Archiwa kategorii: Nasza młodzież

KTO KOGO KREUJE? MY FACEBOOKA CZY FACEBOOK NAS

To, że nasze codzienne wizyty na „fejsiku” są na porządku dziennym, to chyba każdy zdaje sobie z tego sprawę. Osobiście nie wyobrażam sobie braku kontaktu ze światem, który to zawdzięczam temu portalowi społecznemu. Po trzech dniach mojej nieobecności w świecie żywych naszły mnie pewnego rodzaju spostrzeżenia.

www.kwejk.pl
www.kwejk.pl

Poprzez „fejsbooka” kreujemy samych siebie. Większość ludzi robi wszystko, by pokazać siebie pod określonym kątem. Kojarzycie obrazek określający typ zdjęcia profilowego?  Nie? E tam, na pewno kojarzycie. Mianowicie, chodzi w nim o to, że każdy z nas ma taką fotografię, która pokazuje nas z jak najlepszej strony, pod najlepszym kontem. Jasne, że to jest normalne. Chyba każdy chce mieć ładne zdjęcia. Niebezpiecznie robi się zaś wtedy, gdy zdjęcia które publikujemy, w rzeczywistości nie pokazują nas samych. Nie mam tu na myśli psa odbierającego telefon czy Potwora Ciastkowego w okularach ( tego to chyba znacie! No, ten niebieski z „Ulicy Sezamkowej”, uzależniony od ciasteczek ) ale retuszowanie zdjęć mające na celu poprawienia sobie tego i owego. Nos za duży to sobie zmniejszę, krzywe nogi to wyprostuję, zez poprawię, brodę cofnę, cycki zrobię, klatę napompuję, zadartą kichawę oklapcię… Czy jakoś tak. Nasuwa mi się na myśl pytanie – po co? Po co to robić? Swego czasu gdy zobaczyłam zdjęcia dodane przez znajomą zastanawiałam się, kto to, kurde blade jest. Dopiero uświadomiłam sobie, że jednak znam tę osobę, gdy otworzyłam w nowym oknie pełny jej profil – przeczytałam imię i nazwisko.

Ciekawym zjawiskiem są również młode matki. Na początku młodziutkie dziewczyny panikują( oczywiście nie wszystkie ) – o Boże! Nie jestem nawet pełnoletnia a jestem w ciąży! Matka mnie zabije! Ojciec z domu wyrzuci! O Boże!  Żeby następnie po urodzeniu się maleństwa, zasypywać nas zdjęciami swoich pociech. O, tutaj takie w wanience, a tutaj „ubryzgana” kruszyna kaszką. A tutaj w pampersie a tu w wózeczku, tutaj z mamusią, tu z tatusiem… I tak w koło Macieja. Człowiek ma wrażenie, że przeglądając tablicę przypadkiem „polajkował” stronę ” Mamo to ja”. Nic konkretnego znaleźć nie idzie, bo wszędzie te dzieciaki na niego spadają!

Kolejne zjawisko to zakochane pary. Super, cieszymy się waszym szczęściem. Ja też kogoś mam, co wolę zaznaczyć zanim mnie zlinczujecie, że zazdrosna jestem albo co. Ale ja mam na myśli te pary, które na tablicach co rusz upewniają siebie ( a przy tym innych ) o dozgonnym i płomiennym uczuciu. Co rusz wrzucają zdjęcia na którym to są spleceni w miłosnym uścisku. Co chwila zaśmiecają idiotycznymi miłosnymi piosenkami, na tablicy partnera/ki. Oczywiście do czasu  poznania nowej ” tej jedynej, ostatniej miłości „.

Chyba każdy z nas widział te osoby, które muszą dokumentować imprezy, na których to alkohol leje się strumieniami. Wchodzimy i widzimy zdjęcia pod tytułem ” tyle wypiłem, że lecę puścić pawia a Ty mi szybciorem pstryknij słit focię ” . Albo zdjęcia, gdzie mamy wrażenie, że te osoby z tychże fotografii, miały na drugi dzień niezłego kaca moralnego. Oczywiście koniecznie towarzyszy temu wszystkiemu rozmowa uczestników imprezy, wypominających sobie wzajemnie ilość spożytego alkoholu oraz wypalonych papierosów. Nie zapominają również o wspomnieniu żałosnych przypałów. A zabawnym jest to, że tym ludziom często brakuje paru lat do skończenia pełnoletności.

Na zakończenie opowiem wam pewną legendę. Za górami, za lasami grono młodych ludzi postanowiło stworzyć coś, dzięki czemu mogliby się kontaktować z ludźmi na całym świecie. Poznawać innych, gromadzić się w wirtualnym świecie ze znajomymi. A wszystko po to, by mogli szybko, łatwo i przyjemnie ze sobą porozmawiać. KONIEC.

PRACOWNIK SPOŁECZNY CZY ŚMIECIARZ?

Fot. http://polskalokalna.pl/wiadomosci/slaskie/cieszyn/news/wiezien-na-ulicy-to-zawsze-ryzyko,1083790,4472
Fot. http://polskalokalna.pl/wiadomosci/slaskie/cieszyn/news/wiezien-na-ulicy-to-zawsze-ryzyko,1083790,4472

Niemalże codziennie na swej drodze spotykamy ludzi dbających o czystość na ulicy, grabiących jesienne liście, opróżniających śmietniki z naszych codziennych odpadów lub wykonujących inne obowiązki na rzecz społeczeństwa. Jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, co tak naprawdę zawdzięcza tym pracownikom. Dzięki nim nie potykamy się idąc chodnikiem o kolejną puszkę rzuconą bezmyślnie przez ucznia, który przez wysokie zarobki rodziców uważa się za lepszego, dla którego kosz na śmieci oddalony o krok jest jednak zbyt odległy. Czy pracownicy wykonujący prace na rzecz miasta nie zasługują na odrobinę szacunku?

Wyobraźmy sobie starszą kobietę pracującą na stanowisku woźnej w jednej ze szkół (jednak większość ludzi nazwałaby ją sprzątaczką), codziennie mija uczniów i pomimo widywania ich od około trzech lat nie słyszy od nich zwyczajnego ‘dzień dobry’. Niby nic a jednak tak wiele. Prosty gest świadczyć mógłby o szacunku do kobiety, ale niestety poczuć może zupełnie co innego. Czuje się wyobcowaną zwykłą sprzątaczką, opróżniającą kosze, myjącą podłogę, na którym jest rozlany przez ucznia kefir czy zmywającą namalowany szminką napis w damskiej toalecie. Inna sytuacja, kiedy mężczyzna wyglądający na pięćdziesięcioletniego, którego życie nie oszczędziło został obrzucony przez grupę nastolatków pustymi puszkami od piwa. Usłyszał przy tym wyzwiska i przekleństwa skierowane do niego. Tłumaczyć daną sytuację można nietrzeźwością nastolatków. Ale to jak poczuł się mężczyzna, sposób w jaki go poniżono zasługuje na potępienie.

Czemu tak się dzieje że, pracownik budowlany nazywany zostaje ‘robolem’, człowiek dbający o porządek na miejskich chodnikach albo kobieta poświęcająca się dla dobra wizerunku szkoły nie otrzymują żadnej wdzięczności od wielu ludzi? Jak w większości krajów, także i w Polsce, występuje podział społeczny. Pracownik społeczny umiejscowiony zostaje na jednym z najniższych szczebli drabiny społecznej. Dzieje się tak m.in. przez tzw. stereotypy, poprzez które patrzymy na ludzi. ‘Robol’ pracuje na budowie, a robi to pewnie dlatego, że nie uczył się, być może został wyrzucony ze szkoły za złe sprawowanie i dlatego musi nosić cegły. W ten sposób myśli spora część społeczeństwa. Świadczyć o tym może usłyszana rozmowa dwóch kobiet, które w dosadny sposób chwaliły się między sobą umiejętnościami i licytowały się kto więcej w firmie osiągnął. Gładka cera, bez żadnych niedoskonałości i zapach perfum, który można było poczuć stojąc tuż za nimi świadczyć może o wystarczającej sumie pieniędzy na koncie, za które mogą sobie pozwolić na częste wizyty u fryzjera czy u kosmetyczki. Stały na przystanku autobusowym, na którym po krótkim czasie zatrzymał się samochód, który większość ludzi obejrzeć sobie może tylko w reklamach telewizyjnych, kobiety do niego wsiadły. Jednak zanim to zrobiły rozmawiały tak głośno, iż zdawało się jakby zachowywały się w ten sposób tylko po to, aby podkreślić swój wysoki status społeczny. Mówiły o kobiecie ubranej w pomarańczową kamizelkę, w czapce z daszkiem w podobnym kolorze, a na plecach miała nazwę firmy sprzątającej. Używały słów, których same nigdy na pewno nie chciałyby usłyszeć. Ciężko zapamiętać ile raz użyły słowo brudas czy śmierdziel. Kobieta zamiatała w tym momencie spalone papierosy na chodniku, robiła to szybko, tak jakby chciała uniknąć spojrzeń ludzi stojących na przystanku. Kobietom nawet do głowy nie przyszło, że być może obiekt ich drwin nie został oszczędzony przez los, być może z powodu tragicznej śmierci męża tylko ona utrzymuje trójkę dzieci. A może kiedyś nie było ją stać na studia a o zagranicznym stypendium mogła tylko pomarzyć. A może z racji redukcji etatów spowodowanych kryzysem utraciła stanowisko pracy a z powodu zwiększającego się bezrobocia podjęła taką a nie inną pracę.

Nie tylko młodzież ubliża owym pracownikom ale jak widać także osoby dorosłe. A może wynika to z nieodpowiedniego wychowania, braku wpajania, że każdy człowiek zasługuje na szacunek i odpowiednie traktowanie. Pytanie tylko, co rozumiemy pod pojęciem odpowiednie traktowanie. Przede wszystkim nawet jeśli komuś taka praca nie odpowiada to niech nie krytykuje! Bo przecież, gdyby nie ‘robol’ nie mielibyśmy gdzie mieszkać, gdyby nie ‘sprzątaczka’ nie mielibyśmy umytych podłóg w szkołach i czystych toalet, gdyby nie ‘śmieciarz’ potykalibyśmy się o kolejne kartony po wypitych sokach, ślizgalibyśmy się na pustych paczkach po chipsach. Mało kto bierze pod uwagę warunki w jakich ci pracownicy muszą pracować. Latem wystawieni są na gorące słońce palące ich skórę, innym razem mokną na deszczu nie mogą zejść z placu budowy, by choć na chwile napić się ciepłej herbaty (takie traktowanie często tłumaczone jest naglącymi terminami), a zimą często pracownicy budowlani nie mogą wykonywać swoich obowiązków ze względu na mróz i zalegający śnieg, rezultatem tego są wykorzystywane urlopy i brak należytego wynagrodzenia. Być może ludzie wykonujący takie prace przez 8 godzin, później wracają do domu i starają się zataić przed sąsiadami prawdę o swoim zatrudnieniu. Możemy pomóc w prosty sposób, bądźmy uprzejmi dla ludzi a na pewno uprzejmość do nas wróci.

TYLKO JEDNA TAKA SZANSA – ROZMOWA Z OLĄ NIPARKO

Kiedy wszedłem do poznańskiej kawiarni „Dylemat”, gdzie się umówiliśmy, poznałem ją z daleka. Nic zresztą dziwnego. Jej twarz zapadła mi w pamięć z telewizji, z gazet, z Internetu. Gdy podszedłem, wstała i szybko wyciągnęła rękę. „Jestem Ola” – powiedziała, mimo że przedstawiać się nie musiała, a z naszej dwójki anonimem byłem ja. Tak rozpoczęła się dla mnie niezwykła rozmowa z osobą, która w ciągu kilku miesięcy z kopciuszka, stała się obytą ze światem mediów pasjonatką kuchni. W liceum mówili mi – powie, zanim o cokolwiek zapytam – że jestem kurą domową. Że sprzątam, piorę i prowadzę ogródek. Śmiali się ze mnie. Dopiero po MasterChefie ludzie przekonali się, że cicha Ola może coś pokazać. I wszystkim opadły szczęki.

Rozmowa z Olą Niparko, uczestniczką I polskiej edycji programu MasterChef.

źródło: masterchefpolska.pl
źródło: masterchefpolska.pl

 

O tym, że masz bardzo dobry smak w kuchni – wiemy. Spróbuj opisać teraz jak smakuje popularność.

Boję się tego, że gro ludzi lubi mnie tylko z litości dla mojego brata. Dostaję mnóstwo wiadomości, że robię karierę na nieszczęściu Tomka, że wykorzystano przykrą sytuację z mojego domu. Jest to nieprawda. Przeszłam precasting, gdzie Rafał Targosz pochwalił moją dobrą kompozycję smaków. Nawet te słowa, które usłyszałam od Magdy Gessler, że takiej kaczki jeszcze nie jadła, utwierdziło mnie w przekonaniu, że mogę w tym kierunku iść dalej. Tym bardziej, że taką kaczkę robiłam drugi raz w życiu. Pierwszy raz – w sobotę, a drugi raz – w niedzielę, na casting główny. A potrawa, co może zabrzmieć dziwnie, mi się przyśniła.

No właśnie. Często mówisz o tym, że przepisy pojawiają się w Twoich snach. W tej restauracji marzeń też planujesz serwować dania, które Ci się przyśnią?

Tak! Często tak mam, że w jeden dzień pomyślę o rybie i na drugi dzień mam już na nią piętnaście pomysłów. Nawet śni mi się jak miałoby to po prostu wyglądać na talerzu. W swojej restauracji chcę podawać potrawy, które będą odzwierciedlały moje wnętrze. Nie chcę, by było to danie szablonowe, ale by było ciepłe i podane z miłością. By nad tym wszystkim dominowała moja pewna szalona myśl. To nie będą białe ściany, lecz mnóstwo kolorów, ciepło, zapach ziół, aromaty wydobywające się z kuchni.

Myślisz, że popularność, którą zdobyłaś w programie, może Ci pomóc w realizacji tych marzeń?

Nie chcę w przyszłości grać cały czas tą kartą, że byłam w MasterChefie. Chcę dojść do czegoś sama. Nie chcę pisać w CV, że „byłam w MasterChefie – weźcie mnie”. Nie. Nawet nie chcę się tym przesadnie chwalić. Chcę, by renoma mojego nazwiska zależała ode mnie, a nie od tego, że wystąpiłam w jakimś programie.

 

„Bałam się tego, że może
porwałam się z motyką na słońce”

 

Twoja przyszła restauracja to także Twój brat, który ma mieć zapewnione w niej honorowe miejsce.

Tak. Jesteśmy bliźniakami, wychowywaliśmy się razem, mieliśmy trudną sytuację w domu. To wszystko nas bardzo zbliżyło. Nie mówię, że chcę wiązać z nim przyszłość tak, że np. nie wyjdę za mąż bo jest brat. Jeśli będzie miał w życiu problemy i będę mogła mu jakoś pomóc – zawsze znajdzie miejsce w mojej restauracji. Nie chcę jednak czegoś takiego, że podporządkuję swoje życie tylko mojemu bratu. Chcę żyć swoim życiem, ale on musi wiedzieć, że zawsze mu pomogę.

 Tomek jest Twoim najostrzejszym krytykiem, ale postanowiłaś spróbować swoich sił przed zawodowymi kucharzami. Jak wspominasz pierwsze chwile w programie?

Bardzo się bałam, kiedy pojechałam na precasting. Słyszałam tam opowieści mnóstwa ludzi, którzy opowiadali o swoich życiach, o tym skąd pochodzą, jak dużo jeździli po świecie. Niektórzy byli z Grecji, niektórzy z Włoch, a nawet z Afryki. Pomyślałam: matko! Mam osiemnaście lat, zawsze siedziałam w Polsce, nie wyjeżdżałam za granicę. Raz tylko byłam w Niemczech, ale niczego tam nie jadłam. Bałam się, ale potem okazało się, że przeszłam na casting główny do Krakowa. Tam była trójka jury. Miałam godzinę na przygotowanie potrawy, bardzo się stresowałam, tym bardziej, że nie znałam piekarników, kuchenek. Garnki były całkowicie inne niż te, z których korzystam w domu.

Czego bałaś się najbardziej? Krytyki?

Jak już jechałam tym wózkiem, słyszałam jak te koła się kręcą, myślałam sobie: Matko Boska, będzie wszystko źle i wyjdę z wielkim płaczem, że się nie udało. Może nie obawiałam się aż tak bardzo tego, że krytyka załamie mnie tak, że nie będę więcej gotować. Bałam się tego, że może porwałam się z motyką na słońce; że mogłam przygotować coś prostszego, niż to wyrafinowane danie, na które się zdecydowałam. No ale jednak się udało.

źródło: materiały prasowe TVN

Wielkim fanem Twojego talentu stał się Michel Moran. Zaproponował Ci nawet staż. To chyba propozycja nie do odrzucenia.

Nie do odrzucenia i nawet już wykorzystana. We wrześniu byłam pięć dni na stażu u Michela. Zaproponował mi po tym, że w każdej chwili mogę się do niego zgłosić i odbywać dalsze staże.

Jak wyglądał ten staż?

Kiedy zrezygnowałam po szóstym odcinku, dużo jeździłam po szpitalach. We wrześniu udało mi się wykroić pięć dni wolnego, wiec pojechałam do Warszawy i pojawiłam się w jego restauracji. Przyjął mnie z otwartymi rękoma. Kuchnia była podzielona na ciepłą i zimną. Ja pracowałam na zimnej. W pierwszym dniu przyglądałam się jak to wszystko wygląda.  A potem kucharze pozwolili mi dekorować talerze, podawać desery czy przystawki. Zobaczyłam jak pracuje profesjonalna kuchnia.

 

„Pani Gessler zwróciła mi uwagę, że za cicho mówię.
Powiedziała „Ola, mów trochę głośniej, więcej energii!””

 

Jak się czułaś pracując już z tak profesjonalnym zespołem? Twoje marzenia w dalszym ciągu się spełniały.

Nie wierzyłam, że w ogóle tam jestem. Czułam się taka… ważna. Kiedy dostałam bluzę gastronomiczną, pomyślałam, że teraz wyglądam jak mały, poważny kucharz.

Myślisz o tym, żeby podczas studiów zacząć już pracować?

Na pewno nie na pierwszym roku. Chcę wszystko zdać spokojnie, wdrożyć się w studencki świat. Dopiero od drugiego roku zacznę o tym myśleć.

Wróćmy do MasterChefa. Jakie wrażenie zrobiła na Tobie Magda Gessler?

Ona nas tylko oceniała, nie rozmawiała z nami prywatnie. Nie miałam więc okazji jej dobrze poznać. Ale jest na pewno dobrym człowiekiem i zna się na tym, co robi. Jeździła po różnych krajach, wie co i jak powinno smakować. Jej zdanie było z pewnością dla mnie bardzo ważne.

A zdanie którego z jurorów miało dla Ciebie największe znaczenie?

Do mnie najczęściej podchodzili Michel i Ania, więc z nimi miałam najlepszy kontakt. Czasami pytali się co robię, podpowiadali co mogę dodać, więc ich zdanie było najważniejsze. Choć na poligonie, pani Gessler zwróciła mi uwagę, że za cicho mówię. Powiedziała „Ola, mów trochę głośniej, więcej energii!”. Każda uwaga wkuwała mi się w pamięć, nauczyłam się co i jak mam po kolei robić, więc na pewno pod tym względem mi ten program pomógł.

Wspomniałaś o poligonie. Odeszłaś z programu, bo nie mogłaś narażać oczu na zbytni wysiłek. Poligon był chyba sporą lekcją wuefu.

Tak, zwłaszcza, że od drugiej klasy podstawówki nie biegałam i nie skakałam. Ale że inni uczestnicy są wspaniali, polecili mi, żebym nie forsowała się i chodziła po lżejsze rzeczy, po zioła, a oni ganiali np. po ziemniaki. No ale zbiegając z wału, upadłam na beton. Wydaje mi się jednak, że poligon mimo wszystko pogorszył moją sprawę z oczami. Tak samo dźwigając cebulę, którą mieliśmy kroić, złamałam zasadę, której miałam się trzymać od dziecka, więc kosztowało mnie to właśnie tyle, że musiałam zrezygnować. Żal był, ale zdrowie ważniejsze.

Jedno z dań, które Ola zaserwowała w programie: Filet z karpia z ziołami i sosem pomidorowym / źródło: masterchef.tvn.pl

Oprócz wysiłku, wpływającego źle na Twoje oczy, była także kwestia silnych, studyjnych świateł. Nie było możliwości, byś występowała np. w ciemnych okularach?

To były surowe światła, a ja byłam wtedy bardzo osłabiona. Byłam po maturze, do tego byłam chora. Oko było czerwone, miałam zapalenie mięśnia. Wchodząc do studia, te światła na mnie tak działały, że oko mi łzawiło i czułam, jakbym miała wrzątek w gałce. Cały czas mnie piekło i leciały mi łzy. Ciemne okulary akurat w tym wypadku nic by nie pomogły. Ja nawet nie mogę ich nosić. Dopiero pomogły mi szybka reakcja lekarza i zmiana złych leków.

W którym momencie podjęłaś decyzję, że to już koniec?

Zdiagnozowano u mnie chorobę i dzień po tym, jak byłam u lekarza mój stan na tyle się pogorszył, że powiedziałam, że nie wystąpię. Po tym, jak Basia poszła do spiżarni wiedziałam, że muszę już zrezygnować. Bolało jak diabli, bo chciałam walczyć dalej, tym bardziej, że były mięsa – to, co kocham. No ale niestety. Za długo moi rodzice walczyli z chorobą, żebym mogła to stracić.

Pozostał żal.

Tak, ale powiedziałam, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, więc raczej nie wystąpię w drugiej edycji. Tym bardziej, że uważam, że taką szansę od losu dostaje się raz. Ja już swój raz wykorzystałam i drugiego razu chyba nie będzie.

Jak wyglądały kulisy programu? Z kim dogadywałaś się najlepiej?

O kulisach nie mogę za bardzo mówić. Uczestnicy natomiast się śmiali, że byłam ich małym dzieckiem, bo byłam najmłodsza. Z każdym się dobrze dogadywałam, nie było jakichś spięć, nerwówek. My się traktowaliśmy jak jedna wielka rodzina, jedliśmy kolację razem, gadaliśmy po nocach do rana. Każdy, jak umiał, pomagał sobie. Jak np. zaspałam, to wszyscy do mnie pukali naraz „Ola, wstawaj, bo się spóźnisz!”.

Zamknęłaś ten etap swojego życia, rozpoczęłaś kolejny – studia. Technologia żywienia ma być kolejnym krokiem do zrealizowania Twoich marzeń.

Studia są teraz najważniejsze w moim życiu. Są moim „planem A”. Muszę mieć jakieś wykształcenie, muszę mieć to „mgr” przed nazwiskiem, jak mówi mój tata. Być może wyjadę też kiedyś za granicę, by się dalej kształcić.

Jak widzisz swoją przyszłość? Zwiążesz ją z Poznaniem czy wrócisz w swoje rodzinne strony, do Zielonej Góry?

Nie wrócę do domu. Nie otworzę tam restauracji, bo Zielona Góra stała się bardziej miastem sypialnianym. Tu jest więcej możliwości, choć myślałam bardziej o Krakowie bądź Warszawie. Z Krakowem wiąże mnie historia sentymentalna i deptak. Zakochałam się w tym mieście. Warszawa to natomiast dobry rynek zbytu i ta restauracja rzeczywiście mogłaby mieć tam jakiś swój zaczątek.

Rozmawiał: Łukasz Lipiński

zapraszamy na fanpage Oli Niparko na facebooku: www.facebook.com/nutkasmaku

MATURA 2012: „NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY”

W życiu każdego ucznia szkoły średniej przychodzi taki moment, w którym musi stanąć na korytarzu swojej „ukochanej” szkoły przed drzwiami sali, by odbyć w niej najważniejszy egzamin, zwany egzaminem „dojrzałości”. Mimo że popularny wśród nas, młodych, program MaturaToBzdura udowadnia nam, że ów papierek wcale nie jest adekwatny do tego, co mamy w głowach – zdać egzamin trzeba, jeśli chcemy dostać się na wymarzony kierunek.

Fot. http://www.mmrzeszow.pl/artykul/matura-2012-historia-arkusz-podstawowy-odpowiedzi-pobierz
Fot. http://www.mmrzeszow.pl/artykul/matura-2012-historia-arkusz-podstawowy-odpowiedzi-pobierz

4 maja o godzinie dziewiątej w każdej szkole średniej w całej Polsce rozpoczął się egzamin maturalny obejmujący podstawową wiedzę z języka ojczystego. Maturzyści nie mieli pojęcia, czego mogli się spodziewać w tym roku. Przed egzaminem nerwowo powtarzali wszystkie ważne zagadnienia, lektury, motywy, pojęcia, wszystko, co mogło się choć trochę przydać podczas tej części egzaminu. Mówią, że to, czego nie nauczymy się przez trzy lata w szkole, przed maturą, na pewno nie dostanie się do naszych głów godzinę przed egzaminem, ale mówią, że tonący brzytwy się chwyta, prawda? Na egzamin było jednak trzeba przyjść, napisać, nieważne, co tam zobaczyli. A jakie miny mieli po wyjściu z klas? Chyba nie było aż tak całkiem źle, po zeszłorocznej trudnej maturze – ta okazała się być przystępna. Czytanie ze zrozumieniem obejmowało temat dość współczesny, bo znaną wszystkim Wikipedię. A wypracowanie – dwa tematy do wyboru „Lalka” i „Ludzie bezdomni” porównanie postaci Izabeli Łęckiej i Joanny Podborskiej oraz „Dziady”. Jak powiedział jeden z maturzystów – bardziej skusił go temat  „Lalki” powód jest prosty – wypracowanie według niego można było napisać wypracowanie bez znajomości lektury. Co mówią inni? „Matura była przejrzysta, spodziewałam się czegoś znacznie gorszego, trzeba poczekać na wyniki, żeby się cieszyć, ale myślę, że nie będzie źle” . W poniedziałek, 7 maja, maturzyści zmierzyli się z poziomem rozszerzonym.

Co jest zmorą wszystkich piszących maturę? Tak, prosta odpowiedź: matematyka, odwieczny problem większości z nas, coś, czego obawia się każdy oprócz przysłowiowego „mat-fizu”. Każdy z nich spodziewał się najgorszego, z kalkulatorami w ręku, tablicami matematycznymi i niepewnym uśmiechem, maturzyści weszli do klas. Jacy wyszli? „Nie taki diabeł straszny…”, „Będzie dobrze”, „Daliśmy sobie radę”. A więc nie było tak źle? Okazało się, że nie, matematyka pozytywnie zaskoczyła, „chociaż, oczywiście, trzeba czekać na wyniki, żeby dowiedzieć się i cieszyć na sto procent”.

Ostatni z przedmiotów obowiązkowych – język. angielski, niemiecki, francuski, i wiele innych. Od koloru do wyboru. I to jest chyba mały odpoczynek dla większości ze zdających. Maturzyści podchodzą do niego z mniejszą ilością nerwów, jakby spokojniej i spora ich część wychodzi zadowolona po zakończeniu egzaminu.

W dalszej części  maturzystów czekały przedmioty dodatkowe, jakie wybrali sobie we wrześniu. Jak sobie poradzili? Każdy indywidualnie, na swoje możliwości, ale zgodnie twierdzą, że należy czekać na wyniki. Po drodze jeszcze egzaminy ustne.

Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć świetnych wyników. Kochani, trzymam kciuki, żeby komentarze o tegorocznej maturze były przyjazne, miały odzwierciedlenie w waszych wynikach, co pozwoli wam się dostać na wymarzony kierunek. Wszystkiego dobrego na tym nowym, niewątpliwie intrygującym i ciekawym, etapie życia.

Katarzyna PÓŁTORACZYK

WSUS(OWSKA) GOŚCINNOŚĆ – DNI KARIERY 2012

Młody dziennikarz potrzebuje dobrego warsztatu, może się go nauczyć jedynie od ludzi, którzy przez lata pracują w tej branży i znają się na tym, co robią na co dzień. Właśnie dlatego klasa dziennikarska z Gostynia, 18 kwietnia, udała się na takie zajęcia. Odbyły się one na terenie Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych w Poznaniu.

Dni Kariery/ Wyższa Szkoła Umiejętności Społecznych/ Fot. Paulina Zych
Dni Kariery/ Wyższa Szkoła Umiejętności Społecznych/ Fot. Paulina Zych

Już na samym początku przed wejściem powitał nas redaktor Tomasz Dymaczewski, wykładowca doskonale nam już znany, mieliśmy bowiem okazję kilka razy spotkać się w naszym liceum na zajęciach przez redaktora prowadzonych. Po przywitaniu przeszliśmy do wyznaczonej sali, gdzie wysłuchaliśmy krótkich wystąpień dziekana. Organizatorką „Dni Kariery” była Beata Grudzińska (nauczyciel akademicki WSUS), w ramach których zostały przeprowadzone nasze warsztaty. Dowiedzieliśmy się sporo o nowych kierunkach uczelni, ale także wiele o tych nam już znanych. Następnie jeden ze studentów dziennikarstwa zabrał głos. Przedstawił krótki pokaz slajdów na temat wymiany, w której uczestniczył, a którą oferuje właśnie Wyższa Szkoła Umiejętności Społecznych. Opowiedział o jej zasadach, uczelni, własnej pracy. Ta wymiana to nie tylko nauka, zarobki, ale także życie. Starszy kolega, który doskonale wiedział, przed jakim wyborem aktualnie stoimy, mówił o ludziach, których nie zapomni do końca swojego życia, a których poznał bardzo dobrze właśnie podczas tego wyjazdu – oprócz podszkolenia języka, wszelkich innych umiejętności – zdobywamy też przyjaźnie na całe życie.

Po wystąpieniach każdy z nas udał się na hol, aby móc zapisać się do odpowiedniej grupy na warsztaty. Co mogliśmy wybrać? Było tego naprawdę dużo – od spotkania z radiowcem, poprzez wykłady dotyczące wyboru zawodu i ćwiczenia mające na celu poprawić nasze umiejętności w tworzeniu tekstu publicystycznego, aż po spotkanie z redaktor naczelną gazety Twoje – Wieści, Pauliną Zych i ćwiczenia redakcyjne pod nadzorem pani redaktor oraz pana redaktora Andrzeja Niczyperowicza. Niestety, można było zdecydować się jedynie na uczestnictwo na zajęciach w jednej grupie, chociaż jestem pewna, że wielu z nas nie poprzestałaby na jednym.

Lo z Gostynia podczas sporządzania newsów/ Fot. Paulina Zych
Lo z Gostynia podczas sporządzania newsów/ Fot. Paulina Zych

Czego więc mogliśmy się nauczyć? Wszystkiego, co związane jest z dziennikarstwem, czyli z tym co „human” powinien kochać i znać. Radiowcy dowiadywali się wielu rzeczy o obróbce dźwięku i audycjach. Niezdecydowani, którzy nie wiedzieli, co chcą robić w przyszłości, mogli spróbować znaleźć swoją ścieżkę, udając się na zajęcia z tworzenia tekstu publicystycznego – mogliśmy szkolić swój warsztat. Natomiast ci, którym udało się dostać do redakcji Twoich–Wieści (www.twoje-wiesci.pl), nauczyli się dokładnie, jak bardzo ważny jest tytuł artykułu oraz jak trudno wmyślić taki, aby zainteresował wymagającego czytelnika. Następnie redaktor Paulina Zych udostępniła uczestnikom swojego wykładu redakcyjne komputery, aby mogli zmierzyć się z tworzeniem prawdziwego newsa, uwzględniając wcześniejszą weryfikację informacji z różnych źródeł. Jaka była nagroda? Oprócz długopisów, smyczy oraz koszulek i słodkiej niespodzianki, redaktor naczelna umieściła newsy uczestników wykładu na stronie swojej gazety, tak więc – opłacało się.

Wykłady nie powinny być jedynie „wolnym od zajęć szkolnych” – choć pewnie dlatego na nie się zapisujemy – ale także możliwością nauczenia się czegoś nowego, dowiedzenia się więcej o tym, co nas czeka na studiach i być może odkrycia własnej ścieżki, jaką w przyszłości pójdziemy. Ze swojej strony mogę podziękować przede wszystkim jednej z naszych koleżanek za zorganizowanie wykładów oraz całej kadrze Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych za tak miłe przyjęcie. Miejmy nadzieję, że nie był to nasz pierwszy i ostatni raz.

Katarzyna PÓŁTORACZYK

SZKOLNA SPRAWIEDLIWOŚĆ – MOŻLIWA CZY NIE?

Szkoła to miejsce, gdzie spędzamy większość naszego czasu. To nie tylko miejsce, gdzie zdobywamy wiedzę i oceny (mniej lub bardziej uczciwie), ale także spotykamy przyjaciół, zakochujemy się, śmiejemy czy, po prostu żyjemy. Czego wymagamy od szkoły oprócz tego, że daje nam nowe znajomości, ludzi, dzięki którym uśmiechamy się? Myślę, że przede wszystkim sprawiedliwości. Czy jest to możliwe? I czy to działa w obie strony?

Godzina ósma. Jesteś zdenerwowany sprawdzianem z matematyki, który ma odbyć się na trzeciej lekcji. Wewnątrz czujesz, że nie powinieneś się denerwować, bo przecież kto przesiedział kilka dni nad materiałem? No właśnie ty. Pisałeś, liczyłeś, sprawdzałeś, nawet wzory umiesz. Więc o co chodzi. Wszystko będzie dobrze. Godzina prawdy nadchodzi. Siedzisz z bolącym brzuchem w ławce i dostajesz sprawdzian – idealnie. Wszystkie zadania już widziałeś, wiesz, jak wyliczyć. Uśmiechnięty zabierasz się do pracy, ale z boku słyszysz – „Pst, pomożesz mi? Od tej oceny zależy moja przyszłość w tej szkole”. Spoglądasz na kolegę, a potem na nauczyciela. Skoro umiesz, to dlaczego masz nie pomóc? Piszesz więc dwa sprawdziany – dajesz ściągać koledze, a z klasy wychodzisz zadowolony, że nie tylko odniosłeś swój osobisty sukces, ale także uratowałeś znajomego od „kibla” z matmy.

Źródło: http://szkola.wp.pl/kat,108802,opage,2,title,Zrezygnowac-ze-szkolnych-ocen,wid,13275613,wiadomosc.html?ticaid=1e395
Źródło: http://szkola.wp.pl/kat,108802,opage,2,title,Zrezygnowac-ze-szkolnych-ocen,wid,13275613,wiadomosc.html?ticaid=1e395

Przychodzi dzień oddawania sprawdzianu. Jesteś spokojny, prawie pewny dobrej oceny, pocieszająco patrzysz też na kolegę, który boi się wyniku. Nauczyciel zaczyna wymieniać oceny. Kiedy wśród prac nie ma twojej – jesteś pewny, że zostanie wyróżniona. „Mamy jednego ściągacza”. Nic nie rozumiesz. Nauczyciel podaje ci twoją pracę z wielkim napisem – PRACA NIESAMODZIELNA. Spoglądasz na kolegę, któremu pomogłeś. Cieszy się z piątki. Dajesz mu znaki, żeby powiedział, jak było naprawdę. Udaje, że cię nie widzi, a w twoim dzienniczku ląduje ocena niedostateczna.

Czy w szkole jest możliwe sprawiedliwe ocenianie? To pytanie dręczyło i będzie dręczyć każdego, zwłaszcza, że młodym ludziom powtarza się nieustannie, iż na tym świecie nie ma sprawiedliwości. Nauczyciele mają więc trudne zadanie, aby sprawiedliwie ocenić swoich podopiecznych. Czy udaje im się to? Wielokrotnie, każdy z nas spotkał się z przejawami niesprawiedliwości. Na jednym sprawdzianie jedyne pół punktu brakowało ci do wyższej oceny, ale nauczyciel nie podarował – postawił ocenę, jaka mieściła się w kryteriach. Ale na kolejnym sprawdzianie to twojej koleżance brakowało takiej samej ilości punktu. Jej się udało – nauczyciel postawił ocenę wyżej dodając jedynie mały minusik. Czy to sprawiedliwe? Pewnie nie. Skoro kurczowo trzymamy się kryteriów – niech dotyczy to każdego ucznia, bo czy ty różnisz się czymś od twojej koleżanki? W szkole, w procesie oceniania, nie powinien być istotny twój status społeczny, pochodzenie, zawód rodziców, ale wiedza i to, co nią reprezentujesz. Czy jednak tak rzeczywiście jest? Pewnie nie do końca. W czasach, w których żyjemy nawet nauczyciele stają się coraz mniej obiektywni, chociaż oczywiście, nie wszyscy, ale są to wyjątki, które niestety potwierdzają regułę.

Uczniowie bardzo często narzekają, że nauczyciele wybierają sobie swoich ulubieńców, że tylko z nimi rozmawiają, że łaskawszym okiem patrzą na nich podczas odpowiedzi, kartkówek czy sprawdzianów. Ale tak już z nami, uczniami, jest – widzimy każde potknięcie naszej pani profesor lub szanownego pana profesora. Każda niesprawiedliwa ocena, każde przychylne spojrzenie w kierunku faworyta klasowego, każdy uśmiech i próba podpowiedzi dla kogoś, kogo lubi. Ale czy my jesteśmy wobec innych sprawiedliwi? Wyobraźmy sobie sytuację: dostajemy sprawdzian. Liczymy punkty ( kto z nas tego nie robi – w poszukiwaniu zbawiennego punkcika, który podwyższy nam ocenę). Okazuję się, że nauczyciel się pomylił, ale zrobił to na naszą korzyść. Nie wiemy, czy było to zamierzone, dlatego sprawiedliwym byłoby iść i zgłosić pomyłkę, ale wtedy jest ryzyko, a raczej pewność, że zmieni się ocena – na gorsze. Co robi większość z nas? Zapomina i nie zgłasza. Czy to jest sprawiedliwe? Tego nie widzimy, swoich błędów staramy się nie dostrzegać, ale gdyby nauczyciel zaniżył nam ilość punktów – stalibyśmy pierwsi w kolejce do biurka ze złością w oczach.

Sprawiedliwość w szkole jest ciężka do osiągnięcia. Ale nie jest niemożliwa. Jest tylko jedna zasada: uczciwość i równość. To już połowa drogi do sukcesu. Ze swojej strony życzę wszystkim uczniom, żeby sami byli sprawiedliwi, a na swojej drodze spotkali takich nauczycieli, którzy będą sprawiedliwi wobec wszystkich swoich uczniów. Tym, którzy takich mają – zazdroszczę .

Katarzyna PÓŁTORACZYK

(POD)ŚWIADOMOŚĆ

By nakłonić klienta do kupna produktu firmy marketingowe gotowe są niemalże na wszystko. Wpływanie na podświadomość stało się już powszechne. Na pierwszy rzut oka niedostrzegalne komunikaty mimo iż powtarzane z zawrotną prędkością, po 10-20 tys. powtórzeniach mimowolnie docierają do podświadomości, która go rejestruje. Czy to etyczna metoda? Jeśli faktycznie skuteczna, to czy istnieje sposób, by się przed nią bronić?

Fot. http://www.4promo.pl
Fot. http://www.4promo.pl

Do świadomości docierają tylko te bodźce, których intensywność przekroczy próg fizjologiczny. Wszystko co znajduje się między nim a progiem świadomym to ‘szara strefa’. To z niej pobierane są informacje poprzez narządy zmysłów, ale tylko przez podświadomość.

Praktykowanie zjawiska, które polega na wpływaniu na podświadomość człowieka niosło wielką pokusę chociażby ze względu na cele marketingowe. Już w latach 60. XX wieku amerykański psycholog James Vicary umieścił w filmie wyświetlanym w kinie pojedyncze klatki z napisami: ‘jesteś głodny?- jedz popcorn’ i ‘jesteś spragniony?- pij cole’ Owe klatki wyświetlane były jedynie przez trzytysięczną część sekundy, więc o wiele za krótko by ktoś mógł je zauważyć. Wyniki jego badania okazały się jednak zaskakujące. Sprzedaż coli wzrosła o 18%, a popcornu aż o 58% -jak twierdził uczony. Po ogłoszeniu wyników eksperymentu agencje reklamowe zyskały nowy sposób na zyskanie klientów. Konsumenci jednak zaczęli protestować przeciwko stosowania wobec nich swoistej manipulacji. Gdy jednak wzięto pod lupę eksperyment ze względu na małe prawdopodobieństwo tak zaskakujących wyników okazało się, że nie było grupy kontrolnej, a sam film nosił tytuł ‘Piknik’ a więc i on mógł wpłynąć na apetyt widzów.

Kolejne badania przeprowadzone przez Roberta Zajonca i Sheili Murphy miały udowodnić, że komunikaty podprogowe są realne, choć nie działają dokładnie tak jak się początkowo wydawało. Kolejny eksperyment polegał na wyświetlaniu chińskich ideogramów i ocenie ich atrakcyjności. Badani nie wiedzieli, że przed pojawieniem się znaku, wyświetlana była na ułamek sekundy twarz radosna czy to niezadowolona. Później rysunki zamieniono na napisy ‘szczęście’ i ‘smutek’. Efekt był żaden, przy tak krótkim bodźcu. Dobra wiadomość to taka, iż mózg odrzuca niepotrzebne informacje co najwyżej odbierając tylko sugestię.

Reklamy otaczają nas zewsząd. banery na ulicach, obklejone środki transportu czy sponsorowanie imprez sportowych przez znane marki to wszystko po to, byśmy doskonale kojarzyli logo danej firmy co w efekcie oczywiście zwiększy sprzedaż produktu.

Ułożenie produktów na półkach czy ich rozmieszenie w sklepie również ma sprawić, że wyjdziemy z marketu z produktami, których wcześniej wcale nie planowaliśmy zakupić. Najpotrzebniejsze produkty np. jak masło czy chleb zajmują miejsce takie, byśmy najpierw musieli minąć wiele jakże atrakcyjnych promocji cenowych zanim dotrzemy do docelowego produktu po drodze decydując się na wybór niepowtarzalnej okazji. Okazje te jednak są niezwykle złudne, gdyż produkt podczas promocji kosztować może tyle samo, a czasem i więcej niż przed nią. Jednak cena przekreślona, która celowo jest zawyżona, gdzie znajdująca się obok aktualna cena jest niższa sugeruje nam korzystną okazje zakupu. W sklepach odzieżowych jeśli dany produkt mimo obniżek nie ulega sprzedaży kładzie się go na półkę, z ciuchami mniej atrakcyjnymi. Wtedy wcześniejszy ciuch wydaje się ładniejszy i ma większą szansę za zainteresowanie klienta.

W marketingu szczególnie wykorzystywany jest przedświąteczny szał zakupów. Ładny zapach pieczonych jabłek i cynamonu budzi w nas dobre odczucia, a spokojna muzyka uprzyjemnia zakupy.

Kobiety również bardziej podatne są na chwyty reklamowe niż mężczyźni. Te lubią spacerować po sklepach wolnym krokiem oglądając wcale niepotrzebny wazonik czy mebel, w ten sposób kupując produkty nieplanowane wcześniej. Mężczyzna to łowca, który zazwyczaj nie lubi sklepowego tłoku i kolejek więc idzie wprost do celu nie zauważając wręcz wszelkich promocji.

O dzieciach również pomyślano. Zabawki w kolorowych opakowaniach znajdują się na wysokości ich oczu i w zasięgu małych rączek. Przy kasach również znajdują się lizaki, gumy czy żelki, które dzieci uwielbiają. Stojąc w długich kolejkach mają mnóstwo czasu na przekonanie rodzica na kupno wymarzonej słodyczy.

Twórcy reklam nie rezygnują z prób coraz lepszego docierania do klienta. Komunikaty podprogowe docierają do wielu grup docelowych niezależnie od płci czy wieku bo są szybkie i efektowne. Jedynym ratunkiem jest rzetelne wybieranie produktów i nieuleganie wszelkim reklamom i promocjom.

Sonia TOMKOWIAK

AGRESJA W SZKOLNYCH KORYTARZACH

Wielu z nas spotyka się z tymi zjawiskami bardzo często. Naśmiewanie się, wypominanie niedoskonałości, często niezależnych od osoby posiadającej te wady, to coś, co w szkole jest wśród wielu uczniów uznawane za normalne.

Każdy był, przynajmniej raz, świadkiem sytuacji, gdzie wydawałoby się tylko żartobliwe komentarze zamieniały się w obmawianie, krytykowanie wprost i w końcu regularne uprzykrzanie komuś życia. Z jakich powodów? Przyczyny mogły być rozmaite, aparat ortodontyczny, rude włosy i piegowata twarz, niski wzrost, wady wymowy, brak gadżetów, które były podstawą, by być zaliczanym do tych „fajnych”, niższy status społeczny, jednym słowem wszystko, co było odstępstwem od norm, które większość uznawała za obowiązujące i obowiązkowe.

Agresja/ Fot. Paulina Zych
Agresja/ Fot. Paulina Zych

W takim razie, co się dzieje, gdy nie masz tego, co ma większość? Co, gdy nie dość, że rude, piegowate to jeszcze z aparatem na zębach i nie daj Boże, żeby uczyło się lepiej niż  ja? Co, gdy  nie dość, że kurdupel, to jeszcze sepleni? Co, gdy rodziców zwyczajnie nie stać na najnowszy model telefonu komórkowego, nową mp3, albo wypasiony komputer? Krótko mówiąc masz problem i nie możesz być fajny. Trzeba cię poniżać, wyśmiewać na każdym kroku, podkładać nogę, wypominać ci twoje wady, bo przecież ktoś taki nie może mieć zalet.

Według art. 943 § 2 Kodeksu Pracy mobbing oznacza działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników. Idealnie zamiast słowa pracownik można wykorzystać słowo „uczeń” i mamy gotowe pojęcie mobbingu w szkole. Pojęcie to jest określane głownie jako stwarzanie atmosfery zagrożenia wokół ofiary, aby wyłączyć ją z grupy koleżeńskiej. Mobbing możemy rozpatrywać jako klasyczny przejaw dyskryminacji, ponieważ sama definicja mówi – „(łac. discrimino – rozróżniam) traktowanie pewnych grup ludzi lub pojedynczych osób jako mających mniejsze prawa od innych. W szkolnictwie dyskryminacja może mieć tło klasowe, religijne, rasowe, ekonomiczne. Aby nie być gołosłownym, można powyższe zdanie poprzeć przykładem. Niska dziewczyna uczęszczająca do gimnazjum w małej miejscowości, gdzie wszyscy się znają. Ma pięcioro rodzeństwa, mieszka w domu, przerobionym po budynku, który należał kiedyś do PKP, rodzice mają kłopoty finansowe i korzystają z zasiłku, mimo, że oboje pracują to nie zarabiają wystarczająco i sytuacja materialna tej rodziny nie jest najlepsza. Dziewczyna chodzi w ubraniach z lumpeksu, chociaż zawsze zadbana, schludnie wyglądająca, to nie ma najnowszej komórki, firmowego plecaka ani dużego kieszonkowego, jak reszta klasy. Nie może zabrać w żadnej dyskusji głosu, bo wciąż jest uciszana przez tych „lepszych”, nie ma prawa śmiać się z dowcipów, a co dopiero jakiś opowiedzieć. Nie może nic, jedyne, co jej wolno to pokornie znosić wszelkie złośliwe komentarze, pokpiwania, chowanie jej przyborów szkolnych, podcinanie włosów i tym podobne. Dziewczyna staje się coraz bardziej zamknięta w sobie, wygląda na zastraszoną, nie uczy się tak jak wcześniej, zaczyna wagarować… Można snuć setki taki przykładów i gdybać, jak ta i podobne historie mogą się kończyć. Skutki mobbingu mogą okazać się nieodwracalne, bo samobójstwo to najgorszy skutek tego zjawiska, nie licząc już depresji, nerwic, natręctw i słabej koncentracji. Skutkami mobbingu są także: problemy z snem, niechęć jedzenia, częste bóle głowy, które są sygnałem dla rodzica, opiekuna i nauczyciela, że coś złego się dzieje.

Skoro efekty zastraszania, szykan, cynicznego wyśmiewania są tak widoczne, dlaczego szkoła i dom dowiadują się o tym często gdy jest już za późno? Wielu nauczycieli, rodziców, a przede wszystkim dzieci, wyżej wymienione zachowania uważa za normalne zjawiska w szkole. Przecież wiadomo, że dzieci nie robią tego na poważnie, że to tylko niewinne żarty, nic nikomu od tego nie będzie. Tu właśnie pojawia się błąd, który prowadzi do wielu tragedii. Jedno dziecko faktycznie potraktuje to jako żart, i że w końcu znudzi im się gadanie na jego temat, a inne potraktuje to jak chęć stłamszenia go i podda się temu bez walki. W pierwszym przypadku występuje ryzyko, iż słabsze ogniwo, w końcu zbuntuje się i powie: „dość!”. Rodzice dziewczyny znajdą lepszą pracę, ich sytuacja poprawi się na tyle, że będzie ona mogła mieć lepszy telefon, ciuchy i poczuje się lepsza od reszty, gdzie w końcu przejmie rolę kolegów, którzy traktowali ją w okropny sposób i w odwecie za całą krzywdę, sama będzie wykorzystywać mobbing jako element samoobrony, przecież skoro wszyscy się śmieją, to ja też mogę, wcześniej śmiali się ze mnie, teraz ja śmieję się z nich-nie ma w tym nic złego.

Mało osób dostrzega ten problem, jest on głownie rozpatrywany w kwestii wykonywanej pracy u osób dorosłych, nawet wpisując hasło „mobbing” w przeglądarkę internetową pojawia się mobbing w pracy, zaś zapomina się, że owe – mało pozytywne zjawisko, ma swój początek już w najmłodszych grupach wiekowych. Nauczyciele i rodzice, jak już wcześniej było wspomniane nie uważają to za zbyt duży problem, ale jest zupełnie inaczej i warto zastanowić się, jak temu zapobiegać. Wbrew pozorom jest mnóstwo organizacji, które prowadzą szkolenia, programy antymobbingowe, warto szerzej zapoznać się z problemem i szukać jego rozwiązania. Złośliwy powie, że to w szkołach było, jest i będzie. Ale czy ta osoba powie to samo kobiecie, której córka popełniła samobójstwo, bo koledzy pod nieobecność nauczyciela symulowali na niej gwałt na oczach całej klasy filmując to? Wątpię. W tym miejscu pojawia się pytanie, dlaczego nikt nie zareagował, nikt tego nie zgłosił. Czy takie żarty są normalnym zjawiskiem?

Podobnie jak z mobbingiem jest z agresją w szkole. Z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć, że oba te zjawiska mają się do siebie jak zdemoralizowany brat ze siostrą, która ubytki w inteligencji próbuje rekompensować sobie poczuciem wyższości nad kimś przez fizyczne poniżanie go, czyli przez kopanie, szturchanie, wcześniej wspominane podkładanie nóg i na wiele innych sposobów, gdy brakuje już pomysłów na słowne dochodzenie swoich racji albo, gdy ktoś ma odrobinę oleju w głowie- psychiczne znęcanie. Agresja to według słownika  określenie zachowania ukierunkowanego na zewnątrz lub do wewnątrz, mającego na celu spowodowanie szkody fizycznej lub psychicznej. Wyróżnia się kilka typów tego zjawiska: agresja wroga – agresja, która ma na celu zranienie lub zadanie bólu, agresja instrumentalna – agresja służąca innemu celowi niż zranienie lub zadanie bólu, na przykład: zastraszenie, usunięcie konkurencji, agresja prospołeczna – chroniąca interesy społeczne, obrona; agresja indukowana – powstająca w efekcie psychomanipulacji; agresja odroczona i autoagresja – agresja skierowana na własną osobę. W szkole najczęściej występującym typem jest agresja wroga i instrumentalna oraz psychomanipulacji. Wszystkie te rodzaje składają się w jedną całość. Warto zacząć od agresji psychicznej, bo to od niej właśnie zaczyna się cały schemat. Młodzież szkolna ma dostęp do różnego rodzaju źródeł zjawiska jakim jest agresja. Internet, telewizja, prasa, to właśnie z czwartej władzy młodzi ludzie czerpią wzorce, którymi chcą się kierować. Oglądając bajki, dziecko uczy się jak rozwiązywać swoje kłopoty: poniżaniem, wyzywaniem, a jeśli tak się nie da- kopnąć, dać z zęby i po sprawie, na tej samej zasadzie edukuje internet. Co prawda, wszystko zależy na jakie strony młody człowiek wchodzi, ale wątpię, by były to same dydaktyczne adresy, które zwalczają jakiekolwiek symptomy wrogości do drugiego człowieka i samego siebie.

Agresja w szkole, to bardzo poważny problem. Wszyscy zauważają, że w ostatnich latach coraz bardziej się  nasila i występuje głównie w wieku gimnazjalnym. No ale znów, przecież pobicia, straszenie w szkole zawsze były, są i nie da się tego tak od razu zniwelować. Wcześniej charakteryzowany mobbing, można postrzegać jako formę agresji psychicznej i chyba tak rzeczywiście jest. Zastraszanie, wyśmiewanie… a gdy to nie przynosi oczekiwanych efektów, trzeba sięgnąć po bardziej przekonywujące argumenty: pięści. Nie raz będąc w szkole było się świadkiem, gdy jakiś wielki goryl przyciskał do ściany kujonka i próbował wyciągnąć od niego jakieś drobniaki albo zeszyt, żeby móc przepisać zadanie. Przyczyny sytuacji takich jak wyżej wymieniona jest wiele. Zazwyczaj takimi dokonaniami szczycą się ci, którzy mają wystarczająco i chcą tylko poniżyć kogoś dla frajdy, bo jest maminsynkiem albo osoby ze środowisk patologicznych, dla których takie zachowanie jest czym oczywistym, prawo dżungli przede wszystkim, większy i silniejszy zawsze ma rację. I myślimy, czy tego nikt nie widzi? Co robią nauczyciele na dyżurach, przecież po coś są w tych szkołach. Z doświadczenia można powiedzieć, że większość nauczycieli nie chce widzieć takiego problemu i wyznaje zasadę, że dzieci za chwilę się pogodzą, a wychowawca zostanie tym najgorszym. Jeśli już dyżurujący łaskawie zauważy coś niepokojącego, co dzieje się niemal codziennie, to dla przykładu wpisze naganę i sprawa się kończy, i rzeczywiście. Jedna sprawa się kończy dwie kolejne właśnie mają swój początek i problem zamiast maleć, staje się jeszcze poważniejszy. To agresja między uczniami, a wystarczy wejść na lekcję do niektórych nauczycieli i pojawia się kolejny szkolny problem, gdzie podłożem jest omawiane zjawisko i to nauczyciele są ofiarami. Znamy przecież multum przykładów tych nagłośnionych przez media, pomijając te, które zostały przemilczane. Kto nie słyszał o nauczycielu z koszem na głowie? Każdy był w szkole i wie jak było za jego czasów i gdy teraz słyszy, co dzieje się na szkolnych korytarzach, salach lekcyjnych i w szatniach, nie dowierza, bo przecież za niego już nie było kolorowo. Nikt nie przypuszczałby, że w wiejskiej szkole jest możliwe aby uczeń biegał z nożem po szkole i groził wychowawcom. Przyczynami tego typu zachowań uczniów względem nauczycieli mogą być: alkoholizm w rodzinie, trudności materialne, wcześniej wspomniane media i prasa, gry komputerowe, narkotyki, poczucie niesprawiedliwości, pokrzywdzenia przez nauczyciela, patologia, bicie dzieci przez rodziców i można tak wymieniać w nieskończoność.

Tylko czy zawsze winę ponoszą uczniowie? Czy nie jest też tak, że to nauczyciel występuje w roli oprawcy?  Przepracowanie, stres zawodowy, trudna praca z dziećmi i młodzieżą, kłopoty materialne są powodami, przez które uczniowie spotykają się z agresją ze strony swoich wychowawców. Może niekoniecznie jest to bicie, kopanie, ale często zdarza się, że nauczyciel wyprowadzony z równowagi krytykuje na każdym kroku swojego podopiecznego, co prowadzi do pogarszania się relacji uczeń-nauczyciel. Oczywiście nauczyciel też człowiek. I agresją nie jest jednorazowe zdenerwowanie się, ale gdy wyśmiewanie ucznia z powodu jego przynależności religijnej, koloru skóry, wad, które nie są od niego zależne jest notoryczne i zauważają to rówieśnicy atakowanego, jest to co najmniej nie wychowawcze.

Reasumując: agresja rodzi agresję. O tym musi pamiętać każdy, uczeń, nauczyciel, ten który krzywdzi, bo kiedyś on może znaleźć się na tym miejscu i ten, który jest krzywdzony, by chcą zadośćuczynienia nie stać się takim samym jak oprawca.

Angelika SZOBER

POPIELEC – PIERWSZY DZIEŃ POSTU

Popielec (staropolska Środa)- w tym roku przypada na 22 lutego, pierwszy dzień Wielkiego Postu.

Fot. Archiwum
Fot. Archiwum

Dzień pokuty przypadający na 40-dniowy okres postu, bez wliczania niedziel przed Wielkanocą. Tego dnia według obrzędów katolickich, kapłan czyni znak krzyża popiołem na głowie wiernego( w Polsce praktykowane jest posypywanie głowy popiołem). W tym czasie kapłan wypowiada słowa: Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz lub Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię, co ma przypomnieć człowiekowi o kruchości jego życia i nieuchronnej śmierci.W Środę Popielcową katolików obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (od 14 roku życia) i post ścisły (między 18 a 60 rokiem życia), czyli ograniczenie liczby posiłków do trzech: jednego do syta oraz dwóch skromnych. Święto nie jest dniem wolnym od pracy.

Jolanta MICHALSKA

WIARA VS TRADYCJA

Polska uznawana za kraj katolicki. wszyscy obchodzimy święta, wyczekujemy pierwszej gwiazdki, malujemy jajka ale ilu odwiedza kościół? Mieliśmy prawo wyboru czy jeszcze nieświadomi staliśmy się przynależni do wspólnoty kościoła?

Matka Boska z Dzieciątkiem w Gaju oliwnym/ Fot. Archiwum.
Matka Boska z Dzieciątkiem w Gaju oliwnym/ Fot. Archiwum.

Nauki religijne wpajane są nam od najmłodszych lat. W tej chwili religia jako przedmiot szkolny liczy się również do ogólnej klasyfikacji podczas oceniania. Niby przedmiot nieobowiązkowy, lecz by na niego nie uczestniczyć należy wypełnić pisemną deklarację swojej woli, więc odgórnym założeniem jest, że uczęszczają na niego wszyscy. W szkołach ponadgimnazjalnych można zaobserwować, że zwiększa się procentowa ilość osób, które rezygnują z tego przedmiotu, lecz we wcześniejszych etapach edukacji są to raczej sytuacje rzadkie. Można postawić przed sobą pytanie jak czują się dzieci, które nie pochodzą z rodzin katolickich, są ateistami lub wyznają inną religie? Dzieci mogą czuć się wyalienowane, odłączone od grupy, co w tym wieku ta, jak i każda inna odmienność staje się powodem zainteresowania jak i niejednokrotnie żartów czy nawet kpin. Uświadamiając sobie problem warto również pokusić się nad rozważeniem, czy korzystniej byłoby nauczać religii w szkółkach niedzielnych jak to miało miejsce kiedyś, niż w szkołach. Wtedy faktycznie chodziłyby na nią dzieci chcące posiąść odpowiednią wiedzę, a nie jak w stadzie owiec na pastwisku jedna za drugą- bo przecież wszyscy chodzą.

Poza nauczaniem religii warto również poruszyć problem obchodzenia świąt, na przykładzie Wielkiej Nocy. W Wielkosobotni poranek szykujemy koszyczki wypełnione pisankami, barankiem z masła i innymi przysmakami. Przy święceniu potraw są wręcz tłumy wiernych, a samo święcenie odbywa się do późnych godzin popołudniowych dosłownie co kilkanaście minut. Obchodzenie świąt Wielkiej Nocy to nie tylko pójście do tak zwanej ‘święconki” ale przede wszystkim Triduum Paschalne, czyli 3 dni obrzędów w kościele mających na celu upamiętnić mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa oraz przygotować do głębokiego przeżycia uroczystości. Ci, którzy święcić potrawy idą, już niekoniecznie wkładają swój wysiłek, by w reszcie przygotować uczestniczyć.

Przy obchodach świąt Bożego Narodzenia jeszcze więcej tradycyjnych zachować: ubieranie choinki, karp pływający we wannie, szał kupowania prezentów i unoszący się w domu zapach jabłek i cynamonu. Magię świąt przysłania szaleństwo zakupów, przez które zapomina się o faktycznym ich znaczeniu. Takie to rodzinne i pogodne święta, lecz zamiast jak to nakazuje wiara północ spędzić na Pasterce to często przed telewizorem z Kelvinem- bo przecież nie ma świąt bez Kevina.

Sakrament Komunii to znów swoista impreza dla rodziny, bardziej obchodzi się uroczystość tą w restauracji gdzie podany jest suty obiad, a największą frajdą dla Komunisty jest zabawa nowym iPodem, telefonem, gdyż rower staje się coraz mniej zadowalającym prezentem, nie wspominając już o tradycyjnym zegarku. Biała szata nie robi wrażenia, a uroczystości w kościele stają się nieprzyjemną koniecznością. Warto wspomnieć również, że często Komunia staje się rewią mody szczególnie wśród młodych dziewcząt, które zamiast skromnej alby wkładają falbaniaste suknie, które przypominają bardziej te ślubne.

Śmiem twierdzić, że do sakramentu Bierzmowania przystępuje już mniej młodzieży. Bycie ateistą w dzisiejszych czasach stało się modne, ale wielu z nich świadomie podejmują tę decyzję, ze względu nie odczuwania jeszcze gotowości do kolejnego etapu pogłębienia swojej wiary. Zresztą nie da się ukryć, ale kościół jako instytucja również stała się odpychająca chociażby ze względu na nagłośnione przez media przypadki molestowania młodych chłopców przez księży.

Nieraz słyszy się tłumaczenia „idź do bierzmowania jak wszyscy, później będziesz chciał wziąć ślub i co?” ale znów po co nam ślub kościelny, gdy nie czujemy głębokiego poczucia wiary? Tu po raz kolejny potwierdza nam się, że tak wypada, że to dla rodziny, z tradycji, ze taka już kolej rzeczy.

Powszechne stało się twierdzenie ‘wierzący, ale nie praktykujący”. Czy tutaj nie pojawia się paradoks? Jeśli uważa się siebie za osobę wierzącą to dlaczego nie spełnia się podstawowych warunków, jakie nakazuje nam religia chociażby jak „pamiętaj, abyś dzień święty świecił?” znów staramy sobie sami stworzyć religie, która będzie odpowiadała naszym wymaganiom; wierzymy wybiórczo? Czy na pewno na tym to polega?

I pojawia się decydująca kwestia-chrzest. Wkraczamy we wspólnotę kościoła mali, nieświadomi, nie zdający sobie sprawy z niczego. Tym bardziej niegotowi i niezdolni do podejmowania decyzji jaką religię chcemy wyznawać. Od kiedy tylko pamiętamy nauczani jesteśmy tej jednej religii, a jakakolwiek nasza wątpliwość szybko jest negowana. Może trafne byłoby zamiast lekcji religii w szkole religioznawstwo, by móc w pełni świadomie zdecydować w co chcemy wierzyć. Po osiągnięciu wieku dojrzałości, z wolnego wyboru, nie z przypadku…

Sonia TOMKOWIAK