

www.twoje-wiesci.pl/Fot. Paulina Zych.
www.twoje-wiesci.pl/Fot. Paulina Zych.

Plasterki marchwi od „Crispy natural” to chipsy sporządzane głównie z suszonych owoców i warzyw. Dziś skupimy się na marchewkowych plasterkach. Na małej paczuszce (20g) jest informacja, iż zrobione są one z trzech marchwi z Polski – miejmy nadzieję, że to prawda, bo wiadomo, że co polskie, to najlepsze. Imponujący jest skład chipsów: aż 90% marchwi, posypka o smaku papryki (10%), suszona papryka mielona (0,3%), suszony ekstrakt pieprzu czarnego, ekstrakt z papryki – barwnik, oregano; kwas askorbinowy – przeciwutleniacz, kwas cytrynowy – przeciwutleniacz. Jedynym poważnym minusem jest ilość soli w jednej paczuszce – 0,3 g, czyli 6%. Można zatem pozwolić sobie na jedną paczuszkę w ciągu dnia.

Kolejnym pozytywem produktu jest smak, ostro-słodki. Paprykowa posypka z wierzchu sprawia, że mamy wrażenie, iż plasterki marchwi są prawdziwymi chipsami. To dobre rozwiązanie dla dzieci, które nie lubią marchewki, a chipsy wręcz uwielbiają! Pamiętajcie jednak, by nie spożywać więcej niż jedną paczkę dziennie marchewkowych chipsów, gdyż nadmiar soli w organizmie działa szkodliwie. Smacznego!

ACHLUOFOBIA NIE TYLKO DLA PAŃ

    Na pewno wiecie, o kim dzisiaj chcę Wam powiedzieć. Jak byłam mała to wyobrażałam sobie, że to jest taki bardzo gruby i zły pan, który zasłania Słońce z czystej złośliwości. No i że jest w zmowie z rodzicami, którzy kazali mi przestać się bawić, pakowali do wanny a potem w piżamkę pajacyka ( wiecie, co przeżywało małe dziecko, które musi lecieć w te pędy do ubikacji i jest przyodziane w taką piżamkę? Jak nie to się kurde przekonajcie i nie torturujcie tak własnych dzieci! Apeluję! ) no i do łóżeczka. A Jeszcze gorsze w tym wszystkim było to, że oni wcale się nie kładli spać! Nigdy mi nie chcieli tego wytłumaczyć. Jak tego, że gdy sobie polali frytki ketchupem a mnie te frytki zostawili w spokoju ( ketchup miałam obok na talerzyku ) to że niby dlatego, że one się w brzuchu sklejają! Serio? A im to nie? Zawsze wtedy próbowali zmienić temat. Przecież największa przyjemność z jedzenia frytek to nie ta związana z walorami smakowymi a możliwością ubrudzenia się! Ale wróćmy do tematu, bo jeszcze się źle zrozumiemy i co wtedy?

     Noc ma to do siebie, że z największego twardziela jest w stanie w mgnieniu oka ( dosłownie ! ) przeobrazić w trzęsącą się osikę. Osobiście znam taki przypadek, który to był zmuszony do spania z kijem baseballowym pod łóżkiem. Więc co ma do powiedzenia drobna blondynka? No ja się pytam? Mnie nikt w takie przyrządy nie uzbroił! Co najwyżej to mogę sobie światło zapalić. Ale nie mam pstryczka oświetlającego cały dom.

  To, że każdy się boi nocy to my o tym bardzo dobrze wiemy. Nie każdy się do tego przyzna ale tak już jest i nie ma co się kłócić. Na chusteczkę oglądamy paskudztwa przeróżne wyprodukowane w Hollywood? Ewentualnie historyjki zasłyszane przez mojego ulubionego żulika Staśka spod warzywniaka? Bo my uwielbiamy się bać! Tak! Prawda jest taka, że horrory zostały wyprodukowane głównie z myślą o świeżo związanych ze sobą parach, party pidżamach no i chyba w sumie tyle. A dlaczego? No, to ja już śpieszę z wyjaśnieniami.

    W jaki sposób ( najprościej, najszybciej i najtaniej ) bez konsekwencji wtulić się w wybrankę/ka naszego serca ( ewentualnie później coś więcej. Wiecie, tak, na koniec filmu ) z którym to jesteśmy świeżo zadeklarowani? Oczywiście każdy zna to uczucie kiedy chciałby zrobić to i owo ale nie ma odwagi bo przecież dopiero co są razem ( ja tam osobiście nie mam oporów przed przytuleniem się do mojego mężczyzny, kiedy tylko na to mam ochotę – nawet na początku związku ). I czekają na wdechu na pierwszy ruch partnera. Dlatego taki film grozy to całkiem sensowny pomysł. Gdzie tam gierki, patrzenie sobie głęboko w oczy. Jak się wystraszy jak należy, to zaraz się schowa w naszych objęciach! A co? Mądrzejsza jednostka, nie będzie czekała na straszny fragment filmu, a zaraz się za to zabierze.

Chcesz nastraszyć koleżanki? Mieć z nich ubaw? Sypać na szkolnym korytarzu anegdotami jak z rękawa o Stasi Asi Srasi i tak dalej? Nie ma nic prostszego! Weź ze sobą na party pidżamę horror, który znasz już na pamięć. Jedyne co musisz zrobić, to postarać się nie zasnąć i dyskretnie obserwować gości dzisiejszej nocy. A potem zanotować szybciutko najzabawniejsze sytuacje.

Grupa znajomych oglądała pewien film na takimże to właśnie spotkaniu. Gdy nastąpił bardzo przerażający moment, jeden z uczestników zaczął piszczeć z przerażenia – przy tym marcujące się koty, to mięta z bubrem.

Która to!? – krzyknął jeden z chłopców. Na co oczywiście dziewczyny zareagowały z oburzeniem. Nikt nie będzie im wmawiał, że zachowują się jak baby, no Święci Pańscy!

No.. to byłem ja – przyznał się do winy niechętnie kolega X.

Morał z tego taki, że nie tylko panie potrafią wydobywać ze swojej krtani słowicze trele godne marcujących się kotów.