Archiwa kategorii: Kultura

KILKA SŁÓW O KULTURZE OSOBISTEJ

Paulina Zych
Paulina Zych

Zawsze ten sam dylemat. Dać bezdomnemu na bułkę, czy nie dać? Ustąpić miejsca starszej pani w autobusie, czy nie ustąpić? Przepuścić kobietę przodem, czy nie przepuścić? Pocałować w dłoń, czy nie całować? Zwracać się do nauczyciela akademickiego – „Panie docencie”? Czy nie mówić nic? Oto jest pytanie.

Oglądam stare, dobre polskie filmy dla młodzieży, gdzie licea są podzielone na żeńskie i męskie a młodzież zwraca się do siebie per pan, pani. Widzę oczami wyobraźni uśmiech na twarzy współczesnego szesnastolatka, do którego rówieśnik zwróciłby się – „Panie Janku”. Postukałby pewnie jeszcze po czole kolegę. W najgorszym przypadku wyzwał od lizusa i kujona.

Zastanawiam się zatem, kiedy zdążyła umrzeć śmiercią naturalną sławetna, przedwojenna kultura osobista? Przecież większość świeżo upieczonych rodziców powraca do starodawnych imion: Jan, Antoni, Teofil, Stanisław…Można wymieniać bez końca imiona, które powróciły do łask. Absurd polega na tym, iż jeszcze do niedawna dzieci reagowały śmiechem na obecność w swoim gronie kolegi o imieniu Jasiu. Dlaczego zatem nie wraca na salony wraz ze staromodnymi imionami, kultura z czasów przedwojennych? Ani w szkole podstawowej, ani tym bardziej w średniej nie ma zajęć z dobrych obyczajów. Co prawda w kanonie istnieje religia z etyką, lecz tej drugiej jest tyle, co przysłowiowy kot napłakał.

Dziecko do piątego roku życia precyzuje „życiowy fundament” – jaki fundament, taka konstrukcja, oby nie legła w gruzach przedwcześnie. Właśnie na tym etapie, pierwszych pięciu lat, rejestruje najważniejsze czynności – mycie rączek przed obiadem, przyswajanie słowa „dzień dobry” na powitanie i „do widzenia” na pożegnanie. Dorośli, otaczający dziecko na tym etapie, mają poważną rolę do odegrania wobec własnej pociechy. Wpajanie dobrych obyczajów to nie lada wyzwanie, lecz bardzo opłacalne. Raduje serca widok dojrzałego mężczyzny, biegnącego w Dniu Matki do swojej rodzicielki z najpiękniejszym bukietem kwiatów. Nic tak nie działa na kobietę, jak mężczyzna przepuszczający ją przodem w drzwiach windy. Nic też tak nie działa na prawdziwego mężczyznę jak kobieta pełna ogłady, która wie, iż szlachetnego alkoholu nie łączy się z Colą. Warto też by panowie pamiętali, że nie żuje się gumy podczas rozmowy z kobietą, no i na odwrót. Kultura osobista jest nieodłącznym elementem naszego życia. Bez niej ciężko funkcjonować. Wyobraźmy sobie, że panowie pchają się przodem, kobiety piją z gwinta whiskey popijając Colą, młodzież nie ustępuje w autobusie miejsca starszym ludziom, a pracodawca podczas rozmowy kwalifikacyjnej żuje gumę i lekceważy rozmówcę ubiegającego się o stanowisko w jego firmie. Czy nie czujemy się zniesmaczeni w takich sytuacjach? Dbajmy o ludzi nas otaczających, im należy się szacunek, bo …kulturalnych ludzi słowo „przepraszam” nie trudzi.

 Paulina ZYCH

MÓJ TEATR ZAPRASZA NA KONCERT OUTSIDER BLUES&ROCK BAND!

Outsider blues & rock band
Poznańska grupa wykonująca głównie polski repertuar oparty na utworach
znakomitych zespołów rodzimej sceny muzycznej. Powstała w roku 2007r.
w jej skład wchodzą doświadczeni muzycy o szerokim spektrum
zainteresowań - od bluesa do jazzu. W grze zespołu słychać z jednej
strony szacunek dla blues-rockowej tradycji oraz muzycznych
pierwowzorów, a z drugiej chęć eksperymentowania. Za każdym razem
utwory brzmią inaczej i niepowtarzalnie.

www.myspace.com/outsider_blues

Outsider blues & rock band - 14 października, godz. 20.00
Miejsce: Mój Teatr, Poznań, ul. Gorczyczewskiego 2 (w pobliżu Polnej i
Bukowskiej)

Bilety (w cenie 15 zł ) można kupić w Moim Teatrze przed koncertem
(płatność gotówką) oraz zarezerwować przesyłając e-mail do
biuro@mojteatr.pl podając ilość biletów i oraz imię i nazwisko.
Bilety można również kupić w CIM przy ul. Ratajczaka 44 w Poznaniu

Zapraszamy!
Mój Teatr
Poznań
ul. Gorczyczewskiego 2

www.mojtetar.pl

 

WARSZAWA DA SIĘ LUBIĆ, CZYLI WOJSKA JERZEGO HOFFMANA NADAL W FORMIE

Mój dziadek, historyk, najlepszy nauczyciel, jakiego miałam i – mimo upływu lat – najmądrzejszy mężczyzna, z jakim przyszło mi obcować, mawia, że z filmów i książek fabularnych historii uczyć się nie podobna. W karierze zawodowej najbardziej bolało go, że zgodnie z „jedyną słuszną linią”, swego czasu musiał wykładać uczniom fałszywą historię.

Najnowszy obraz Jerzego Hoffmana „Bitwa Warszawska 1920” nie jest wystarczającym materiałem źródłowym do czerpania wiedzy historycznej. Jest jednak, podobnie jak wszystkie pozostałe filmy mistrza, kompozycją prawdziwa i zamkniętą.

Obsada filmu jest skończenie doskonała. Na ekranie pojawiają się aktorzy zarówno starego, jak i młodego pokolenia. Nie brakuje też tych z pokolenia „średniego”. Wszyscy zatrudnieni przez reżysera odtwórcy ról otrzymali jednakowo dobrą szkołę. Dzięki ich doskonałej dykcji i sztuce aktorskiej nie trzeba domyślać się kto co w danej chwili mówi i jakie emocje przekazuje. Postaci historyczne odzwierciedlone są tak dobrze, że trudno nie kupić Michała Żebrowskiego w roli premiera Grabskiego albo Daniela Olbrychskiego w roli Józefa Piłsudskiego. Nawet epizodyczne role zostały obsadzone aktorami najwyższej klasy, co uzasadnić można dbałością Hoffmana o każdy szczegół. W roli de Gaulle’a obsadzono Wiktora Zborowskiego, choć pojawia się na ekranie przez kilka sekund.

Fabuła filmu nie zaskakuje widza. W historyczne wydarzenia wpleciona jest dramatyczna historia żołnierza, Janka i artystki kabaretowej, Oli. Janek pada ofiarą wielu dziwnych, choć charakterystycznych dla tamtych czasów zbiegów okoliczności. Ola finalne rusza na wojnę nieść pomoc rannym w bitwie.

Godzien uznania jest most jaki Hoffman rozciąga między widzem starszego i młodego pokolenia. Bitwa Warszawska jest przedstawiona w taki sposób, w jaki mogliby ją opowiedzieć sami jej uczestnicy. Jest okrutna i brutalna, ale przenika się z elementami codzienności. Wojna trwa, ale w Warszawie lat dwudziestych jest miejsce na kabaret, dobroczynność, piękne kobiety, wódkę i żołnierską fetę. Ola, postać odtwarzana przez Nataszę Urbańską, uwodzi polskiego widza dobrze znanymi piosenkami patriotycznymi. Jest swoistym odbiciem mitologii Marusi na stałe wpisanej w polską kinematografię. Choć historia nie jest wyszukana, widza nie razi stereotypowe zakończenie filmu utrzymane w tonie „i żyli długo i szczęśliwie”, bo powszechnie wiadomo, że Jerzy Hoffman jest raczej zwolennikiem szczęśliwych, a przynajmniej estetycznych zakończeń.

Na uwagę zasługuje świadomy (?) ukłon autorów scenariusza w stronę młodego pokolenia, któremu ustami aktorów wyjaśniono trudne pojęcia (np. takie jak czekista) oraz przedstawiono najważniejsze postaci (takie jak Stalin, gdyby ktoś nie rozpoznał). Najważniejsze fakty historyczne też zostały podane jasno i przejrzyście i szkoda tylko, że Marszałek nie przeklina tak jak przeklinał w rzeczywistości.

Muzyka i udźwiękowienie produkcji nie pozostawiają nic do życzenia. I nawet jeśli komuś nie przypadł do gustu pomysł z ukazaniem Bitwy Warszawskiej w trójwymiarze, powinien dziękować, że to Jerzy Hoffman, a nie kto inny skroił pierwsze polskie 3D.

Platon dopuścił się stwierdzenia, że tylko ci, którzy ponieśli śmierć w walce, widzieli koniec wojny. Ci, którzy poszli na „Bitwę Warszawską 1920” widzieli wojny fragment. Nie nauczyli się przez to historii. Ale jeśli dzięki pracy czołowych polskich aktorów i filmowców ludzie zechcą zajrzeć do podręczników celem odświeżenia i poszerzenia wiedzy o własnym kraju, to znaczy, że kino Hoffmana nadal jest nam potrzebne.

Paulina REZMER

TANIA KSIĄŻKA

Jest pewna rzecz, oprócz plaży, fal i jodu, przez którą dodatkowo uwielbiam jeździć nad morze i to właśnie nad to nasze morze, polskie.
Nigdy wcześniej o tym fakcie nie myślałam, dopiero w tym roku zrozumiałam, że pierwsza rzecz, którą robię, po jako takim wypakowaniu się, jest spacer po miasteczku, do którego akurat przyjechałam i odwiedzenie uroczych, dużych stoisk z tanimi książkami. Wchodzę tam za każdym razem ucieszona jak małe dziecko, które właśnie dostało lizaka w ulubionym smaku. Uwielbiam te chwile zapomnienia, kiedy stoi się przy dużym koszu i przerzuca książki, a kupuje się je na zasadzie: „ten tytuł jest ciekawy”. Jest to jeden z nielicznych punktów, przy których pójście do kasy nie budzi spazmatycznych napadów płaczu lub silnych palpitacji serca. Książki w cenach od 5 do 15 zł to istne okazje dla zapalonych czytelników, ale także dla osób, które chcą kupić tanio prezent lub nie są pewni swojego uwielbienia do czytania. Kupując za taką cenę ładnie wydany egzemplarz, człowiek będzie się cieszył podwójnie, a nawet jak książka nie będzie mu się za bardzo podobała, nie będzie miał wyrzutów sumienia z powodu wydanych pieniędzy. Pocieszający jest fakt, że nie tylko nad morzem można napotkać takie punkt sprzedaży, ale także coraz częściej stoiska są obecne w centrach handlowych lub na dworcach. Nie jesteśmy zatem skazani na kolorowe gazetki w pociągu, ale za naprawdę niską cenę, możemy sobie kupić książkę. Oferta jest na tyle szeroka, że to zależy od nas, czy chcemy czytać o kolejnej nieudanej miłości młodej kobiety, która po zawodzie ni stąd ni zowąd postanawia przewrócić swoje życie do góry nogami, czy może zatracimy się w powieści, gdzie naukowiec postanawia utworzyć nową cywilizację poprzez zmutowanie ślimaków i dzikich psów dingo, co oczywiście zaowocuje poważnym zagrożeniem dla ludności i całe stado wyszkolonych marines będzie zmagało się z dingo-ślimakami. Co chcemy czytać, zależy tylko od nas. Pewne jest to, że Tania Książka pozwala nam te preferencje spełniać.
Tak jak kupno nowej sukienki lub dobrego pióra, zakup książki może budzić szeroki uśmiech. Pocieszające jest to, że istnieje alternatywa dla Empików lub typowych księgarń. Zakupy w Taniej Książce mogą nas wyratować z niejednej opresji, typu długa, nudna podróż pociągiem, ale przede wszystkim często wyratują stan naszego portfela. Synonimem książki wcale nie musi być majątek. Pamiętajmy, że czytanie książek, a co za tym idzie napawanie się kulturą, nie musi być drogie.

Ada DYMEK

OPOWIADANIA CYKLICZNE PAWŁA SEMMLERA

RACHUNEK ZA MÓZG

Lubiłem przechadzać się Piątą Aleją i wybierać z tłumu romantyczne kobiety, i wyobrażać sobie, że za kilka minut mam wejść w ich życie, a każda z nich nigdy się o tym ani nie dowie, ani nie będzie mogła się temu sprzeciwić.

F.S. Fitzgerald

1.

Powiedzmy, że mam na imię Les, bo chociaż wcale tak nie jest, to nie ma to najmniejszego znaczenia. Imię to przyśniło mi się kiedyś, wędrowałem wtedy w majakach, rozwiązując zagadki podsunięte mi przez podświadomość. I natknąłem się na Lesa, wykapanego „ja”. Tak mi się spodobał, że kierując się pierwszym, trudnym do zlekceważenia impulsem, postanowiłem zostać właśnie „nim”. Lesem. Później przyśniła mi się Ava. Ta opowieść jest także o niej, podobnie jak o Floodzie, Tifonie i małym, aczkolwiek przydatnym – mógłbym nawet rzec, że przewrotnie życiodajnym gadżecie – mobvelu. Wszystko jest prawdą, bo zdarzyło się w rzeczywistości, chociaż opisując te wydarzenia pozwoliłem sobie na odrobinę kontrolowanej ekstrawagancji. Przybrałem imię osoby nierealnej, wytworzonej przez mój umysł, niejako narzuconej mi przez procesy, które odbywały się w mojej głowie. Dlaczego? Bo tak łatwiej – spoglądać na siebie z zewnątrz, wczuć się w teraźniejszość w taki sposób, aby postrzegać siebie i myśleć o sobie w trzeciej osobie. Gdy to przeczytacie, to zrozumiecie. A może nie..?

W pokoju są trzy osoby. Kobieta – zakładniczka, z zakneblowanymi ustami przywiązana do drewnianego krzesła. Obok niej, mężczyzna. Wystraszony, sparaliżowany sytuacją w taki sposób, że jedyne na co go stać, to otwarte z przerażenia usta. No i jeszcze on. Z pistoletem w ręce. Z lufą wycelowaną prosto w wystraszoną dwójkę. Uśmiecha się, czekając na dogodną chwilę, bo chociaż logiczne byłoby strzelić właśnie teraz, czeka z egzekucją do ostatniej chwili. Zawsze zastanawiałem się, po co to robią? Dlaczego nie strzelają w najbardziej dogodnym momencie? Teraz już wiem. Delektują się do ostatniej chwili strachem innych, dają rozkoszną, okrutną pożywkę swoim chorym fantazjom. Widziałem ich dziesiątki i nigdy nie rozumiałem, chociaż tak bardzo pragnąłem pojąć, co siedzi w ich głowie. Czy tak, jak u mnie, ich myśli są jak zardzewiałe okręty atomowe, nie mogące wydostać się z doków – cmentarzysk, skazane na egzystencję i powolne umieranie w zapomnieniu i niebycie? Próbowałem wchodzić w ich głowy, dedukować, rozważać różne warianty i dociekać, na co jeszcze ich stać? Wyobrażałem sobie, że jestem nimi, próbując zrozumieć dlaczego są źli. Źli? Czy na pewno? Może to tylko moja uproszczona wizja rzeczywistości, po prostu taki schemat?

Deszcz niemiłosiernie moczył moje włosy. Było jeszcze ciemno, a ja już od godziny pracowałem. Z papierowym kubkiem w dłoni, z którego parował aromatyczny, czarny napój, szedłem w stronę domu, a właściwie rudery, która nie wiadomo jakim sposobem uchowała się w tej centralnej dzielnicy miasta. Patrol był już na miejscu, czekali tylko na mnie i koronera. Nachyliłem się i przeszedłem pod rozciągniętą, żółtą taśmą z napisem „Policja” i po chwili, otrzepując płaszcz z kropel deszczu, znalazłem się w ponurym i śmierdzącym stęchlizną wnętrzu. Brak prądu. Wilgotno. Kręcący się wszędzie funkcjonariusze, którzy w tych warunkach, z pewnością zatarli wszystkie ślady. Trafiłem tylko po smugach światła, wydobywających się ze wszechobecnych, włączonych latarek.

– Znów dwie ofiary – usłyszałem z boku. Porucznik w cywilu popijał kawę, podobnie jak ja.

– Spokrewnieni? – zapytałem odruchowo. Przytaknął. Do pomieszczenia, w którym znajdowały się ciała wszedłem jedynie z obowiązku. Wiedziałem, co zastanę. Dwa trupy, zero śladów, brak narzędzia zbrodni. To już trzecie zdarzenie tego typu w ciągu dosłownie kilku dni. Zbyt dużo, aby był to przypadek.

– To znaleźliśmy na ich ciałach, panie Flood. Proszę spojrzeć – Porucznik podał mi przeźroczystą, papierową kopertę, którą oświetlił latarką. W środku znajdowały się dwa, znane mi już przedmioty. Cienkie, holograficzne folie, bez jakichkolwiek napisów, czy symboli. Dokładnie takie same, jak u pozostałych czterech ofiar.

Przebudziła się. To przez ból głowy, jak zwykle pojawiający się nagle, znienacka. Otoczenie, w którym się znalazła było jednak obce, jakieś inne niż przed snem, nieznane. Znajdowała się w ciemnym pokoju, ale nie z powodu braku okien – szybko zorientowała się, że musi być noc, albo przynajmniej późny wieczór. Podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę, a gdy je uchyliła, jej oczom ukazał się równie ciemny korytarz. Zeszła po schodach na dół, w stronę skąd dochodziła cicha muzyka. Walcząc ze zmagającym się bólem, powoli podążała przed siebie. Dopiero teraz poczuła, że oprócz głowy boli ją także ramię, a prawa ręka jest całkiem ścierpnięta. Pocierając ją, dotarła do salonu, na środku którego stał fotel, a w nim drzemała jakaś kobieta. Jakby ją znała, ale nie do końca… Podeszła bliżej, prawie na wyciągnięcie ręki, gdy kobieta nagle drgnęła i szeroko otwarła oczy. Czy to był uśmiech? A może raczej zaskoczenie, bo nagle wstała z fotela i w nienaturalny sposób wyszeptała:

– Helen.., Helen, to ty?

Ból stał się nieznośny, ścierpnięta ręka ważyła chyba z tonę. Dziewczyna z przerażeniem spojrzała na kobietę, która zrobiła w jej stronę dwa kroki.

– Kim jesteś? – zapytała przestraszona.

– Helen, to ja. Twoja siostra. Helen…

Nie dokończyła. Ręce dziewczyny ze wściekłością zacisnęły się na jej gardle. Kobieta charknęła, gdy silne palce dziewczyny miażdżyły jej grdykę, a długie paznokcie wbijały się w szyję ofiary. Gdy ciało bezwładnie opadło na fotel, dziewczyna odwróciła się i spokojnym krokiem podążyła z powrotem w stronę schodów. Weszła na piętro i udała się do łazienki. Napuściła gorącą wodę do wanny, weszła w ubraniu do środka i nałożywszy na głowę foliowy worek, oddała się wiecznej kontemplacji.

Siedziałem za biurkiem, a przed oczami miałem autostradę. Wyobrażałem sobie, że jedynym moim zadaniem jest przejść przez nią na drugą stronę. Osiem pasów, po cztery w każdym kierunku, a na każdym z nich pędzący pojazd. Tak się czułem, spoglądając na kolejne dwie folie, nieduże – jakieś pięć na trzy centymetry, leżące przede mną, z krótkim, dodanym na osobnej kartce komentarzem: „substancja cyfrowo – organiczna, pochodzenie i dokładny skład nieznane”. Tak, byłem tym szaleńcem, który próbował się przedostać przez ruchliwą jezdnię, przejść na drugą stronę i dotrzeć do celu, ale wciąż stałem w miejscu, nie wiedząc jak zrobić ten pierwszy krok. Kilka przecznic dalej, w budynku prosektorium znajdowały się dwa kolejne ciała – młodych kobiet, sióstr, znalezionych tego południa. To już osiem ofiar. Ich zdjęcia nic mi nie mówiły, nie stwierdzono nawet udziału osób trzecich. Jedyne, co miałem, to te dziwne folie z symbolem rozpoznanym dopiero pod czułym mikroskopem, umieszczonym w rogu każdej z nich. Coś jakby wielbłąd, a raczej jego garby, układające się w literę „M”. Tylko tyle udało nam się odkryć. Nad sprawą pracowało kilkanaście osób, a ja wciąż czekałem na raporty. Na razie jednak, brak było jakichkolwiek świadków, nikt nic nie słyszał, ani nie widział. Właściwie, gdyby nie fakt, że każda z ofiar posiadała ten niespotykany plaster na swoim prawym ramieniu, sprawę można by uznać za nierozwiązaną, albo zrzucić odpowiedzialność za zbrodnie na stan psychiczny nieboszczyków. Oczywiście, niesamowite było już to, że każda z par była ze sobą spokrewniona, co pozwalało domniemać, że rodzinne zabójstwa musiały mieć jakąś przyczynę. W każdym przypadku jednak, po dokonaniu morderstwa, zabójca popełniał samobójstwo, bądź to w przypływie poczucia winy lub też nagłego postradania zmysłów. I właśnie wtedy, gdy bliski już byłem zrezygnowania i odłożenia tej sprawy ad acta, wpadłem na szaleńczy i dziwaczny pomysł, aby tajemniczą folię, przypominającą mi do złudzenia plaster, przykleić na swoje prawe ramię.

Nie, z pewnością nie był to sen. Gdyby próbować ująć to w takiej właśnie kategorii, sprowadzającej się do określenia, co jest jawą, co majakiem, a co objęciem Morfeusza, należałoby dodać jeszcze jeden stan – pobudzenie. Ale nie nagłe, o silnym odczuciu szybkiego przypływu energii, raczej pozostające gdzieś poza sferą całkowitej świadomości, owiane jakby mgłą, czymś zamraczającym jego dosłowne znaczenie. Bo ileż razy w sny wkradała się moc, nadająca naszym mózgom chęć biegu, fizycznego podążania za czymś lub zmuszająca ciało do skoku w dół? Teraz też biegłem, podniecony, pełen sił i wiary we własne mięśnie. Goniłem za pociągiem, zbiegając ze stromej skarpy wprost na żelazne, lśniące w słońcu szyny. Moje nogi pozbawione tułowia, jak w obrazach z San Gottardo, pędziły z niespotykaną wcześniej prędkością, tworząc między ciałem a powierzchnią torów coś na kształt niemiłosiernie kręcącego się kołowrotka. I kiedy w końcu dopadłem stalowej maszyny, nie miałem czym się uchwycić, wciągnąć na pędzący pojazd. Biegłem więc równolegle do niego, a moim nieistniejącym oczom (tak, pomimo tego widziałem!) ukazywały się obrazy zza szyb jadącego pociągu. Dopiero wtedy zrozumiałem, że ja nie patrzę, bo jak patrzeć, gdy się nie ma oczu? Widziałem tylko pociąg i biegnące obok niego nogi, a wszystko z pozycji obserwatora, kogoś kto właśnie mógł stać z boku lub oglądać te sceny na jakimś zapisie, może taśmie, albo po prostu ekranie telewizora. I faktycznie tak było, bo obok mnie na kanapie siedziała dziewczyna i wpatrywała się w przesuwające na ekranie obrazy, jak ja, zupełnie nie zwracając w tej chwili na mnie uwagi. Chyba była ładne, nawet nie wiem. Kompletnie zaprzątnięty tym, co obserwowałem, oszołomiony scenami, odnotowałem jedynie jej obecność, całą uwagę poświęcając odbiornikowi. A nogi wciąż biegły, jakby chciały przegonić stalowego giganta i w końcu stanąć naprzeciw niego na szynach, czekając na zetknięcie z niewyobrażalną materią.

2.

Dziewczyna szła środkiem alei biegnącej przez centrum handlowe. Spośród innych kobiet w tym miejscu, wyróżniały ją krótko obcięte, czarne włosy i smukła, zgrabna sylwetka. Poza tym wąskie, przylegające do ciała dżinsy i biała koszulka na naradkach, a także modne, sportowe obuwie. Mogłaby w duszy powiedzieć: „to nad wyraz ponętne”, ale chociaż tak myślała, ignorowała każde ciekawe spojrzenie. Szła nie rozglądając się, zdecydowanie, jakby podążając w konkretne miejsce i w określonym celu. Za sklepem GAP-a, skręciła w lewo schodząc z głównej alei w jedną z bocznych uliczek. Nieco węższy korytarz kończył się kawiarnią i tam właśnie się skierowała. Już w środku, podeszła do lady i zamówiła kawę. Usiadła przy stoliku i czekając na napój, wyciągnęła z kieszeni dżinsów telefon komórkowy, na ekranie którego, na pasku widgetów widniała informacja: „zadzwoń do brata – pilne!”. Zanim jednak zdążyła wybrać numer, przy jej stoliku stanęła kelnerka z filiżanką aromatycznej kawy.

– Przepraszam, ale chyba się pani zraniła – powiedziała do dziewczyny, jednocześnie przekładając filiżankę z tacki na stolik.

Czarnowłosa podążyła za wzrokiem kelnerki. Ta, spoglądała na jej ramię, robiąc wymowną minę. Na prawej ręce dziewczyny znajdował się cienki plaster, całkowicie przesiąknięty już krwią, spod którego ciekła czerwona stróżka. Ramię wydawało się opuchnięte, a od obojczyka ku dołowi szedł coraz ciemniejszy siniak.

Może nawet nie zauważyłbym różnicy, gdyby nie ten specyficzny zapach. Z początku nie mogłem go rozpoznać, chociaż do złudzenia przypominał mi coś znajomego, z czym z pewnością już się zetknąłem. Bardzo znajomego. Skojarzenie było tak natrętne, że z uporem zacząłem sięgać pamięcią do jej najdalszych zakamarków. I gdy w końcu zorientowałem się, że tak pachniał kiedyś luksus, który dzisiaj już całkowicie spowszedniał, bo to, co było TAM, w końcu dotarło i TUTAJ, w zapach i poczucie otoczenia, oprócz nozdrzy zaangażowane zostało całe moje ciało. Czułem się.. ciasno. Jakby pokryty elastyczną powłoką, poruszałem się ruchem jednostajnym, zupełnie nie wiedząc gdzie i dlaczego? Ten stan trwał już jakiś czas, gdy w końcu pojąłem, iż zupełnie nie kontroluję tego, co dzieje się z moim ciałem, a na domiar, nie jestem w stanie określić swojego położenia. Po kilku minutach odzyskałem wzrok, chociaż jak się później okazało, cały czas widziałem tylko nie wiedziałem jak patrzeć. Gdy jednak odzyskałem tę zdolność, ujrzałem nieznane mi dotąd otoczenie, pełne ludzi, chaosu i gwaru. No i ta skorupa naciskająca na wszystkie moje członki.. Skierowałem spojrzenie w dół i patrząc na swoje ciało zrozumiałem powód tego cielesnego dyskomfortu. W miejscu, gdzie zazwyczaj znajdowały się moje ulubione, wygodne i szerokie spodnie, teraz wciśnięty byłem w niewiarygodnie obcisłe dżinsy, a moje biodra i nogi wyglądały nad wyraz kobieco. I może wcale nie byłoby to aż tak szokujące – mógłbym przecież założyć, że wciąż tkwię w jakimś dziwacznym i na swój sposób koszmarnym śnie – gdyby nie to, ze moje ciało wykonywało ruchy, na które nie miałem żadnego wpływu. Chciałem otworzyć usta, ale także ta czynność spełzła na niczym, co było dla mnie tym bardziej dołujące, iż wydało mi się, że postać w której się znajduję, rozmawia właśnie przez telefon.

Wiedziała, co ma zrobić, gdyby z plastrem działo się coś dziwnego. Tę regułkę trzeba było znać prawie na pamięć, a dodatkowo, wraz z programem w ramach usługi dodawano darmową aplikację do telefonu komórkowego, oczywiście z bezpłatną możliwością połączenia się z serwisem. Skorzystała z tej możliwości, dokładnie relacjonując konsultantowi jakie zaobserwowała objawy. Z jej ciałem działo się coś niedobrego i tak też to zdiagnozowano, gdzieś tam, po drugiej stronie wiązki fali. Zgodnie z zaleceniem, o którym ją poinformowano, miała się natychmiast udać do jednej ze stacji monitoringu, której adres również jej podano. Postanowiła zrobić to bezzwłocznie, szybko opuszczając centrum handlowe i kierując się do metra.

Po kilkunastu minutach podróży podziemną koleją, dotarła do jednej z położonych na obrzeżach centrum miasta dzielnicy. Bywała tam rzadko – mieszkała dokładnie po drugiej stronie metropolii, a w tym miejscu była może zaledwie kilka razy. Niemniej jednak, znała te ulice, orientowała się dokąd iść. Hotel, którego szukała, okazał się niewielkim, samodzielnie stojącym budynkiem, najprawdopodobniej przerobionym na potrzeby noclegowni, byłym wielorodzinnym domem. Trzymając się za bolące ramię, weszła do pustego holu i zgodnie z instrukcją poprosiła o klucz do pokoju numer 23. Recepcjonista podał go jej bez słowa, uśmiechając się jedynie i uprzejmie wskazując schody. Windy nie było. Po chwili była już na piętrze, gdzie bez problemu odnalazła odpowiednie drzwi. Otwierała je już potwornie zmęczona, a gdy w końcu się z nimi uporała, od razu podeszła do pokojowego barku. Spośród kilku butelek z markowymi alkoholami, wyciągnęła z lodówki przeźroczystą, wypełnioną białym jak mleko płynem. Na niewielkiej etykiecie znajdował się napis: „100% XNT. DRINK ME”.

Napój miał smak cytrynowo – białkowy. Wyczuła na języku i podniebieniu jego delikatną lepkość, ale mimo to, płyn przyjemnie przeszedł przez gardło i rozlał się po jej wnętrznościach. Przez dłuższą chwilę nie czuła nic szczególnego, może jedynie to, że zmęczenie nieznacznie ustąpiło. Potem coś zawirowało w jej głowie, obraz trochę się wyostrzył, przechodząc od wyeksponowania szczegółów aż do mglistego, niewyraźnego odcienia, zachodzącego na wszystko, co dotychczas dostrzegała. Nie zasypiała, ani nie czuła tego charakterystycznego „odlotu”, który zazwyczaj pojawiał się po zażyciu jakiegoś halucynogenu. Po prostu odprężała się, zostawiając ciało gdzieś obok. Jakież było jej zaskoczenie, choć wcale nie gwałtowne, gdy to, co przed chwilę wchłonęła przez gardło, po dostaniu się do układu pokarmowego, zaczęło do niej mówić. Słyszała, ale nie konwencjonalnie za pomocą najodpowiedniejszych do tego organów, czyli uszu, nie jak człowiek, czy nawet ssak. Dźwięk dochodził gdzieś z wewnątrz, przebijając się przez jej krwiobieg, żołądek, serce, płuca i mięśnie. Gdy jednocześnie z tym zaskakującym stanem, sprzed jej oczu ustępowała w końcu biała, gęsta mgła, zaczęła postrzegać siebie (ciągle z boku), siedzącą przy barze, w którym grała muzyka, a ludzie pili drinki i głośno rozmawiali. Tuż obok niej, na stołku barowym siedziało COŚ – oślepiające, błyszczące i niekształtne, trudne do racjonalnego zdefiniowania.

– Witaj Avo – COŚ odezwało się, ale jego głos dobiegał dobiegał ciągle z wnętrza dziewczyny – Wypijając mnie, uruchomiłaś program naprawczy „mobvela”, czyli urządzenia którego jesteś użytkownikiem. Za chwilę przekażę ci niezbędne informacje, a ty musisz jedynie zachować spokój i zastosować się do podanych wskazówek. Oczywiście jest to zalecenie, a ostateczną decyzję pozostawiam tobie.

Dziewczyna skinęła głową zgadzając się. Tylko na taki ruch było ją teraz stać. Zdawała sobie sprawę, że aby nie stracić gwarancji na „mobvela”, musiała działać zgodnie z instrukcją. Dopiero późniejsze decyzje, jak poinformowało ją COŚ, należały do jej suwerenności.

Ciało, w którym się znajdowałem, usiadło. Dla mnie nie miało to najmniejszego znaczenia, bo i tak nie odczuwałem nic fizycznego, nic, co wykraczałoby poza bezpośrednie doznania mojego mózgu, uwolnionego z kontroli nad nerwami. Widziałem, czułem zapach, rozróżniałem dźwięki i na razie to było wszystko, co byłem w stanie rozpoznać i zdefiniować od czasu, gdy znalazłem się w tej niezwykłej pozycji. Skorupa, a ja w jej wnętrzu, rozciągnęła się na łóżku, rozkosznie to napinając, to luzując swoje mięśnie. Długie, obciśnięte cienkim dżinsem nogi, z tej niespotykanej dla mnie perspektywy wyglądały bardzo ponętnie. Dostrzegałem je, pomimo widniejących na pierwszym planie dwóch białych wzgórz, które były piersiami kobiety, zanurzonymi pod białym podkoszulkiem. I gdybym nie czuł jakiejś dziwnej, osobliwej więzi z tym dziewczęcym ciałem, które w niewyjaśniony dla mnie sposób stało się dawcą mojej świadomości, być może nawet bym się zakochał. Przez chwilę pomyślałem też, iż żałuję, że nie panuję nad jej rękami, bo niechybnie powędrowałbym palcami tam, gdzie szczyty wzniesień zakończone były kolistymi skałami.

Moje chwilowe fantazje przerwała nagła fala adrenaliny. Pobudzenie było tak silne, że natychmiast odrzuciło moje erotyczne myśli, gdzieś na bok, od razu przywołując stan czujności. Dziewczyna ciągle leżała z otwartymi oczami, a ja wpatrywałem się teraz w biały jak śnieg sufit, a do mojej jaźni zaczęły dobiegać jakieś dźwięki z jej wnętrza. Był to głos, ciepły, miły i lekko mechaniczny. Nie mogłem jednak rozróżnić, czy jego właścicielem jest kobieta, czy raczej mężczyzna. Był bezpłciowy, ale i tak od razu wydało mi się to bez jakiegokolwiek znaczenia. Z tego, co udało mi się zrozumieć, głos podawał jakieś parametry, wymieniał nieznane mi nazwy oraz dane, których nie kojarzyłem. Gdy się już do niego przyzwyczaiłem, ten zmodulowany dźwięk stał się dla mnie nareszcie zrozumiały. Dziewczyna wciąż leżała, a ja poczułem, że słucha tych dochodzących z niej słów, tak samo jak ja.

– … decyzję pozostawiam tobie. Nazywam się Tifon i jestem przewodnikiem po urządzeniu oraz jego oprogramowaniu o nazwie „mobvel”, czyli „mobilny wielbłąd”. „Mobvel” jest wynikiem wieloletnich badań, które zakończone sukcesem przyczyniły się do stworzenia niezwykle technologicznie zaawansowanego programu, który wkrótce zrewolucjonizuje ludzkie życie. Dzięki wspomnianej technologii oraz wykorzystaniu naszego umysłu, specjalnie dla ciebie stworzono możliwość funkcjonowania w mózgu innego człowieka, którego nazywamy „dawcą”. Umieszczone, skoncentrowane na plastrze nano impulsy wchodzą w reakcję z elementami organicznymi i przekazują odpowiednią informację z mózgu dawcy do twojej świadomości. Jesteś jedynie najemcą plastra, z którego czerpiesz takie doznania jak: postrzeganie, węch, smak i o ograniczonym natężeniu czucie, osoby której kod genetyczny oraz sygnał łączący cię z jej czterema płatami mózgowymi umieszczono w konstrukcji „mobvela”. Dzięki temu, w czasie rzeczywistym znajdujesz się w umyśle tej osoby i jesteś tego świadoma, chociaż nie masz jakiegokolwiek wpływu na jej poczynania. Jeżeli zarejestrowałaś się w naszej bazie danych, to jednocześnie wyraziłaś zgodę na pobranie twojego kodu i łączność z twoim mózgiem. Tak więc, w tej chwili i ty możesz być dawcą. Taki mechanizm pomaga ludziom w osiąganiu wyższego poziomu inteligencji, ponieważ gdy zbliża się ona do kresu naszych możliwości (z powodów jak najbardziej fizycznych), tylko kolektywne działanie jest w stanie zapewnić nam jej dalszą ewolucję. Przypominam także, że nasz produkt jest chroniony prawnie, a jego patent podlega prawom autorskim. Obowiązkową informację przedstawił Tifon. Jeśli masz pytania dotyczące „mobvela”, to teraz chętnie udzielę ci wszelkich możliwych odpowiedzi.

– Mój plaster krwawi – teraz był to już głos dziewczyny. Rozpoznałem go bez problemu, bo przecież wcześniej rozmawiała już przez telefon. Poza tym, czułem ten głos całym sobą, a raczej tym, czym w tej chwili w jej głowie byłem – Zsiniało mi ramię i zaczynam odczuwać silny ból. Czy te objawy mają jakiś związek z „mobvelem”? Czy coś się z nim dzieje? Zepsuł się?

– Prawdopodobnie wystąpiły przejściowe niedogodności związane z funkcjonowaniem twojego „dawcy” – znowu odezwał się Tifon – Może to być zwykłe, mechaniczne uszkodzenie plastra lub atak wirusa, co niestety też się zdarza. Więcej dokładniejszych informacji będę mógł udzielić, gdy ponownie zalogujesz się do mojego systemu, gdyż obecnie zbieram dane na temat występującego problemu. W tym celu odpręż się, odczekaj trzydzieści minut, aż zneutralizuję się w twoim organizmie i wypij mnie ponownie.

Byłem więc w dawcy, który być może miał problem, bo sam korzystał z mózgu kogoś trzeciego. Jaki to jednak miało związek ze zgonem sióstr i czy w ogóle w tym wypadku występowały jakieś wspólne elementy? Tego nie wiedziałem, ale zbyt zaaferowany moim nowym stanem, postanowiłem w miarę cierpliwie czekać na dalszy rozwój sytuacji. Dzielenie świadomości z tym wspaniałym ciałem, wydawało mi się teraz dość ekscytujące. Zdążyłem jeszcze usłyszeć ostatnie słowa Tifona: „ z obowiązku wspomnę tylko, że nasz produkt ma charakter komercyjny i dlatego proszę pamiętać, że wszystko co przeżywasz w „mobvelu” jest na odwrót”, i postanowiłem poddać się zalecanemu odprężeniu.

Katalogiem różnic dzielących kobietę i mężczyznę, obdarzyć by można nie jeden opasły tom. Ciekawy byłem, jak mój „dawca” – dziewczyna o nieprzeciętnej urodzie i figurze, spożytkuje czas przeznaczony na odprężenie. Pomny własnych, męskich przyzwyczajeń, oczekiwałem czegoś niezwykłego, a przynajmniej chociażby miłego. My, chcąc się wyluzować, a to w tym przypadku było zgodne z zaleceniem Tifona, pijemy alkohol w miłym towarzystwie, oglądamy sport w telewizji, uprawiamy seks. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy dziewczyna wstała z łóżka i nic nie robiąc sobie z tego, że jest właśnie w hotelowym pokoju, zaczęła go.. sprzątać! Skonsternowany, pomyślałem jeszcze, iż dobrze się stało, że nie jest u siebie – wtedy z pewnością zaczęłaby myć szyby albo prasować dżinsy. Na szczęście trwało to tylko pół godziny. Dokładnie po tym czasie, dziewczyna ponownie sięgnęła po butelkę i po chwili, cała procedura rozpoczęła się od początku. Po wypowiedzeniu obowiązkowej regułki, Tifon przystąpił do konkretów:

– Użytkownik „mobvela”, Ava Biff, padł ofiarą wirusa o nazwie „dudajev”, który zainfekował najpierw umysł dawcy, a później za pomocą impulsu przebił się na konstrukcję plastra, który Biff użytkuje. Na obecną chwilę straciliśmy kontakt z dawcą i próbujemy go zlokalizować, ale istnieje obawa, iż doszło do najgorszego. „Dudajev” powoduje urojenie typu DMS, czyli syndrom niewłaściwego rozpoznania, co jest tożsame z problemem, który w medycynie diagnozowany jest jako Capgras. Zainfekowany dawca twierdzi, że bliska mu osoba, najczęściej o bezpośrednim pokrewieństwie, zmienia się lub jest zastąpiona inną. Wygląda tak samo, chociaż chory mózg temu zaprzecza. Powoduje to powstanie stanu agresywności wobec bliskiego, włącznie z naruszeniem jego cielesności. „Dudajev” jest tym bardziej niebezpieczny, iż po Capgrasie natychmiast pojawia się syndrom Cotarda, czyli przekonanie, że się nie żyje. Najprawdopodobniej więc, dawca Avy Biff spowodował uszkodzenie ciała innej osoby – spokrewnionej, a później popełnił samobójstwo. Do momentu całkowitego rozpoznania sytuacji i uporania się z problemem, wzywa się użytkownika Avę Biff do natychmiastowego usunięcia „mobvela” ze swojego ciała.

A więc miała na imię Ava. Ava Biff. To ciało należało do niej, a ja byłem obecnie częścią jej świadomości. Dzięki temu rozumiałem, co tak naprawdę się stało i skąd się tu wziąłem. Kobieta, która zabiła swoją siostrę, a później popełniła samobójstwo była użytkownikiem Avy. Kogo jednak użytkowała Ava? W czyim umyśle się teraz znajdowała? No i czy kolejny dawca popełnił kolejną zbrodnię, a potem odebrał sobie życie? Wszystko wskazywało na to, że tak. Poza tym, dziewczyna miała przecież brata, do którego tego dnia dzwoniła, a „dudajev” rozprzestrzeniał się bardzo szybko w „mobvelu”.

3.

Huk był ogłuszający. Do tego, te sugestywne drgania przywodzące na myśl wielki, betonowy budynek, którego najwyższe piętra zapadając się, wciskały w podłoże wszystko to, co miały pod sobą. Gdy sufit uginał się pod napierającym żelbetonem, włączyły się przeciwpożarowe zraszacze, a ja powoli, aczkolwiek zdecydowanie odrywałem plaster z sinego i spuchniętego już ramienia. Nagle w uszach zapanowała cisza, otoczenie przestało wibrować, a ja znów siedziałem za biurkiem w swoim pokoju, na posterunku. Od razu poczułem pragnienie, jakby pobyt w „mobvelu” oprócz doznań natury psychicznej miał także inne konsekwencje. I z pewnością tak było, wystarczyło jedno spojrzenie na opuchnięte, prawe przedramię.

Dochodziłem do siebie jeszcze przez kilka godzin. Wieczorem postanowiłem nareszcie pójść do domu i odpocząć, w końcu sen miał zbawienne działanie w takich sytuacjach. Nie odbierałem telefonów, zostawiając na poczcie głosowej informację: „ tu Flood, nie mogę teraz odebrać, oddzwonię później”. Od przyszłego poranka czekała mnie równie ciężka praca, jak tego dnia i chociaż zdołałem dowiedzieć się już bardzo wiele, śledztwo nadal pozostawało nierozwiązane. Liczyłem, że tych kilka godzin snu odświeży mój umysł i pozwoli na skuteczne kontynuowanie tej zawiłej sprawy.

Sen nie należał do najprzyjemniejszych. Byłem w nim częścią jakiegoś łańcucha sieciowego, podającego się za kogoś lub coś, czym nie był. Ciągle prosiłem, błagałem wręcz o to, aby każdy adresat odsyłał mnie dalej i dalej. Najbardziej żenujące w tym wszystkim było to, że za każdym razem gdy już pojawiałem się na czyimś komputerze, zazwyczaj za sprawą maila, prosiłem właściciela poczty o wyrządzenie sobie jakiejś szkody. „Proszę skasuj sobie jakieś oprogramowanie i wyślij mnie dalej”, i tak w kółko, praktycznie bez przerwy. W końcu znalazłem się w podejrzanym, ciemnym miejscu, gdzie bez przerwy ktoś mnie wołał. Upłynęło trochę czasu, zanim zrozumiałem kierowane do mnie słowa. Niezlokalizowany przeze mnie głos, w pogardliwym tonie nazywał mnie Amiszem. Zbudziłem się nagle, wcześnie rano, było jeszcze ciemno, a ręka ciągle mnie bolała. Postanowiłem wziąć szybki, lodowaty prysznic i pojechałem do biura.

Ciało Avy Biff znaleźliśmy dwa dni później. W łazience jednego z podmiejskich centrów handlowych, które tak bardzo lubiła, oglądałem ciało dziewczyny leżące w kałuży krwi, która zdążyła całkowicie już zafarbować na czerwono biały, skądinąd znany mi podkoszulek. Teraz po raz pierwszy ujrzałem jej twarz i wcale nie byłem zaskoczony. Pasowała do reszty, a ja mogłem jedynie westchnąć na wspomnienie tych chwil, kiedy byłem tak blisko niej, wewnątrz. Dopiero po kilu godzinach, gdy cały nasz zespół zastanawiał się nad okolicznościami śmierci dziewczyny, znaleziono kolejne zwłoki. W zaparkowanym przed marketem aucie. Gdy ta informacja do mnie dotarła, od razu w ciemno założyłem, że i ta śmierć musi mieć z Avą jakiś związek. Po raz kolejny intuicja mnie nie zawiodła. W małym, niemodnym już fordzie, z przestrzeloną głową znajdował się brat dziewczyny. Na miejscu zdarzenia pozostawiłem swojego zastępcę oraz techników i wróciłem do centrum, na komisariat. Czekała mnie żmudna, papierkowa praca. Musiałem napisać raport dla „góry” – już od dłuższego czasu naciskali na mnie, a postępy w śledztwie na razie były marne. Trupów przybywało, a ja ciągle dreptałem w miejscu. Z tego wszystkiego zapomniałem nawet o bolącym mnie przedramieniu, gdy nagle mnie olśniło. Przypomniałem sobie o czymś, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi. Szybko powróciłem myślami do pokoju hotelowego i tej chwili, gdy Ava wypiła Tifona. Jego słowa.., było w nich coś niepokojącego, coś, co przeoczyłem. Teraz skojarzyłem, że powiedział wtedy, iż w „mobvelu” wszystko jest na odwrót, albo jakoś tak.. Co to mogło oznaczać? Gdy tak myślałem nad tamtym zdarzeniem, uzmysłowiłem sobie jeszcze, że tamten przekaz, te wszystkie zdania które wtedy wypowiadał, docierały do mnie jakby zza jakiegoś parawanu, może szyby albo zapory. Skojarzyłem to z zakłóceniami, pewnego rodzaju szumem, który spowodował że nie wszystko co wtedy powiedział, dotarło do mojej świadomości. A jeżeli nie do mojej, to także nie do Avy, bo nie mogła usłyszeć czegoś, czego i ja bym nie zarejestrował. Najprościej byłoby zapytać. Jeszcze raz zapytać Tifona, ale czy było to możliwe bez plastra? Wytężyłem swój umysł, aby przypomnieć sobie te wszystkie miejsca, w których byłem z Avą, a raczej w których była ona, a ja w niej. Hotel. Gdzie to było, na jakiej ulicy? Zajarzyłem. Teraz musiałem tylko przypomnieć sobie numer pokoju, ale to pozostawiłem już sobie na drogę do miejsca, gdzie Tifon miał swój monolog.

Pomimo pierwszego zaskoczenia, szybko zorientowałem się, iż wizualizacja Tifona zależy raczej od osobistych predyspozycji, może także nastroju, osoby która go pije. Wprawdzie nadal to, co widziałem, łatwiej było mi określić mianem COŚ, ale w odróżnieniu od sytuacji z Avą, byliśmy teraz nie w barze lecz na jakimś zupełnie wyludnionym i niezbyt przyjemnym placu. Oczywiście, nie opuściłem hotelu ani pokoju, przynajmniej fizycznie, ale moja świadomość znajdowała się w innym miejscu. Tifon, czyli COŚ, też wyglądał inaczej. Wtedy był jasny, niemal oślepiający swoim blaskiem, a teraz kojarzył mi się raczej z czarną plamą, kleksem rozlanym na płótnie lub papierze, delikatnie rozchodzącym się na tle również ciemnego horyzontu.

– Nazywam się Tifon i jestem przewodnikiem po urządzeniu i jego oprogramowaniu o nazwie „mobvel”, czyli „mobilny wielbłąd” – każde jego słowo docierało do najodleglejszego zakątka mojego ciała, począwszy od mózgu, a kończąc na palcach u stóp. Przez chwile wydało mi się, że słyszę go nawet włosami. Formułka, którą tradycyjnie wygłaszał rozchodziła się czymś, co porównałem do płynnego echa, sprawiającego mi przyjemność i wprawiającego w naprawdę dobry nastrój – Jeżeli masz pytania dotyczące „mobvela”, to chętnie udzielę ci wszelkich możliwych odpowiedzi.

Zrobił pauzę czekając na moją reakcję, ale już gdy do mnie mówił zaraz po aktywacji, poczułem że dziwnie akcentuje słowa, przeciąga frazy, jakby mówiąc i jednocześnie nad czymś dumając. Zanim zdążyłem to przeanalizować, Tifon powiedział:

– Ściągnąłeś plaster, nie jesteś w „mobvelu” – jego głos był spokojny i ciepły. Wydało mi się, że trochę się ze mną droczy – A więc znowu jesteś.. W czym mogę ci pomóc?

– Gdy byłem tutaj ostatnio, w dziewczynie, Avie Biff, powiedziałeś że w „mobvelu” wszystko jest na odwrót. Co miałeś wtedy na myśli?

– Już udzieliłem odpowiedzi na to pytanie.

– Nie. Zadałem ci je dopiero teraz.

– Przekazałem informację użytkownikowi, Avie Biff. Ale ty spowodowałeś, że do niej nie dotarła. Nie usłyszała komunikatu, który zgodnie z regułą musiałem jej przekazać. Jakby to powiedzieć.., zaszumiłeś moje słowa.

– Co?!

– Odciąłeś ją na trzy sekundy od informacji. Wyciąłeś moje słowa, wprowadziłeś zakłócenia. Myślała, że przekaz się skończył, a on ciągle trwał. Trzy sekundy. Tyle ci wystarczyło.

– Trzy sekundy? Jakie trzy sekundy? Na co?

– Przecież wiesz, Dudajev…

Wracałem do centrum pieszo. Odmówiłem taksówkę, która czekała na mnie pod hotelem i snując się ulicami, ciągle myślałem o tym, co usłyszałem od Tifona. Szedłem powodowany instynktem, jak za pochodnią która wskazywała mi kierunek marszu, a moje rozważania ciągle koncentrowały się wokół czterech ścian, z których właśnie wyszedłem, butelki, z której się napiłem i głosu, który oznajmił każdemu z moich atomów, o co tak naprawdę chodzi. Dopiero teraz, to wszystko do mnie docierało, ta kwestia, że w „mobvelu” wszystko jest na odwrót.. Flood – to było moje nazwisko, ale im dłużej się nad tym zastanawiałem, nie mogłem przypomnieć sobie szczegółów ze swojego życia. Tego życia, które wiodłem przed rozpoczęciem śledztwa.

Po kilkunastu minutach ruch się natężył, nieuchronnie zbliżałem się do centrum. Coraz więcej ludzi, aut. Spoglądałem na witryny mijanych sklepów, przyglądałem się ogromnym, ledowym reklamom. „kup najnowsze auto”, „Ubezpiecz się”, „Czy jesteś zadowolony ze swojego życia? Jeśli nie, przyjdź do nas”. Przystanąłem na chwilę. Na wystawie sklepu z telewizorami, kilkanaście odbiorników przekazywało relację z jakiejś mszy w Rzymie. Przystanąłem i poznałem od razu. Na placu Świętego Piotra celebrował papież. Podszedłem bliżej do szyby. Na zbliżeniu, Ojciec Święty błogosławił zgromadzonych na uroczystości wiernych. Moją uwagę przykuł mało widoczny, aczkolwiek istotny szczegół. Na jego ręku, dostrzegłem wystający z rękawa i lekko wychodzący na dłoń w której trzymał krzyż, kawałek charakterystycznego, przeźroczystego plastra. Nie myliłem się. To był „mobvel”. Chciałem dotknąć szybę, jakby miało to spowodować, że to co widzę jest tylko złudzeniem, nieprawdą. Jednak w tym momencie zadzwonił mój telefon komórkowy. Wyciągnąłem aparat z kieszeni spodni i na jego dotykowym ekranie ujrzałem numer, dzwoniącego do mnie mojego brata bliźniaka. Cholera, mieliśmy się dzisiaj spotkać.

KONIEC

Paweł Semmler

(Tekst jest objęty prawem autorskim. Kopiowanie tekstu jest zabronione!)