Archiwa kategorii: Felieton

NOWY ROK = NOWY JA, CZYLI SŁÓW KILKA O NOWOROCZNYCH POSTANOWIENIACH

Fot. http://m.dziennik.pl/wiecej/zdrowie/profilaktyka/zdrowotne-postanowienia-noworoczne
Fot. http://m.dziennik.pl/wiecej/zdrowie/profilaktyka/zdrowotne-postanowienia-noworoczne

Wejście w Nowy Rok wydaje się idealną okazją do rozpoczęcia zmian w swoim życiu. Wielu z nas pieczołowicie przygotowuje listę postanowień, ale tylko nielicznym starcza motywacji, by je urzeczywistnić. Co zatem robić, by chciało się chcieć? Wystarczy przestrzegać trzech prostych zasad.

Po pierwsze, imaginacja

Największa moc człowieka kryje się w umyśle. Od kilku lat znane nam są wyniki badań wykazujące, iż samo myślenie o ruchu powoduje poruszenie włókien mięśniowych. Podobnie jest z marzeniami. Trenerzy rozwoju personalnego zachęcają nas do wyobrażania sobie własnej osoby na najwyższym podium. Im bardziej wczuwamy się w rolę, tym większe prawdopodobieństwo, że osiągniemy sukces. Zwycięstwo sportowców także w równym stopniu zależy od prawidłowego wykonywania technik psychologicznych, co fizycznych, o czym nie omieszkało się wspominać w przypadku Adama Małysza. By jeszcze bardziej pobudzić wyobraźnie, niektórzy zalecają stworzenie tablicy z wizerunkiem przedmiotów kojarzących się z osiąganym celem.

Po drugie, „dziennik postępów”

Codzienne notowanie swoich postanowień z uwzględnieniem odpowiednich przypisów „sukcesu” lub „porażki” (w zależności od tego, czy zadanie zostało przez nas zrealizowane), z pewnością, daje możliwość dużej kontroli nad naszymi planami. Dodatkowym czynnikiem motywacyjnym może być wyznaczenie sobie nagrody za określoną ilość „sukcesów” lub kary, dla tych, którzy wolą samobiczowanie.

Po trzecie, inspiracja

Niby wszędzie słyszymy, by nie oglądać się na innych, ale czasem historie z cyklu „od zera do bohatera” potrafią dać większego kopa do działania niż litry napojów energetyzujących.
Jedną z takich opowieści o bezdomnej niegdyś projektantce mody, która dziś ma własną firmę, możesz przeczytać .
tutaj.

SZACHOWNICA PICZUSZKINA

Porównywali go do Kuby rozpruwacza, wampira czy Teda Bundy’ego. W końcu otrzymał swój własny przydomek: szachownicowy zabójca. W ciągu 14 lat zabił 61 osób i przez ten cały czas nie padł na niego ani cień podejrzenia. Aleksander Piczuszkin seryjny morderca z Moskwy.

fot. Aleksander Piczuszkin fot. AFP/onet.pl
fot. Aleksander Piczuszkin fot. AFP/onet.pl

Park Bit­cew­ski znajduje się na południu Moskwy. To malownicze miejsce jest bardzo często odwiedzane przez mieszkańców. Często przebywają tam zarówno starsi jak i młodsi ludzie spacerując, robiąc pikniki czy grając w szachy. No właśnie szachy. To właśnie szachownica i park Bitcewski stały się symbolami dla seryjnego mordercy. Piczuszkin na szachownicy przez 14 lat przyklejał numery, jakimi oznaczał swoje ofiary. Do końca dzieła zostały mu 3. Natomiast duży obszar zieleni z szeregiem rur kanalizacyjnych pod ziemią to idealne miejsce zbrodni.

Zabijanie jest jak miłość

Zarówno w trakcie śledztwa jak i procesu Aleksandr Piczuszkin przyznał się do wszystkich morderstw o jakie go oskarżono. Twierdził również, że dokonał jeszcze 12 zbrodni, jednak ciał nie odnaleziono. Mówił, że mordując czuł się jakby był Bogiem, który ma władzę nad życiem i śmiercią. Na swoje ofiary Aleksandr wybierał głównie swoich znajomych ponieważ chciał żyć samotnie, a poza tym przyznał się, że kiedy był z kimś bliżej przyjemniej mu było go zabić. Pierwszą zbrodnię Piczuszkin popełnił w wieku 18 lat, zabijając kolegę z klasy, zanim jednak to zrobił próbował go namówić aby się do niego przyłączył. Kiedy chłopak odmówił, szachownicowy morderca „posłał go do nieba”. Podczas rozprawy porównał pierwsze zabójstwo do uczucia pierwszej miłości, której nie da się zapomnieć i zawsze wraca się do niej z sentymentem.

Bitcewski maniak

Zanim skazano Aleksandra Jurewicza Piczuszkina trzeba było dokładnie sprawdzić wszystkie jego opowieści. Nie koniecznie wszystko co mówił mogło się okazać prawdą. Niestety w trakcie wizji lokalnej bitcewski maniak ze wszystkimi szczegółami opowiadał o swoich morderstwach, w dodatku z wielką przyjemnością. W trakcie spotkań z psychiatrą stwierdzono objawy syndromu sadystycznego i rozładowywanie emocji poprzez przemoc. Aleksander miał zdolność do szybkiego nawiązywania znajomości. Najpierw wzbudzał zaufanie w ofierze, następnie zabierał ją do parku gdzie wypijali wódkę. Kiedy byli w ustronnym miejscu morderca uderzał tępym narzędziem w głowę, tak by w czaszce powstał otwór, potem wtykał do niego butelkę po wódce bądź kij. Innym sposobem było wrzucenie ofiary do kanału, dlatego nie odnaleziono części ciał. Zostały one rozerwane. „Byłem dla nich jak ojciec. Otwierałem im drzwi do innego świata” powiedział zbrodniarz. Psychiatrzy uznali seryjnego mordercę za poczytalnego, jednak po tym co mówił ciężko się do tego ustosunkować. Piczuszkin na początku twierdził, iż chciał zapełnić wszystkie pola na szachownicy i to była jego misja, w trakcie procesu zmienił jednak zdanie i powiedział, że i tak zabijałby dalej.

Demaskacja na życzenie

Szachownicowy morderca sam zaczął zostawiać znaki po sobie. Czuł się bezkarny. Przestał ukrywać ciała. Chciał by go odnaleziono. W końcu został aresztowany, kiedy milicja znalazła jego adres i numer telefonu napisane na kartce pozostawionej w domu przez kobietę, z którą się spotykał,a później zabił. Przyznał się, gdy pokazano mu taśmę wideo z kamery zainstalowanej w metrze, na której jest widoczny z przyszłą ofiarą.”Jednak nie powinniście przypisywać milicji pojmania mnie. Sam się poddałem” – powiedział z uśmiechem na ustach.

Morderca ciekawszy niż ofiara?

Po jednej z masakr w Stanach Zjednoczonych jeden z dziennikarzy napisał, aby nie roztrząsać, nie gloryfikować, nie mówić o mordercy bo, przede wszystkim liczy się ofiara. Nazwisko Piczuszkina zna większość osób w Moskwie i bardzo dużo ludzi na całym świecie. Stworzono film dokumentalny, pisano artykuły, nadano przydomki. A czy ktokolwiek potrafi wymienić wszystkie 61 ofiar oprócz samego zbrodniarza? Bitcewski maniak mógł czuć się jak gwiazda na swoim procesie. Był nią przez ten krótki czas, a pamięć po nim nie przeminie. A co z ofiarami? Zazwyczaj fascynują nas mordercy, to o nich mówimy, piszemy, kręcimy filmy, tworzymy biografie, dając światu do zrozumienia, że tak właśnie powinno być. Liczby to nie to samo, co imiona i nazwiska. Zaczynamy traktować ofiary jak szachownicowy morderca nadajemy im numerki, zapominamy o nich, a pamiętamy i gloryfikujemy imiona i nazwiska zbrodniarzy. Dlatego warto zatrzymać się w miejscu i spojrzeć na to pod innym kątem, bo chyba nie trzeba stać się mordercą by ktoś o nas pamiętał?

RADIO MARYJA KRYTYKUJE TUSKA: POLAKÓW NIE STAĆ NA ZNACZKI POCZTOWE

http://www.pitbul.pl/parcie-na-szklo/chca-zniszczyc-radio-maryja-rydzyk-sie-boi-audio
http://www.pitbul.pl/parcie-na-szklo/chca-zniszczyc-radio-maryja-rydzyk-sie-boi-audio

Wczoraj biorąc prysznic włączyłam radio. Szukałam stacji radiowej, która gości zawsze w mojej ulubionej poznańskiej „eLce”. Nie mogłam znaleźć ukochanych złotych przebojów. Zrezygnowana trafiłam na ciekawy dialog. Tuż po pierwszym zdaniu prowadzącego zorientowałam się, że to „Radio Maryja”. Dialog był tak ciekawy, że już do końca kąpieli nie zmieniłam stacji. Nie wiem jak nazywał się prezenter, który prowadził audycję, bo RM jest mi generalnie obce. Rozbawił mnie, a z drugiej strony zażenował stwierdzeniem, że skoro w Polsce 90 % ludzi jest wierzących, to adekwatnie do tego powinno być w TV więcej stacji katolickich. Zawsze myślałam, że Boga nosi się w sercu i jest to kwestia indywidualna każdego człowieka. Przykazanie mówi „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – przynajmniej tego uczą moją kochaną siostrzenicę Kamilę na religii, przed przystąpieniem do I Komunii Świętej. Czym zatem staje się dla PiS-u i RM telewizja? Jak nie właśnie  świątynią rozgrywek politycznych? Tu nie chodzi już o to, ilu jest wierzących, lecz o fakt – im nas więcej w TV, tym mamy większą władzę.

Muszę jeszcze stwierdzić, że RM powinno doszkalać swoich prezenterów w dziedzinie perswazji i manipulacji, gdyż społeczeństwo nie lubi być jawnie manipulowane. RM bez ogródek szkaluje PO i rządy Tuska. Każdy ma prawo do swojej opinii, ale dziennikarz, prowadzący według zasad i Etyki Dziennikarskiej winien być obiektywny. Tymczasem prowadzący RM namawiając słuchaczy do podpisywania petycji (chodzi o Trwam i multipleks) drogą elektroniczną twierdzi, że „Rządy Tuska doprowadziły do takiej sytuacji, iż ludzi nawet nie stać na znaczek pocztowy”. Nie stać? Naprawdę? Ejże, a może słuchacze RM za dużo dają na tacę i remonty Kościołów? Zawsze gdy jeżdżę wspomnianą „eLką” po Poznaniu, co rusz napotykam na swej drodze nowoczesne budynki i za każdym razem okazuje się, że to Kościół.

Tak, wierzę w Boga i nie boję się mówić o tym głośno. Tyle tylko, że moja wiara pozostaje w sercu. Kościół traktuję jak świątynię, która powinna w skromnych progach przyjmować każdego człowieka. Nie tylko tego, który daje najwięcej na tacę i jest wyczytywany co niedzielę podczas ogłoszeń parafialnych. Nie muszę siedzieć przed telewizorem i widzieć Boga na każdym kanale, a swoją drogą szczytem niesmaku jest dla mnie komercjalizacja wiary. Mój tata zawsze powtarza, że „Najmniej Boga jest w Kościele.”, a ja mu wierzę, bo nigdy mnie nie zawiódł i jest moim autorytetem. Bóg jest wszędzie i to od nas zależy, czy będziemy czuć jego obecność w swoim życiu, czy może będzie musiała nam o tym przypominać telewizja na każdym kanale …

STRACH W TERAŹNIEJSZOŚCI

W czasach współczesnych, co oczywiste człowiek odczuwa strach przed wieloma zjawiskami,
które występowały również w przeszłości, zmieniały się, a także pojawiły się całkowicie nowe
przyczyny niepokojów. Co jest przyczyną tego, że czasy informatyzacji, dostępności do mediów,
stały się czasami wszechobecnego lęku? Czy to właśnie szybki dostęp do nieustannie
zmieniających się informacji, różnych doniesień powoduje ciągły niepokój? 

Człowiek w XXI w. ma wbrew pozorom dużo powodów do zmartwień- źródło pokonaj-strach.pl
Człowiek w XXI w. ma wbrew pozorom dużo powodów do zmartwień- źródło pokonaj-strach.pl

Środki, którymi posługują się często współczesne media opierają się na błyskawicznym przekazie, najczęściej polegającym na zmieniających się obrazkach, z dodaną informacją, dotyczącą tego, co aktualnie oglądamy. Taki przekaz potrafi działać na nasze wyobrażenia, które dotyczą często spraw, bezpośrednio nie odnoszących się do konkretnych jednostek, czyli jak się wydaje nie zagrażających nam, a bardziej całym grupom społecznym. Już sama informacja, która odnosi się do zjawisk geograficznie dziejących się bardzo daleko od nas może budzić pewien niepokój, wpływa na nasze myślenie, na naszą podświadomość.

Każdy z nas ma osobistą granicę, której przekroczenie może powodować stany lękowe. Istnieją jednak pewne wydarzenia, które można nazwać przełomowymi, czyli te zmieniające myślenie całej globalnej społeczności. Takie wydarzenie miało miejsce we wrześniu 2001 roku. Od pamiętnego niestety zamachu terrorystycznego na Nowy Jork, zmienił się pogląd na na nasze bezpieczeństwo. Zaczęto uważać, i to słusznie, że akty terroryzmu mogą dotknąć nawet największe, jak się wydaje potęgi gospodarcze, czy militarne. Stało się jasne, że nie można zagwarantować poczucia pewności, w żadnym miejscu na ziemi.

Kolejnym z powodów obaw współczesnego człowieka jest jego zdrowie, obawa, która towarzyszy człowiekowi praktycznie od zawsze, często spędzając „sen z powiek”. I tu znów duża rolę przykładają media, często przecież słyszymy o coraz to nowszych rodzajach śmiertelnych chorób i problemów ze znalezieniem skutecznego antidotum. Niestety w tym przypadku informacje medialne znajdują często swoje potwierdzenie, gdyż choroby często dotyczą najbliższego nam otoczenia, zbierając śmiertelne żniwo. Jest to zagrożenie jak najbardziej realne, które może dotknąć nas w każdym momencie naszego życia i na które niestety często nie mamy wpływu.

Następnym powodem strachu w czasach teraźniejszych jest strach przed stratą pracy. Zagrożenie to wydaje się być zwłaszcza w porównaniu do zagrożeń z przeszłości – czymś bagatelnym, tak naprawdę mało znaczącym. We współczesnych czasach jednak, źródło dochodu i utrzymania siebie a także bliskich jest rzeczą w pewnym stopniu priorytetową. Każdy z nas pragnie spokoju, zapewnienia przyszłości nie tylko sobie, mieć ugruntowaną pozycję. Posiadanie pracy i przyzwoitych dochodów w dużej mierze wpływa na nasze samopoczucie, a te jak wiadomo „odbija” się często na najbliższych. Poczucie strachu przed utratą pracy może być często większe niż obawa przed wydawało by się ważniejszymi sprawami. Często poświęcamy nasze zdrowie na rzecz pracy, a więc można zaryzykować stwierdzenie, że nastąpiło odwrócenie priorytetów.

„Władza i posiadanie są potencjalnymi źródłami lęku. Człowiek boi się, że może stracić to, co
ma, że ktoś może mu to odebrać. Ludzie wokół są zawsze potencjalnymi wrogami, gdyż nie można wykluczyć, że dybią na naszą władzę i stan posiadania” – Zygmunt Bauman.

To właśnie praca i w konsekwencji nasze zarobki pozwalają nam na przyzwoite warunki życia.
To co staram się przedstawić jest niejako nową formą strachu – mianowicie chodzi tutaj o pewien rodzaj lęku przed stratą pracy. Można zaryzykować tezę, że współczesny człowiek coraz więcej potrzebuje, nowe meble, samochód, zagraniczne wakacje, to tylko z nielicznych udogodnień jakich rzekomo potrzeba człowiekowi. Następuje uzależnienie od tych przedmiotów, od wygodnego życia, do których się przyzwyczajamy.

Wszystkich powodów sprzyjających pojawieniu się strachu obecnie nie sposób wymienić. Wystarczy wypisać sfery, na których ten strach może się opierać – sfera finansowa, sfera ekologiczna, społeczna, militarna, to tylko główne, z których to najczęściej zjawiska lęku zdają się wyłaniać, zaburzając nierzadko poczucie naszego bezpieczeństwa.

DZIEŃ ZMARŁYCH, HOŁDEM DLA ŻYCIA…

1 listopada, chociaż jest dniem przeżywanym co roku, jest dniem szczególnym, ponieważ dotyczy wszystkich tych, którzy odeszli przed nami.

Fot. Paweł Zych.
Fot. Paweł Zych.

W tym właśnie dniu odwiedzamy groby naszych bliskich z rodziny i znajomych, czy choćby nawet przeglądamy zakurzone albumy w celu powrotu do wspomnień. Przy całej atmosferze tego święta warto jednak pamiętać, że choć doskwiera uczucie osamotnienia z powodu utraty bliskich, to wciąż są wśród nas żywi potrzebujący naszej uwagi, wsparcia i miłości. Dlatego to święto jest doskonałą okazją by wyciszyć myśli i spojrzeć na swoje życie raz jeszcze, z zupełnie innej perspektywy.

,,Vanitas, Vanitatum, et omnia Vanitas’’

,, Vanitas , Vanitatum , et omnia Vanitas’’, te słowa zawarte w Księdze Koheleta i oznaczające ‘’ marność nad marnościami i wszystko marność’’ w bardzo realistyczny i jednocześnie piękny sposób wpisują się w cykl życia ludzkiego. Każdemu z nas bowiem, zapewne odszedł ktoś bliski i przez to bezpośrednio sami niejednokrotnie otarliśmy się o nieuchronne zjawisko, jakim jest śmierć. Chociaż czasem trudno jest się z nią pogodzić, to jednak nie warto poświęcać takim myślom zbyt wiele czasu. Nie warto próbować zmieniać tego, na co nie mamy wpływu. Warto, jednak jest skupić nad tym co znajduje się dookoła nas i nad tym, co tak naprawdę zawarte jest w środku i stanowi sedno przemijania.

Nie istnieją ludzie niezastąpieni…

Dwa lata temu, odeszła bardzo bliska mojemu sercu osoba. Dosłownie z dnia na dzień, w sposób całkowicie niespodziewany, dla niektórych nawet zbyt szybki… . Do dziś mam w swoim sercu wspomnienie tej osoby jako zawsze gościnnej wedle zasady’’ Gość w dom , Bóg w dom’’, niesamowicie przepełnionej entuzjazmem, o barwnym charakterze, nieco można by powiedzieć że momentami dominującym, ale pełną uroku. Chociaż była to już osoba sędziwa, nie przypuszczałabym że to, co nieuchronne wydarzy się tak szybko. Byłam niezwykle zaskoczona kiedy w słuchawce rozległo się ciche i pełne łez stwierdzenie… ‘’już go między nami nie ma…’’. Niemożliwe ale jak to? Przecież tydzień temu tak miło nam się rozmawiało.. , oboje śmialiśmy się że w wakacje przyjadę.. i w ogóle. Niemożliwe! Dokładnie takie myśli kłębią się w głowie, gdy słyszy się o rzeczach będących absurdem i kompletną nierzeczywistością. W tym przypadku jednak został zastosowany przez podświadomość mechanizm zjawiska psychologicznego, jakim jest wyparcie .
Na cmentarzu nie można się było przecisnąć żeby ułożyć kwiaty, piękna ceremonia, trwała ponad godzinę, a ksiądz dosyć poetycko wspomniał życie zmarłego. Były łzy, niezrozumienie i refleksja. Z racji tego że śmierć stała się nowym początkiem, rodzina poprosiła o nieskładanie kondolencji. Po kilku miesiącach z przysypanego ziemią pagórka znikły jednak wieńce, tliły się ledwie dwa znicze pozostawione od najbliższych. Każdy z żałobników poszedł w swoją stronę, do swoich spraw, nawet Ci, którzy mówili, że bez tej osoby już więcej nie przetrwają ani chwili, ułożyli sobie życie na nowo, nauczyli się iść dalej. Stało się tak dlatego, że nie ma ludzi niezastąpionych.

Zbyt mało życia w naszym życiu

Dzień Wszystkich Świętych uświadomił mi więcej niż karkołomne kazania wbijane przez różnorodne osoby do głowy.
Przede wszystkim dał mi lekcję tego, że poświęcony jest życiu. Co więcej, uświadomił mi na nowo, że jesteśmy tu i teraz, a nasz czas jest ograniczony do minimum. Może i za sto lat średnia życia wydłuży się o połowę, a może będzie nam dane się nie starzeć, pracując do 65 roku na swoich stanowiskach i umierając za biurkiem podczas spełniania obowiązków służbowych. Póki co, jednak jesteśmy w 2013 roku i każdy z naszych dni jest policzony.
Kiedy ta osoba odeszła pamiętam, że nie padły żadne słowa obraźliwe, żadne wypominania zaległych spraw. Mimo, iż popełniła wiele w życiu błędów, może więcej niż ktokolwiek z nas to nikt jej tego nie wypomniał, może i o zmarłych nie mówi się źle, a może po prostu pamięta się wybiórczo. Pytanie, które mnie naszło w momencie, kiedy uświadomiłam sobie, że wszelki wstyd, wszelkie poczucie niższości, jakie tej osobie towarzyszyło, na co dzień nie miało żadnego znaczenia, bo ludzie zwyczajnie w takich chwilach nie pamiętają błędów, mało tego nawet teraz nie dostrzegają, gdy coś nas trapi gdyż są zbyt zaabsorbowani codziennością to, dlaczego tak mało jest życia w naszym życiu?
Całą naszą egzystencję bowiem,zajmują myśli o tym, co ktoś o nas powie, wciąż staramy się zadowolić szefa, męża, rodzinę. Wciąż staramy się przypodobać, kalkulując każdy nasz krok,obliczając ryzyko wycofujemy ze wspaniałych planów, żeby kogoś nie urazić i przypadkiem nie narazić.

Nieustanne pytania…

Być może czegoś nieustannie się boimy realizując się tylko na pół gwizdka? Czego? Czy może istnieć większy strach przed czymś niż przed śmiercią? Jak wspomniałam na początku, jaki jest sens w baniu się czegoś, na co i tak nie mamy wpływu? Może dałoby się strach zamienić w działanie, a smutek w radość. Bo przecież skoro tak mało czasu zostało to właściwie na co mamy czekać? Po co tracić czas na milion zbędnych czynności, które ani nas nie uszczęśliwiają ani nie przynoszą efektów? Kiedy będziemy żyli według własnych potrzeb, według własnego kodeksu? Jutro?

Dzień Wszystkich Świętych, hołdem dla życia

Dzień Wszystkich Świętych, rokrocznie jest dla mnie hołdem życia. Uwrażliwia, bowiem na nowo sprawiając, że jeszcze pełniej chcę wykorzystywać każdą daną mi minutę, że już nie czekam na sprzyjające okoliczności, nie przesypiam 12 godzin dziennie, nie wykonuję pracy, która nie przynosi pożytku i która nie prowadzi do żadnego celu, nie wiszę kilku godzin na telefonie plotkując o niczym, czy choćby nawet nie zarywam nocy dla nudnych książek wybierając te najbardziej wartościowe. Czas jest tak ograniczony, a wciąż nam się wydaje, że jutro, że pojutrze, że za rok… Skąd możemy wiedzieć, że jutro? Co zostawimy dla potomnych, bolesne wspomnienie i nieustanną, bezsensowną litość nad sobą?

Moje Thalitha-Kum!

Jakkolwiek patetycznie to zabrzmi Dzień Wszystkich Świętych, jest dla mnie swoistego rodzaju podobnym do biblijnego Thalita-Kum, aby wstać i iść na spotkanie ze strachem, przełamywać opór, cieszyć się obecnością bliskich ,codziennie mówiąc im jak bardzo są ważni, nie czekać z ważnymi telefonami do jutra i nie przejmować błahymi sprawami. Nauczył mnie wizualizować życie jak cytrynę i wyciskać z niej ostatnią kroplę. Nauczył mnie także łapać szczęście, gdy tylko znajduje się ono w zasięgu mojej ręki.

Memento Mori…

Kiedy w głowie pojawia się świadomość śmierci znika strach przed życiem, jest odwaga by iść przed siebie i robić to, na co wcześniej nie miało się ochoty, czasu, chęci ani nawet wiary w siebie. Nie bez kozery łacińskie „Memento mori” oznaczające Pamiętaj o śmierci od średniowiecza do dziś wywołuje tyle emocji. A co pomyślą ludzie? Nawet, jeżeli się wygłupimy, postąpimy niewłaściwie, zapomną, bo tak naprawdę są zbyt zajęci by się tym przejmować, nikogo też nie obchodzi, co zrobimy z własnym życiem, które należy do nas. Dla jednych Memento Mori jest komunałem, bo przecież realizują się najpełniej, ale dla innych jest to wciąż odkrywcze i świeże jak powiew morskiej bryzy, dlatego raz w roku nie zaszkodzi o tym przypomnieć sobie i innym.
Podsumowując, wyobraźmy sobie sytuację, gdyby okazało się, że to ostatni dzień na tej ziemi, że na naszej mapie życia w tym miejscu ktoś postawił krzyżyk, to co byśmy zrobili? Dlaczego nie robimy tego dzisiaj?
Nigdy nie jest za późno, żeby się narodzić tu i teraz. Dzień Wszystkich Świętych jest przygnębiającym, ale i pięknym hołdem życia. Ci, których kochaliśmy już odeszli, a my jeszcze żyjemy po to by zrobić to, na co im nie starczyło czasu, by kontynuować ich i jednocześnie nasze „jutro” dzisiaj.

O TYM JAK POZNAŃ STAWIAŁ NA SPORT …

poznan-stawia-na-sport,pic1,1077,25329,23733,show2

Jednym ze sloganów promujących miasto Poznań jest hasło: „Poznań stawia na sport”. Oglądając w telewizji niedawny mecz o superpuchar polskiej ligi siatkowej pomiędzy Asseco Resovią Rzeszów a Zaksą Kędzierzyn-Koźle(3:2) rozgrywany w poznańskiej Arenie, ogarnęła mnie pewna refleksja dotycząca sportu w Grodzie Przemysława.

Sam jestem kibicem sportu, nie tylko piłki nożnej i Lecha. Z wielką radością kilka lat temu chodziłem na golęciński stadion wsłuchując się w ryk silników żużlowych, dopingując poznańskie „Skorpiony” w rywalizacji z pierwszoligowcami. Obecnie stadion to ruina, z połamanymi ławkami, nie nadający się w żaden sposób do użytku, strasząc nawet brakiem jupiterów, z którymi nie wiadomo co się stało(?). Jak pokazała frekwencja w czasie niedawnej świetności klubu PSŻ Poznań, a na mecze przychodziło 5-6 tys ludzi zapotrzebowanie na speedway w Poznaniu jest i to duże. Niestety brak pieniędzy na remont stadionu, wykluczył PSŻ z ligowych zmagań. Powołane niedawno stowarzyszenie „SportowyGolaj” ma na celu wskrzeszenie w pierwszej kolejności „umarłego” stadionu, a w przyszłości przywrócenie PSŻ do ligi. Warto zapoznać się z tą niedawno powstałą inicjatywą. Zapraszam na http://sportowygolaj.pl/

Innym poznańskim klubem, który poszedł na dno szybciej niż Titanic w filmie Camerona jest, a w zasadzie był, PBG Basket Poznań. Po czteroletnim pobycie w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce(2008-2011), z powodu braków finansowych zespół zmuszony został do podjęcia decyzji o wycofaniu z rozgrywek. Mecze rozgrywane w Arenie nie cieszyły się zbyt wielkim zainteresowaniem, średnia frekwencja to około 1000 widzów na mecz, ale biorąc pod uwagę pojemność wysłużonej hali(4200), nie jest to zły wynik. Niestety po „koszu” w Poznaniu na najwyższym poziomie, niewiele już zostało, a żeńskie zespoły – Inea AZS i Muks opuściły najwyższe klasy rozgrywkowe.

Kolejnym zatopionym na poznańskim oceanie wraków jest Akademia Futsal Club, wcześniej występujący pod nazwą Akademia Słowa Poznań. Najbardziej boli, gdy spada się z dużej wysokości. A właśnie futsalowcy w Poznania, występowali na najwyższym możliwym poziomie. Zdobycie mistrzostwa Polski 3 razy z rzędu, występy w elitarnej Lidze Mistrzów – o większe sukcesy naprawdę trudno. Nie trudno zgadnąć, że to finanse po raz kolejny zadecydowały o zabiciu futsalu w Poznaniu, klub ratował się przenosinami do Pniew, występując tam przez kilka ostatnich sezonów. Środki potrzebne do utrzymania drużyny futsalowej to milion złotych rocznie, zatem nie są to gigantyczne pieniądze porównując chociażby z Lechem Poznań, którego budżet kształtuje się na poziomie 45 mln.

Na spory problem natrafili organizatorzy Mistrzostw Świata Bezdomnych w Poznaniu 2013, które ktoś musiał wcześniej zatwierdzić. O tym czy impreza odbędzie się czy nie decydowano w zasadzie do końca, a organizator czyli federacja Homeless World Cup wraz z Stowarzyszeniem Reprezentacja Polski Bezdomnych miała spore problemy z domknięciem wymaganego budżetu. Na szczęście tym razem nie doszło do kompromitacji i imprezę udało się przeprowadzić.

Powyższe przykłady w sposób wyraźny ilustrują podejście miasta do profesjonalnego sportu. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że w tych przypadkach zrobiono wszystko by uratować te kluby przed upadkiem. Warto dodać, że bardzo blisko podobnego losu była całkiem niedawno sekcja piłkarska Warty Poznań, a piłkarze na mecze jeździli własnymi samochodami, co w profesjonalnej piłce zakrawa na patologię. Oczywiście, nie we wszystkich przypadkach decyduje kwestia pomocy miasta. Duże znaczenie ma postawa prezesów, dyrektorów w prowadzeniu klubu, zapewnieniu odpowiedniego PR, co może przekładać się na zainteresowanie sponsorów. Obecnie jednak rzadko kto decyduje się postawić na sport, lokować własne pieniądze w niepewny biznes, stąd tak ważna postawa miasta, które często bywa ostatnią deską ratunku.

Mam duży niesmak wysłuchając haseł o stawianiu na sport, gdzie głównym argumentem jest jezioro Maltańskie, Termy i kilka boisk sportowych. Bo tak naprawdę poza Lechem w Poznaniu nie mamy niczego czym możemy się chwalić szerszej publiczności, a potencjał który był został zwyczajnie zmarnowany.

(Fot. główne pochodzi z: http://www.e-sochaczew.pl/sochaczew-zdjecia,feryjne-turnieje-w-pilke-nozna,59344.html)

ROBERT WRACAJ!

Czy zobaczymy jeszcze Roberta w kombinezonie F1? Źródło gwizdek24.se.pl
Czy zobaczymy jeszcze Roberta w kombinezonie F1? Źródło gwizdek24.se.pl

6.02.2011

„Robert Kubica ulega wypadkowi podczas rajdu. Zapada w śpiączkę”.

Minęło ponad 2,5 roku, od momentu w którym wszyscy fani naszego jedynaka w F1 wstrzymali oddech, a ja nie dowierzając w to co widzę, przeklinałem gorzej niż szewc. Stało się wtedy jasne, że na długo emocje towarzyszące oglądaniu „królowej sportów motorowych”, będą zgoła odmienne. Inne niż dotychczas.

Przez ten cały okres nieobecności Polaka w Formule 1 napisano tysiące artykułów dotyczących powrotu Roberta Kubicy do ścigania na torze. Od samego początku wiadomo było, że problemy z ręką, mogą stanowić zaporę nie do przejścia. Sama determinacja i wola walki o powrót w tym momencie może nie być wystarczająca.

Sam byłem sceptykiem. Nie wierzyłem, i przyznaję, nadal nie do końca wierzę w powrót RK do Formuły 1. Całkiem niedawno Polak wygrał w specjalnie przygotowanym samochodzie klasyfikację mistrzostw świata WRC 2, będącej zapleczem najwyższej klasy rajdowej jaką jest WRC. Pojawiają się świeże informacje, które nasz mistrz potwierdza – w kończącym sezon rajdzie Walii, nasz kierowca zasiądzie za kierownicą samochodu WRC. Czyżby to zapowiedź kolejnego kroku naprzód, progresu zdrowia Polaka, który może już niedługo zaprowadzi go tam gdzie jego miejsce – na tory F1?

W tej całej sytuacji budująca jest postawa naszego kierowcy, który to stara się być wierny swojej miłości – sportom motorowym, pomimo tego, że ta miłość o mało go nie zabiła.

2,5 roku to w Formule 1 wieki. Zmienia się wszystko. Począwszy od zespołów, ich właścicieli, poprzez nazwiska kierowców, zasady, regulaminy, opony itd. Czy po tak długiej przerwie coraz starszy już przecież Kubica byłby w stanie usiąść za kierownicą bolidu, i zachwycać jak przed wypadkiem? Można mieć co do tego duże wątpliwości, biorąc pod uwagę tylko czynnik zdrowia Polaka, bo jestem przekonany że ze swoim niespotykanym talentem wystarczy kilka „kółek” po torze i Robert „jest w domu”.

Obecnie rola kierowcy i jego wpływu na zachowanie bolidu zwiększyła się. Pojawienie się dwóch systemów KERS i DRS daje możliwość kierującemu włączenia w odpowiednim momencie przycisku i uzyskanie dodatkowej mocy. Wymaga to sprawności, zwinności, która w tym momencie pozostaje wielką jak różnica klas między bolidami Redbulla a Caterhama – zagadką. Inna sprawa to czy którykolwiek z zespołów ryzykowałby zatrudnienie naszego rodaka, chociażby w formie kierowcy testowego? Kierowców którzy pragną „powąchać” spaliny z bolidu F1 jest bez liku, rywalizacja o fotel kierowcy jest przeogromna, zazwyczaj to najlepsi z niższych klas wyścigowych dostają szansę sprawdzenia się. Niestety coraz częściej to finanse są czynnikiem decydującym, a rzesza sponsorów które przychodzą do zespołów wraz z zawodnikiem bierze górę nad umiejętnościami – pozdrowienia dla V.Pietrova, byłego partnera RK.

Mam nadzieję, że kiedyś ugryzę się w język ogladając pana Roberta w niedzielne popołudnie, pokazującego swój niebywały kunszt. Na razie jednak do tego długa droga, choć wydaje się że z największych zakrętów życiowych Polak wychodzi jak niegdyś – z pełnym ryzykiem, dając z siebie wszystko, tym razem pokonując nie tyle rywali, co własne słabości. I chociażby za to powinniśmy mu przyklasnąć i pamiętać o tym że czasem miłość i pasja przegrywają z rozsądkiem.

ROŚNIE POPARCIE DLA KONGRESU NOWEJ PRAWICY

Fot. PAP
Fot. PAP

„Oderwać świnie od koryta”, „przywrócić karę śmierci dla morderców”, „uwolnić marihuanę” czy „zlikwidować podatek dochodowy”. To tylko część kontrowersyjnych postulatów, głoszonych przez przedstawicieli Kongresu Nowej Prawicy. Jak się jednak okazuje, partia ta – w porównaniu do poprzedniego sondażu – zyskała 2 % wyborców i pewnie zmierza w stronę osiągnięcia upragnionego, pięcioprocentowego progu wyborczego.

Kongres Nowej Prawicy staje się dla Polaków partią coraz mniej anonimową. Oprócz Janusza Korwin-Mikkego w poważnych mediach pojawiają się także inni politycy tego ugrupowania. Na rozmowę w Polsat News zaproszony został Artur Dziambor ( link do rozmowy z Januszem Dzięciołem ), Piotr Najzer ( link do rozmowy z Piotrem Ikonowiczem)  oraz Konrad Berkowicz ( link do rozmowy z Andrzejem Rozenkiem ). Wypowiedzi tego ostatniego – podobnie jak innego członka KNP, Lecha Walickiego – udzielane w programie Młodzież Kontra (TVP), cieszą się sporą popularnością w serwisie youtube. Swój program w Superstacji prowadzi natomiast Tomasz Sommer, który jest jednocześnie redaktorem naczelnym tygodnika Najwyższy Czas.

Czym tak naprawdę jesteś, Nowa Prawico?

Entuzjaści Nowej Prawicy swoje poglądy wyprowadzają z czterech fundamentalnych zasad:

– chcącemu nie dzieje się krzywda ( posłuchaj wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego 1:00 – 2:25 )

– ciężar dowodu spoczywa na oskarżycielu ( to do sądów i prokuratorów należeć powinno udowodnienie winy popełnionej przez oskarżonego. Zasada domniemania niewinności )

– prawo nie działa wstecz ( prawo musi być przewidywalne, a podmiot, musi mieć świadomość tego, czy w danej sytuacji działa zgodnie z prawem. Nie można karać za coś, co do tej pory było legalne – np. jeśli dzisiaj konsumpcja kurczaka jest dozwolona, to nie można skazać kogoś za jego zjedzenie w okresie sprzed wprowadzenia nowego rozwiązania prawnego ).

umów należy dotrzymywać ( posłuchaj wypowiedzi Janusza Korwin – Mikkego )

Więcej na temat programu partii odnajdziecie Państwo pod tym linkiem – program wyborczy Kongresu Nowej Prawicy. W przeciwieństwie do innych programów charakteryzuje się on zwięzłością i niewielką objętością – zawiera on zaledwie 3 strony, podczas gdy program Prawa i Sprawiedliwości ma tych stron bagatela… 256, a Platformy Obywatelskiej 194.

Poparcie dla partii politycznych w Polsce (w %)
Źródło własne / Badania CBOS

Zauważmy, że pierwsze cztery pozycje w sondażu okupowane są przez partie, nazywane przez JKM „bandą czworga”. Tym razem na prowadzenie w znacznym stopniu wysunęło się Prawo i Sprawiedliwość. Oczywiście sondaże mają to do siebie, że nie zawsze się sprawdzają. Źle przyjęta metodologia lub określenie niereprezentatywnej grupy badawczej może sprawić, że wynik zakrzywi polityczną rzeczywistość.

Kto komu żarcie wyżera?

Zakładając jednak, że sondaż został przeprowadzony prawidłowo, a jego wyniki uogólnimy na całe społeczeństwo, to dostrzec możemy pewne zjawisko. Elektorat Platformy Obywatelskiej i Sojuszu Lewicy Demokratycznej zagarnięty został przez Prawo i Sprawiedliwość. Wpływ na to mogły mieć ostatnie sukcesy referendalne partii Jarosława Kaczyńskiego – jak choćby ten w Elblągu, gdzie odwołano pełniącego funkcję prezydenta miasta, reprezentanta PO, Grzegorza Nowaczyka ( wraz z radą miasta, gdzie to ugrupowanie posiadało większość ). W rezultacie, w przyspieszonych wyborach wygrał kandydat Prawa i Sprawiedliwości, a wieść o tym ogłosiła cała medialna Polska. Jeśli dodamy do tego aktualne zawirowania polityczne w stolicy i próbę odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz Waltz, to spadek notowań partii jest jak najbardziej zrozumiały.

O kogo walczy „banda”?

Psychologia mówi bowiem, że część ludzi – zwłaszcza ta nieutwierdzona we własnych poglądach – uczestnicząc w wyborach, głosuje na tych, którzy mają szansę wygrać. Głosowanie staje się pewnym rodzajem konkursu, w którym wygrywa ten, który odda głos na zwycięskiego kandydata. To właśnie o ten – płynny, nieświadomy elektorat – najczęściej rywalizują ze sobą największe partie.

Warte odnotowania jest również odebranie głosów Ruchu Palikota przez Kongres Nowej Prawicy. Partie te zdają się mierzyć w podobne grupy docelowe, w skład których wchodzą ludzie młodzi, chętnie korzystający z Internetu.  Spadek poparcia dla Ruchu spowodowany jest zapewne przebudzeniem się ze snu Polaków, pragnących odrobiny świeżości w krajowej polityce. Nadzieje, jakie dał Ruch Palikota angażując w swoje szeregi bardzo zróżnicowane osoby (nawet takie, które praktycznego doświadczenia w polityce nie miały), szybko zweryfikowane zostały jednak przez polityczną rzeczywistość i dziś ta imitacja, widmo wolności zastąpione zostaje zwykłą, polityczną rutyną.

Nadzieja coraz silniejsza

Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego ma w końcu realne szanse na sukces wyborczy. Powstają nowe struktury, przybywa zaangażowanych członków partii. Czy jednak uda się w końcu pokonać wymóg 5 procentowego progu wyborczego? Zważywszy  na to, że Platforma Obywatelska traci swoje konserwatywno-liberalne zacięcie, konsekwentnie podążając w stronę czysto socjalną (z tego powodu PO opuścili m.in. Jarosław Gowin, Jacek Żalek czy John Godson), a na rynku politycznym w Polsce nie ma partii, która reprezentowałaby takie poglądy, to pojawia się pewna luka. Jeśli KNP swoje szeregi wzbogaci silnym zapleczem w postaci poparcia ze strony uczonych, celebrytów, to szansa na wypełnienie tej luki jest jak najbardziej realna.

Uspokoić lidera

Z pewnością dużo zależeć będzie też od samego prezesa partii. Jego zachowanie bowiem często budzi ogromne kontrowersje, a wpadka na tym etapie budowania zaufania publicznego, może być politycznym gwoździem do trumny Kongresu Nowej Prawicy. Gwoździem, którego z pewnością nikt nie zdoła już wyjąć.

CZY GRY TO TYLKO GRY?

Gry komputerowe – dla jednych rozrywka, dla drugich zło, a dla jeszcze innych jedyny kontakt z kulturą. Zastanawiałem się ostatnio nad tym medium, próbując uargumentować tezę mówiącą o tym, że gry komputerowe nie są już zwykłymi zapychaczami czasu, czy też bezmyślną rozrywką dla młodocianych grubasków, ale ważnym, prężnie działającym medium kulturowym, formą ekspresji, równą filmowi, czy książce, a w niektórych aspektach je przewyższająca.

Tego pana nie trzeba chyba przedstawiać - źródło www.giantbomb.com
Tego pana nie trzeba chyba przedstawiać – źródło www.giantbomb.com

To właśnie granie sprawia, że rola odbiorcy zmienia się – z biernego widza/czytelnika staje się on integralną częścią rozgrywki, mając wpływ na przebieg gry, coraz częściej to jak gramy, jakich wyborów dokonujemy wpływa na jej zakończenie.

Sam jestem miłośnikiem tego typu rozrywki, gry towarzyszyły mi od najmłodszych lat, gdzie poza wiadomym obowiązkiem pójścia do szkoły, główną moja rozrywką było przesiadywanie przy trzepaku, kopanie piłki, no i właśnie gry komputerowe, lub też jak to woli gry wideo. Celowo ujednolicam ten termin, wrzucając do jednego worka konsole i komputery, mówiąc po prostu o elektronicznej rozrywce.

Grając kilkanaście już lat temu na Commodore 64, czy później na słynnym Pegasusie gry stanowiły odskocznię od rzeczywistości, natomiast nie dawały poczucia przeniesienia się w inny świat. Taka zwyczajna rozrywka, porównywalna z grą w chińczyka, dla zabicia czasu. Wraz z rozwojem technologii, i narzędzi na których przyszło mi a także milionom ludzi na całym świecie grać, rosły możliwości programistów. Pojawiła się grafika 3D, tworzenie coraz to bardziej złożonych produktów stawiało wyzwanie już nie tylko w kwestii zrobienia gry, po to żeby w nią grać, ale w celu stworzenia wirtualnego świata po drugiej stronie monitora/telewizora.

Nie mam na celu przywoływać tutaj historii gier, i ich kamieni milowych, którymi są zdecydowanie takie tytuły jak Quake, Gta, czy Half Life. Zmierzam natomiast do próby ukazania gier w nowym świetle, dalekim od medialnego wizerunku rozrywki z niskiej półki.

Gry komputerowe obecnie to już nie rozrywka na poziomie gry w chińczyka, nie ujmując oczywiście nic popularnej grze. To ogromny przemysł, pochłaniający gigantyczne fundusze. Najnowsza odsłona popularnej serii Grand Theft Auto V, kosztowała twórców 266mln dolarów!!! Dowodzi to olbrzymiej potędze przemysłu gier, na który to nakłady finansowe zaczynają przewyższać pieniądze wydawane na film.

Światy widywane przez grających są często otwarte, dają swobodę, możliwości działania, niejako kreowania własnych wydarzeń, oczywiście w obrębie tego co zaplanowali twórcy. To także często scenariusze pisane przez wybitnych specjalistów, zapewne których nie powstydziłyby się wielkie studia filmowe.

Warto w tym momencie wspomnieć o tzw. „Indykach”, czyli grach niezależnych. To właśnie te produkcje, powstające najczęściej bez wielkich nakładów finansowych, tworzone przez kilku programistów, wyznaczają pewnego rodzaju trend, kierunek w jakim to elektroniczna rozrywka zaczyna zmierzać. Gry Indie to skromna forma, natomiast często niosąca więcej treści niż produkcje komercyjne. Jednym z prekursorów tego typu gier jest Jason Rohrer. W swoich produkcjach podejmuje tematy społeczne, codzienne, komentując w ten sposób naszą rzeczywistość, a projekty takie jak „Police Brutality”, są tego najlepszym przykładem.

To niejako dzięki twórcom niezależnym, powstają późniejsze tytuły zgoła odmienne od kolejnych strzelanin różniącymi się tylko kolejną cyfrą w tytule. Wielkie studia dostrzegają przecież zainteresowanie produkcjami, mającymi „coś” do powiedzenia, niosącymi przekaz. W związku z tym różnorodność nowo powstających tytułów choć trochę się zwiększa. Efektem tego jest chociażby wyśmienita pozycja The Last of Us.

Obcowanie z tą grą jest czymś więcej, niż zwykłą rozrywką. To swoiste przeżycie emocjonalne, to huśtawka nastrojów odbiorcy, który zostaje wchłonięty w świat gry wraz z kapciami. Po ukończeniu gry The Last of Us poczułem coś czego nie dał mi do tej pory żaden film czy książka. Sama gra opowiada o podróży dwójki bohaterów przez post apokaliptyczny świat – doświadczonego Joela i młodej, czternastoletniej Ellie. To co stworzyli twórcy tej gry to istne arcydzieło! Rzeczywistość jest ponura, przygnębiająca, czuć panującą grozę, wyczuwa się klimat zaszczucia. Przechodząc tę grę, identyfikujemy się z postaciami, którymi sterujemy, kibicujemy im. Widzimy ich przemianę w związku z zaistniałymi sytuacjami, to jak dostosowują się to zmieniających się wydarzeń. Po poznaniu zakończenia gry, niektórzy czują niedosyt, inni zaś są usatysfakcjonowani. Ja zdecydowanie należąc do tej drugiej grupy dość długo nie mogłem przestać myśleć o tej grze i historii którą dane było mi poznać, i w której zasmakowałem się po uszy.

Powyższa produkcja nie jest jedyną, która niesie ze sobą mocny ładunek emocjonalny, i która pozostaje w pamięci tak samo długo, a może dłużej jak dobry film czy książka. Twórcy coraz częściej serwują nam wspaniałe historie, grające na emocjach. Wystarczy wymienić takie tytuły jak Heavy Rain czy Journey. A to znaczy, że teza mówiąca o grach trochę inaczej niż zwykle się to przyjmuje, zdaje się być prawdziwa. Trzeba pamiętać, że elektroniczna rozrywka to stosunkowo nowe medium, potrzeba więc czasu na asymilacje społeczną względem gier, tak jak dawniej tego czasu potrzebował film. Zdecydowanie mam nadzieję, że już w niedługim czasie jednym tchem obok filmu, książki będą wymieniane właśnie gry, gdyż zwyczajnie niektóre z nich zasługują na docenienie. A może z czasem będziemy mawiać, że gry są sztuką?

TV OR NOT TV

Źródło - sodahead.com
Źródło – sodahead.com

Mija rok od czasu gdy postanowiłem dokonać pewnego rodzaju eksperymentu. Nie, nie jestem chemikiem, fizykiem, żeby było jasne nie bawiłem się fiolkami, itd. Postanowiłem, że będę starał się nie oglądać wszelkiej maści Wiadomości, Faktów, czy innych pseudo informujących o rzeczywistości programów. W każdym razie moje postanowienie było czymś uwarunkowane.

Miałem dość. Dość przyjmowania papki medialnej, zabawy mną – widzem, uznanym przez twórców za ciemną masę, chłonącą informacyjny chłam jak odkurzacz pracujący na najwyższych obrotach. Powiedziałem stop. Bawcie się ale beze mnie.

Do momentu w którym podjąłem tą decyzję, byłem stałym widzem wszelkiego rodzaju programów informacyjnych. Będąc odbiorcą doszedłem, tak się mi przynajmniej wydaje do maksymalnego otumanienia, cel mediów został spełniony – stałem się gąbką, która zbiera w sobie niezliczone ilości wody lanej przez sprytnych producentów. W pewnym momencie zacząłem zastanawiać się dlaczego poddaje pod wątpliwość moje dotychczasowe poglądy, przekonania. Co sprawia, że moja hierarchia wartości zaczyna być negowana? Na szczęście obudziłem się w porę. Miałem wątpliwości czy sprawa matki Madzi to najbardziej istotna rzecz, jaka wydarzyła się w naszym kraju, także dlaczego kibice są największym wrogiem polskiego rządu, i kogo obchodzi fakt, że córka premiera modnie się ubiera?

Głównym celem serwisów informacyjnych w Polsce, nie jest jak wydaje się informowanie. Ich celem jest zmiana postrzegania rzeczywistości, odsunięcie od pewnych istotnych zdarzeń, które tak naprawdę mają wpływ na nasze codzienne funkcjonowanie. Wszyscy godzimy się przecież z wysokim bezrobociem, nie najlepszym nazwijmy to funkcjonowaniem służby zdrowia, czy też postępującym zadłużaniem państwa, które niebawem zapewne odczujemy.

Przykłady, które aż kłują w oczy, a od których to nie sposób uciec.

Słynna sprawa Madzi została rozdmuchana do absolutnych granic możliwości. Fakt, zdarzenie jak najbardziej tragiczne, natomiast nie powinien być to główny temat medialny, puszczany w prime timie przez cały rok. Ciekawe gdyby zrobić ankietę, zadać pytanie „Czy znasz sprawę Madzi?”. Myślę, że minimum 95% badanych odpowie twierdząco. W ten sposób odsunięto uwagę od spraw codziennych, często odbywających się bez naszej wiedzy decyzji politycznych.

Kolejny przykład to kibice, z których zrobiono przestępców, i największe zagrożenie XXI wieku. Zdecydowanie zdaję sobie sprawę, że kibice święci nie są, swoje mniejsze czy większe grzeszki na swoim koncie oczywiście posiadają. Natomiast, to co z nich zrobiono jest mistrzostwem świata w kreowaniu wroga publicznego nr.1. Kibice Lecha Poznań otrzymują kary finansowe, zamknięcia trybuny, tylko za to, że najzwyczajniej w świecie pokazują swój sprzeciw wydarzeniom, które zostały przemilczane. Pomijam fakty historyczne, i dość powszechnie znane wrogie nastawienie Litwinów do naszego państwa. Zachowanie litewskiej ludności podczas pierwszego meczu czyli min. wyzywanie polskich kibiców od najgorszych, czy też niszczenie karoserii samochodów zwykłych kibiców, o nastawieniu neutralnym jest czymś, co w tej sprawie wydawało się być kluczowe. Informacja medialna brzmiała jednak tak: „Polscy kibice wywiesili transparent obrażający litewski Naród”. Owszem transparent obrażał Litwinów, natomiast warto byłoby dodać z jakiego powodu ten transparent został wywieszony. Nic takiego jednak się nie stało, więc to kibice są źli.

Kolejny przykład związany ze środowiskiem kibicowskim. „Kibole Ruchu Chorzów pobili meksykańskich marynarzy” – taką informację otrzymujemy. Sam fakt użycia słowa kibole natychmiast wywołuje skojarzenia Kowalskiego: „To ci źli, znowu coś przeskrobali”. Dodatkowo jeśli pada słowo pobicie, możemy być pewni, że 99% odbiorców po takiej informacji nie spojrzy przychylnym okiem w stronę kibiców. Dlaczego nikt nie zaznaczył, że marynarze meksykańscy byli pod wpływem alkoholu, i niekoniecznie na plaży w Gdyni budowali zamki z piasku. Nie jestem zwolennikiem siłowych rozwiązań, gdyż faktem jest że do pobicia doszło, natomiast dlaczego nie informuje się nas odbiorców o całym tle wydarzeń, które gdyby zostało przedstawione, odbiór informacji byłby zdecydowanie inny. W tym wypadku doszło też do kuriozalnej sytuacji w której to przedstawiciel Policji Mariusz Sokołowski bronił kibiców! Natomiast stało się to już po tym jak wszyscy zdążyli zakodować pierwszy wydźwięk informacji.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że odsuwanie nas od faktycznie istotnych zdarzeń, manipulacja medialna jest zdecydowanie komuś na rękę. Widzimy jak to pięknie walczy się z kibicami, jaką mamy wspaniałą politykę zagraniczną, bo oczywiście Litwinów trzeba było przeprosić, a organy ścigania w widowiskowy, filmowy wręcz sposób zakuwają w kajdany poznańską studentkę winną a jakże, wywieszonemu transparentowi. Te przykłady można mnożyć, przywołując wizytę prezydenta na Ukrainie, jego zniesławienie, ale w tym wypadku według mediów oczywiście nic wielkiego się nie stało…Wszystko jest w porządku, bo przecież sprawa Madzi jest ważniejsza…

Nie mam na celu przekonywać nikogo do zaprzestania oglądania telewizji. Podaję tylko swoje spostrzeżenia, i to jaki wpływ, a ten niewątpliwie był negatywny, wywarło na mnie nadmierne „poddawanie się” tej formie medialnej.

Po tym roku mój umysł zdecydowanie się rozjaśnił, a mój pogląd na świat wrócił do normalności.  Moje przekonania, w które wątpiłem pod wpływem mediów, tylko się umocniły. To nie jest tak, że obecnie nie wiem co się dzieje wokół. Nie sposób w dzisiejszych czasach unikać informacji, szumu medialnego itd. Ale jest takie powiedzenie, które parafrazując bardzo tu pasuje – „Inteligentny człowiek sam potrafi dobrać sobie towarzystwo”. Można powiedzieć, że w tym wypadku się sprawdziło.