Archiwa kategorii: Film

PRODUKT IDEALNY

Listy do M. już w kinach.
Listy do M. już w kinach.

Tytuł: Listy do M.

Reżyseria: Mitja Okorn

Scenariusz: Karolina Szablewska, Marcin Baczyński

Muzyka: Łukasz Targosz

Zdjęcia: Marian Prokop

Czas trwania: 1 godz. 56 min.

 

Do multipleksów wskoczył kolejny film z cyklu polskich komedii romantycznych, Listy do M.. Tym razem był „sygnowany pieczątką Świętego Mikołaja”, więc momentalnie pobiegły na niego tłumy.

Jak to zwykle bywa, już w połowie października na wystawach sklepowych pojawiają się pierwsze świąteczne dekoracje, ulice miast rozświetlone zostają szeregami kolorowych lampek, a w telewizji powoli pojawiają się reklamy pachnącej bożonarodzeniowym aromatem kawy. No tak, to pierwsze oznaki, że w ruch pójdą wielkie pieniądze a marketingowcy i handlowcy z uśmiechem zacierają ręce. Od wielu lat jasnym stało się, że Boże Narodzenie, to kolejny produkt, na którym można zarobić miliony. Dokładnie dziesiątego października do multipleksów wskoczył kolejny film z cyklu polskich komedii romantycznych, Listy do M.. Tym razem był „sygnowany pieczątką Świętego Mikołaja”, więc momentalnie pobiegły na niego tłumy. Poza tym twórcy filmu doskonale przewidując potrzeby potencjalnych widzów, zaangażowali całą plejadę gwiazd polskiego kina: Maciek Stuhr, Roma Gąsiorowska, Piotr Adamczyk, czy dawno nie obsadzany w rolach kinowych, Wojciech Malajkat – to zaledwie garstka.

Fabuła filmu jest banalna: dziesięcioro bohaterów, wypełniających standardową paletę charakterów i typów. Mamy samotnego ojca radiowca, zgorzkniałą panią prezes, jej inteligentnego i dobrodusznego męża. Poza tym samotną i nieszczęśliwą Mikołajkę z galerii handlowej i etatowego Mikołaja seksoholika; rozpadającą się rodzinę oraz homoseksualistę. Od przedstawienia bohaterów zaczyna się schematyczność i przewidywalność filmu. Dokładnie wiadomo, które postaci będą ze sobą sparowane, czy to przyjaźnią, czy miłością. Jedno jest pewne, nie ma tu zaskoczenia. Jest za to sporo niekonsekwencji i niewiarygodności fabularnych. Wszyscy bohaterowie mają jakiś kłopot, wszyscy nie mogą, nie potrafią lub nie chcą celebrować Wigilii Bożego Narodzenia. Działa magia świąt i nagle każdy z nich kompletnie zmienia swoje dotychczasowe myślenie. Najbardziej zastanawia mnie wątek dwóch sióstr, jedna jest w zaawansowanej ciąży, z mężczyzną, którego przy niej nie ma. Druga jest bogatą panią prezes rozgłośni radiowej. Spędza święta samotnie wraz ze swym mężem – ci zamiast szczerej rozmowy, wolą zagłuszającą myśli kolędę i pseudointelektualne dywagacje. Najprostszym rozwiązaniem dla tej trójki byłoby spędzenie świąt wspólnie, ale ten pomysł chyba nie pasował do koncepcji fabularnej i dramaturgicznej filmu…

Konstrukcyjnie film bardzo mocno przypomina brytyjską komedyjkę Richarda Curtisa z 2003 roku „To właśnie miłość” (Love Actually). Tu fabuła również zorganizowana została wokół par bohaterów, pozornie niezależnych – a jednak w jakiś sposób powiązanych ze sobą. Nawet patrząc na plakat Listów do M. widać inspirację filmem ( i plakatem do filmu!) Curtisa i jego konstrukcją.

W Listach mocnym punktem jest muzyka. Są to głównie przepiękne standardy jazzowe, które mają za zadanie podkreślić nastrojowość świąt i samego filmu. Nie jest to jednak nic odkrywczego, choć trzeba przyznać iż dzięki temu bliżej Listom do amerykańskich, czy brytyjskich romantic comedy niż do naszego rodzimego odpowiednika.

Zamysłem producentów było stworzenie miłego, nastrojowego i kompletnie nieprawdziwego filmu, który doskonale się sprzeda. Ciekawy jest jednak fakt, iż kontestuje on niejako komercyjny charakter świąt, sam natomiast niestety wpisuje się w całą tę świąteczną gorączkę.

Jest to sympatyczna i chwilami naprawdę zabawna bajeczka, którą z pewnością niedługo odnajdziemy w telewizyjnej ramówce TVN-u ułożonej na Wigilijny wieczór. Biorąc pod uwagę jakość ostatnich polskich komedii, które rozszalały się na polskim rynku filmowym, Listy wypadają przyzwoicie. Na seans kinowy są może nieco za długie, na rodzinny wieczór przed telewizorem – w sam raz.

Natalia JĘDRZEJCZAK

„SZPIEG” DOSKONAŁY

Powieść Johna la Carré będąca kanwą obrazu Tomasa Alfredsona od dawna straszy w mojej bibliotece nie tyle objętością, co mroczną tematyką, wyczuwalną już od pierwszego zdania. Podobnie straszy film „Tinker, Tailor, Soldier, Spy”. W tym wypadku jest to jednak strach konstruktywny.

Szpieg. Tomas Alfredson.
Szpieg. Tomas Alfredson.

Hasło; „kino moralnego niepokoju” jest wyszlifowane na miarę prezentowanych w filmie angielskich bruków, ale moralny niepokój to pierwsze, co powołują do życia twórcy „Szpiega”. Nie ma się co oszukiwać – fani tragikomicznych akcji Jamesa Bonda nie wyjdą z kina ze zrewidowanym spojrzeniem na pracę wywiadu i kontrwywiadu. Nie. Ci wyjdą znudzeni w połowie seansu. Obrażeni na reżysera – że kazał im myśleć i na scenarzystów – że kazali im patrzeć na smutną Wielką Brytanię. Wyjdą zawiedzeni brakiem fajerwerków i zajmą stanowisko, że ani, wyprute flaki, ani rozbryzgany na ścianie mózg, ani brutalnie podcięte gardło nie są w stanie zrekompensować im braku wartkiej akcji. Znajdą się wśród widzów tacy, którzy nie wytrzymają geometrycznie rosnącego napięcia i coraz ciaśniej zapętlającej się akcji. Znajdą się i tacy, którzy doskonałą grę Garego Oldmana, Colina Firtha i Johna Hurta nazwą, jak usłyszałam wychodząc z seansu, „pedalskim kinem”.

„Szpieg” jest brzydki. Z tym że to taka brzydota, której dziś przeciętny widz nie dostrzega i nie potrafi zinterpretować. To brzydota na miarę „Ojca Chrzestnego” i filmów Clinta Eastwooda. W filmie Alfredsona jest ona wyeksponowana perfekcyjnie. Gęsta i namacalna. Ze względu na powolne tempo akcji, widz może się dokładnie przyjrzeć np. aktom zdrady (tak małżeńskiej, jak służbowej) albo konsekwencjom prania po mordzie w prawdziwym napadzie złości. Może prześledzić jak naprawdę wygląda upijanie się z bezradności, jak wygląda upokorzenie. Może też, co się ostatni rzadko zdarza, zobaczyć na ekranie łzy strachu i wstydu.

Dla mnie „Szpieg” to opowieść o ludziach pożeranych przez własne lęki i zaplątanych w labiryntach intryg stworzonych przez samych siebie. To kino męskie. Nie tylko ze względu na obsadę, ale przede wszystkim na problematykę. Męską rękę, męskie poczucie estetyki widać w każdym ujęciu. Najmocniej zaś, przewrotnie, widać to w momentach ukazywania słabości bohaterów. Niezależnie od oczekiwań widza, agent wywiadu podejrzany i podejrzewający, zastraszony i zaszczuty, okłamywany i kłamiący, wreszcie samotny – to agent ciężkostrawny. W filmie Alfredsona każda postać jest taka.

Nam, konsumentom, nie wolno zapomnieć, że w menu zdarzają się dania ciężkostrawne, ale jednocześnie zdrowe, a nawet, na wzór rosołu, uzdrawiające. A „Szpieg” to taki rosół współczesnego kina właśnie. Polecam spożyć (na) gorąco.

Paulina REZMER

WYMYK, CZYLI BALLADA O ANTYBOHATERZE

18-tego listopada, na ekrany polskich kin wszedł najnowszy film Grega Zglińskiego. Szerszej publiczności twórca znany jest przede wszystkim z obrazu Tiut en hiver sans feu (Cała zima bez ognia, 2004r.), nakręconego w koprodukcji szwajcarsko-belgijskiej.

Grzegorz Zgliński i Robert Więckiewicz.
Grzegorz Zgliński i Robert Więckiewicz.

Zgliński to twórca, w Polsce znany z niewielu filmów. Przez wiele lat mieszkał w Szwajcarii, gdzie nakręcił swoje pierwsze obrazy filmowe. W 1996 roku ukończył łódzką PWSTiF, pod kierunkiem Krzysztofa Kieślowskiego. Wpływ Kina Moralnego Niepokoju głęboko wgryzł się w twórczość Zglińskiego. Problem wyborów, których dokonuje człowiek i ich wpływu na dalsze jego życie, stał się tematem także najnowszego projektu reżysera.

Główni bohaterowie to bracia, Alfred i Jerzy. Od samego początku zarysowany jest wyraźny kontrast między nimi. Wspólnie prowadzą biznes, każdy z nich ma jednak zupełnie inną wizję na prowadzenie firmy. W interesach Jurek jest postępowy i zdecydowany, Alfred boi się podjąć ryzyko. Tej charakterystyce zdaje się zaprzeczać pierwsza sekwencja filmu, gdzie jadący z duża prędkością samochód, w ostatniej chwili mija pędzący pociąg. Za kierownicą siedzi Alfred, dla którego jest to świetna zabawa. Podejście rodziców do obu mężczyzn jest odmienne. Jurek jest tym ułożonym synem, który założył rodzinę, wyjechał za granicę, by powrócić z odpowiednią ilością pomysłów na rozwój zaściankowej firmy, prowadzonej przez brata. Alfred ma żonę, za którą matka, jak sama przyznaje, nigdy nie przepadała. Dzieci nie było i pewnie w najbliższym czasie nie ma w planach. Lubi kolekcjonerską broń, szybkie samochody, za których kierownicą ma ODWAGĘ podjąć ryzyko… Właśnie o odwagę rozbija się cały film Zglińskiego.

Kiedy podczas jazdy pociągiem mężczyźni są świadkami chuligańskich zaczepek wobec jednej z pasażerek, to Jurek ma odwagę stanąć w jej obronie. Kiedy banda wyrostków okłada go – Alfred stoi z boku, nadal nie mając odwagi postawić się. Wreszcie kiedy Jerzy zostaje wyrzucony z wagonu, Fred nie robi nic. Z minuty na minutę zaczyna do niego docierać, iż wybór, którego dokonał okazał się tragiczny w skutkach. Nie tłumaczy tego ani strach przed reakcją, ani niewinna chęć dania nauczki „idealnemu” braciszkowi. Mimo to Alfred nadal próbuje wytłumaczyć sobie, iż „zrobił wszystko co mógł”.

Podczas kłótni, Viola prosi Alfreda o nieco pokory, twierdząc, że to nie on jest w tej całej tragedii najważniejszy. Jest to dość znamienna uwaga. Paradoksalnie, to właśnie Alfred jest w tym wszystkim najistotniejszy. Film jest pretekstem, aby przedstawić wewnętrzny dramat konkretnej osoby. Dramat, który nie tyle wiąże się losami brata, co z wyborem, którego się dokonało i niemożliwością poradzenia sobie z konsekwencjami tego wyboru. Podczas tragedii jeden ze sprawców zarejestrował wydarzenie i umieścił je w Sieci. Bardzo wyraźnie widać na nim nie tylko pobicie Jerzego, ale także brak reakcji Freda. Kiedy ten prezentuje go publicznie, nie robi tego tylko po to, by obciążyć jednego z chłopaków. Robi to przede wszystkim by zostać rozgrzeszonym. Jest to spowiedź przed ludźmi i przed samym sobą. Kiedy wreszcie Alfred udaje się do szpitala, by zając się Jerzym, najpierw musi coś utracić. Robi to dopiero wtedy, gdy Viola odchodzi od niego. Tutaj także chodzi przede wszystkim o niego, o jego samotność i bezradność. Samotność i pustkę Zgliński wprowadza już na samym początku ujęciem jadącego pociągu bez pasażerów. Chwilę później przełamuje ją dynamiczną muzyką, dobiegającą z wnętrza pędzącego samochodu.

Film jest doskonałym popisem oszczędnej gry aktorskiej Roberta Więckiewicza, aktora, który podobnie jak Tomasz Kot prezentuje typ niezwykłej „elastyczności” zarówno w sposobie gry, jak i w wyborze ról. Świetnie odnajduje się zarówno w „superproduktach” typu Lejdis, jak i w filmach z gatunku 33 scen z życia, czy opisywanego Wymyku.

Na koniec wprowadzę niewielką dygresję, która mogłaby stać się tematem odrębnym. Mam na myśli beznadziejność nie tylko, jako odczucie wewnętrznego stanu ducha bohatera, ale również funkcjonowania pewnych instytucji państwowych. Bezpieczeństwo, jakie powinien mieć zapewnione pasażer PKP, okazuje się fikcją. Nieporadność policji musi zostać przełamana przez dzielnego bohatera (w przypadku Zglińskiego można mówić o anty-bohaterze), który przeciera szlak poszukiwaniom sprawców. Jest jeszcze kwestia kościoła, w którym ławki aż rażą pustkami. Wierni zamiast skupić się na modlitwie, kierują pogardliwe spojrzenia w stronę Alfreda. Być może jest to kwestia wyobrażeń bohatera. Są to jego własne wyrzuty sumienia, spoglądające na niego z ławek obok. Coś jednak jest na rzeczy, z jaką łatwością przychodzi nam oceniać innych – brak nam wyobraźni, dzięki której moglibyśmy postawić się w sytuacji Freda. Ciekawa jestem naszego zachowania… .

Natalia JĘDRZEJCZAK