Archiwa kategorii: Wywiady

NIE BĘDĘ ŚPIEWAĆ O BŁAHOSTKACH – WYWIAD Z SYLWIĄ GRZESZCZAK

To jej piosenki okupują wszystkie listy przebojów, a półki uginają się pod ciężarem zdobytych nagród. Właścicielka anielskiego głosu oraz fortepianu, z którym nigdy się nie rozstaje. W rozmowie z Maciejem Zielinskim opowiedziała o swojej miłości do muzyki, marzeniach o duecie z pewną blondynką, trzeciej płycie i najnowszym singlu zatytułowanym „Nowy Ty, nowa ja”.
Specjalnie dla czytelników twoich-wiesci.pl w rozmowie z Maciejem Zielinskim –  Sylwia Grzeszczak.

Fot. pochodzi z: http://nocoty.pl/page,2,query,sylwia%20grzeszczak,szukaj.html?ticaid=61266c
Fot. pochodzi z: http://nocoty.pl/page,2,query,sylwia%20grzeszczak,szukaj.html?ticaid=61266c

Maciej Zielinski: Będąc w szkole muzycznej bardziej odnajdowałaś się w repertuarze klasycznym, mam na myśli Bacha, Chopina, Mozarta, czy w muzyce rozrywkowej?

Sylwia Grzeszczak: Poszłam do szkoły muzycznej z zamiarem nauki muzyki klasycznej. Tak jak wspomniałeś- uczyłam się Bacha, Chopina, wszystkiego, co było w wymaganym repertuarze. Kocham te utwory do dnia dzisiejszego, jednak największą radość sprawia fakt, że mogę dziś połączyć klasyczny utwór fortepianowy z muzyką rozrywkową. To dla mnie idealne połączenie.

MZ: Chwile relaksu spędzasz również przy pianinie, czy jest to czas wyciszenia, któremu nie towarzyszy muzyka?

SG: Pianino towarzyszy mi tak naprawdę cały czas. Dbam o nie, nie mogłabym bez niego żyć. Tkwi ono głęboko w moim serduchu, nie lubię się z nim rozstawać, dlatego na scenie muszę czuć jego obecność. Miejsce przy pianinie to pewnego rodzaju oaza. Nigdy nie zniknie z mojego życia.

MZ: Każdy singiel, który wydajesz zostaje obrzucony nagrodami, bądź trafia na pierwsze miejsca list przebojów. Jak krok po kroku wygląda u Ciebie tworzenie utworu?

SG: To proces samoistny. Czasem wena dopada mnie w najmniej oczekiwanym momencie. „Karuzela” powstała podczas telefonicznej rozmowy z moim tatą. Opowiadałam mu coś, aż w jednej chwili usłyszałam w głowie melodię. Od razu przeprosiłam tatę i napisałam muzykę w mgnieniu oka.

MZ: Właśnie, teksty nie wychodzą spod twojego pióra, więc w jak dużym stopniu w nie ingerujesz?

SG: Oczywiście utożsamiam się ze wszystkimi słowami, które pojawiają się na moich płytach. Dla mnie bardzo ważne jest to, o czym śpiewam. Nie mogłabym przekazywać rzeczy błahych, bezwartościowych. Ta strefa jest ważna, o ile nie najważniejsza. Do tekstu potrzebna jest chwytliwa melodia i wtedy jestem zadowolona ze swojego utworu. Autorami tekstów na płytę pt. „Komponując siebie” są wspaniali artyści- Marcin Piotrowski, Marysia Sadowska i Karolina Kozak.

MZ: Jak opiszesz najnowszy singiel zatytułowany „Nowy Ty, nowa ja”?

SG: Mam nadzieję, że singiel „Nowy Ty, nowa ja” będzie się coraz bardziej rozkręcał wśród odbiorców. Na koncertach jest przyjmowany świetnie, mimo, że to tak naprawdę radiowa świeżynka, natomiast na płycie „Komponując siebie” znalazł się już dawno, wśród innych utworów, które zostały tam zamieszczone. Piosenka jest o odnajdywaniu w sobie wiosny. Nadchodzi okres odrodzenia, chodzi o to, by na nowo dotrzeć się w związku, rozpocząć nowy etap, powrócić do początkowych emocji, jakie towarzyszyły związkowi. Rutynie trzeba powiedzieć w końcu stop! Wiosna to czas zmian.

MZ: W takim razie teledysk będzie żywiołowy. Kiedy powstanie clip?

SG: Dokładnie! Na dniach kręcimy teledysk, mam nadzieję, że jego premiera pojawi się bardzo szybko.

MZ: Są już plany związane z trzecią płytą? Mówi się, że pozycja artysty zależy od trzeciego krążka…

SG: Mam wrażenie, że już tworzę trzeci album. Tak naprawdę podczas pisania jakichkolwiek kawałków, które trafiają w późniejszym czasie na płytę, jednocześnie tworzę inne, z których mogę później wybierać to, co pojawi się na kolejnych albumach. Po prostu tworzę przez całe swoje życie, 24 godziny na dobę.

MZ: Jest ktoś na polskim lub zagranicznym rynku muzycznym, o kim marzysz we wspólnym duecie?

SG: Tak, bardzo lubię Beatę Kozidrak, będę to powtarzać do końca swoich dni. Moim marzeniem jest zaśpiewać razem z nią. Po koncercie Beaty w poznańskiej Arenie byłam nią oczarowana. Jest niesamowitą artystką. Wiesz, nie wiadomo, czy do naszego spotkania na scenie dojdzie, może nie. Nikogo nie będę obwiniać, po prostu fajnie byłoby stworzyć taki duet.

MZ: Może wystarczy po prostu jej to zaproponować?

SG: Czas pokaże, zobaczymy. Nie wymagam tego od niej, jest świetną solową wokalistką. Niczego nie będę robić na siłę.

MZ: Czego mogę Ci życzyć?

SG: Podczas dzisiejszego koncertu w poznańskiej Arenie dostałam taką dawkę pozytywnej energii, że na chwilę obecną niczego więcej mi nie potrzeba. Mimo wszystko myślę, że najważniejsze i tak jest zdrowie, bez niego nie jesteś w stanie nic zrobić

MZ: Tego właśnie Ci życzę…

ZBUNTOWANY ANIOŁ ZAGRA JEDYNY KONCERT W POLSCE!

TOUR HITS 2013 – NATALIA OREIRO – 14 GRUDNIA GODZ. 19.00 HALA ORBITA – WROCŁAW

http://www.youtube.com/watch?v=bpU46XpYRhs

Natalia Oreiro, urugwajska gwiazda znana z seriali „Zbuntowany Anioł” czy „Jesteś moim życiem”, 14 grudnia zagra wraz ze swoim zespołem jedyny koncert w Polsce.

Koncert odbędzie się w Hali Orbita we Wrocławiu ul. Wejherowska 34.

Natalia w ramach trasy odwiedzi Rosję gdzie da dwa koncerty. Po występach w Rosji artystka przyleci prosto do Polski aby 14 grudnia dać wielkie show z najpopularniejszymi utworami ze swojego repertuaru między innymi „Cambio Dolor” czy „Tu Veneno”oraz najnowsze utwory. Jeden z nich ma już swoją premierę na antenie „Muzyczne Radio” – najnowszy utwór Natalii Oreiro – Como Una Loba”.
Jak wiele innych aktorek, karierę rozpoczęła od udziału w reklamach telewizyjnych. Jednak jej rzeczywistym debiutem była rola w „Inconquistable corazon” w 1993 roku. Potem wystąpiła w kilku innych serialach, m.in. z popularnym aktorem telenowel, Diego Ramosem w „Ricos y famosos” . Wkrótce potem nakręciła pierwszy kinowy obraz – „Un Argentino en New York”, gdzie zagrała gwiazdę muzyki latynoamerykańskiej. Zachęcona sukcesem filmu, nagrała album zatytułowany po prostu „Natalia Oreiro”. W 2001 r. wydała swój drugi krążek „Tu veneno”(„Twoja trucizna”), który trafił na światowe listy przebojów .

Największą popularność zdobyła dzięki głównej roli w telenoweli „Zbuntowany anioł”. Cieszyła się ona tak dużym powodzeniem w Polsce, że doczekała się już dwóch emisji w telewizji Polsat. Obecnie od października będzie można znów oglądać kultuwy serial w TV PULS.
Ostatni album artystki „Turmalina” wydany został w 2002 roku i sprzedał się w nakładzie ponad 1,8 mln egzemplarzy. Łącznie na całym świecie artystka sprzedała ponad 7 milionów egzemplarzy swoich płyt. Pod koniec roku 2013 lub na początku 2014 planuje rozpoczęcie prac nad czwartą płytą studyjną.
Obecnie Natalia powróciła na mały ekran gdzie w Argentynie emitowany jest od początku tego roku nowy serial „Solamente Vos” który bije rekordy popularności. Natalia gra uroczą fryzjerkę Aurorę która marzy o karierze piosenkarki.
Urugwajska gwiazda Natalia Oreiro zagrała także jedną z głównych ról w filmie „Wakolda” w reżyserii Luci Puenzo. Obraz będzie miał swą premierę w Koreii i Japonii oraz był już prezentowany na tegorocznym festiwalu w Cannes oraz w San Sebastian. Obecnie film został zgłoszony jako kandydat do Oscara. W Polsce film będzie miał swoja premierę na przełomie stycznia/lutego 2014 roku.

Bilety dostępne na www.ebilet.pl, www.ticketportal.pl oraz w Salonach Empik w całym kraju.
w cenach:

-150 zł (PŁYTA, miejsca stojące)
-250 zł
-280 zł
-300 zł
Promotor: Agencja Artystyczna Daga
www.daga.wroclaw.pl

MUSISZ TAM BYĆ!

CZAS NOWĄ WALUTĄ!

Katarzyna Sulejewska prezes Stowarzyszenia Lepszy Swiat
Katarzyna Sulejewska prezes Stowarzyszenia Lepszy Swiat

Wartość pieniądza w pewnych kręgach spada. Bardziej opłaca nam się wymienić swoją umiejętnością lub rzeczą niż zakupić ją na rynku pieniężnym. Mimo wszystkich udogodnień technicznych czasu mamy coraz mniej. Dłużej pracujemy i mamy mało czasu dla siebie, więc ten swój wolny czas coraz bardziej szanujemy i chcemy go pożytkować w racjonalny sposób – mówi Katarzyna Sulejewska prezes Stowarzyszenia Lepszy Swiat i koordynator poznańskiego Banku Czasu.

Czym jest Bank Czasu? Jak funkcjonuje? Jak się do niego zapisać? Na te i inne pytania odpowie nam Pani Katarzyna Sulejewska.

Bank czasu brzmi trochę jak tytuł bajki Disney’a. Bo jak tak naprawdę można mieć na koncie czas?

Można w bardzo prosty sposób: dzieląc się tym co umiemy najlepiej. Bank Czasu to taki system, w którym w wolnym czasie za pomaganie ludziom zarabiamy na swoje konto nie pieniądze ale godziny. Tak wypracowany czas możemy przeznaczyć na inną usługę świadczoną przez kogoś w Banku Czasu. Na przykład: Ucząc Zosię języka angielskiego na swoje konto otrzymuję tyle godzin ile trwała lekcja – powiedzmy 2 godziny. Te dwie godziny mogę wykorzystać na co tylko zapragnę. Mogę iść do Marka na godzinny masaż i godzinę zostawić na koncie na później albo poprosić kogoś o umycie okien, których nie znoszę myć.

Skąd pomysł na taką działalność?

Pionierem takiego systemu była Teruko Mizushima, która w Japonii w 1973 roku stworzyła pierwszy na świecie Bank Czasu, opierając się na idei, którą rozwijała od 1940 roku. Wówczas to, w obliczu powszechnego niedostatku pojawiło się pytanie: „Jak pomóc sobie i innym?”. Mizushima zauważyła, że czas może być alternatywną formą wymiany przy braku pieniędzy, ponieważ zaangażowanie własnego czasu i umiejętności może ten deficyt zrekompensować. Nieco później, za sprawą Edgara Cahn’a Banki Czasu pojawiły się w Stanach Zjednoczonych, a stamtąd bardzo szybko rozprzestrzeniły się w całej Europie. W Polsce pierwsze takie systemy pojawiły się w 2004 roku, choć też nie są dla naszej kultury i tradycji nową sprawą. Sąsiedzka pomoc na zbliżonych zasadach odbywała się na ziemiach polskich od setek lat. Znany jest od dawna zwyczaj kolektywnej pracy sąsiedzkiej, który nosił niegdyś nazwę Tłoka, który był wyrazem dobrowolnej pomocy sąsiedzkie gdy praca, głównie na polu, była ponad siły jednego gospodarstwa.

W jakich miastach można znaleźć Bank Czasu? Czy macie statystyki w których prosperują najlepiej?

Zależy jak zdefiniujemy słowo„najlepiej”. Poznański Bank Czasu działa najdłużej, bo nieprzerwanie od 2006 roku i jest największym tego typu systemem w Polsce. Wymian jest sporo, ale nie oznacza to, że inne Banki Czasu funkcjonują gorzej. Wiele z nich stawia na kameralność i lokalność ( np. w ramach jednego osiedla lub dzielnicy) Banki Czasu można znaleźć w Poznaniu, Opolu, Białymstoku, Żywcu prowadzone przez Stowarzyszenie „Od Dialogu Do Rozwoju”, Gnieźnie, Ostrowie Wielkopolskim. Bardzo aktywnie działają śląskie Banki Czasu prowadzone przez Stowarzyszenie Meritum. Powstają w ramach projektu „Stawiam na pracę”. Na chwilę obecną działają również Banki Czasu w Katowicach, Chorzowie i Siemianowicach. W Warszawie powstała bezpłatna Akademia Inicjatyw Sąsiedzkich, która działa przy Centrum Wspierania Aktywności Lokalnej CAL i zajmuje się promowaniem przedsięwzięć sąsiedzkich i edukacją na temat tego, jak rozwijać ruch sąsiedzki. Istnieje również ogólnopolski internetowy serwis społecznościowy bankczasu.org.

Jakimi usługami ludzie się wymieniają?

Tym wszystkim co potrafią najlepiej – od rzeczy bardzo prozaicznych jak zakupy, sprzątanie, przypilnowanie dziecka poprzez naukę języków, naprawy, remonty po fachowe usługi jak porady prawne czy architektoniczne.

Czy czasami czas włożony np. w naukę języka jest niewspółmierny co do mycia okien?

Absolutnie nie. Liczy się ilość poświęconego czasu a nie koszt usługi na rynku pieniężnym.

Z jakich usług najczęściej się korzysta? Co jest najbardziej oblegane?

Zależy to od pory roku – np. na wiosnę największym powodzeniem cieszą się wszelkie usługi ogrodowo-działkowe i PITy. Całorocznie wszelkie usługi remontowe i naprawy, pomoc przy przeprowadzkach, usługi krawieckie, języki.

Czy nie uważasz, że czas zaczyna się bardziej liczyć niż pieniądze? Czy może być nową walutą za 20-30 lat?

Rozrastanie się takich systemów jak Bank Czasu, wszelkie akcje wymiankowe, systemy LETS czy Barter pokazują to, że wartość pieniądza w pewnych kręgach spada. Bardziej opłaca nam się wymienić swoją umiejętnością lub rzeczą niż zakupić ją na rynku pieniężnym. Mimo wszystkich udogodnień technicznych czasu mamy coraz mniej. Dłużej pracujemy i mamy mało czasu dla siebie, więc ten swój wolny czas coraz bardziej szanujemy i chcemy go pożytkować w racjonalny sposób. Myślę, że to nie czas będzie nową walutą a nasze umiejętności połączone w sieć naszych znajomych.

Jak wygląda przeliczanie godzin i ile można ich wykorzystać? Czy np. mogę sobie w miesiącu nazbierać 20 i w przyszłym je wykorzystać?

Godziny przeliczane są w systemie 1:1 – za każdą poświęconą godzinę otrzymuje się godzinę na swoje konto w Banku Czasu. Najmniejszą jednostką jest 15min. Nie ma ograniczenia w zarabianych godzinach. Jeżeli mam czas i jest zainteresowanie na moje usługi to mogę zbierać godziny do woli i wymienić je w późniejszym czasie. Jedynym ograniczeniem jest tzw „kredyt” w Banku Czasu czyli jeżeli wykorzystamy wszystkie zarobione godziny, a chcemy jeszcze skorzystać z usług innej osoby, możemy wykorzystać maksymalnie do -20 godzin.

Co robią seniorzy w BC?

Seniorzy są bardzo ważną grupą w Banku Czasu. Zależy nam na tym, żeby wymieniać doświadczenia i umiejętności i integrować pokolenia. Seniorzy mają umiejętności, które są znowu bardzo pożądane przez młodych ludzi jak np. szydełkowanie czy robienie na drutach. Wracamy przecież np. do rękodzieła, a kto nas lepiej tego może nauczyć jak nie pani, która dziergała serwetki przez całe życie? Kto zdradzi nam sekrety kuchenne jak zrobić doskonałą kruszonkę do ciasta drożdżowego czy zaciągnąć zupę śmietaną, żeby się nie zważyła? Doświadczenie zbierane latami jest bezcenne. Seniorzy z kolei poszukują kogoś kto zdradzi im tajniki obsługi komputera, pomoże założyć konto mailowe czy konto na portalu społecznościowym. Czasem potrzebują pomocy przy większych zakupach albo myciu okien.

Czy możesz mi coś powiedzieć o Lepszym Świecie? Bo BC to projekt stowarzyszenia?

Stowarzyszenie „Lepszy Świat” od początku swojego istnienia (2005 rok) wspiera rozwój społeczeństwa obywatelskiego i integrację społeczną. Promujemy międzynarodową i społeczną solidarność, prawa człowieka i zrównoważony rozwój. Do naszych najważniejszych obecnie działań należą:Poznański Bank Czasu, Targi Różności – cykliczne wydarzenia wymiany ubrań, książek, muzyki, jedzenia „domowej roboty”, a także prowadzone przez uczestniczki Banku Czasu cotygodniowe warsztaty artystyczne, Wolontariat z MOPR w poznańskich rodzinach – od 2005 roku prowadzimy bezpłatne korepetycje dla dzieci z rodzin objętych pomocą Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Poznaniu. Prowadziliśmy takie kampanie jak „Solidarni z Tybetem”, „Solidarni z Palestyną”, „Lepszy Poznań”, „Klimat – Teraz!”. W 2012 w ramach programu Polskiej Pomocy (MSZ) koordynowaliśmy działania z zakresu świadomej konsumpcji.

Prowadzicie również warsztaty, czy ludzie z BC również je prowadzą?

Zajęcia warsztatowe mają swoje korzenie w Banku Czasu. Początkowo prowadzone były tylko wewnętrznie w ramach Banku Czasu, bez dostępu osób z zewnątrz. Teraz mają formę otwartą – prowadzą je zarówno ludzie z Banku Czasu jak i osoby, które chcą dzielić się z innymi swoim talentem. Zasada jest prosta – nikt na tym nie zarabia. Prowadzący realizują warsztaty za darmo, uczestnicy zrzucają się na koszt materiałów. Wracamy ponownie do takiego przysłowiowego „darcia pierza”, gdzie nie chodzi tylko o samą pracę i umiejętność, ale również o fajną, ciepłą społeczność.. To czas na pogadanie przy herbacie, poznanie nowych ludzi i nauczenie się nowych rzeczy.

W tym roku nie dostaliście dofinansowania jak sobie radzicie?

Uściślijmy: dofinansowanie na Bank Czasu było, ale trwało do czerwca tego roku. Działamy jednak w sposób ciągły, niezależnie od zewnętrznych dofinansowań, bo wierzymy w nasze działania. Podstawą funkcjonowania Stowarzyszenia jest społeczna praca osób, zaangażowanych w realizację celów organizacji. Brzmi to pewnie bardzo idealistycznie, ale w dużej mierze tak jest. Oczywiście: realnym problemem jest zbliżająca się zima i opłaty za ogrzewanie. Nie prowadzimy działalności gospodarczej więc w przypadku braku zewnętrznej dotacji koszty pokrywamy z darowizn i składek członków i sympatyków.

Jak promuje się Lepszy świat i bank czasu?

Marketing szeptany w dużej mierze. To najlepsza forma w przypadku takich społecznych działalności jak nasza. Łatwiej jest przyjść, wiedząc, że ktoś z naszych znajomych już jest, albo wie od kogoś, że warto spróbować. Często można nas spotkać na wszelkiego rodzaju konferencjach, Targach wolontariatu i NGO. Ogromną rolę odgrywają też media, zwłaszcza lokalne, ale nie tylko. To dzięki nim szerzy się idea Banków Czasu w całej Polsce.

Czy jest jakieś motto którym kierują się członkowie?

Oficjalnego motto nie mamy. Kierujemy się zasadą zaufania drugiemu człowiekowi. Naszymi działaniami nawiązujemy mocno do Imperatywu Kategorycznego Kanta, że należy postępować zawsze wedle takich reguł, co do których chcielibyśmy, aby były one stosowane przez każdego i zawsze. Stąd staramy się, aby nasze usługi były wykonane najlepiej tylko jak umiemy i były konkurencyjne dla usług na tradycyjnym rynku.

TUŻ PRZED POTOPEM – WYWIAD Z TOMASZEM SADOWSKIM

Jak powstała Fundacja „Barka”? Czy było to spełnieniem dziecięcych marzeń Tomasza Sadowskiego? Dlaczego chciał pomagać innym? Z Tomaszem Sadowskim, założycielem Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka” rozmawia Dorota Smykowska.

Fot. Dorota Smykowska.
Rozmowa z Tomaszem Sadowskim/Fot. Dorota Smykowska.

D.S.: Skąd wziął się pomysł na powstanie Fundacji Pomocy Wzajemnej„Barka”?

T.S.: Jak wszystko w życiu, to wynika trochę z kolei losu, ale też myślę, że zapoczątkowało się to w dzieciństwie.

D.S.: W dzieciństwie?

 T.S.: Tak. Mógłbym powiedzieć, że jest to już sama kwestia przygotowania młodego człowieka czy nawet dziecka do pewnego zaangażowania w wymiarze społecznym. Krótko mówiąc, niektórzy ludzie mogą mieć własne zainteresowania, mogą być skoncentrowani na różnych sprawach, które dotyczą na przykład przyrody, jak i węższych dziedzin edukacji. W moim przypadku był to problem biedy ludzkiej. Ogólnie rzecz biorąc borykała się z nią również moja rodzina, więc nie było mi to obce. Bardzo dobrze pamiętam, nie żyliśmy nigdy w dostatku. Ale wokół był też inny problem…

D.S.: Inny problem? Jaki?!

T.S.: Sprawy zaczęły się komplikować w miarę dorastania moich rówieśników. Pojawiały się problemy rodzinne, ekonomiczne, związane z edukacją czy też zdrowotne…  Wiadomo, że te wszystkie czynniki zebrane w jedno przemawiają, i to sprawia, iż człowiek przestaje być na to obojętny, przywiązuje do tego wagę. Dlatego też, zacząłem się zastanawiać skąd ludzkie niepowodzenia, dlaczego ludzie idą do więzienia, poprawczaków, szpitali psychiatrycznych.

D.S.: Rozumiem. Dlaczego zdecydował się pan rozpocząć tę działalność, przecież istnieją przeróżne stowarzyszenia społeczne?

T.S.: Nie chciałem, by ci ludzie szli do przytułków, w których zakłada się tylko przetrwanie. Myśmy mieszkali wspólnie, w jednym domu jak normalna rodzina. Zdaję sobie sprawę, że na pewno na początku było to poważne wyzwanie, pewien wymóg, któremu musiałem sprostać. Stworzyć grupę tworzącą silną, co więcej martwiącą się o siebie nawzajem wspólnotę.

D.S.: Jak udało się panu to osiągnąć?

 T.S.: Ważne było abyśmy nie stawali się osobami tylko dochodzącymi, przyglądającymi się z boku, żebyśmy aktywnie uczestniczyli w budowaniu wspólnoty, opartej na więziach, jakie istnieją pomiędzy domownikami. Musiałem pamiętać o tym, że osoby do nas trafiające być może nigdy tego nie doświadczyły. Stąd, każdy, nawet dziecko, miał swój uczciwy głos. A w związku z tym w domu panowały czytelne reguły demokratyczne, a także jednoznacznie zostały określone relacje pomiędzy nami.

D.S.: Jak one wyglądały?

T.S.: Traktowaliśmy siebie jak rodzeństwo. Jeśli traktuje się innych jak swoją rodzinę, niezależnie od wieku, no to powiedziałbym, że najważniejsze jest to, aby postawić na prawdziwość i szczerość okazywanych uczuć. Bo to nie może być fałszywe.

D.S.: Ma pan trzy córki. Jak one reagowały na tę dość nietypową sytuację?

T.S.: Na pewno było to dla nich trudne doświadczenie. Mianowicie, nie miały nas na własność. Liczyła się każda osoba mieszkająca w domu, dlatego posiadała taki sam dostęp do mnie czy do mojej żony Basi i to powodowało, że nie zawsze Ewa, Marysia czy też Jadźka były obdarzane większą opieką rodziców. Mimo tego zawsze były serdeczne, a nic nie sprawia tyle radości jak uśmiech przebiegającego przez dom dziecka. Dziewczyny potrafiły w końcu odnaleźć się w nowej sytuacji, a to zaowocowało tym, że nabyły wyjątkowe umiejętności.

D.S.: Jakie to były umiejętności? 

T.S.: Każda z nich jest inna, posiadają też przeróżne zainteresowania. Ale głównie wiąże je otwartość na problemy otaczających je ludzi, wrażliwość społeczna. W swoim życiu borykają się także ze zjawiskiem emigracji, tym co dzieje się z wyjeżdżającymi za granicę ludźmi. Mówiąc w skrócie, podejmują różne społeczno-polityczne ekspedycje.

D.S.: Jak interpretować nazwę fundacji „Barka”?

T.S.: Uważaliśmy, że fundacja jest czymś wybudowanym tuż przed potopem. Mówiąc „potop” miałem na myśli fakt, że wielu ludzi zacznie tracić swoją pracę, mieszkanie, a w końcu nawet byt przed, jak i w trakcie nadchodzącego kryzysu ekonomicznego. Ale organizacja o nazwie „Arka” została utworzona już we Francji, z myślą o dzieciach i rodzinach upośledzonych umysłowo, więc to odpadało. Była taka dziewczynka, która mieszkała z nami, miała problemy intelektualne. To ona zauważyła, że jesteśmy wspólnotą taką jak „Arka”, widziała, że styl życia i pracy jest podobny.   Dodała literkę „B” i powstała „Barka”. A to odpowiada idei, że z tylko pozoru ludzie, którzy tu przychodzą nie są atrakcyjni, użyteczni.

D.S.: Czy nazwa ma coś wspólnego z rybakami?

T.S.: Owszem, w tej chwili ci rybacy to pracujący z emigrantami. Jakby łowili tonący lud, zabezpieczając ich i pomagając im rozpocząć nowe życie tu w Polsce z rodziną. Jak widać słowo to odpowiada temu, co robimy.

D.S.: Słyszałam krążącą opinię, iż fundacja „Barka” mnoży problem bezdomności, sprowadzając z Londynu do Polski osoby, którym również i tam się nie powiodło. Czy mógłby się pan do tego ustosunkować?

T.S.: Chciałbym to zobaczyć (ze zdziwieniem). Jak wraca bezdomny z Anglii to nie jest rozmnożony problem. Ten sam, może zmieniony przez doświadczenia życiowe,  człowiek wraca do Polski. Dostrzegam natomiast przesunięcie tego zjawiska. I jeżeli tam taka osoba znajdowała się kilka lat na ulicy, to jestem pewien, że jeśli chce ona powrócić do ojczyzny to, i również jest gotowa do podjęcia współpracy. Tu, w Polsce, nawet za wszelką cenę.

D.S.: Każdy kto przychodzi do „Barki” jest inny. Jak mógłby pan opisać ich za pomocą pięciu przymiotników?

T.S.: Powtórzę to samo słowo pięć razy. Człowiek, człowiek, człowiek, człowiek, człowiek. Póki, co, stoi. W życiu, jak to w życiu bywa,  pojawiają się różne zawirowania, i każdy może znaleźć się praktycznie w każdej, powtarzam w każdej, nie zawsze, łatwiej dla siebie sytuacji. Człowiek jest osobą lichą, przesadza z przekonaniem, że jest mocny. Jego podstawową cechą jest brak pokory.

D.S.: Ale jednak pokłada pan w nim nadzieję?

T.S.: Owszem. Człowiek to wielka sprawa. Z jednej strony maleńka istota, mała mrówka, bakteria, często o okaleczonych rączkach i nóżkach. Z drugiej strony w systemie pszczół i mrówek jest możliwe, że taka istota nie tylko przetrwa, ale co więcej będzie też funkcjonalna.

D.S.: A  czy nie odczuwa Pan pewnej przewagi moralnej?

T.S.: Nie. Mogę w pełni świadomie powiedzieć, że nie.  Jak już mówiłem jest to kwestia losu. Jestem takim samym człowiekiem jak oni.

D.S.: W takim razie sądzę, że pojawiają się też w pana życiu trudne chwile. Czy zdarzyła się kiedyś myśl odejścia z fundacji?

T.S.: Mimo przeżywania osobistych porażek naszych podopiecznych, co jest wiadomo trudne i na pewno pozostawia jakiś ślad w pamięci, nie jest tak, że chciałbym uciec od tej idei. To jest nawet, mógłbym powiedzieć, niemożliwe. Bez sensu byłoby zakończyć coś, co się zaczęło i przyniosło większe czy też mniejsze, lecz często pozytywne, rezultaty. Możliwe, że moje przeświadczenie jest spowodowane tym, że nigdy nie byłem na razie w, aż tak, dramatycznej sytuacji. Czuję się szczęśliwy.

D.S.: A czy to szczęście wynika również ze zdobytych wyróżnień i nagród?

T.S.: Nie są one dla mnie najważniejsze, nie na nich skupiam się w życiu, ale nie wątpię, są wyrazem tego, że ciężka praca przynosi rezultaty. Jest to miły akcent, pewne podziękowanie, które pozwala mi wierzyć, że fundacja „Barka” wciąż się rozwija i nadal skutecznie pomaga tym najbardziej potrzebującym.

D.S.: Która z nagród sprawiła panu najwięcej satysfakcji?

T.S.: Wszystkie. Aczkolwiek najlepiej pamiętam jedną z pierwszych.

D.S.: Ooo… jaka to była nagroda?!

T.S.: „Wielkopolanin Roku 1994”

D.S.: Tytuł ten kojarzy mi się z lokalnym patriotyzmem. A panu z czym kojarzy się „Mała Ojczyzna”?

T.S.: Mała Ojczyzna to dla mnie właśnie Wielkopolska, lecz bardziej żyję globalną wioską. Mam świadomość, że członkowie mojej rodziny mieszkają w różnych krajach, więc zrozumiałem, że ziemia jest właśnie tą globalną wioską i naszą wspólną Ojczyzną.

D.S.: Na koniec naszej rozmowy proszę mi zdradzić… Czy istnieje „złoty środek” na pomaganie?

T.S.: Nawet najmniejszy gest jest dobry (z satysfakcją). Choć sądzę, że piękniejsze od doraźnej, chwilowej pomocy jest ciągłe wpływanie na rozwój drugiego człowieka. Istotne jest również dbanie o jego otwartość wobec problemów społeczeństwa czy też środowiska, co wbrew pozorom chyba nie jest takie trudne (z nadzieją w głosie).

.

REWOLUCJONISTKA? NIE… ANARCHISTKA! – WYWIAD Z MAGDĄ GESSLER

Magda Gessler. Kobieta odważna, przebojowa, szczera i pozytywnie nastawiona do życia. Wciąż zabiegana… Czarodziejka smaku, zaklinaczka kolorów i kapłanka zapachu. Zna ją cały kraj… I nie tylko. Przez jednych uwielbiana i traktowana jak kuchenne guru, a innych znienawidzona, choć pewnie sami nie wiedzą dlaczego. Pewne jest to, że wzbudza skrajne emocje. Miliony widzów z wypiekami na twarzy ogląda co czwartek program „Kuchenne Rewolucje”, choć sama mówi, że jest anarchistką. O smaku, rodzinnym domu, podróżach, Polsce, malarstwie, smutku i radości… Magda Gessler.

Gessler
Fot. Maciej Zielinski.

 

Maciej Zielinski:Jak Magda Gessler rozpoczyna swój dzień?

Magda Gessler: Słysząc jak ktoś napuszcza wodę do wanny… W ten sposób się budzę, potem czuję zapach kawy… Wtedy wstaję.

Maciej: Sofia, Hawana, Madryt… To miasta, w których spędziła pani spory kawałek życia. Jakie smaki, obrazy, uczucia towarzyszą pani, kiedy dziś myśli o każdym z tych miejsc?

Magda: Jest smacznie. Ludzie są mili, uśmiechają się do siebie. Jest cudownie…

Maciej: Wspomniała pani kiedyś, że już w wieku trzech lat zafascynowała panią kuchnia. Co do niej tak ciągnęło wówczas małą dziewczynkę?

Magda: Dom, który cudownie gotował i rozkoszował się kuchnią robiąc to w sposób naprawdę fenomenalny.

Maciej: Kiedy na panią patrzę, robię się głodny. Jest Pani niewątpliwie królową smaku i gustu. Czy cel został osiągnięty?

Magda: Nie wiem, czy to jest kwestia królowej, bardzo chcę, żeby wszędzie było smacznie i życzę wszystkim, żeby wszystko się udało i było jak najlepiej.

Maciej: „Nie jestem restauratorem, jestem reżyserem sztuki, w której każdy z gości moich restauracji gra główną rolę…” . To znaczy, że restauracja nie powinna tylko karmić?

Magda: Powinna dawać bardzo dużo wrażeń. Poczucie ciepła, przytulności, dobrej energii. Miejsca, w którym można sobie powiedzieć całą prawdę, przeprowadzić cudowną rozmowę, gdzie można skosztować czegoś dobrego. Miejsca, którego się nie zapomina i do którego się wraca…

Maciej: Jest pani również malarką. Można gdzieś ujrzeć pani prace?

Magda: U moich przyjaciół, głównie w Madrycie. Mniejsza wystawa miała miejsce na jarmarku żydowskim, a duża w Madrycie, miejscu magicznym, bo w teatrze Studio, u Szajny. Z kolei Polacy mogli zobaczyć moje obrazy wiele lat temu, w warszawskim Pałacu Kultury.

Maciej: Co najchętniej pani maluje?

Magda: Kobiety. Uważam, że w Polsce kobiety są wyjątkowe i staram się je zrozumieć. Pragnę w pewien sposób odtwarzać kobiecą siłę, którą Polki niewątpliwie posiadają. Ich urodę, wytrzymałość, odporność na przykre doznania. Wspieram je poprzez malowanie.

Maciej: Sypia pani czasem po 3 godziny dziennie. Ciągłe obowiązki zawodowe, podróżowanie z jednego zakątka Polski na drugi pochłaniają pewnie bardzo dużo czasu i energii. Nie za dużo wzięła pani na swoje barki?

Magda: Myślę, że nie. Mój zawód jest moją przyjemnością, moją pasją i nie czuję tego jako ciężar.

Maciej: Jest pani rewolucjonistką…

Magda: Wydaje mi się, że jestem anarchistką…I to jest duży problem.

Maciej: Co panią złości?

Magda: Złości mnie fakt, że nie można mówić prawdy. Istnieją tematy, których się nie porusza. Obowiązuje tu taki francuski dwór. Czasem czuję się jak w jakimś dziwnym, purytańskim kraju.

Maciej: Polska to kraj wiecznych malkontentów i zazdrośników?

Magda: To jest kraj, który niszczy ludzi. Niszczy tych, którzy budują.

Maciej: To gdzie najchętniej by pani zamieszkała?

Magda: W Polsce.

Maciej: Czyli jednak?

Magda: Tak, dlatego, że lubię wyzwania. Jest tu bardzo dużo do zrobienia. Mam nadzieję, że pomagam i nie odbije mi się to czkawką.

Maciej: Taka trochę Magda Boska?

Magda: Tak mówią. Ale chyba nie wszystkim to się podoba.

Maciej: Kiedy coś panią złości, działa impulsywnie i energicznie. Czytając w internecie komentarze na pani temat, czasem łapałem się za głowę. Na pewno docierają do pani te opinie. Boli, kiedy trafiają do pani chamskie i wulgarne słowa?

Magda: Nie, ponieważ nigdy nie biorę udziału w czytaniu komentarzy zamieszczonych w internecie. Nie mam na to czasu, a poza tym uważam, że jeśli ktoś się nie podpisuje pod swoją opinią, to po prostu nie istnieje.

Maciej: W „Kuchennych Rewolucjach” to pani jest nauczycielem, który pokazuje nie tylko jak gotować, ale również jak porozumiewać się z innymi, szanować czyjąś pracę, doceniać drugiego człowieka…

Magda: …cieszyć się pracą.

Maciej: A czego panią nauczył ten program?

Magda: Może trudno w to uwierzyć, ale skromności… Program pokazał mi, że jest wiele osób, które mają bliskie mi problemy. Często myślę, że wstąpiłabym do zakonu, w którym mogłabym zająć się tylko i wyłącznie pomaganiem ludziom, którzy potrzebują wyciągniętej do nich ręki. Koncentracja na takiej pomocy jest z mojej strony coraz większa. Program „Kuchenne Rewolucje” zaczęliśmy nagrywać 3 lata temu, od tamtego czasu „studiuję” intuicję i psychologię, nieustannie się uczę. Efekty są jak widać całkiem niezłe.

Maciej: Wymyka się pani czasem ze swoich restauracji po to, by spędzić wieczór w zupełnie innej, obcej. By ją odkryć?

Magda: Nie żeby sprawdzić, ale skosztować, cieszyć się smakiem. Nie wchodzę do restauracji, by ją skrytykować, tylko po to, żeby zjeść dobrą kolację.

Maciej: Jest pani silnie przywiązana do polskich produktów, tradycyjnych smaków…

Magda: …do smaków, które są zapomniane…

Maciej: Czym jest to spowodowane? Może wpłynęła na to pani nieobecność w kraju. Wiele lat spędziła pani zagranicą.

Magda: Moim domem. Na pewno też tym, że mieszkałam zagranicą, byłam wówczas dumna z Polski. Mój dom rzeczywiście tworzył smaki, zapachy i dania, o których nikt już nie pamięta i chciałabym to wszystko odrodzić na nowo. Mam nadzieję, że mi się to udaje.

Maciej: Istnieje ktoś, na kogo patrzy pani z zachwytem i ciekawością?

Magda: Myślę, że taką osobą w moim życiu jest… mój ojciec. To on nauczył mnie ciężkiej pracy, pasji i radości z życia. Jestem mu za to bardzo wdzięczna.

Maciej: Kiedy jest smutno Magdzie Gessler?

Magda: To chwile, w których dzieją się rzeczy niesprawiedliwe i nieprawdziwe. Często mocno manipulowane, które dają tym manipulantom pieniądze. Wszystkie historie, które obecnie ukazują się w internecie napędzają całą tę machinę. Najpierw byłam cudowna, a teraz należy zarobić na mnie trochę inaczej, niekoniecznie uczciwie i z twarzą. To przykre, ale wierzę, że prawda broni się najlepiej.

Maciej: A często zdarzają się takie sytuacje?

Magda: Nie wiem, ponieważ nie mam czasu. Mam czas, żeby budować.

Maciej: O czym jeszcze może marzyć Magda Gessler, która jest spełniona w miłości, w pracy, dużo podróżuje?

Magda: O tym, żeby ludzie, którzy zrobili mi krzywdę, nie wyrządzali jej dalej, innym ludziom.

Maciej: Wiele pani w swoim życiu przeszła, pojawiali się w życiu mężczyźni, których los dawał, a później odbierał (nawet w brutalny sposób) nauczyła się pani czegoś od każdego z nich?

Magda: Było różnie. Nie znoszę dulszczyzny, nie lubię obcować z ludźmi nieszczerymi, którzy po prostu zapomnieli skąd są i jak to się stało, że są właśnie w tym miejscu. Jeśli chodzi o mężczyzn, to nie nauczyli mnie czegoś konkretnego. Wszyscy poznajemy świat bez przerwy, ja również, a ze wzajemnych relacji trzeba czerpać ogromną radość, staram się to robić każdego dnia.

Maciej: Żałuje pani czegoś w swoim życiu? Coś by mieniła? Naprawiła? Cofnęła?

Magda: Żałuję… Tego, że nie żyje mój pierwszy mąż, że mam za mało czasu dla moich dzieci, że robiąc to, co robię nie mam nawet czasu dla siebie, ale coś za coś…

Maciej: W takim razie życzę pani, w swoim i Redakcji imieniu, z całego serca dużo więcej tego cennego czasu.

Magda: Dziękuję, przyda się. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że lubi mnie młodzież. To budujące. Bardzo…

BRODKA W OŚMIU SMAKACH

Początek marca, dokładnie dzień szósty. Tego dnia pogoda nas rozpieszczała, słońce muskało twarze swoimi gorącymi promieniami. W małym klubie w Poczdamie ma wystąpić wieczorem „Polens Stern“. Niemcy przechodzą obojętnie wobec wiszących przy każdej ulicy plakatów, nawet nie zerkają na ciemnowłosą, młodą dziewczynę w dziwacznym stroju, które wiszą tam pewnie od dłuższego czasu. Nadszedł wieczór, przed klubem czeka około dwieście osób. Jedni mówią po polsku, inni po niemiecku. Wszyscy przybyli na koncert. Jako support – no właśnie. Do dziś nie potrafię określić co to było. Ludzie przyjęli dziwacznego DJ’a z obojętnością, nikt się nim nie przejmował. Kilka minut po dwudziestej rozbrzmiewają instrumenty, które grają pierwsze nuty piosenki „W pięciu smakach“, a publiczność w dzikim krzyku wita na scenie Monikę Brodkę. Po niesamowitym koncercie Artystka udzieliła nam ostatniego wywiadu przed wylotem do USA. Czas tykał na naszych plecach niczym bomba, która ma za chwilę wybuchnąć, bo przecież samolot nie będzie czekał, ale Brodka powiedziała o tym, co dla niej najważniejsze. Jesteście ciekawi?…

Plakat: Maciej Zielinski.
Plakat: Maciej Zielinski.

Maciej Zielinski: Zacznijmy od początku… Monika Brodka, lat 16. Jakie wspomnienia nasuwają się na słowo „IDOL”?

Monika Brodka: Szczerze mówiąc, to niewiele pamiętam z tego okresu, minęło w końcu 10 lat, byłam wtedy bardzo młoda. Na początku mojej muzycznej drogi kompletnie nie wiedziałam jak moja kariera się potoczy, co się wydarzy… Dopiero uczyłam się obycia ze sceną, poznawałam ten biznes z pozytywnej strony, jak również tej mniej przyjaznej, w której rządzą układy i niesprawiedliwość. Stopniowo dochodziłam do wniosków, co chciałabym robić w życiu, jak chciałabym żeby moja kariera wyglądała, jaką muzykę chciałabym tworzyć. Mówiąc szczerze, to prawdziwe i świadome bycie artystą na scenie poczułam dopiero w 2010 roku, czyli z wydaniem płyty GRANDA. Myślę, że to drugi, tym razem trzeźwy etap mojej kariery.

Maciej: Pochodzisz z Twardorzeczki. Tęsknisz za wsią? Przecież to w niej się wychowywałaś, uczyłaś grać na skrzypcach, poznawałaś świat…

Monika: Za wsią jako taką to nie. Tęsknię za moim regionem, za górami, lasami, za moją rodziną, która tam cały czas mieszka i staram się ją odwiedzać jak najczęściej mogę. Z Warszawy jest to jednak kawałek drogi, ale staram się przyjeżdżać do Twardorzeczki w wolnych chwilach. Nigdy nie sądziłam, że zostanę w niej na dłużej, że będę tam żyła. Myślę, że to miejsce było dla mnie tylko na okres dzieciństwa. Wspomnienia o górach wciąż tkwią w mojej głowie, przypominam sobie różnego rodzaju obrazy, np. kiedy jako mała dziewczynka zbieram świeże truskawki z ogródka, zrywam z drzewa słodkie jabłka. Wspominam to niesamowicie sentymentalnie i fajnie.

Maciej: Jako dziecko chciałaś stać na scenie, być piosenkarką- udało się. A co dziś jest Twoim marzeniem?

Monika: Zawsze chciałam grać poza granicami Polski. Marzenie się spełnia, ponieważ ten rok to koncerty w dużej mierze właśnie zagranicą. Uwielbiam odkrywać nowe miejsca, nową publiczność. Zarówno ja, jak i mój zespół staramy się aplikować na różne festiwale, zgłaszamy chęć wystąpienia na ciekawych eventach. Moja managerka często wysyła zgłoszenia za moimi plecami, a kiedy zostaniemy zaproszeni na daną imprezę, mówi mi o tym niespodziewanie. To dla mnie niesamowita frajda i niespodzianka. Poza tym organizujemy mini trasy koncertowe w Niemczech, Ameryce… Druga połowa roku będzie czasem odpoczynku, wyciszenia. Wtedy powoli zacznę zastanawiać się nad kolejną płytą, w głowie zaczną rodzić się kolejne, świeże pomysły. Tak wyglądają moje plany na najbliższe miesiące, nie wybiegam w przyszłość za daleko, nie myślę o tym, co się wydarzy za parę lat, moim marzeniem są podróże i granie w tym roku zagranicą, na razie do szczęścia potrzeba mi tylko tyle.

Maciej: Ukończyłaś Akademię Fotografii. Komu, lub czemu najchętniej robisz zdjęcia?

Monika: Na chwilę obecną jestem totalnie pochłonięta robieniem zdjęć na aplikację, która nazywa się Instagram, jestem jej superfanką. Od pewnego czasu prowadzę tam swój oficjalny profil, staram się dokumentować to, co dzieje się w moim życiu na co dzień. Od bardzo zwykłych sytuacji, jak wyjazd na koncert w busie z moim zespołem, czy poranne śniadanie, po ciekawe podróże, sytuacje które nie chcę żeby mi umknęły i chciałabym żeby zostały w mojej pamięci na długo, dlatego je uwieczniam na fotografiach. Moją bardziej profesjonalną kamerę wyciągam zazwyczaj na czas wakacji, dalekich podróży, kiedy to mam szansę sfotografować coś bardziej egzotycznego. Głównie posługuję się iPhonem i właśnie nim robię zdjęcia. Jestem uzależniona od utrwalania ulotnych i zwykłych chwil, które czasami są bardzo ważne, a późniejsze oglądanie ich wzbudza we mnie miłe wspomnienia.

Maciej: GRANDA to majstersztyk, nasz towar eksportowy, muzyka jest żywa, prawdziwa, oryginalna, natomiast EPka LAX jest zupełnie inna, przepełniona sztucznymi dźwiękami. Skąd tak przeciwstawne nurty? Do czasów GRANDY Twoje płyty były spójne, teraz- dwa przeciwstawne bieguny.

Monika: Uwielbiam eksperymentować, bawić się muzyką, bo to przecież o to, w moim przekonaniu w niej chodzi. GRANDA była pewnego rodzaju odcięciem się od muzyki, którą tworzyłam wcześniej, postanowiłam najzwyczajniej w świecie nagrać coś, co przede wszystkim mnie się spodoba i co ja czuję. Co nie znaczy, że z wcześniejszymi albumami się nie utożsamiam…

Maciej: Skąd zamiłowanie do Berlina i Nowego Jorku? Co je łączy? Co dzieli? Co Cię w nich fascynuje?

Monika: W Berlinie czuję się najzwyczajniej w świecie swobodnie. Nikt mnie w nim nie rozpoznaje, mogę spacerować spokojnie ulicami. Podoba mi się klimat Berlina, jestem zafascynowana jego zakamarkami oraz żyjącymi w nim ludźmi, albo inaczej…ich stylem życia. Nie mogę oprzeć się wszelkiego rodzaju „flomarkom”. Zazwyczaj przyjeżdżam do Berlina w weekendy, a wtedy staram się wyszperać niesamowite rzeczy do swojego mieszkania, albo chociaż jakieś pamiątki, które nasycone są tajemniczą historią. Bardzo lubię berlińskie knajpy, restauracje, których jest ogromna ilość w zasadzie na każdym rogu ulicy, a w każdej z nich niepowtarzalne i często oryginalne smaki. Mam nadzieję, że Warszawa będzie kiedyś takim drugim Berlinem i ten klimat się nam choć trochę udzieli, bo przecież patrząc na mapę, jesteśmy bliskimi sąsiadami. Mogę powiedzieć, że w Warszawie powoli czuć namiastkę Berlina, przynajmniej ja ją czuję. Jeśli chodzi o Nowy Jork to nie będę oryginalna. Fascynuje mnie w nim mix wszystkich możliwych kultur, ras, smaków. To miasto, które jest mieszanką całego świata. Jest potęgą.

Maciej: Wiem, że uwielbiasz gotować, a jeszcze bardziej jeść… Jakie jest Twoje popisowe danie?

Monika: Chyba nie mam popisowego dania, w kuchni bardzo dużo eksperymentuję . W zależności od zawartości mojej lodówki i zasobów kuchennych są to bardzo różne smaki, często ciekawe i zaskakujące. Jeżeli chodzi o jedzenie, to nie jestem wybredna. Wybredną staję się jedynie wtedy, kiedy danie jest niedobre. Nie mam tak, że nie lubię jakichś składników, albo ich nie zjem, uwielbiam próbować bardzo różnych, na pozór dziwnych rzeczy, nawet tych, do których nie jestem na początku przekonana, a najbardziej złości mnie to, kiedy coś jest po prostu źle ugotowane i niesmaczne.

Maciej: Wolisz na ostro, czy na słodko?

Monika: Na słodko…

„NIE JESTEM JUŻ TAMTĄ JENNY…”- JEDYNY WYWIAD Z EDYTĄ BARTOSIEWICZ.

Do ostatniego momentu nic nie było pewne… Edyta będzie miała czas, by porozmawiać? Starczy jej sił, po tak wyczerpującym, ponad dwugodzinnym koncercie? To w ogóle możliwe? I w końcu pytanie podstawowe… Dlaczego akurat nam miałaby udzielić wywiadu, skoro największe stacje i portale internetowe biją się o to, by usłyszeć z jej ust kilka słów. Do dziś nie wiem dlaczego Edyta Bartosiewicz postanowiła odpowiedzieć właśnie nam, na pytania, które nie były łatwe. Udało się. Jako jedyne media mogliśmy obcować z artystką, która zapisała się trwale na kartach muzycznej historii. Kanapa w garderobie była wygodna, światło przytłumione, a na tle ciszy pieścił moje uszy charakterystyczny, chrypliwy głos… Głos, który wyśpiewał mi wszystko… Zapraszam na wywiad. 

https://www.facebook.com/photo.php?v=10200181576240699&set=t.1190422624&type=3&theater
https://www.facebook.com/photo.php?v=10200181576240699&set=t.1190422624&type=3&theater

Maciej Zielinski: Wygląda pani świeżo i zachwycająco, czy przede mną siedzi kobieta spełniona? Fizycznie wszystko na to wskazuje, a jak jest duchowo?

Edyta Bartosiewicz: To bardzo trudne pytanie, wiesz? Nie tak łatwo będzie mi na nie odpowiedzieć… Jeśli chodzi o fizyczność to jestem w trakcie, można powiedzieć- procesu reanimacji. Właśnie tak nazwałam pięć koncertów, naszą mini trasę – „Renovatio prelude“, czyli preludium do odrodzenia. Dużo pracy włożyłam przez ostatnie lata, żeby naprawić siebie… i to pod każdym względem. Fizycznym, duchowym i mentalnym. Cieszę się, że rozpiera mnie energia i mogę zagrać fajny, ponad dwugodzinny koncert, a ludzie dobrze się na nim bawią. Oni czekali na mój powrót tyle lat, daje mi to niesamowitą siłę.Czuję , że jestem potrzebna.

Maciej: Nie sądziła pani, że jest potrzebna? Nie czuła tego pani?

Edyta: Wiesz, dopóki nie pojawisz się na scenie, by zagrać koncert, który jest biletowany i za który trzeba zapłacić, to tego nie wiesz.

Maciej: Trochę to już lat minęło. Bała się pani jak teraz będzie?

Edyta: Masz rację, trochę czasu minęło… Pojawiali się inni wykonawcy, zmieniał się rynek, ale jest mi niezwykle przyjemnie, że na wszystkich pięciu koncertach sale były zapełnione i czułam niezwykłą atmosferę. Granie po kilka bisów to cudowne uczucie. Wyjeżdżałam z każdego miasta niesamowicie szczęśliwa. Dzięki tym koncertom nabrałam wiatru w żagle i chcę działać dalej. Jestem na pewno inną osobą niż byłam kilkanaście lat temu. Dzisiaj z całą świadomością stwierdzam, że tamtej Jenny już nie ma. Po prostu przeszłam pewnego rodzaju transformację.

Maciej: Jak zmieniły panią lata nieobecności w życiu medialnym z którego zniknęła pani na długi okres? Czego się pani nauczyła przez ten czas, prócz z tego co słyszałem nabycia umiejętności gotowania?:)

Edyta: Faktycznie zaczęłam gotować, a obiecałam to w jakimś wywiadzie, jeszcze w 90-tych latach. Tak naprawdę nauczyłam się wielu rzeczy, ale za długo by o tym mówić. Zaczęłam odnajdywać przyjemność w drobiazgach, do których kiedyś nie przywiązywałam uwagi.. Natomiast jeśli chodzi o funkcjonowanie w świecie, w którym przyjdzie mi pracować, to nie za bardzo wiem, jak w nim funkcjonować, ponieważ wszystko strasznie się pozmieniało, a ja jestem dinozaurem z lat 90-tych. W pewnym sensie muszę zacząć od nowa.

Maciej: Jak debiutantka?

Edyta: Tak. Czuję się jak debiutantka i to jest fajne, bo człowiek nie jest wtedy stetryczały. Pomimo tego, że skończyłam właśnie 48 lat, to czuję we wszystkim, co robię świeżość, tak jakbym zaczynała od zera. Starsze piosenki, które gramy na koncertach, mają zupełnie inny wymiar. Śpiewam je inaczej niż kiedyś, niektóre są przearanżowane, ale nawet nie o to chodzi, po prostu mam w sobie zupełnie inną energię.

Maciej: Jakie uczucia towarzyszą artystce, która nagle musi zniknąć ze sceny, w czasie, gdy światła reflektorów skierowane są wyłącznie na nią?…

Edyta: To były dla mnie ciężkie lata. Nagrywaliśmy płytę w 2002 roku, zarejestrowaliśmy na niej wszystkie instrumenty, a ja nie mogłam najzwyczajniej w świecie zaśpiewać. Głos odmówił mi posłuszeństwa i to nie chodzi o to, że ja nie mogłam mówić, ale cały aparat, potrzebny do śpiewania, bawienia się wokalem, wyrażania emocji, u mnie zaniemógł. Wszystko runęło. Teraz, po latach myślę, że nie wytrzymałam swojego stylu życia, który był dosyć szybki i barwny,ale przede wszystkim brakowało mi zdrowych mechanizmów obronnych, byłam jak żółw bez skorupy.Przypłaciłam to długą ciszą, pojawiały się różne domysły, co się ze mną dzieje, nie miałam nawet sił, żeby to komentować. Starałam się przede wszystkim nawiązać kontakt ze sobą. Dużo się wydarzyło, ale nie są to sprawy, o których chcesz opowiadać przy każdej okazji. Może kiedyś, gdy nabiorę już dystansu, opiszę to w jakiejś książce. Na pewno ostatnie 12 lat było dla mnie owocnym czasem. Jestem przeszczęśliwa, bo chyba nigdy wcześniej nie bawiłam się tak na własnych koncertach, jak teraz.

Maciej: Czyli musiała się też pani nauczyć siebie?

Edyta: Absolutnie tak. Jak sobie myślę o tym wszystkim, to dochodzę do wniosku, że kiedyś ewidentnie nie miałam ze sobą kontaktu. To, co wydarzyło się w latach 90-tych, dotyczyło osoby, która stała gdzieś obok, jakiejś innej Bartosiewicz. Gdy potem zamilkłam, nie miałam żadnego planu awaryjnego. Moim życiem była i jest muzyka.

Maciej: Bolało pożegnanie się ze sceną? Przecież nie wiedziała pani jak wszystko dalej się potoczy. Jakie myśli kłębiły się wówczas w głowie?

Edyta: Wtedy waliłam głową w mur. Ciągle nagrywałam, starałam się za wszelką cenę wydobyć z siebie ten wokal. Wydałam mnóstwo pieniędzy na studio nagraniowe, na realizatorów. Myślałam, że każdego następnego dnia już wszystko będzie dobrze. Nie sądziłam, że to potrwa ponad dekadę. Gdyby ktoś w 2002 roku powiedział mi, że dopiero w 2013 mam szansę na wydanie płyty, to bym się totalnie załamała,scenariusz jak z horroru.

Maciej: Za wszelką cenę chciała się pani trzymać muzyki?

Edyta: Tak. Nie mogłam skończyć własnej płyty, to pisałam dla innych artystów, występowałam z nimi. Dziś zagraliśmy trzy nowe piosenki- „Renovatio”,“Madame Bijou“ i „Upaść by wstać”- z cudowną Moniką Kuszyńską, której jestem bardzo wdzięczna za to, że przyjęła moje zaproszenie. Monika to niezwykle wartościowa osoba, bardzo ją lubię i szanuję.

Maciej: Po latach przyznała pani, że teksty piosenek Edyty Bartosiewicz są w pełni autobiograficzne. Co stawało wcześniej na przeszkodzie, by powiedzieć „Tak. To moje życie. Wszystko o czym piszę przeżyłam na własnej skórze.”

Edyta: Jeśli coś przeżywasz całym sobą, to bardzo trudno o tym mówić wprost. Tekst piosenki ma umożliwić przekazanie pewnych emocji, którymi chcesz się podzielić ze światem. Bycie na scenie jest pewnego rodzaju ekshibicjonizmem, trzeba to w sobie mieć, bez dwóch zdań, ale artyści w różny sposób to prezentują swoim odbiorcom. Niektórzy są bardziej otwarci, inni mniej. W latach 90-tych, gdy miałam szczęście zaistnieć, muzyka stawiała na emocje, takie szczere do bólu. Dziś różnie z tym jest. Na pewno ‚opakowanie‘ artysty zyskało na znaczeniu.

Maciej: Jest pani bardzo tajemnicza… Nie mogę rozszyfrować, czy Edyta Bartosiewicz jest optymistką, czy może bardziej pesymistką?

Edyta: Chyba jestem trochę przewrotna. W swoich piosenkach często zdarza mi się wprowadzić słuchacza w nastrój mocno melancholijny, ale nigdy nie chcę zostawić go z niczym. Iskierka nadziei musi być. I ja też właśnie taka jestem. Widzę czasem świat w bardzo nieciekawych kolorach, ale to nie trwa zbyt długo.

Maciej: W pani przypadku lepiej pisze się teksty, gdy dusza krzyczy, serce krwawi a w naszym małym świecie wszystko się sypie, czy wręcz odwrotnie?- Gdy w życiu dominują same kolorowe barwy?

Edyta: Nie pamiętam, żeby w moim życiu dominowały same kolorowe barwy. Moje życie jest nieprzewidywalną sinusoidą o dużej amplitudzie.

Maciej: Co pani myśli o dzisiejszym rynku muzycznym, niekoniecznie polskim? Kiedy pani tworzyła muzykę, priorytety były chyba trochę inne… Wydaje mi się, że w większości przypadków tworzono muzykę, która miała duszę.

Edyta: Myślę, że dzisiaj też istnieją artyści, którzy mają tego rodzaju przekaz. Na pewno dużo łatwiej dziś stać się zauważonym, chociażby dzięki internetowi. Wystarczy zrobić coś wykraczającego poza normy, a natychmiast jest się na świeczniku. Zauważyłam nawet, że im bardziej jest to negatywne, tym lepiej, bo jak powszechnie wiadomo- zła wiadomość to dobra wiadomość dla mediów. Nie chcę tego oceniać, po prostu tak jest. Myślę, że jestem konserwą. Zależy mi jedynie na tym, żeby tworzyć piękne piosenki.Najważniejsze, żeby piosenka spodobała się słuchaczom,a ludzie na podstawie fajnego singla kupili moją płytę. Nie chciałabym jej za wszelką cenę promować. Bałabym się brać udział we wszelkiego rodzaju targach próżności.

Maciej: Pani po prostu nie musi sobie na to pozwalać…

Edyta: Fajne jest to, że zajmowanie się muzyką jest dla mnie wciąż zabawą…zabawą która stała się moim zawodem.

Maciej: To już chyba lepiej być nie może?

Edyta: Żeby tylko zdrowie dopisało. Ostatni rok był tragiczny, obfitował w same nieciekawe sytuacje. Wszyscy chorowali. Dlatego życzę Tobie i wszystkim czytelnikom dużo zdrowia, w tym nowym 2013 roku. A czy my może jesteśmy przy ostatnim pytaniu?

Maciej: Nic mi o tym nie wiadomo

Edyta: O Jezu, no to ja się pośpieszyłam z tymi życzeniami

Maciej: To się wytnie i wklei na koniec…

Edyta: Nieee! Właśnie nie, zostawcie to.

Maciej: Istnieje w pamięci moment życia do którego najchętniej pani wraca?

Edyta: Dużo jest takich momentów. Moja pamięć jest bardzo żywa; niesamowita ilość różnych obrazów, dźwięków. Niczego nie żałuję.

Maciej: Czego mogę dziś życzyć kobiecie, która…

Edyta: Która skończyła 48 lat? (śmiech)

Maciej: Też… ale przede wszystkim czego dziś mogę życzyć kobiecie, która swym nieziemskim głosem zmieniła świat muzyki?

Edyta: Cały świat. Proszę, powiedz, że cały… (śmiech)

Maciej: Cały. Bez dwóch zdań.

Edyta: Czego można mi życzyć? Żebym z moim głosem doszła w końcu do formy, nagrała cudowną płytę i była po prostu sobą. I żebym nie znikała już na tak długo.

Maciej: To niech się tak stanie. Życzę pani tego najszczerzej jak tylko potrafię.

Edyta: „Let it be, let it be. Let it be, let it be. Whisper words of wisdom, let it be…” Dziękuję.

(Wywiad autoryzowany).

 

ZESPÓŁ MASHMISH PODPISAŁ KONTRAKT PŁYTOWY!

Rozmowa z Gosią Bernatowicz – wokalistką zespołu MashMish.

MashMish foto Łukasz Urbański.
MashMish foto Łukasz Urbański.

 

Paulina Zych: Od kiedy zaczęłaś śpiewać? Czy było to jeszcze marzenie z dzieciństwa?

Gosia Bernatowicz: Od najmłodszych lat marzyłam o tym żeby śpiewać, ale nie sądziłam, że rzeczywiście mam talent. Zawsze byłam bardzo nieśmiała i niepewna siebie. Dopiero kilka lat temu, będąc już na studiach, zdałam sobie sprawę z tego, że jeśli teraz nie spróbuję, to do końca życia będę nieszczęśliwa. Od tej pory robię co mogę, żeby zajmować się tylko muzyką.

P.Z.: Jak powstawał zespół? Gdzie poznaliście się z Marcinem i co wpłynęło na to, że zdecydowaliście założyć zespół?

G.B.: Z Marcinem poznaliśmy się przez moją nauczycielkę śpiewu i natychmiast „zaiskrzyło”. Okazało się, że chcemy dokładnie tego samego, czyli robić muzykę dla ludzi, nie dla siebie. Poza tym oboje nie zamykamy się na współpracę z innymi ludźmi, a dla artysty poczucie wolności jest bardzo ważne. Nie ukrywam, że to ma ogromny wpływ na to, iż dobrze się dogadujemy. Od czasu kiedy się poznaliśmy i zaczęliśmy razem komponować minęło sporo czasu, zanim dojrzeliśmy do tego, żeby założyć zespół. Dokładnie w lutym 2011 pierwszy raz wystąpiliśmy razem. Nie było wtedy nawet nazwy… a pełny koncertowy skład stworzyliśmy dopiero przy okazji programu Must Be The Music. Od tego czasu grają z nami na stałe wspaniali ludzie dlatego też z niecierpliwością wyczekuję kolejnych koncertów.

P.Z.: Skąd pomysł na nietypową nazwę zespołu MashMish?

G.B.: Nazwa wzięła się stąd…  nie mogliśmy nic wymyślić. Nic nie pasowało do naszej twórczości, która jest bardzo eklektyczna…z wyjątkiem właśnie ‘’MashMish’’.

P.Z.: Kto wpadł na pomysł, by wziąć udział w programie Must be the Music?

G.B.: Na pomysł wpadłam ja, ale gdy Marcin usłyszał, że jest możliwość zaprezentowania swoich numerów, również wyraził chęci wystąpienia w programie. Ani mnie, ani jego nigdy nie ciągnęło do talent show, w których jesteś wyłącznie odtwórcą. Na pewno jest to ”jakiś” sposób na wypromowanie się, ale akurat nie dla nas, bo cały czas robimy coś swojego i popisywanie się głosem czy grą nie jest nam potrzebne.

P.Z.: Kto pisze słowa do waszych piosenek? Czy komponujecie je sami?

G.B.: Komponujemy wspólnie, a teksty piosenek piszę ja. Jest też kilka tekstów, które napisałam z moją przyjaciółką Pauliną. Później Marcin wszystko to przepięknie aranżuje.

P.Z.: Urzekliście publikę piosenką „Daj mi czas”, mimo iż jeden z jurorów wypowiedział się dość niekorzystnie o tej piosence, właściwie za nią pokochali was fani. Macie dużą oglądalność tego klipu na YT. Czy fani mogą się spodziewać podobnych utworów?

G.B.: Każdy utwór jest zupełnie inny, więc ciężko powiedzieć. Na pewno na płycie będzie kilka piosenek po polsku, kilka po angielsku i może jedna w języku hiszpańskim.

P.Z.: Czy mimo tego, iż nie wygraliście programu, jesteście zadowoleni z efektów „poprogramowych”?

G.B.: Program przysporzył nam sporo fanów i z tego bardzo się cieszymy. Teraz fakt, że wzięliśmy udział w programie jest już bez znaczenia. Pojawiła się nowa edycja i nowe twarze, o których się mówi. Nie mamy żadnej promocji ze strony stacji, ale bardzo dobrze radzimy sobie bez tego.

P.Z.: Media sugerują, że postawiłaś wszystko na jedną kartę.

G.B.: Zrezygnowałam ze studiów przez problemy zdrowotne. Nauka i przygotowania do obrony licencjatu sprawiły, że pogorszył mi się, i tak slaby już, wzrok i nie byłam w stanie dłużej studiować. Wtedy właśnie rodzice przestali mi zawracać głowę studiami i mogłam zająć się tym, co kocham. Efekty tej decyzji są coraz bardziej widoczne i uważam, że był to najlepszy wybór jakiego dokonałam w życiu.

P.Z.: Kto wspiera ciebie w tym co robisz? Czy możesz liczyć na wsparcie ze strony bliskich osób?

G.B.: Od samego początku wspiera mnie grupa bliskich znajomych i przyjaciół. Wiele z tych osób pomaga nam w różnych „mashmishowych” sprawach.

P.Z.: Jeden z jurorów programu, Adam Sztaba, zwrócił się do Was: -„Proszę was z całego serca, wydajcie płytę”. Czy możecie zdradzić coś na ten temat swoim fanom?

G.B.: Niedawno podpisaliśmy kontrakt płytowy, a nagrania już się rozpoczęły, ale nie chciałabym zapeszać, więc jeszcze się wstrzymam z konkretną odpowiedzią na to pytanie.

P.Z.: Wasza kariera bardzo szybko się rozwija. Jesteście już rozpoznawalni, czy dajecie sobie z tym radę?

G.B.: Rzeczywiście rozwija się szybko. Chyba dlatego, że pracujemy na pełnych obrotach. Co do rozpoznawalności, to jeszcze tego nie odczułam…

P.Z.: Planujecie w przyszłości konkretne trasy koncertowe?

G.B.: Planujemy właśnie  z naszą managerką koncerty. 14 maja zagramy w Warszawie a 27 w Sopocie. Postaramy się również zorganizować coś w innych miastach. Nie ukrywam jednak, że nagrywamy teraz płytę i zajmie nam to sporo czasu.

P.Z.: Zapraszamy fanów MashMish na najbliższe koncerty a wam życzymy wielu sukcesów i pomyślności przy wydaniu pierwszej płyty.

Rozmawiała: Paulina ZYCH

MAJKA JEŻOWSKA TWARZĄ UNICEF

Majka Jeżowska/ Fot. UNICEF
Majka Jeżowska/ Fot. UNICEF

Aleksandra Kołosowska: Jest pani Ambasadorką Dobrej woli UNICEF oraz twarzą akcji Wszystkie Kolory Świata. Może pani opowiedzieć o tej akcji?

Majka Jeżowska: Bardzo się cieszę, że jako Ambasador Dobrej Woli UNICEF-u mogę uczestniczyć w jakiejś akcji. Magda Różczka promuje akcję budowania studni w Afryce, Małgosia Foremniak odwiedziła obozy uchodźców w Afryce, miała tam fantastyczną sesję zdjęciową z dziećmi, to samo Natalka Kukulska. Ja jestem ambasadorem od ośmiu lat i zastanawiałam się kiedy przyjdzie na mnie czas. Jesienią umieściłam razem z kolegą z facebooka zrobiony przez niego teledysk do piosenki „Mama Afryka” z filmu „W pustyni i w puszczy” z muzyką Krzesimira Dębskiego. Teledysk do tej piosenki powstał spontanicznie dopiero teraz. Dziesięć lat temu nagrałam tę piosenkę z: Beatą Kozidrak, Anną Marią Jopek, Mietkiem Szcześniakiem, Arturem Gadowskim, Staszkiem Sojką , Anią Jurksztowicz. Wrzuciliśmy to na różne portale i zrobiła się naprawdę zawierucha. Piosenka jest bardzo wzruszająca i mówi wszystko o tym co dzieje się w Afryce. Dlaczego mówię o tej piosence? UNICEF widział ten teledysk, zaprosił mnie na rozmowę, ponieważ działo się to poza ich wiedzą. Chcieli się dowiedzieć dlaczego nagle tyle osób zgłasza się i wpłaca na konto UNICEF-u pieniądze. W naszym filmie podawane są wszystkie organizacje, które zajmują się zbieraniem funduszy, wskazujemy numery kont. Każda złotówka, każde dziesięć złotych ratuje komuś życie !.

A.K.: Została pani twarzą akcji „Wszystkie Kolory Świata”. Może pani o niej opowiedzieć?

M.J.: Nowa akcja, która sprawdziła się już w wielu krajach europejskich „Wszystkie kolory świata”, właściwie miała nazywać się „Kolorowe dzieci” tak jak moja piosenka. Chodzi o to, żeby zainteresować dzieci w szkołach, problematyką innego koloru skóry, tolerancji, odpowiedzialności, pomagania, wrażliwości . Akcja polega na bardzo prostej zabawie: wszystkie szkoły do których UNICEF rozesłał zaproszenia i zgłosiły swoją chęć uczestniczenia, biorą udział w szyciu niezwykłych szmacianych laleczek. Każda szkoła, a zgłosiło się ponad 1200 szkół z całej Polski, dostaje wszystkie materiały potrzebne do zrobienia laleczki tzn. techniczne rysunki, wykroje. Dzieci szyją tak zwane ciałko lalki według wymiaru i według rysunku, które dostają od UNICEFU w czterech kolorach. Myślę, że to będzie się odbywało na zajęciach szkolnych typu zajęcia plastyczne albo lekcja wychowania obywatelskiego albo w domu. Jest to bardzo kreatywna i fajna zabawa, z której może płynąć wiele pozytywnych rzeczy. Nie wszyscy rozumieją jak szycie laleczki przekłada się na konkretną pomoc dla dzieci w Sierra Leone., a konkretnie na zebranie funduszy na wykonanie podstawowych szczepień w Sierra Leone. To dosyć młode państwo, które zostało wycieńczone i zrujnowane ponad dziesięcioletnimi walkami domowymi i mimo iżMinisterstwo Zdrowia zaczyna ogarniać sytuację zdrowotną właśnie wśród dzieci , to co piąte dziecko nie dożyje piątego roku życia. Nie dlatego, że jest tam jakaś plaga czy złe warunki do życia tylko nie ma dostępu do podstawowych szczepień. Nam się to wydaje strasznie banalne bo nasze dzieci są szczepione i nawet nie musimy o tym myśleć. . Nie zdajemy sobie sprawy, że takie szczepienie ratuje dzieciom życie. Koszt szczepienia jednego malucha to jest 10 złotych. To niewyobrażalne, że tak mało pieniędzy może uratować tyle istnień ludzkich. Szyjąc laleczkę dziecko bierze udział w akcji ratowania innego dziecka w Sierra Leone. Musi się zainteresować wybranym regionem świata, z którego jego laleczka ma pochodzić , poczytać na ten temat, dowiedzieć się jakiego koloru skórę mają tam ludzie, jak się ubierają, jakie mają zwyczaje. Każda uszyta laleczka dostaje dokument – jakby paszport, dowód osobisty. Dziecko nadaje laleczce imię, wiek, datę urodzenia no i miasto czy kraj, z którego pochodzi czyli zaczyna się utożsamiać z tą swoją laleczką, która powstaje najpierw w jego głowie a potem w jego rękach. Oczywiście w tworzeniu laleczki będzie pomagać pewnie mama, starsza siostra czy uzdolniony plastycznie brat, tato ,może babcia? W każdej szafie ,w każdej szufladzie mamy resztki materiału, włóczki, sznurka, guziki, agrafki, kolorowe piórka. Ja miałam prawdziwe „skarby” w szufladzie i także zrobiłam swoją laleczkę. Maya, pochodzi z Polinezji ma spódnicę z piór i tiulu, ma włosy z czarnych piórek, piękne oczy. Wystąpiłam już z nią w telewizji i w spocie reklamującym akcję „Wszystkie kolory świata”. Możecie ją zobaczyć na mojej Oficjalnej stronie na facebooku.

A.K.: W jaki sposób zostanie wyłoniony zwycięzca konkursu?

M.J.: Na wiosnę odbędzie się prawdziwy konkurs piękności Unicefu- każda szkoła wystawi najpiękniejszą, najciekawszą laleczkę. Będziemy zapraszać ludzi do klikania, do wybrania najlepszej laleczki facebookowej. Chciałam powiedzieć, że w innych krajach np. we Francji, Hiszpanii, Słowenii laleczki szyli również znani projektanci mody. Widziałam laleczki uszyte przez Pradę , Versace, Dolce Gabbana ,obsypane perłami i cekinami.. Wybieramy z każdej szkoły najładniejszą laleczkę, ale oprócz tego te ,które nie dostały się do głównego konkursu mają swoje zadanie. Każda szkoła organizuje spotkania, festyny, pikniki zapraszając rodziny uczniów, jakieś instytucje charytatywne, dziennikarzy, społeczeństwo. Każdy może wziąć udział w takim evencie na terenie szkoły i zaadoptować laleczkę. Mówimy tu o adopcji, bo nie chodzi o sprzedawanie laleczek. Laleczka może wrócić do domu tego kto ją stworzył. Chodzi o to, żeby dziecko, które ją wykonało poczuło również więź z dzieckiem, któremu pomogą. Adoptujemy laleczkę właśnie za tę przysłowiową sumę 10 zł a te dziesięć złotych przekłada się na koszt szczepień podstawowych jednego dziecka w Sierra Leone. Spróbujmy sobie wyobrazić ile dzieci możemy zaszczepić i uratować ? Będziemy również szczepić kobiety w ciąży. Tych potrzeb na całym świecie jest bardzo dużo. Teraz jest Sierra Leone na naszej mapie i „Wszystkie kolory świata”. – akcja zbierania funduszy na szczepienia dzieci w Sierra Leone. Umieściłam na swojej oficjalnej stronie na facebooku film, który pokazuje jak można uszyć laleczkę, po co ją szyjemy. Więcej można poczytać na stronach UNICEFu .Wiem, że dwa przedszkola które noszą moje imię na pewno biorą w tym udział – czyli przedszkola w Zabrzu i Jaworznie.

A.K.: Czyli ta akacja poza tym że uratuje życie dzieciom w Sierra Leone będzie edukowała nasze polskie dzieci ?

M.J.: Oczywiście, każda akcja społeczna oprócz takiej oczywistej funkcji pomagania spełnia również funkcję edukacyjną, uwrażliwiającą młodego człowieka. Myślę, że z naszym poczuciem tolerancji i pomagania wcale nie jest źle. Musimy być tylko dobrze zorganizowani i poinformowani ! Jednocześnie prowadzona jest druga akcja UNICEFu -„Faceci ratują dzieci”. W tej akcji również chodzi o Sierra Leone. Trzeba wejść na stronę UNICEFu i kliknąć „Wszystkie kolory świata” albo „Faceci ratują dzieci” i wszystko staje się jasne. Faceci ratują dzieci również skierowane jest do zorganizowanych form czyli do przedsiębiorstw, zakładów pracy gdzie jest dużo panów.

A.K.: Odwiedzi pani wszystkie szkoły które włączyły się do tej akcji?

M.J.: Myślę, że to nie będzie możliwe, natomiast szkoła, która wygra w tym konkursie, wygra mój koncert .Przyjadę w marcu lub w kwietniu z nagłośnieniem, tancerkami i zagram koncert dla całej szkoły. Taka jest nagroda i myślę, że to jest bardzo fajny pomysł. To wszystko jest bardzo pożyteczne, nie kosztuje ani strasznie dużo naszego wkładu pracy ani zdrowia fizycznego. Wydaje mi się, że dla każdego dziecka, które zdecyduje się uszyć laleczkę to będzie fantastyczna zabawa, wyczarowanie twarzy, włosów, kostiumu, poczytanie na ten temat, bawiąc się można POMAGAĆ !

A.K.: Jest pani także pomysłodawczynią płyty „Czarodzieje uśmiechu”, twarzą kampanii Nie , nowotworom wśród dzieci – za co nominowano panią do tytułu Gwiazdy Dobroczynności . Skąd ten pomysł i w jaki sposób udało się pani zgromadzić tylu ludzi, tylu wspaniałych muzyków?

M.J.: To było moje marzenie od kilku lat. Tak się składa, że od siedmiu lat organizowany jest w Radomiu przez Młodzieżowy Dom Kultury „Festiwal piosenek Majki Jeżowskiej”. – RYTM i MELODIA. Na moim festiwalu dzieci i młodzież śpiewają wyłącznie moje kompozycje, piosenki pisane z myślą o nich i dla nich. Kiedy widzę dzieci w programach typu „Mam talent”, kiedydziesięcioletnia dziewczynka śpiewa „Dziwny jest ten świat” , trudno mi jej uwierzyć …Będąc jurorem na różnych festiwalach słucham dziewczynek, które śpiewają o miłości, o nienawiści, grzechu, seksie. Tak nie powinno być. Niech dzieci zostają jak najdłużej dziećmi bo i tak media je ogłupiają , oszałamiają dorosłością i sprawami, które są zbyt trudne i bolesne. Do Radomia przyjeżdżają również nastolatki – mamy bardzo szerokie spektrum wiekowe od szóstego do szesnastego roku życia. Piosenki są zróżnicowane i powstawały w różnych okresach mojego życia. Każdy może dla siebie coś znaleźć. Wiele lat zastanawiałam się gdzie mam tych laureatów pokazać. Potem okazało się , że razem z Fundacją Ronalda McDonalda, do której należę od dziewięciu lat szukamy jakiegoś projektu, w którym można by pozyskać fundusze na budowę niesamowitego, pierwszego w Polsce Domu Rodzinnego na terenie szpitala w Krakowie, dla rodzin, które są obarczone chorobą nowotworową. Zaczęło się od festiwalu, od dzieci, które są cudowne, świetnie śpiewają, ale nikt się nimi nie interesuje bo to nie są czasy, w których robi się programy dla dzieci, w których można wylansować jakiś młody talent. Tak naprawdę wszystko się kręci wokół dużych pieniędzy, programów z smsami.

A.K.: Jacy artyści zaśpiewali na pierwszej płycie?

M.J.: Pomyślałam sobie, że do projektu muszę zaangażować także gwiazdy, które zgodzą się zaśpiewać nie swoją piosenkę z dziećmi. Bardzo nietypowa sprawa i nikt wcześniej tego nie robił. Na pierwszej płycie z cyklu „Czarodzieje uśmiechu” udało mi się bezbłędnie dopasować śpiewające dziecko do śpiewającej gwiazdy. Czarodziejami uśmiechu byli: Andrzej Piaseczny, Ania Wyszkoni , Kasia Cerekwicka, Piotrek Cugowski, Andrzej Krzywy, Tomek Szczepanik z grupy Pektus no i oczywiście ja. Te piosenki zabrzmiały niesamowicie nowocześnie i świeżo. Andrzej Krzywy np. nagrał zupełnie inaczej piosenkę „A ja wolę moją mamę” z taką fajną małą dziewczynką z Czarnkowa – Olą Maćkowiak. To jest niesamowita wartość dla każdego kto chce pomagać, kto lubi moje piosenki i kto jest ciekawy jak one mogą zabrzmieć w ustach kogoś z kompletnie innej bajki. W 2010 roku sprzedaliśmy ponad 70 tysięcy płyt

A.K.: A jakich artystów zaangażowała pani do płyty „Czarodzieje uśmiechu 2”?

M.J.: Czarodziejami uśmiechu w tym roku byli: Halina Młynkowa, Ania Szarmach, Małgosia Ostrowska, Kuba, Badach Rysiek Rynkowski, Bracia Golec. Ja zaśpiewałam „Laleczkę z saskiej porcelany” i zupełnie nową odlotową , bardzo nowoczesną wersję piosenki „Wszystkie dzieci nasze są”. Do tej wersji powstanie nowy teledysk. Mój syn, reżyser teledysku do naszego hymnu „Otwórzmy serca”, wymyśliłteledysk zrobiony przez fanów z całego świata. Będziemy wysyłać tę piosenkę do różnych miejsc gdzie jest Polonia np. do Australii ,do Chicago, do Brazylii i tak powstanie z fragmentów nakręconych przez ludzi na całym świecie teledysk do nowej wersji . W 2011 roku sprzedaliśmy prawie 100 tysięcy płyt!!!

A.K.: W 2012 roku pojawi się kolejny krążek?

M.J.: W 2012 roku będzie płyta „Czarodzieje uśmiechu” numer 3 i 10 lecie Fundacji Ronalda McDonalda, w której działam praktycznie od początku jej istnienia. Z tej okazji, w maju, robimy koncert telewizyjny CZARODZIEJE UŚMIECHU , z udziałem wszystkich gwiazd i dzieci. Będzie to niezwykłe wydarzenie, zaśpiewamy prawdopodobnie wszystkie piosenki, które znalazły się na obu płytach. A póki co…mam prośbę do wszystkich moich fanów ! Głosujcie na mnie w konkursie Newsweeka o tytuł Gwiazdy Dobroczynności – wystarczy wejść na www.gwiazdydobroczynnosci.pl i CODZIENNIE klikać w moje nazwisko…aż do 5 lutego ! Dziękuję !

Rozmawiała Aleksandra KOŁOSOWSKA

(Wywiad ukazał się wcześniej również w Radio Panda i na portalu Stacja Kultura)

NIEDZIELA BEZ TELERANKA

Beata Tadla. Fot. http://www.widzimisie.tu.koszalin.pl/wywiad.php?id=70
Beata Tadla. Fot. http://www.widzimisie.tu.koszalin.pl/wywiad.php?id=70

Aleksandra Kołosowska: Kilkanaście dni temu ukazała się pani trzecia książka : „Niedziela bez Teleranka”. Dlaczego postanowiła pani napisać tę książkę?

Beata Tadla: Myślę, że to sposób, jakiś pomysł na opowiadanie historii. Codzienności, szarej rzeczywistości. Takiego zwykłego życia bez wielkiej polityki. Jestem zwolenniczką pisania specjalistycznych opowiadań, a to jest pewien wycinek naszej tożsamości. Książka powstała z okazji 30 rocznicy wprowadzenia Stanu Wojennego w Polsce. Chciałam pokazać, jak się zmieniła Polska w tym czasie – czyli jak wyglądał świat w 1981 roku i jak wygląda teraz w przeróżnych branżach życia. Np. jak wyglądaliśmy, co jedliśmy, czym jeździliśmy, co oglądaliśmy w kinie, jak wyglądał telefon kiedyś, jak wygląda telefon dzisiaj, jak wyglądał aparat fotograficzny. Takie bezpośrednie porównania dają fantastyczny punkt odniesienia dzisiejszym dzieciakom. Jak zabrałam dziecko na wystawę pt. „Drogi do wolności” i zobaczył tam maszynę do pisania to zapytał mnie jaki miała wyświetlacz. Dzieci nie wiedzą, bo skąd mają wiedzieć jak wyglądały tamte przedmioty. Kiedy porównamy je w taki bezpośredni sposób, to jest im łatwiej to wszystko przybliżyć. Dzieci są naprawdę zainteresowane. Mój syn pyta: mamusia, w co się bawiłaś, czym się bawiłaś jak byłaś mała. I właśnie w tej książce to jest.

A.K.: Czyli tą książką chciałaby pani dotrzeć przede wszystkim do dzieci?

B.T.: Chciałabym dotrzeć do rodziców i do ich dzieci. Czyli do rodziców, którzy tak jak ja mają dzisiaj około 40 lat, przeżyli dzieciństwo w PRLu, doskonale to pamiętają. Jest to naprawdę mocno osadzone w naszej pamięci i my kochamy te wspomnienia. Do każdego zdjęcia podchodzimy z sentymentem nie dlatego, że chcielibyśmy znów żyć w tamtej rzeczywistości tylko dlatego, że innego dzieciństwa już mieć nie będziemy. Pewnie z tego względu każdy lubi swoje dzieciństwo wspominać. Nasze było rzeczywiście wyjątkowe bo trzydzieści lat temu cała Polska, życie, zapachy i smaki wyglądały po prostu inaczej niż teraz. Warto o tym opowiadać, ponieważ to tworzy pewien klimat dla nas (tych około 40 latków), którzy myślą sobie: przeżyliśmy połowę życia w PRLu, połowę życia już w wolnej Polsce, potrafimy docenić to co mamy teraz ponieważ żyliśmy w świecie, w którym kompletnie nic nie było. O tym należy opowiadać dzieciom, bo jest to pewien system wartości, docenianie tego co się ma. Dziś częstą postawą jest roszczeniowe nastawienie. Nam ciężko to pojąć.

A.K.: W jaki sposób udało się pani przekonać do wywiadów tylu wspaniałych i wybitnych ludzi?

B.T.: (śmiech) Po prostu zadzwoniłam i przekonałam. Oczywiście dużo trudniej było mi przy pierwszej książce, ponieważ to było 47 rozmów z ludźmi zabieganymi, ciągle wyjeżdżającymi za granicę, ciągle mającymi jakieś plany zdjęciowe, wywiady itd. Kiedy przygotowywałam tę książkę po prostu zadzwoniłam i powiedziałam, że mam taki pomysł na pokazanie tamtych czasów no i jakoś szczerze powiedziawszy nikt mi nie odmówił.

A.K.: Jest pani autorką trzech książek. Ma pani pomysł na kolejną?

B.T.: Jestem takim niespokojnym duchem. Cały czas mi się wydaje, że muszę z czymś zdążyć. Pojawia mi się jeden pomysł, który kończę bo jestem też konsekwentna, ale w trakcie realizacji jednej idei pojawia mi się już kilka następnych, które też bardzo chciałabym zmaterializować. Już mam parę pomysłów na następne pozycje. Chciałabym uruchomić fundację, nie mogę jeszcze zdradzać szczegółów ponieważ ona jest w powijakach, i dopiero tworzony jest statut. Będzie też książka, a raczej album o ludziach, którzy zetknęli się z przemocą w internecie, przemocą słowną, która potrafi naprawdę bardzo zaboleć. Na razie tyle mogę powiedzieć.

A.K.: Mówiła pani o tym, że jest konsekwentna. Czy nie uważa pani, że młodym ludziom brakuje tej konsekwencji?

B.T.: Nigdy nie chciałabym wartościować, jacy są młodzi ludzie, bo oni są po prostu totalnie inni od nas, gdy byliśmy w ich wieku. Świat był inny i ja nie chce mówić, że my jesteśmy lepsi, a oni są gorsi albo odwrotnie. Wcale tak nie jest, oni są zupełnie inaczej wykształceni, nastawieni do życia, poza tym żyją w świecie, w którym nie ma ograniczeń, a my byliśmy ograniczeni chociażby żelazną kurtyną. Mieliśmy zamknięte granice, musieliśmy marzyć i częściej uruchamiać wyobraźnię, ponieważ nie było podstawowych rzeczy. Musieliśmy marzyć o smakach, o zapachach, o kolorach, a dzisiaj to wszystko jest. Dzisiejszy świat ma po prostu inne wyzwania niż ten, do którego my wchodziliśmy wkraczając w dorosłość. Przyszły zmiany ustrojowe w roku 1989 więc przed nami były zupełnie inne wyzwania. To nie jest tak, że młodzi ludzie mają dzisiaj łatwiej – mają gorzej. My na początku lat dziewięćdziesiątych tworząc nowe zawody, które po czasach komuny musiały w Polsce demokratycznej powstać, jednocześnie obsiedliśmy te stanowiska. Nie jesteśmy jeszcze starzy, więc trochę na tych posadach pobędziemy. Młodym ludziom jest po prostu trudniej zajmować nasze miejsca. Do wymiany pokoleniowej muszą jeszcze trochę poczekać. Natomiast oni mają zupełnie inne możliwości i myślę, że powinni się sprawdzać tam, gdzie te wyzwania na nich czekają. Mają duże pole do popisu. Czy brakuje im konsekwencji? Czasem widzę, że są trochę zbyt roszczeniowi, ale to oczywiście nie jest uogólnienie. To jest taka pewna cecha tej generacji, że nie liczy się tak bardzo- jak dla nas- ciężka praca i dopiero na końcu nagroda, tylko oni chcą już. Już, teraz natychmiast: duże pieniądze, samochód służbowy, lokaja może jeszcze (śmiech). Podkreślam, że to nie jest moje uogólnienie tylko cechy, z którymi się spotykam. Mam kontakt z młodzieżą bo wykładam na uczelni, spotykam się często w różnych szkołach z licealistami, ze studentami no i mam także kontakt w pracy z ludźmi, którzy są adeptami tego zawodu. Myślę, że to są absolutnie wspaniali ludzie. Lepsi trochę niż pokolenie od nich starsze a młodsze ode mnie. Te młodsze pokolenia są bardziej przywiązane do Polski, do wartości, widzę w nich większy potencjał.

A.K.: Jako dziecko chciała pani zostać aktorką. Co spowodowało, że wybrała pani dziennikarstwo?

B.T.: Dzisiaj sobie przypominam, że jako dziecko miałam już magnetofon, to był magnetofon reporterski, myśl technologiczna ZSRR. Jedyna na podwórku takowy sprzęt posiadałam. To było jeszcze przed epoką kaseciaków. Na tym sprzęcie nagrywałam wszystkie koleżanki z podwórka. Moja mama zachowała te taśmy. To są bardzo długie, szczegółowe wywiady: co jadłaś droga koleżanko, co jadłeś drogi kolego dzisiaj na obiad, w co się ubierzesz jutro, czy pójdziesz do kościoła itd. Oprócz wywiadów z kolegami z podwórka, nagrywałam bardzo długie monologi. Gadałam wszystko, co mi ślina na język przyniesie i śpiewałam piosenki. Orientowałam się po czternastej zwrotce, że tej piosenki wcale nie było, a ja wymyślałam ją na bieżąco. Myślę, że wtedy pojawiła się chęć czy marzenie jeszcze niesprecyzowane o dziennikarstwie, o poznawaniu świata, o ciekawości życia, o niezgodzie na pewne procesy. Na pewno moje marzenia czy chęci były zdominowane przez przekonanie, że będę aktorką. Myślałam, że aktorstwo to jest mój zawód wymarzony, wytęskniony i ja się na pewno do tego super nadaje. Przypadek sprawił, że trafiłam do radia, które właśnie powstawało w Legnicy. Weszłam tam właściwie z ulicy, bo przeczytałam w jednej z gazet, które roznosiłam żeby sobie dorobić do kieszonkowego, że jest casting i powstaje rozgłośnia regionalna w Legnicy. Zgłosiłam się na ten casting, byłam wtedy w drugiej klasie liceum. Dostałam się do radia i spędziłam tam piętnaście lat.

A.K.: Skończyła pani studia na poznańskim Uniwersytecie, później trafiła pani do Radia Eska. Opowie pani o swojej przygodzie z radiem?

B.T.: Radio jest najlepszą szkołą dziennikarstwa jaką można sobie wyobrazić. Najpierw było radio Legnica, a potem przeniosłam się do Warszawy jednocześnie kończąc studia zaocznie. Zaczęłam pracować w radiu Eska. To były bardzo ciężkie czasy, ponieważ początki były koszmarne. Mieszkałam w wynajętym mieszkaniu, za które musiałam miesięcznie płacić 500zł i dokładnie tyle samo zarabiałam. Cała moja rodzina musiała się zrzucać i przysyłać mi pieniądze na życie. Moja mama wyprzedawała nawet jakieś złoto – pierścionki żebym ja mogła po prostu przeżyć. Z miesiąca na miesiąc było już coraz łatwiej. Oczywiście żeby więcej zarabiać musiałam więcej pracować co wiązało się z tym, że w nocy robiłam serwisy informacyjne w radiu a w dzień biegałam z mikrofonem po Sejmie, Ministerstwach, manifestacjach, komisjach specjalnych itd. Podobało mi się to bardzo, lubiłam tę część swojego życia, w której mogłam stanąć obok ważnego polityka, którego wcześniej znałam tylko z telewizji i po prostu z nim porozmawiać. Udało mi się pojechać na szczyt NATO do Madrytu. Zapraszano wtedy Polskę do udziału w sojuszu północno – atlantyckim. Byłam naprawdę przejęta, podekscytowana, wydawało mi się, że to jest ogromne szczęście, że mogę to robić. Bardzo cenię sobie pracę w radiu i uważam, że nie udałoby mi się tak pracować jak pracuję dzisiaj bez tej podbudówki w postaci pracy przy mikrofonie. Praca przy mikrofonie to malowanie słowem, to opowiadanie słuchaczom o wydarzeniach, które oni muszą sobie po prostu wyobrazić. W telewizji jest inaczej, ponieważ jest to obrazek, który pokazuje się widzowi. W radiu trzeba to wszystko opowiedzieć. To bardzo duże pole do popisu dla dziennikarza, który musi wyszukać w pokładach pamięci odpowiednie słowa, odpowiednio je dobrać i zadziałać na wyobraźnie. Pod tym względem jest to duże wyzwanie, dobra szkoła i naprawdę bardzo wartościowy warsztat.

A.K.: Opowiada pani z taką fascynacją o radiu. A jakie są jego minusy?

B.T.: Czy są minusy radia? Musiałabym się zastanowić ponieważ zadała mi Pani bardzo trudne pytanie. Może powiem o minusach dzisiejszego radia, bo kiedy ja zaczynałam to rozgłośnie radiowe nie były takie sformatowane, można było zagadać piosenki i można było trochę więcej powiedzieć. Serwisy informacyjne były dłuższe. Dzisiaj to jest głównie muzyka, oprócz radia Tok fm, które skupione jest na rozmowie i jakby to jest podstawą tej rozgłośni. Skrótowość radia może trochę przeszkadza. Ja w radiu szukam człowieka, tzn. chcę żeby radio do mnie mówiło. Kiedyś były słuchowiska, słuchałam bajek i teatru Polskiego Radia. Dzisiaj w porach, w których ja słucham radia czyli kiedy jadę samochodem do pracy czy przemieszczam się między miastami rzadko trafiam na coś, co mnie przekonuje. Szukam radia, które mówi a nie które puszcza muzykę. Muzyki mogę posłuchać ze swoich ulubionych płyt natomiast lubię gadającego człowieka – żywego człowieka.

A.K.: Która praca daje pani większą satysfakcję? Praca w radiu czy w telewizji?

B.T.: Jeśli chodzi o dziennikarskie wyzwanie to pewnie praca w radiu jest cięższa i trudniejsza, bo tak jak już powiedziałam trzeba słowem pomalować, trochę bardziej się wysilić. Telewizja ma pod tym względem trochę inne znaczenie. W telewizji też trzeba dbać o to co się mówi i jak się mówi, ale oprócz tego trzeba też wyglądać. W radiu Państwo tego nie zobaczą, ale Pani widzi jaki mam makijaż na sobie w tej chwili. Grubą, obrzydliwą warstwę makijażu, którą trzeba położyć żeby się nie świecić, żeby dobrze wyglądać w światłach w studiu. To jest dla cery niezbyt komfortowe, ale widzowie przynajmniej się nie przestraszą (śmiech). Widzowie też bywają okrutni, jak światło nie takie albo ja nie taka to oczywiście natychmiast dostaje maila: a co takie oczy podkrążone czy pani się bawiła na imprezie wczoraj? Przecież my jesteśmy tylko ludźmi, mamy prawo do bolącej głowy, chorego dziecka, złego dnia i innych dolegliwości ludzkich. Widzom się czasem wydaje, że my jesteśmy tacy porcelanowi, nieskazitelni, że przychodzimy do pracy ktoś nas maluje, ubiera a my siadamy przed kamerą, odczytujemy przez kogoś napisane teksty, które ktoś na dodatek wklepał nam do promptera. Prompter to takie urządzenie, które jest narzędziem mojej pracy – jak długopis i do tego promptera ja muszę sobie te teksty sama wklepać. Jeśli się zepsuje to wiem o czym mam mówić bo nikt za mnie tego nie zrobi. Myślę, że praca w telewizji łączy się z większym zasięgiem, z większą siłą rażenia. Docieramy do widzów, którzy jeśli zobaczą obrazek to częściej zapamiętają ten obrazek i on się wbije w ich świadomość niż słowo usłyszane w radiu. Zależy oczywiście jak kto tę rzeczywistość pojmuje ponieważ jedni wolą usłyszeć i to zadziała na ich wyobraźnię i wtedy zapamiętają a inni wolą zobaczyć. Cudowne jest to, że mają wybór i mogą słuchać radia albo oglądać telewizję. Ludzie lubią jak telewizja się nimi opiekuje. Zgłaszają się, piszą do nas, że zostali źle potraktowani w szpitalu czy w urzędzie i liczą, że my załatwimy sprawę. Oczywiście nie zawsze załatwimy, nie zawsze się da, ale czasem jednostkowa historia tzw. „human story” może stanowić punkt wyjścia do materiału o procesie bardziej globalnym. Wtedy na pewno jest to taki przykład, który trzeba i warto podać żeby uwrażliwić innych. Może również spowodować jakieś myślenie o zmianie przepisów, zmianie prawa itd. Nie umiem powiedzieć co daje mi większą satysfakcję bo to są różne rodzaje satysfakcji.

A.K.: Uważa pani, że w dzisiejszych czasach wygląd w telewizji jest najważniejszy a ludzie nie zwracają uwagi na to co człowiek ma do powiedzenia?

B.T.: To jest właśnie to, kiedy okrutny widz siedząc sobie pewnie na kanapie z puszką piwa w ręce i chipsami myśli „Ha, dokopię pani z telewizji i napiszę jej maila, że ma dzisiaj brzydką fryzurę, głupią marynarkę i w ogóle brzydko się ubrała”. Oczywiście widzowie to robią. To na szczęście nie są bardzo częste przypadki, które mogłyby nam bardzo przeszkadzać ale dają wyobrażenie o tym na co zwraca się uwagę. Tak jak już powiedziałam mam też prawo do gorszego dnia i do gorszego wyglądu, mam prawo mieć mniej energii i wolałabym żeby widzowie bardziej słuchali a mniej wpatrywali się i mniej oceniali. Wygląd to jest tylko część mojej pracy, część mojego wizerunku, ale nie najważniejsza. Mam do tego ogromny dystans – nie biegam z pudrem, nie smaruje się nim co chwilę, nie smaruję się pomadką. Czasem zapominam, że powinnam poprawić makijaż czy fryzurę np. 10 kwietnia kiedy miałam dyżur przy okazji katastrofy smoleńskiej, miałam naprawdę głęboko gdzieś czy mi poleciały łzy, czy rozmazał mi się makijaż, ktoś mnie czesał, ktoś ubierał na czarno, ale to nie miało żadnego znaczenia. Wierzę w to, że to co mówię jest ważniejsze ponieważ gdzieś głęboko mam w sobie poczucie misji, że informowanie to jest jednak wpływanie na losy człowieka. To ważna część mojej pracy, właściwie najważniejsza, to mi przyświeca. Często jest tak, że po trzech dniach mam to samo ubranie i ktoś mi zwraca uwagę a ja nie pamiętam co miałam trzy dni temu bo to naprawdę nie jest ważne. Moja fundacja będzie miała na celu przekonywanie, że są ludzie, którzy są krytykowani za swój wygląd i jest to największe okrucieństwo jakie można zadać drugiemu człowiekowi. Np. powiedzieć komuś, że jest za niski żeby ubrać się tak, jak się ubrał albo ma za grube nogi na mini. A jeśli ja mając grube nogi włożę krótką spódniczkę i jestem z tego powodu szczęśliwa, to co komu do tego? Ja po prostu chce być wolna w tym wszystkim, nie podlegać ciągle ocenie poprzez pryzmat wyglądu. Jeśli chcecie mnie oceniać, to oceniajcie mnie tak żebym mogła się wybronić czyli merytorycznie. Oceńcie moją pracę. A jeśli mam grube i krótkie nogi i jestem na dodatek niska to jaki ja mam na to wpływ? Jak mogę dyskutować? Nie mogę.

A.K.: Wspomniała pani o wydarzeniach z 10 kwietnia 2010 roku. Jak wspomina pani ten dzień z perspektywy czasu?

B.T.: Nic się nie zmieniło ponieważ ten dzień będzie zawsze najtrudniejszym dniem w całym moim zawodowym życiu a pracuje już od dwudziestu lat. I myślę, że już nigdy później takiego dnia nie przeżyję. Myślę też, że nigdy nie będzie trzeba korzystać z doświadczeń, które nabyliśmy 10 kwietnia. Już kilka katastrof lotniczych na antenie „przeżyłam” i wiem jak się o nich opowiada. Wiem z czym się wiąże opowiadanie o wypadkach, o śmierci bo już na ten temat mówiłam na żywo. Jednak nigdy wcześniej nie miałam okazji opowiadać o śmierci ludzi, którzy są mi znani, i którzy jeszcze dzień wcześniej siedzieli w studiu na fotelu obok. Tym wszystkim mądrym głowom, które potem powiedziały, że dziennikarze nie zdali egzaminu bo popłynęła mi łza, bo mi się głos załamał mówię – usiądźcie na pięć minut, weźcie do ręki faks, który dostaliśmy na żywo bez możliwości przeczytania go wcześniej, z listą nazwisk ludzi, którzy zginęli. Ludzi, z których zdecydowaną większość znałam od dwudziestu lat i nie mogę o nich inaczej powiedzieć jak o kolegach z pracy. Tak po prostu było. Zapraszając tych ludzi do studia telewizyjnego, zapraszaliśmy ich do domów wszystkich ludzi. Jeśli ktoś, kto nas oglądał mógł tego dnia zakląć, zadzwonić do mamy, babci, sąsiadki, wyrazić jakkolwiek swoje emocje, poprzeżywać swoją żałobę, to my w czasie tego przedłużonego o kilka godzin dyżuru musieliśmy te emocje tłumić. One oczywiście musiały znaleźć gdzieś upust, bo to nie jest proste. Jesteśmy tylko ludźmi, a ja uważam, że jeśli mam ochotę zaśmiać się na antenie to nie będę się przed tym bronić, jeśli przychodzi mi zapłakać to też nie będę się przed tym bronić, bo jeśli mam mówić o prawdzie to sama nie mogę być nieprawdziwa i udawać, że mnie to nie rusza. Na pewno 10 kwietnia spowodował, że zamiast pogrubić swoją skorupę to ten pancerz troszeczkę mi się skruszył. Zawsze byłam mało odporna na krzywdę innych ludzi. Będąc na antenie dostałam informację od wydawcy, że „Młody Wałęsa miał wypadek – rozwalił się na motorze” musiałam o tym gadać z lekarzem czy rzecznikiem policji. Już wtedy wiedziałam, że to mnie rusza ponieważ Jarosława Wałęsę znam, był bohaterem mojej pierwszej książki i zaczynam rozmawiać z lekarzem, który nie wie czy on żyje. Ja też nie wiem, a muszę na antenie zachować zimną krew i kamienną twarz. Potem kończę program, wsiadam do samochodu i ryczę w głos. To są emocje, których nie sposób stłumić. Jest ciężko, ponieważ siedzą ludzie i oceniają nas: ” zapłacze, przełknie tę ślinę czy nie przełknie” tylko, że ja mam wtedy naprawdę gdzieś co sobie o mnie pomyślą. To są tylko emocje a my jesteśmy tylko ludźmi i w naszych żyłach płynie krew a nie beton.

A.K.: Co sądzi pani o bezkarności w internecie? O tym, że każdy może skrytykować każdego w nie zawsze kulturalny sposób?

B.T.: Uważam, że bezkarność w internecie osiągnęła już rozmiary tak duże, że to naprawdę trzeba ukrócić, trzeba coś z tym zrobić. Nie zrobi się tego poprzez karanie tych ludzi. Podejrzewam, że gdyby to nie było anonimowe to nie bylibyśmy tak odważni. Gdybyśmy musieli podpisywać się zawsze imieniem i nazwiskiem i zawsze można byłoby do nas dotrzeć . Myślę, że w takich sytuacjach bardzo ważna jest edukacja i uwrażliwianie. Takie proste rzeczy: czy tobie nie byłoby przykro gdyby ktoś napisał, że jesteś za niski, za gruby, garbaty i brzydki? Przecież to są tylko schematy społeczne. To my to stworzyliśmy i my możemy z nich wyjść. Nie ma nic prostszego niż powiedzenie ludziom, że wygląd nie jest najważniejszy a krytyka wyglądu czyli czegoś na co nie mamy wpływu jest największym okrucieństwem. Jedni nie są wrażliwi i to zignorują a inni są ludźmi bardzo wrażliwymi i wtedy kiedy taka krytyka padnie na podatny grunt to słowo może nawet zabić. Ludzie wrażliwi na swoim punkcie mogą nawet targnąć się na własne życie albo się chowają, unikają innych ludzi bo boją się konfrontacji ze społeczeństwem. Dlaczego my uzurpujemy sobie prawo do oceniania innych? Jakim prawem? Na dodatek nie znając ich.

A.K.: Jakie rady dałaby pani studentom i początkującym dziennikarzom?

B.T.: Myślę, że bez względu na to jaki wybierzemy kierunek studiów a mamy w sobie pasję dziennikarską czyli ciekawość świata, zainteresowanie tym co się dzieje wokół nas to powinniśmy próbować swoich sił już na studiach praktykując w mediach. Szukać możliwości praktykowania i sprawdzać się. Sądzę, że tylko praktyka pozwoli zweryfikować czy się do tego zawodu nadajemy. Bardzo często widzę ludzi, którzy przychodzą, łapią się za głowy i mówią: „W takim mrowisku to ja nigdy w życiu nie chcę pracować”. Być może nie musisz pracować w telewizji informacyjnej na żywo gdzie 24 godziny na dobę trzeba się mierzyć z różnymi informacjami. Możesz być równie dobrze wartościowym dziennikarzem miesięcznika, tygodnika, robić wspaniałe wywiady albo być dziennikarzem śledczym, który jak dojdzie do jakiejś afery i uda mu się ją rozwikłać, ma potężną satysfakcję. Tych branż dziennikarskich jest całe spektrum i można sobie wybierać. Podsumowując: próbować, pisać, sprawdzać się, praktykować i nie poddawać się.

Rozmawiała: Aleksandra KOŁOSOWSKA

(Wywiad ukazał się również w Radio Panda oraz na portalu Stacja Kultura)