Archiwa tagu: aktor

MIKOŁAJ ROZNERSKI NIE WSTYDZI SIĘ SWOJEGO WIEJSKIEGO POCHODZENIA

Urodziwy amant z „M jak miłość” w wywiadzie dla „Grazii” opowiada o swoim pochodzeniu oraz o życiowych perypetiach. Jest tak naprawdę zaradnym mężczyzną, który łapie się każdej pracy.

Fot. http://www.swiatseriali.pl/seriale/m-jak-milosc-383/news-byl-mikolajkowym-prezentem-dla-rodzicow,nId,719260
Fot. http://www.swiatseriali.pl/seriale/m-jak-milosc-383/news-byl-mikolajkowym-prezentem-dla-rodzicow,nId,719260

Mikołaj Roznerski zyskał sławę głównie dzięki roli Marcina w „M jak miłość”, chłopaka zakochanego w dużo starszej pani prokurator. Serialowy Marcin nie potrafi identyfikować uczuć, głównie z powodu braku w jego życiu matki. Nigdy nie miał z nią dobrych relacji. A jaki jest prywatnie?

Roznerski prywatnie jest zaradnym życiowo chłopakiem ze wsi, czego się nie wstydzi. W wywiadzie dla Grazii podkreślił, że z pobytu na wsi najlepiej wspomina smak parowanych ziemniaków, którymi jego ojciec karmił świnie. „Do dzisiaj uwielbiam zapach ziemniaków z parnika. I pamiętam ich smak.” – wspomniał.

Aktorstwa nie stawia na piedestale. Wie, że prócz tego musi robić coś jeszcze. Jest gotowy na każdy rodzaj pracy. Nie pogardzi nawet propozycją koszenia trawników. „Gdy nie mam pracy aktorskiej, nie czekam na telefon, tylko kombinuję. Mogę prowadzić zajęcia fitness, mogę być kierowcą autobusu…” – Wyznaje przed Anną Rączkowską, dziennikarką „Grazii”. Mądre podejście aktora sprawia, że nie budzi się w nim frustracja.

Mikołaj dba również o formę, biega zawsze rano. Je zdrowo i z umiarem. Jak sam mówi ” Po trzydziestce zmienia się metabolizm”.

Najważniejszy w życiu jest dla niego syn. Dzięki niemu stał się odpowiedzialny i za siebie i za syna. Wie, że musi żyć, by obserwować poczynania pociechy. Ma też na niego swój sposób, gdy malec urządza histerię pod sklepem. Po prostu siada na pobliskim murku i czeka aż syn się uspokoi. Mimo że nie jest już z matką dziecka, utrzymuje zdrowe relacje z synem i wypełnia ojcowskie obowiązki.

Ogromny plus za szczerość i za życiowe doświadczenia, które „robią” z Roznerskiego normalnego, swojskiego chłopaka.

WSZYSTKO BYŁO LEKKO DZIWNE, CZYLI SPOTKANIE STUDENTÓW UAM Z JERZYM RADZIWIŁOWICZEM

3. grudnia w uczelni UAM, w budynku Collegium Maius miało miejsce spotkanie z jednym z najbardziej charyzmatycznych aktorów, Jerzym Radziwiłowiczem. Spotkanie odbyło się w ramach projektów unijnych i miało formę wykładu pt. Medialny wizerunek aktora, czyli jak dziennikarze powinni mówić/mówią o aktorach.

Fot. http://www.filmweb.pl/person/Jerzy+Radziwi%C5%82owicz-471
Fot. http://www.filmweb.pl/person/Jerzy+Radziwi%C5%82owicz-471

W rzeczywistości jednak formuła spotkania zbliżona była bardziej do wywiadu połączonego z panelem dyskusyjnym. Całe spotkanie można zaliczyć do średnio udanych. Strasznie raziła niekompetencja organizatorów. Spotkanie rozpoczęło się pokazem skróconego filmowego emploi aktora, z którego, jak sam zauważył, można było wywnioskować, iż większość jego ról to postacie duchownych lub robotników. Ponadto, wypowiedzi pana Radziwiłowicza poprzedzone były krótkimi zwiastunami seriali ,w których grał, jakoby zakładając, że aktor jest dla przybyłych raczej mało znaną postacią. Nadmienię, że w uczelni mieści się Katedra Filmu Telewizji i Nowych Mediów.

Jednak najmniej przygotowanymi do samego spotkania okazały się być prelegentki i przygotowane przez nie pytania np. o to, czy jako tłumacz z języka francuskiego pan Jerzy umieszcza w tekście dramatów wskazówki mające pomóc aktorom w odtwarzaniu roli. Poza tym najbardziej chyba absurdalnym pytaniem, pojawiły się standardowe pytanie dotyczące różnicy między aktorstwem w filmie i serialu. O czym aktor nie chciał zbyt wiele opowiadać, dając do zrozumienia, iż ma do tego zagadnienia raczej ambiwalentny stosunek.

Publiczność również nie wykazała się zbyt wielką erudycją. Na szczęście, Jerzy Radziwiłowicz jako wielki aktor i człowiek wielkiej kultury potrafił udzielić stosownych odpowiedzi, które być może przez innych aktorów uważane zostałyby za zbyteczne. Najciekawszą informacją z całego spotkania było ujawnienie negatywnego stosunku aktora do metody Stanisławskiego.

Radziwiłowicz odpowiedział też na, często stawiany mu, zarzut niechęci udzielania wywiadów. Powiedział, iż bardzo lubi dyskutować, lecz nie cierpi często powtarzających się pytań, które po prostu stają się nudne. Dowodem tych słów jest wydana niedawno książka pt. Wszystko jest dziwne, której zawartością są rozmowy aktora ze znanym krytykiem Łukaszem Maciejewskim. Pan Jerzy wyraźnie zaznaczył swoje stanowisko, iż, tym co najbardziej ceni jest rzetelność, czego z pewnością organizatorom tego spotkania zabrakło.

PAUL WALKER NIE ŻYJE

Aktor zginął w wypadku samochodowym podczas próbnej jazdy porche. Stwierdzono śmierć na miejscu.

fot. źródło www.filmweb.pl
fot. źródło www.filmweb.pl

Paul Walker znany z serii filmów Szybcy i wsciekli gdzie grał Braiana O’ Connora, zginął w sobotę. Wypadek miał miejsce na północ od Los Angeles w miejscowości Santa Clarita. Samochód z dużą prędkością uderzył w drzewo, następnie stanął w płomieniach. Niestety nie udało się nikogo uratować.

Aktor był gościem na wystawie samochodowej, na której zbierano pieniądze dla ofiar niedawnego tajfunu na Filipinach. Podczas jazdy próbnej gdzie Walker podkreślmy był pasażerem, doszło do nieszczęśliwego wypadku.

http://www.youtube.com/watch?v=ceTQNglop2g

SPOTKANIE Z AKTOREM MICHAŁEM KALETĄ

KaletaMichał Kaleta pracuje w poznańskim Teatrze Polskim, o czym wiemy dobrze – pamiętamy przecież wywiad z nim, którego udzielił on „Twoim Wieściom” jakiś już czas temu. Dla przypomnienia: http://twoje-wiesci.pl/2012/o-zyciu-wymoczka-wywiad-z-michalem-kaleta/. W poniedziałek, 15 kwietnia 2013, o godz. 18.00 miejsce mieć będzie spotkanie z nim w Filii nr 11 Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu, która znajduje się na ul.Chwaliszewo 17/23. Wstęp wolny

Pamiętam, że robiąc wywiad z Michałem Kaletą, zapytałam go o to czy czuje się aktorem rozpoznawalnym w Poznaniu, a on odpowiedział, że nie, bo tak znany jest, że przez dwanaście lat jego pobytu w naszym mieście, na ulicy zaczepiły go góra cztery osoby. Opisał też jedną małą dziewczynkę, której z przyczyn technicznych (brak długopisu) nie mógł dać autografu i nie może o tym zapomnieć.

Kiedy teraz zapytałam go o to samo, odpowiedział, że mimo tego poniedziałkowego spotkania wciąż myśli tak samo, bo i tak pewnie na spotkaniu będą sami bardzo zainteresowani ludzie – przecież mowa będzie głównie o życiu zawodowym.

-Nie chciałam pójść, bo taka tematyka wydaje mi się dość sucha i nie zadowala mnie do końca. Wolałabym posłuchać też innych rzeczy, także tych zawodowych, ale tak „ocieplonych”. Może więc się wybiorę i podocieplam spotkanie? Niby mamy wreszcie wiosnę, ale nie o takie fizyczne ciepło tu chodzi.

Michał Kaleta to tak naprawdę znany jednak w Poznaniu aktor. Grał i gra wiele mniej lub raczej bardziej znaczących postaci scenicznych. Są to m.in.:  Antonio Salieri w spektaklu „Amadeusz”, Gustaw/Konrad w „Dziadach drezdeńskich”, Mikołaj Stawrogin w „Biesach”, Józef K.  w „Procesie” czy wreszcie Brick  w „Kotce na rozpalonym blaszanym dachu”, a zwłaszcza Hamlet.

O ŻYCIU WYMOCZKA – WYWIAD Z MICHAŁEM KALETĄ

Na zdjęciu Michał Kaleta w roli Antonio Salieriego w spektaklu Teatru Polskiego „Amadeusz”.
Na zdjęciu Michał Kaleta w roli Antonio Salieriego w spektaklu Teatru Polskiego „Amadeusz”.

Nazywa się Michał Kaleta, ma 36 lat i urodził się 14 lipca 1976 roku (to w ogóle znakomity dzień – mnóstwo ważnych rzeczy z nim się wiąże: Święto Narodowe Francji, „U2” powstało 14 lipca, a bitwa pod Grunwaldem opóźniła się tylko o 1 dzień – chwali się). Jest absolwentem z roku 2000 Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Po jej ukończeniu od razu związał się z Teatrem Polskim w Poznaniu i szybko stał się jego gwiazdą – kiedy ja, będąca zakochaną w Teatrze Nowym, rzadką bywalczynią Polskiego, zapytałam jedną z pań z obsługi widowni jak nazywa się aktor grający Antonio Salieriego w spektaklu „Amadeusz”, ta spojrzała na mnie z takim wyrzutem w oczach, jakbym jej matkę zabiła. Tymczasem ja wcale morderczynią nie jestem i chciałam po prostu z  Antonim Salierim wywiad zrobić. Bez większych problemów udało mi się z nim skontaktować, on chętnie zgodził się zostać moją ofiarą wywiadowczą, a państwo mogą teraz poczytać o życiu codziennym, teatralnym i aktorskim Michała Kalety, przy czym, oczywiście, wszystko to opatrzone jest prologiem, bo jakżeby tak bez wstępu.

Elokwentny prolog.

Natalia Mikołajska: Zacznijmy od tego, że ponoć jest pan mało rozmowny, a za to lubi myśleć. To tak jak ja, tyle że ja wyżywam się pisząc. Jednak, żeby się wyżyć, najpierw muszę mieć materiał od pana – nawet jeśli pan jedynie myśli. Niestety i jako że ja raczej kiepskim czytelnikiem myśli jestem, musimy razem bardzo się postarać. Podkreślam RAZEM i podkreślam BARDZO. Zatem pytanie nr 1: Dlaczego pan nie rozmawia?

Michał Kaleta: Zgadzam się, że jestem mało rozmowny – to fakt – ale w sumie z ludźmi rozmawiam. O! Chociażby teraz rozmawiam z panią. Myślę, że to jest typowa cecha facetów – po prostu mniej mówię, więcej robię i sobie myślę. Nie jestem takim facetem gadułą. Nie lubię rozmawiać o niczym, ani plotkować.

NM: Ale przecież bywają faceci plotkarze.

MK: Tak, to dobre określenie: bywają. Wydaje mi się jednak, że większość facetów mówi mniej. Jak siedzimy z facetami w garderobie, to jest raczej cisza, choć oczywiście od czasu do czasu ktoś coś powie, a tak to zajmujemy się swoimi sprawami. Piętro wyżej dziewczyny mają garderobę i cały czas słychać stamtąd, że o czymś rozmawiają – to plotkują, to to, to sio, to co na scenie, to rozmawiają o życiu: co u ciebie, a co u niej? Faceci chyba raczej tak się tym nie interesują – przynajmniej ja taki jestem, że mnie to nie obchodzi.

Życie codzienne.

NM: Mówią o panu koledzy w teatrze, zgodnie zresztą, że kiedyś był pan większym „wariatem”, a na starość raczej się pan uspokoił. Czuje się pan stary?

MK: Nie, wręcz przeciwnie. Mogę nawet powiedzieć, że przez ostatnie lata nawet odmłodniałem.

NM: O! Każdy by chciał odmłodnieć. Jaka jest pana recepta na drugą młodość?

MK: W moim wypadku trzeba było schudnąć, a więc rower ,bieganie i sztanga. „Wypociłem” kilkadziesiąt kilogramów i parę lat.

NM: Ponoć lubi pan gotować. Co najbardziej, obiadki dla rodziny?

MK: A wie pani, że tak – od lat to właśnie ja gotuję obiady dla rodziny. Tak podzieliśmy się z żoną obowiązkami domowymi: żona sprząta, ja gotuję.

NM: Jak duża jest ta rodzina?

MK: Dwie osoby: żona i ja. Na razie dzieci nie mamy.

NM: 2 osoby? To raczej nie dużo do gotowania.

MK: Tak, pewnie – raczej mało jest do gotowania – ale za to, zawsze jest to gotowanie smaczne i dobre. No, prawie zawsze. Gotuję rożne potrawy: i te polskie, i te z kuchni indyjskiej, albo chińskiej.

NM: Kiedyś ktoś powiedział, że jest pan trzeźwym aktorem. Zna pan w ogóle smak alkoholu?

MK: Tak.

NM: A jaki jest pana ulubiony rodzaj alkoholu?

MK: Alkoholu raczej nie pijam, więc swojego ulubionego nie mam.

NM: A co mi pan powie o sporcie w życiu codziennym? Wygląda pan na wysportowanego – na wywiad przyjechał rowerkiem.

MK: Jeśli chodzi o sport, to w tej chwili jeżdżę na rowerze i podnoszę ciężary. Natomiast kiedy byłem bardzo młody, to ćwiczyłem też różne inne dyscypliny. W czasie studiów zaczęło brakować mi czasu na sport i zmieniło się diametralnie moje życie – zrobiłem się leniwy i ostro dość imprezowałem. Jak już mówiłem – bardzo się wtedy roztyłem – i ważyłem 140 kg. Potem roztrzaskałem sobie nogę i lekarz-chirurg powiedział mi, że muszę schudnąć, tak do 90, 85 kg, bo będzie źle. I wtedy, 3 lata temu, zacząłem ćwiczyć. Żeby zrzucić wagę.

NM: Czyli sport w pana życiu pojawił się ponownie tylko dzięki zaleceniom lekarza. Nie boi się pan, że znów zaniecha uprawiania sportu i się roztyje?

MK: Pewnie, że się boję, ale, jak na razie, wciąż mam powera, żeby ćwiczyć dalej.

Życie teatralne.

NM: Normalnie życie młodego aktora – po szkole – wygląda tak, że on co 4, 5 lat zmienia teatr. Pan w roku 2000 ukończył Szkolę Teatralną we Wrocławiu, po czym trafił do poznańskiego Teatru Polskiego i tak już zostało. Dlaczego nie ruszył pan w trasę?

MK: Nie słyszałem, żeby normalnie tak było, że aktorzy wciąż się przenoszą.

NM: Zrobiłam wiele wywiadów z aktorami, znam ich biografie i wiem, że wciąż się przenoszą, przenosili.

MK: Ja się nie przenoszę – jest mi dobrze w tym teatrze, w którym jestem. Dostaję fajne role. Cały czas jestem używanym aktorem. Nie potrzebuję większych wyzwań, bo aktorzy tak naprawdę nie mogą chyba dostać większych ról, niż te, które ja dostaję – w każdym sezonie dostaje kilka zupełnie nowych ról, a raz, albo nawet dwa razy są one naprawdę potężne. Większość aktorów chciałaby je grać.

NM: Zatem nie zamierza się pan przenosić?

MK: Nie, bo po co? Nawet szkoda czasu na myślenie o przeniesieniu się gdzieś indziej. A poza tym Poznań bardzo mi się podoba. Myślę zresztą, że jest bardzo podobny do Wrocławia, gdzie się urodziłem. Jest też od Wrocławia spokojniejszy.

NM: Zagrał pan kiedyś w spektaklu Teatru Telewizji „Edward II”. Nie zaowocowało to nowymi – może warszawskimi – propozycjami?

MK: Nie, a jako że nie boję się być krytyczny wobec siebie – wobec innych też – to powiem, że pewnie po prostu się nie sprawdziłem. I tyle.

Życie aktorskie.

NM: Robiłam ostatnio wywiad z Wojtkiem Deneką. To raczej malutki aktor, a grał kiedyś Hamleta, co prawda w „Zielonej gęsi” Gałczyńskiego, ale jednak. Pan gra takiego prawdziwego. Co to dla pana znaczy?

MK: Na pewno nie uważam tej roli za żadne podsumowanie tego, co do tej pory zrobiłem w teatrze. Zresztą o żadnej z ról, które znam, nie myślę jako o takich, które by coś podsumowywały –  no, może król Lear jest tu pewnym takim podsumowaniem kariery aktorskiej, ale to jeszcze długie, długie lata – za młody wciąż jestem. A wracając do roli Hamleta, to była ona dla mnie na pewno ogromnym wyzwaniem, bardzo mnie zmęczyła, chociaż była też niesamowitą przygodą z emocjami i fajnym niebezpiecznym wyzwaniem.

NM: A dlaczego nie lubi pan ról komediowych, jak Wojtek Deneka?

MK: Ale to nieprawda, że ja nie lubię ról komediowych.

NM: W takim razie jaka jest ta prawda?

MK: Kiedyś pani z telewizji WTK zapytała mnie dlaczego nie lubię ról komediowych i tak już zostało, a ja nic nie mogę z tym zrobić.

NM: Proszę więc teraz coś z tym zrobić.

MK: Generalnie lubię role komediowe – zresztą ja lubię wszystkie role. Po prostu nie gram często tych komediowych, bo reżyserzy mnie do nich nie angażują – wolą, żebym grał coś ciężkiego i dramatycznego. Jednak kiedy tylko dostaję jakąś rolę komediową, to od razu ją gram z przyjemnością.

NM: Jak tworzy pan swoje postacie?

MK: Przede wszystkim improwizując – uczę się tekstu i potem na bieżąco improwizuję.

NM: Ponoć daje im pan „bogate życie wewnętrzne”. Jak można się dzielić życiem wewnętrznym?

MK: Widzi pani, ja nie daję im swojego życia wewnętrznego, ja wymyślam im ich własne. Postacie, które dotąd grałem, które jeszcze zagram, robiły i robią rzeczy, których ja nigdy nie zrobiłem i często w żadnym razie bym nie zrobił. One zabijają, albo umierają, a ja nie zabiłem, ani nie umarłem i mogę jedynie to sobie wymyślić, wyobrazić, lub też przeżyć gdzieś w głowie.

NM: Co pan rozumie pod pojęciem sceniczna doskonałość?

MK: Sceniczna doskonałość?

NM: Pańscy koledzy z teatru, zwłaszcza koleżanki, mówią, że dąży pan w swojej pracy nad rolą właśnie do scenicznej doskonałości.

MK: Wcale nie uważam, żeby moje postacie były doskonałe. Tym bardziej w sensie scenicznym. Nie interesują mnie rzeczy super doskonałe, zresztą nie wiem, czy one w ogóle istnieją. Coś, co jest doskonałe, jest chyba także nudne.

NM: Wobec tego, dlaczego w trakcie grania danego spektaklu – skoro nie dla doskonałości – zmienia pan troszkę swoje role?

MK: Bo lubię improwizować – w improwizacji czuję się jak ryba w wodzie. Po prostu w zależności od tego jaki jest dzień, jaki jest nastrój, moja postać staje się bardziej drapieżna, zadziorna, albo przyjemniejsza, może trochę mniej przyjemna. Przy czym wszystko to zależy od tego jak widzę partnerów na scenie, jak się oni zachowują i jak się z nimi gra. Myślę, że nie można stale grać tak samo – to byłoby po prostu sztuczne, a my aktorzy wyglądalibyśmy na scenie jak takie bezduszne kukły z rękami i nogami na sznurkach. To bez sensu.

NM: A ponoć nie rozmawia pan z granymi przez siebie postaciami. Dlaczego?

MK: Widzi pani, ja nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ani nie myślałem w ogóle, że można ze swoją postacią rozmawiać. Moja postać jest we mnie, albo jej nie ma, ona wchodzi i wychodzi – jak nad nią pracuję, to jest we mnie, a jak nie pracuję, to jej nie ma. Dlatego nie muszę rozmawiać z moimi postaciami i raczej nie ma ich gdzieś obok mnie w garderobie. Ja ich nie pytam: jak by to zrobić, co by tutaj zrobić? W garderobie po prostu jestem ja i zastanawiam się jak zrobić daną rzecz. Nie ma jakiejś drugiej osoby.

NM: Dlaczego w końcu nudzą pana postacie, które pan gra, przez tę ich niezmienność?

Niektóre pewnie tak, po jakimś czasie. Natomiast inne role, nad którymi pracujemy pozwalają na pewną taką dowolność, a my, aktorzy, bardziej możemy sobie poimprowizować, a przy tych niektórych to rzeczywiście robi mi się nudno i chcę coś zmienić.

NM: Lepiej jest panu grać słowem czy ciałem?

MK: Powiedziałbym tak: moje ciało bardziej gra niż moje słowo, a moje słowo pomaga mi w graniu ciałem.

NM: Ciało pozwala rybie na improwizowanie?

MK: Tak, ciało ma tutaj większe pole do popisu, ale w słowie różna może też być intencja. Raz mogę kogoś bardziej słowem zaatakować, raz mogę go zaatakować mniej, albo w ogóle, jeżeli on tylko czegoś mi nie daje na scenie, albo czegoś nie daję mu ja. Wtedy zaczyna się taka fajna improwizacyjna rozgrywka.

NM: W takim razie bardziej woli pan grać ciałem, niż słowem?

MK: Lubię, uwielbiam grać i jednym i drugim. Jedno i drugie jest bardzo pomocne i przydatne aktorowi.

NM: Szybko stał się pan aktorem rozpoznawalnym w Poznaniu. Dobrze panu z tym?

MK: Widzi pani, odkąd jestem tu na scenie w Poznaniu – dwanaście już lat – to tak rozpoznawalnym aktorem jestem, że w sumie zaczepiły mnie na ulicy trzy, może cztery osoby. Dodam, że kiedyś jedna dziewczynka poprosiła mnie o autograf na Starym Rynku – było to zaraz po premierze „Roberto Zucco” – przy czym nie miała kartki, ani długopisu. Sytuacja była trochę krępująca, bo ja też niestety nie miałem nic do pisania i ustaliliśmy, że kiedyś znów się spotkamy, to na pewno dam jej ten autograf.

NM: Piszą o panu coś zupełnie innego.

MK: Chyba piszą, żeby pisać. Tymczasem ja właśnie tak rozpoznawalny jestem, że przez tych dwanaście lat trzech ludzi w sumie podeszło do mnie i powiedziało, że fajnie grałem, byli na spektaklu i im się podobało. Zatem podsumowując: wcale nie czuję się aktorem rozpoznawalnym, nikt na ulicy nie pokazuje sobie mnie palcem mówiąc: „o zobacz, to on, ten aktor”. Fakt jest też taki, że ja nie przyglądam się ludziom na ulicy.

NM: Żaden aktor się nie przygląda, żaden nie przyznaje się, że się przygląda.

MK: Nie wiem jak to jest naprawdę, ale jeśli o mnie chodzi, to czasami żona pyta: „czemu oni tak na ciebie patrzą, myślisz, że cię znają, czy po prostu tak na ciebie patrzą”? Wtedy ja stwierdzam, że rzeczywiście może mnie znają, bo przecież parę tysięcy ludzi – tych, którzy chodzą do teatru oczywiście – już mnie tu, w Poznaniu, widziało. I powiem, że normalnie mi z tym jest. To nie jest dla mnie ani ważne, ani nieważne. Po prostu jest.

NM: Kiedy ściąga Pan perukę w „Amadeuszu” – jako Antonio Salieri – wygląda Pan tak przeraźliwie wymoczkowato – nie ma już na sobie tych pięknych czarnych i błyszczących włosów. Jak się Pan czuje?

MK: Ja jestem wymoczek? Wyglądam jak wymoczek? Przecież ważę 90 kilo i podnoszę ciężary – jak mogę być wymoczkiem?

NM: Nie mówię, że zawsze i raczej nie w tej chwili. Chodzi mi o tę różnicę jaka jest między pięknymi czarnymi i błyszczącymi włosami z peruki a Pana kolorem włosów naturalnym, czyli bardzo jasnym, raczej wcale nie błyszczącym, blond.

MK: No więc… czuje się z tym bardzo dobrze. Uwielbiam ten moment, kiedy ściągam perukę, co jednak wcale nie znaczy, że lubię być wymoczkiem. Wcale nie myślałem, o tym, żeby stworzyć w tym momencie spektaklu wrażenie, że Antonio Salieri, który ma piękne, czarne włosy, ściąga perukę po to, żeby być wymoczkiem – on przecież wyrywa sobie wtedy włosy z głowy z zupełnie innych względów.

HAMLET NIZIUTKI – WYWIAD Z WOJTKIEM DENEKĄ

Moją ofiarą wywiadowczą zgodził się zostać Wojtek Deneka z poznańskiego Teatru Nowego. Jest to aktor charakterystyczny, a jego charakterystyczność na tym polega, że niski jest i bardzo ciekawy głos ma. Opowie nam o aktorstwie, życiu i byciu terapeutą, albo terapiobiorcą. Poznamy też Wojtka Deneki pozytywne spojrzenie na starość, nawet jeśli zaraz na wstępie naszego spotkania prosto z mostu zapytał mnie, dlaczego chcę robić wywiad właśnie z nim, starszym już panem, skoro wokół tylu jest młodych wysokich amantów, tych nie-niziutkich tytułowych Hamletów.

Deneka aktor.

Wojtek Deneka/ Fot. SKENE/ Agencja Aktorska.
Wojtek Deneka/ Fot. SKENE/ Agencja Aktorska.

Natalia Mikołajska: Podobno nie od razu został pan takim zwykłym aktorem, dlaczego?

Wojtek Deneka: Na początku przez długi czas okłamywałem się, że… – wiem, że to banalne co powiem, ale – …że kocham teatr i chcę być aktorem. Teraz z perspektywy czasu wiem jedno – to mianowicie, że teatr to był i jest mój sposób na życie, na moje kompleksy, na strach przed ludźmi, przed rzeczywistością.

NM: Mówi pan o kompleksach, czyli pewnie to dlatego, że myślał pan, że jest za niski?

WD: Nie tylko. Nie czułem się wtedy dobrze jako człowiek, a poza tym obawiałem się ludzi, reagowałem agresją, albo po prostu zamykałem się w sobie, niczym  ślimak w skorupie. Natomiast jeśli chodzi o wzrost, to dawno już nie mam tych kompleksów – wyleczyłem się z tego i przyzwyczaiłem się do siebie. Poza tym stworzyłem w sobie pewną taką barierę ochronną i uodporniłem się już na różne takie docinki i złośliwości ludzkie.

NM: Jak?

WD: Zawsze próbuję, jakoś tak inteligentnie i z żartem, na nie odparować. Przyznam się, że kiedyś, przez długi czas, wymyślałem nawet takie specjalne historyjki – scenariusze – i układałem riposty, na jakie mogę sobie pozwolić w tych, raczej dla mnie niemiłych, sytuacjach.

NM: Działało?

WD: Raczej tak. Zresztą wszystko zależy też od tego, kto to mówi. Ja podzieliłem sobie ludzi na: ważnych, mniej ważnych i nieważnych – oczywiście nic tu nie generalizuję. I jeśli spotykają mnie nieprzyjemności z czyjejś strony, zawsze mówię sobie: spokojnie, to jest nieważny człowiek, nie ma się czym przejmować. Poza tym, przepraszam, ale jakie to wszystko ma dla mnie znaczenie? Jest jak jest i trzeba się  z tego cieszyć.

NM: Pewnie, szczęście nie patrzy na czynniki zewnętrze…

WD: Właśnie. Bóg, Natura, czy jakkolwiek to nazwiemy, tak chciała. I chwała jej za to, bo jako aktor mam teraz łatwiejszą drogę, niż taki wysoki amant. Szczególnie dzisiaj, bo aktor charakterystyczny zawsze ma jednak większe szanse. Mogę opowiedzieć też pewną taką śmieszną historię.

NM: O!, to świetnie, bardzo proszę.

WD: Zdarzają się sytuacje, kiedy – szczególnie tacy młodsi koledzy – chcą trochę podworować sobie ze mnie – oczywiście sympatycznie – to podejmuję wtedy taki temat o tęsknotach: co byś chciał w życiu zagrać? I tak sobie rozmawiamy, a ja w pewnym momencie mówię: widzicie, wy tacy młodzi, wysocy jesteście, a Hamleta graliście? Nie? No widzicie, a ja grałem.

NM: Rzeczywiście pan grał?

WD: Tak – w „Zielonej gęsi” Gałczyńskiego. Hamlet jest tam trochę inny, ale jednak Hamlet to Hamlet. Powiem poza tym, że mnie biologia, czyli ten nieestetyczny proces starzenia się, w sensie teatralnym i scenicznym, robi lepiej. Nawet gdybym kompletnie wyłysiał i był szerszy niż dłuższy, to stale miałbym więcej cech charakterystycznych niż ci młodzi wysocy amanci.

NM: Czyli teraz, to na pewno jest już dobrze panu w ludzkiej skórze i nie zamieniłby pan jej na inną?

WD: No tak – tzn. nie, nie zmieniłbym. Ale żeby tak ładnie spuentować całe moje poprzednie wywody, powiem, że po prostu chciałem to (aktorstwo – przyp. red.) robić, ale nie dlatego, że czułem się w jakiś sposób lepszy od innych. W życiu zwykle jest tak, że istnieje jakaś ilość zła i dobra i najbardziej istotne są tu proporcje, a moje aktorstwo pozwala mi na jednoczesne bycie złym i dobrym.

NM: To w takim razie: dlaczego na początku wybrał pan lalkarstwo? Dzieci są bardzo trudnym odbiorcą.

WD: Z pewnego rodzaju konieczności. Było to tak, że moje – jako małego chłopaka z Rzeszowa – trzykrotne próby dostania się do dobrej szkoły aktorskiej – czyli: Warszawa, Kraków, Łódź – zakończyły się fiaskiem, między innymi ze względu na wzrost. A że bardzo szybko zostałem sam, to i szybko musiałem pracować, żeby się utrzymać. Pewnego razu zaangażowałem się jako adept w rzeszowskim teatrze lalek, a tam po trzech latach mogłem zdawać eksternistyczny egzamin aktorski.

NM: Jaki był to egzamin? Na czym polegała ta jego eksternistyczność?

WD: Kiedyś było tak, że człowiek, jeśli nie dostał się do szkoły teatralnej, mógł iść do teatru – również lalkowego – i zaangażować się tam jako adept uczący się. Po trzech latach takiego terminowania i po uzyskaniu pozytywnej opinii dyrektora, zdawał egzamin aktorski przed komisją państwową, bądź też nie, jeśli tylko mu się odwidziało i nie chciał już aktorem być. Ja chciałem, podszedłem do egzaminu, zdałem i zostałem profesjonalnym aktorem.

NM: Ja tak sobie myślę, że lalkarz musi kochać dzieci. U pana tak nie było?

WD: Dzieci są też bardzo krytycznym odbiorcą – albo coś się podoba, albo jest do d. – nie ma złotego środka, jak w teatrze dramatycznym, że widz może mówić jedno, a myśleć drugie… W teatrze lalek nie podobało mi się zawsze to dziubdzianie, spieszczanie, ten infantylizm, że wszystko musi być do dziecka dopasowane również, a może przede wszystkim mentalnie. To nieprawda – dziecko po prostu jest jeszcze nieskażone i chłonne, bo niewiele wie o życiu i wszystkiego zdąży się jeszcze nauczyć.

NM: Nadmiar infantylizmu w przypadku dzieci jest zły?

WD: Tak. Dziecko w teatrze trzeba traktować jak partnera, nie dziubdziusia.

NM: Był pan zatem profesjonalnym aktorem w rzeszowskim teatrze lalek. Co było potem?

WD: Potem rozpoczęła się moja wędrówka po teatrach lalek – to były: Szczecin, Słupsk, Opole, Zielona Góra…

NM: O!, to zupełnie tak jak aktorzy dramatyczni. Nagrody teatralne też pan zdobywał?

WD: A i owszem. Nie chwaląc się powiem, że wówczas nazwisko Deneka coś znaczyło w polskim teatrze lalek.

NM: To dlaczego po latach nie chciał pan już być lalkarzem, przez to dziubdzianie?

WD: Nie do końca. Ja po prostu bałem się swojego wieku – robienie za ponad 50-letniego króla w spektaklu dla dzieci jest trochę nie w porządku. Zresztą dostałem propozycję od dyrektora dramatycznego teatru gorzowskiego – on widział mnie na Festiwalu Małych Form Teatralnych w Szczecinie, na którym, wspólnie z panią Anną Seniuk, dostaliśmy nagrody aktorskie – propozycję zaangażowania się w jego teatrze. Zgodziłem się, choć wcale nie miałem kompleksu aktora lalkowego.

NM: A jaki to kompleks?

WD: Że aktor lalkowy jest czymś gorszym niż dramatyczny.

NM: Kilkakrotnie, już tu w Teatrze Nowym w Poznaniu, nagrywał pan płyty z bajkami dla dzieci. Czy to z sentymentu do lalkarstwa?

WD: Nie. Widzi pani mówi  się, że aktor łapie w garść wszystko co mu się nadarzy. Czy to będzie lektor, czy to będzie cyrk, kabaret, radio, film – wszystko jest takim bankiem, w którym człowiek gromadzi sobie doświadczenie. We wszystkim trzeba się spróbować, czy ty dajesz sobie w tym radę. To jest swego rodzaju gimnastyka dla aktora. Moje zdanie jest takie, że aktor zawsze ma grać – obojętnie czy to na ulicy, czy do kotleta – od tego jest. Dlatego próbuje wszystkiego, co się nadarzy.

Deneka artysta.

NM: Zdarzyło się panu kilka razy reżyserować spektakle, jednak chyba nigdy wtedy pan w nich nie grał. Czy to jest tak jak z Mariuszem Puchalskim, który twierdzi, że aby reżyserować reżyser musi widzieć spektakl z dystansu i też brakuje panu tego spojrzenia na spektakl w całości?

WD: Powiem tak: albo się ma predyspozycje reżyserskie, czyli umiejętność ogarniania czegoś, albo też nie. Ja może i je mam, ale tylko do krótkich form, czyli etiud lub scenek teatralnych. Do większych form, do ogarnięcia jakiejś dłuższej całości, to już wiem na pewno, że żadnych predyspozycji nie mam.

NM: A pan Mariusz rację ma?

WD: Tak. To jest bardzo trudne – grając w jakimś spektaklu człowiek staje się przecież bardzo subiektywny, a reżyser musi być bardzo obiektywny. Poza tym rzeczywiście trzeba siebie widzieć.

NM: W roku 2008 odbył pan z kolegą podróż do Warszawy w celu wyrażenia sprzeciwu wobec marginalizacji poznańskiego grodu. Czy Poznań rzeczywiście jest na marginesie?

WD: Nie, nie, trochę to jest rozdmuchane. Akcja była mądra, bo chodziło w niej o pieniądze dla teatru. One w końcu się znalazły, czyli był efekt końcowy. Nie do końca jednak wiem, czy to w skutek tego naszego happeningu, czy też nie. W każdym razie te pieniądze sprawiły, że tam się teraz coś dzieje. Jednak była to tylko moja praca, można powiedzieć chałtura – ja za nią otrzymałem jakąś gażę.

NM: Ale czy Poznań rzeczywiście jest marginalizowany?

WD: Nie wiem – widzi pani, ja mało znam Poznań, pomimo moich 15 lat bycia tutaj. Generalnie nie lubię dużych miast, nie zakochuję się w nich. Zresztą najpierw tu, w Poznaniu, interesował mnie tylko teatr – chciałem w teatrze pracować i nie myślałem o niczym innym. Dopiero chwilę później zaczęła mi przeszkadzać ta akuratność i ciągłe mówienie o pieniądzach.

NM: Wszędzie mówią o pieniądzach.

WD: Tak, ale to co powiedziałem, wcale nie znaczy, że gdzie indziej o nich nie mówią. Ja po prostu jestem wschodniakiem, moi rodzice pochodzą ze Lwowa, mam więc trochę inną naturę – dla mnie liczy się przede wszystkim człowiek i życzliwość wobec innych, a nie tytuł przed nazwiskiem czy kto ile zarabia. Tu – w Poznaniu – jest tak zimno.

NM: Czyli?

WD: Opowiem pani pewną historię, która bardzo mnie poruszyła. Kiedyś, jeszcze na początku mojego tu pobytu, w tramwaju ktoś nie miał biletu, a ja, że akurat miałem ich nadmiar, podarowałem mu jeden. On od razu chciał mi zapłacić 2 złote. Nie przyjąłem pieniędzy, mówiąc: Nie, może kiedyś będzie tak, że spotkamy się, kiedy ja nie będę miał biletu i pan mnie poratuje. Dla mnie było to normalne, a on wręcz miał złość w oczach, że nie chcę tych 2 złotych, bo widocznie chcę czegoś innego.

NM: Może myślał, że jest pan homoseksualistą?

WD: Nie, na pewno nie. To był starszy już człowiek. Ja ze swej strony czekałem na takie zwykłe dziękuję, przy czym wcale nie chodzi mi tu o dziękowanie na klęczkach, tylko o taki zwykły odruch. Powtarzam więc: tu w Poznaniu nie podoba mi się – bardzo mi się nie podoba – ten brak życzliwości, również nie akceptowanie tej przychodzącej do ciebie z zewnątrz. Ja po prostu inaczej jestem skonstruowany.

NM: Wynika z tego, że jest pan raczej dobrym człowiekiem.

WD: Nie, wcale nie – za takiego się nie uważam. Po prostu inaczej wychowali mnie rodzice i inne odruchy wpoili do głowy. Zresztą sam nieraz byłem wobec ludzi bardzo nie w porządku, ale ludzie też nieraz skopali mi tyłek.

NM: Podsumowując: nie można nazwać pana patriotą lokalnym?

WD: Nie, raczej nie.

NM: A takim ogólnokrajowym?

WD: Tak, tylko że podchodzę do sprawy bardzo selektywnie. Po prostu czasami czuję mrowienie i jestem dumny, gdy coś o Polsce słyszę. Powiem pani, że kiedyś miałem nawet propozycję wyjechania stąd i zostawienia z tyłu całego tego bałaganu, ale z niej nie skorzystałem. Jednak rozumiem młodych ludzi, którzy uciekają z Polski – tu nie ma żadnych perspektyw: ani stabilizacji, ani awansu społecznego – nie pochwalam tych wyjazdów, ale rozumiem.

NM: Dobrze czuje się pan w kabaretach. Co one panu dają?

WD: Taki już aktor jestem charakterystyczny, czyli niski i z zacięciem kabaretowym. Zresztą lubię tę formę. Oczywiście są różne kabarety. Jest kabaret literacki – np. „Zielona Gęś”, czy teksty które pisał niegdyś Mariusz Puchalski – ale są też takie uprawiane dzisiaj – bardziej niemieckie i trochę przaśne. I nie wiem, czy akurat one by mnie ciekawiły. Generalnie, jako osoba już starsza, wolę klasykę, czyli np. „Kabaret Starszych Panów”.

NM: O!, ja też lubię „Kabaret Starszych Panów”. Jako osoba jeszcze młodsza.

WD: No właśnie. Lubię zachwycić się w nim klasą, dowcipem. Coś takiego bardzo mi odpowiada – wolę elegancką literaturę i pewną taką szlachetność. Poza tym powtarzam: jako osoba starsza, ja już się wyciszam i dlatego wolę kolekcjonować sobie te takie szlachetniejsze rzeczy.

Deneka terapeuta.

NM: Co poniedziałek pracuje pan z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. Czy to trudne?

WD: Teraz nie, ale na początku było to trudne, chociaż nie mówię, że bardzo. Dodam, że na zapytanie mnie o współpracę przez administrację „Przylesia” (warsztat terapii zajęciowej dla osób niepełnosprawnych intelektualnie – przyp. red.), odpowiedziałem najpierw: nie wiem, zobaczę, jak ja się sprawdzę, czy nie będę miał zbyt dużych oporów natury estetycznej i po prostu, czy sobie z tym poradzę, czy też nie.

NM: W końcu pan zaakceptował tych ludzi – pracuje pan z nimi od dawna.

WD: Tak. Dodam, że są to już ludzie dorośli – na pewno nie dzieciaki. Ja na początku nie sądziłem, że będzie aż tak łatwo i tak warto przejść ten proces. Nawzajem bardzo się polubiliśmy. Oni są tacy prawdziwi – albo wierzą człowiekowi, albo nie. I ta nasza współpraca to dla nich nie jest terapia, a ja nie jestem ich terapeutą – to oni stali się moją terapią.

NM: A potrzebuje pan terapii?

WD: Widzi pani, w zawodzie aktora to jest tak, że człowiek wciąż na scenie coś udaje i potem trochę przerzuca się to na życie. A ci ludzie – prawdziwi ludzie – dokonują korekty, bo ty nie możesz powiedzieć im żadnego, małego nawet, kłamstwa. Oni momentalnie wyczuwają fałsz. Dlatego bardzo się cieszę, że potrafili mnie zaakceptować, a ja potrafiłem im na to odpowiedzieć tym samym.

NM: Słyszałam o teatrze dla niepełnosprawnych. Co to jest?

WD: Teatr działa już 7 lat. Zaczęło się to w roku 2005. Stowarzyszenie Na Rzecz Młodych Twórców V.I.T.R.I.O.L. zwróciło się wtedy do mnie z prośbą o zaangażowanie się w jego działalność, co też zrobiłem. Rokrocznie przygotowujemy inny spektakl, przy czym scenariusz nigdy nie jest narzucony, tylko wymyślany przez nich – jest wynikiem wielu naszych wspólnych rozmów.

NM: Co później dzieje się z tymi wymyślonymi spektaklami?

WD: Wystawiamy je na profesjonalnej scenie. W tym roku, jak zresztą corocznie, 14 czerwca, tu w Teatrze Nowym, moja grupa w cyklu „Nowi w Nowym” dała swój spektakl o Poznaniu zatytułowany „Gzik z pyrami”. Przy czym ja wcale nie ukrywam, że cieszyły mnie i dodały mi skrzydeł na następny rok i następny spektakl pochwały i komplementy z ust kolegów w Teatrze, którzy mówią, że nie wiedzieli, że z tymi ludźmi można tak pracować.

NM: A czy prawdziwe aktorstwo osób niepełnosprawnych jest możliwe?

WD: Zacznijmy od tego, że aktorstwo jako takie kosztuje w sumie dużo wysiłku – tak fizycznego, emocjonalnego, jak i psychicznego. Ja jednak uważam, że ci moi ludzie – choć nie wiem do końca, czy mogę tak powiedzieć – są prawdziwymi aktorami, bo prawdziwi są, ale o tyle o ile ich się nie tresuje.

NM: Co to znaczy?

WD: Jeśli buduje się postać sceniczną z tego jacy oni są – że np. jeden nie chodzi, albo raczej ma z chodzeniem problemy, drugi ma kłopoty artykulacyjne – to oni są tu prawdziwymi aktorami. Spektakl po prostu musi być budowany z nich.

NM: A czego pan uczy się od osób niepełnosprawnych?

WD: Pokory. Do życia i do zawodu.

Rozmawiała: Natalia MIKOŁAJSKA

CLOONEY W KOŃCU BRZYDAL

Pewne rzeczy zostały stworzone przez mężczyzn i dla mężczyzn. Są nimi na pewno: wojna i polityka. Zaryzykuję stwierdzenie, że „Idy marcowe” Goerge’a Clooney’a są i o tym, i o tym.

George Clooney w filmie "Idy marcowe"/ Fot. dystrybutor Odwieczny spór o to, czy faceci są lepszymi kierowcami, politykami, kucharzami i muzykami rozwiązuje wspomnienie jednej, bardzo męskiej cechy. Statystycznie wypadają lepiej, bo dla tego co robią dobrze, potrafią poświęcić wszystko. Absolutnie wszystko. Jeśli ktoś nie wierzy, niech idzie zobaczyć „Idy”.

Clooney, który maczał pióro w scenariuszu i zajął krzesło z napisem „reżyser” oraz odergał jedną z głównych ról, wykonał kawał solidnej roboty.  Już samo to, że jego nazwisko pojawia się w napisach końcowych i początkowych po trzy razy z rzędu świadczy o nieprzeciętnym zaangażowaniu i talencie Pana Ładnego. Doskonale spisał się również Ryan Gosling, którego proponuję awansem natychmiast umieścić na firmamencie obok najjaśniej świecących gwiazd biznesu filmowego. Nie ma mowy o szufladkowaniu. Gosling potrafi grać złego i brzydkiego (patrz „Drive”, „Fanatyk”) równie dobrze jak kochającego i zakochanego („Pamiętnik”). W „Idach marcowych” dał z siebie wszystko pokazaując cały wachlarz emocji. To Gosling jest głównym bohaterem filmu. To on jako Stephen Meyers, młody piarowiec z amibicjami, zbiera brawa. Zbiera też baty. W jednej chwili rozdaje karty, w drugiej przybiera pokerową twarz, w trzeciej wreszcie, ugrawszy niewiele, robi dobrą minę do złej gry.  Codziennie wstaje z łóżka po to, żeby iść na wojnę. Z sobą i o siebie.  Ale też z wyborcami, kandydatami, kontrkandydatami i… własnym szefem. Z jakim skutkiem? Polecam sprawdzić samemu.

Panowie (bo film jest o panach i w zasadzie przez panów zrobiony) do końca trzymają widzów w napięciu. Podobnie jak w polityce, w filmie nie ma pewnej sytuacji, przewidywalnego zakończenia i oczywistych rozwiązań. „Idy marcowe” to paskudny obrazek o chłopcach, którzy jeszcze nosząc krótkie spodenki, zdecydowali, że kiedy dorosną, ubiorą ładne garnitury i będą uprawiać najobrzydliwszy zawód świata. Bo tym właśnie jest polityka z filmu Clooneya. I żeby go obejrzeć, trzeba mieć twardy tyłek albo chociaż mocne nerwy.

Dodać należy, że za produkcję „Idów” wziął się mistrz DiCaprio, co mnie cieszy szczególnie. Rosnące ostatnio na Zachodnim Wybrzeżu zaangażowanie doskonałych aktorów w tworzenie i produkowanie wartościowych filmów to dobry znak. Znak jakości samej w sobie. Fakt, że pod ambitnymi: produkcją, reżyserią i scenariuszem coraz częściej podpisują się ludzie tacy jak DiCaprio, Pitt, czy Clooney, to dowód na to, że, wbrew obiegowej opinii, Hollywood nieprędko zwolni nas-widzów z obowiązku myślenia. I tak trzymać.

Paulina REZMER

KULTURALNY WSUS

Spotkanie z Arturem Barcisiem na WSUS.

Artur Barciś
Artur Barciś

Komedia, to tragedia, która przydarzyła się komuś innemu” – tymi słowami, zaczerpniętymi z wypowiedzi W. Allena  po raz pierwszy Artur Barciś rozbawił studentów Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych.

Spotkanie  z Arturem Barcisiem , reżyserem, aktorem teatralnym, filmowym, telewizyjnym i dubbingowym, zainicjowane i zorganizowane zostało przez Samorząd Studencki Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych. Gość  został przyjęty przez oczekujących na spotkanie z nim studentów bardzo optymistycznie.

Zgodnie ze złożoną wcześniej przez Artura Barcisia obietnicą, odpowiedział  na wszystkie zadawane przez studentów pytania. Nie zabrakło także ciekawych i zabawnych anegdot.

Artur Barciś to postać odbierana  optymistycznie – któż nie zna Tadeusza Norka z kultowego serialu „Miodowe lata”? Sam aktor mile wspomina grane przed publicznością na żywo odcinki serialu, który przyniósł mu tak wielką sławę. Mimo wszystko wolałby być znany również z innych ról, bądź reżyserowanych przez niego spektakli:

Wciąż ludzie kojarzą mnie z Norkiem. Dzieci, które dorosły nieco do oglądania seriali,  uważają nawet, że to nowy serial choć ostatni odcinek nagrywaliśmy dziesięć lat temu – mówi Artur Barciś – Powiem szczerze, że podczas nakręcania odcinków miałem nie raz problem z tym, aby się nie roześmiać podczas wypowiadanej kwestii – dodaje.

Barciś to nie tylko aktor, ale też reżyser spektakli teatralnych. Na jego przedstawiania przybywają tłumy ludzi. Zakup biletu na spektakl jest niezwykle trudny, gdyż wszystkie rozchodzą się w bardzo szybkim tempie. Rola reżysera jest, jak się okazuje, niesie za sobą odpowiedzialność:

Reżyseria jest dla mnie odskocznią, ale to nie dlatego, że aktorstwo mi się znudziło. Bycie reżyserem to ogromna odpowiedzialność bo, gdy uda mu się zrobić coś dobrego to cala zasługa leży po jego stronie. Jeżeli coś pójdzie nie tak, to odpowiedzialność także spłynie na reżysera. To bardzo podniecające – mówi aktor – Jeśli spektakl będzie do dupy, to ja za to odpowiem – dodaje.

Autorytetem  aktora w zakresie tworzenia scenariuszy jest Krzysztof Kieślowski. To właśnie on stanowi inspirację dla Artura Barcisia:

Moim autorytetem reżyserskim jest Kieślowski. Wielu reżyserów światowych właśnie od niego uczyło się, jak kręcić film. On kręcił po to, aby pytać. Dlatego film pozostaje w pamięci widza. To tak zwane kino dialogu. – wyznaje Artur Barciś.

Życie Artura  Barcisia nie toczy się jednak jedynie wokół pracy. Aktor jest także oddanym kibicem piłki nożnej. Jak się okazało, lubi on oglądać zarówno rozgrywki Legii jak i poznańskiego Lecha:

Oglądam rozgrywki piłkarzy z różnych klubów, ale tylko tych na dobrym poziomie. Na meczach tak się emocjonuje i drę, że połowa wsi mnie słyszy! Kibicuje dobrej piłce – mówi Barciś – Gdy słyszę, że któryś z Polaków wygrał złoty medal i grają „Mazurek Dąbrowskiego” to zazwyczaj ryczę – dodaje.

Spotkanie z Arturem Barcisiem odebrane zostało przez studentów bardzo optymistycznie, całe przebiegało w bardzo przyjaznej atmosferze. Mamy nadzieję, że pan Artur jeszcze nie raz odwiedzi WSUS, aby podzielić się swoimi historiami i uchylić nam rąbka tajemnicy zawodu nie tylko aktora, ale także reżysera.

Paulina BALCERZAK

Fot. T. Dymaczewski

Przewodniczący Samorządu Studenckiego Bartosz Nowak z Arturem Barcisiem.  Artur Barciś na WSUSie  Artur Barciś