Archiwa kategorii: Dziennikarskie ABC

KULTURALNYCH LUDZI SPRZĄTANIE PO PUPILU NIE TRUDZI

Dziennie ponad milion psów załatwia swoje potrzeby na chodnikach.

fot. jeja.pl
fot. jeja.pl

Pies, to tylko zwierzę, nie posiada rozumu i tym właśnie, my ludzie,  różnimy się od nich. Posiadamy rozum, ale czy zawsze potrafimy z niego korzystać?

Wyobraźmy sobie sytuację, w której wyruszamy na spacer z pupilem, w celu załatwienia jego potrzeby fizjologicznej. Aby udać się do najbliższego parku, musimy przejść przez chodnik, ulicę i jeszcze raz chodnik. Nasz piesek nie wytrzymuje i po drodze załatwia swoją potrzebę. Co w takiej sytuacji powinniśmy zrobić? Na pewno nie krzyczeć na pupila, on nie zapanuje nad potrzebą. Jesteśmy odpowiedzialni za niego jak i jego zachowanie, nawet w przypadku, gdy pogryzie przechodnia. Jako opiekun pupila mamy obowiązek posprzątać po nim. W tym celu powinniśmy zabierać ze sobą paczkę chusteczek bądź też przeznaczone do tego torebki, które można kupić w sklepie zoologicznym.

Ludzie wdeptujący w „miny” mają prawo być zdegustowani, ponieważ to ich buty potem cuchną i to oni palą się ze wstydu przed innymi. Nie ma tutaj mowy o dyskryminacji względem psów, ale jak to się zwykło mawiać „ordnung muss sein!”.

Inną kwestią są z kolei zakazy wprowadzania psów na teren niektórych parków, co z ekologicznego punktu widzenia nie jest wcale szkodliwe. Jeśli zagłębić się w temat, można dojść do wniosku, że psie odchody stanowią naturalny nawóz dla gleby. Zabrania się jednak wyprowadzania psów do parków, gdzie na trawnikach mogą wypoczywać ludzie, ale dlaczego zabrania się wejścia pupilom tam, gdzie ludzie mają zakaz „leżakowania” na trawniku?

Spacer z psem w dużym mieście jest bardzo często problematyczny i wygląda tak, że parę metrów trzeba psa przenieść pod pachą, potem idzie przy nodze, potem znowu trzeba go przenieść na zakazie wprowadzania … i tak na okrągło. Ale gdybyśmy – właściciele czworonożnych pupili – zawsze ze sobą nosili chusteczki, bądź torebki, może zakazy, nawet w parkach, przestałyby istnieć?

Uszanuj porządek na chodniku i posprzątaj po psie. Ty też możesz wdepnąć w „minę”.

SERIAL „Z ARCHIWUM X” ZROBI COMEBACK?

Byli najsłynniejszymi partnerami w latach 90 – tych. Każdy ich znał i oglądał z ogromną ciekawością, jeszcze inni mieli wciąż nadzieję, że z partnerskiego układu przejdą w formalny związek. 

Fot. http://mulderandscullysrelationship.tumblr.com/
Fot. http://mulderandscullysrelationship.tumblr.com/

Jestem tym pokoleniem, które „Archiwum X” oglądało wynurzając ukradkiem głowę spod kołdry. Ten kto nie umiał następnego dnia w szkole opowiedzieć kolegom akcji z ostatniego odcinka serialu był „trąbą”. Nauczyciele słuchając naszych dialogów łapali się za głowy i zniesmaczeni pytali „Rodzice pozwalają wam oglądać Archiwum X ?! A widzieliście może zakończenie wczorajszego odcinka..?” W naszej szkole zwykło się nawet mawiać ” Będę ostrożny jak Mulder”.

Trzeba jednak przyznać, że im bliżej końca emisji serialu, tym w coraz bardziej dziwne zjawiska wplątywali się nasi główni bohaterowie: Mulder i Scully. Nie można  było jednak narzekać na brak emocji i silnych wrażeń. Kosmici, podejrzane znamiona, wszywanie dziwnych implantów, odgłosy zza światów – to wizje, z którymi Mulder i Scully zmierzali się z odwagą i poświęceniem. Lata 90- te, w których dla społeczeństwa kwestia UFO była wielką zagadką, a internet w domu rzadkością, przyniosły producentom serialu sukces niemalże na tacy. Miliony widzów zasiadały przed ekrany telewizorów, jeszcze nie plazmowych, a pierwsze dźwięki zwiastujące początek nowego odcinka już przyprawiały o dreszcze. Charakterystyczną melodię do dziś każdy umiałby przypisać temu serialowi.

Koniec produkcji serialu nastąpił 11 lat temu. Tuż po tym zapadła i cisza. Pewnie gdyby zakończenie serialu przypadło na dzisiejsze czasy, w internecie wrzałoby, a fani wyrażaliby swoje ubolewanie.  Z czym dzisiaj producenci musieliby wyjść do widza, żeby zrobić piękny „comeback” i zainteresować odbiorców, tak jak robili to w latach 90- tych? Nikt nie lubi gdy z filmu robi się za mocno odgrzanego kotleta, można się łatwo zawieść, a widzom pozostawić niesmak. Podobnie było z polskim serialem „Och Karol”, widzowie twierdzili, że oczekiwali od filmu czegoś bardziej odważnego, a jednak nie zobaczyli niczego lepszego. Aktorzy starego „Karola” oznajmili, że oni wnieśli więcej w tamtych czasach odwagi i seksapilu. Czasem lepiej pozostać legendą, której się nigdy nie zapomina, chociaż to stwierdzenie raczej nie grozi Davidowi Duchovnemu i Gillian Anderson. Są aktorami wysokiej klasy, a odgrzany nawet kilkakrotnie kotlet z ich ręki smakuje wybornie.

Skąd spekulacje na temat powrotu „Archiwum X”? Bohaterowie serialu spotkali się z okazji 20 – tej rocznicy rozpoczęcia emisji serialu. Fani zobaczyli swoich bohaterów razem pierwszy raz od wielu lat. A sam twórca serialu, Chris Carter, narobił smaku wspominając o rzekomym wznowieniu serialu.  Twierdził on bowiem, że czasy sprzyjają teoriom spiskowym, gdyż ludzie są mniej ufni niż w latach, w których emitowany był – można dziś powiedzieć – pierwszy sezon „Archiwum X”. Podobno producent pracuje nad scenariuszem nowego „Archiwum X”. Czy dane nam będzie znowu zobaczyć wspaniały duet w akcji? O tym przekonamy się niebawem.

3D CHILI – WIĘCEJ NIŻ DIETA I ODCHUDZANIE

Najczęstszą przyczyną otyłości jest brak wiedzy na temat racjonalnego odżywiania oraz niekompetencja w tym zakresie, a przede wszystkim złe nawyki żywieniowe. 

Od dziecka byłam szczupłą dziewczyną. W dzieciństwie nazywano mnie nawet pieszczotliwie „szczypiorkiem”. Jeszcze w gimnazjum nosiłam wąskie portaski, a klasowi koledzy wołali na mnie „deska”. Wtedy marzyłam, by przytyć, stać się dojrzałą kobietą o pięknych kształtach. Niegdyś podczas spaceru z moją najstarszą siostrą Agnieszką oznajmiłam jej:

Chciałabym przytyć, wyglądam jak szkielet.

Lepiej nie chciej. 

Odpowiedziała siostra chichocząc pod nosem. Wiedziała co mówi. Odziedziczyłyśmy figurę po jednym z rodziców. Mamy ładne figury, ale też tendencję do tycia. Przede wszystkim szerokie uda. Siostra zawsze dba o siebie i wciąż pięknie wygląda mimo wieku i dwóch porodów. Ja niestety odkąd poszłam na studia, zaczęłam tyć. Z roku na rok, po każdej zimie przybierałam na wadze.  Życie studenckie wygląda przeważnie tak samo: zupka chińska, batony, cukierki, KFC, MC, byle zapchać się na kilka godzin. Udręką było również codzienne błąkanie się po sklepie z myślą „Co mam jeszcze kupić, żeby zapełnić lodówkę co najmniej na cztery dni?”. Chciałoby się wówczas mieć nakryty stół tuż po całym dniu wykładów i męczących zajęć. Nie ma tak dobrze! Trzeba umieć dbać o siebie i swój pusty żołądek.

Nie szukałam jej, ona znalazła mnie

Wracając do mojego problemu, chyba najgorszą zbrodnią, jaką mogłam uczynić na własnym organizmie było nocne podjadanie. Paskudny zwyczaj zabierania słodyczy do łóżka skończył się nadmiarem cellulitu i wzrostem wagi. Moja waga niemal przekraczała mój wzrost. Ciuszki zrobiły się ciasne, a w niektórych już nawet nie mogłam się dopiąć. Nosiłam rozmiar M, jednak ledwo się w nim mieściłam. A jak już dopięłam się w ulubionych dżinsach z dziurami, wylewały się z nich paskudne boczki i wisiał kawałek brzuszka. Nie byłam rekordowym grubaskiem, ale dało się zauważyć nadmiar tłuszczyku. W pewnym momencie wstydziłam się zakładać bluzeczki na ramiączkach, ponieważ cellulit wkroczył nawet na ramiona. Wciąż powtarzałam sobie, że muszę schudnąć, ale nie miałam na to pomysłu i właściwie nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Pewnego dnia natknęłam się na nagranie Saruni na YT. Wysłuchałam nagranie do końca. Dziewczyna opowiadająca o diecie 3D chili, brzmiała bardzo wiarygodnie. Natychmiast wyszukałam w google oficjalną stronę 3D chili, wypełniłam ankietę dotyczącą mojego trybu życia i kupiłam menu na całe 28 dni. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego śniadania, które wypadło 1. lipca 2013 r. Miałam skrzywioną minę, gdy jadłam kefir z bananem i cynamonem. Herbata z imbirem nieźle paliła, ale początkowo po prostu za dużo wsypywałam przypraw. Z dnia na dzień nabierałam w tym temacie „ogłady”. Dieta okazała się być fenomenem nie tylko dla mnie, również dla innych kobiet borykających się z nadwagą.

Grupa wsparcia 3D chili lepsza od przyjaciela

Banany w gorzkiej czekoladzie z chili, ulubiona potrawa "Papryczek"/ Fot. Paulina Zych.
Banany w gorzkiej czekoladzie z chili, ulubiona potrawa „Papryczek”/ Fot. Paulina Zych.

Na Facebooku powstała grupka wsparcia dziewczyn odchudzających się na 3D chili. Spotkałam się tam z naprawdę ogromną życzliwością, czego nie doznałam wśród większości przyjaciół. Oni bowiem twierdzili, że odchudzanie zawróciło mi w głowie. Może i tak było, ale to normalne, gdy dieta skutkuje a człowiek emanuje radością. Na grupce wsparcia, administratorka, Sylwia, jako doświadczona już osoba stosująca wcześniej inne diety, zawsze świetnie doradza w kwestii przygotowania różnych potraw. Wszystkie wzajemnie się tam wspieramy i wymieniamy fotkami  przedstawiającymi nasze popisy kulinarne (tutaj możecie nas znaleźć: https://www.facebook.com/groups/330568730410132/).

Czym tak naprawdę jest 3D chili?

3D chili to fenomen wśród wszystkich diet, ponieważ nie ma żadnych głodówek. Dieta polega głównie na cudownym działaniu świeżych przypraw, takich jak: bazylia, oregano, zioła prowansalskie, cynamon, imbir, chili, pieprz czarny, kardamon. Dodaje się je prawie do każdej potrawy. Jest pięć posiłków. Na przykład:

– śniadanie: omlet z otrąb pszennych z cynamonem,

– pierwsza przekąska: pomarańcza z cynamonem,

– obiad: makaron razowy ze szpinakiem,

– przekąska druga: kawa z kardamonem,

– kolacja: twarożek wiejski z papryką.

Każdą potrawę spożywa się kolejno co 3 godziny. Między posiłkami nie można podjadać. Ostatni posiłek powinien być zjedzony nie później niż o 19:00. Najfajniejszym pozytywem w tej diecie są różnorodne dania, które łatwo można przyrządzić i które nie wymagają wielkiego wysiłku.  Po prostu jesz i chudniesz. Zastanawiam się czy 3D chili w ogóle nazwać dietą, ponieważ dieta kojarzy się z wyrzeczeniami i głodówkami. Tutaj po prostu je się mądrze i zdrowo.

Moje pierwsze efekty z 3D chili

Na pierwsze efekty wcale nie musiałam długo czekać. Już po trzech dniach brzuszek zrobił się płaski, a ja miałam uczucie lekkości. Z dnia na dzień waga pomalutku spadała. Stopniowo zaczęłam wciskać się w różne ciuszki, które leżały bezczynnie w szafie z wiadomego powodu. Jejku, jaką radość sprawiło mi dopięcie się w sukience po mojej szczuplejszej siostrze. Coś niesamowitego. Mała rzecz a jak cieszy! Przede wszystkim zmniejszył mi się również cellulit i poprawiła się cera. Skóra stała się jędrniejsza i poprawił się jej koloryt. Mam również mnóstwo energii i emanuję radością. Przed dietą byłam śpiochem i lubiłam dłużej sobie pospać. Na diecie zaczęłam wcześniej wstawać i już chyba rytuałem stało się to, że tuż po przebudzeniu pędzę do WC, a potem staję na wadze, by podzielić się efektami z koleżankami z grupy 3D chili. Dieta zmienia tryb życia na lepszy, sprawia, że zaczynamy dbać o „higienę odżywiania i snu”. Tak, snu. Sen jest bardzo ważny podczas odchudzania. Niewypoczęty organizm odczuwa większy apetyt i trawi w spowolniony tempie. Należy przesypiać co najmniej 7, 8 h, aby waga spadała z dnia na dzień, nie wspominając już o tym, że nie należy dojadać w nocy.

Dziś jest mój ostatni dzień diety. Jakie rezultaty? 6,5 kg mniej, 3 cm mniej w talii i 7 cm mniej w biodrach. Zamierzam zrobić sobie 3 dniową przerwę, ale wcale nie na słodycze. Nadal będę się zdrowo odżywiać, jeść 5 razy dziennie, lecz używać mniejszej ilości przypraw, natomiast od 1 sierpnia znowu zacznę ściśle stosować się do menu, by zrzucić jeszcze choć 3,4 kg, tyle mi wystarczy do pełni szczęścia.

Uprzedzę Wasze pytania i podam Wam od razu link do oficjalnej strony 3D chili, gdzie możecie kupić menu na całe 28 dni, wypełniając uprzednio ankietę dotyczącą Waszego trybu życia: http://www.dieta3d.pl/

Tutaj znajdziecie fanpage 3D chili, gdzie umieszczono moje zdjęcie przed dietą i tuż po: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=698148636866929&set=a.565473710134423.153095.525491887465939&type=1&theater

NA CO IDZIE NASZA KAUCJA ZA MIESZKANIE?

Tłumaczą, że muszą ją zatrzymać na poczet rachunków, które przyjdą. Wynajdują plamy na ścianach, spuchnięte panele podłogowe od wody, zużycie pralki i zmywarki … a jeszcze inni po prostu nie otwierają byłemu lokatorowi drzwi, gdy przychodzą po pieniądze wpłacone za kaucję.

Fot. Archiwum.
Fot. Archiwum.

Kaucja – w słowniku widnieje jako suma pieniężna będąca gwarancją dotrzymania zobowiązania. A co, gdy lokator zobowiązania dotrzyma i oddaje mieszkanie schludne oraz w stanie niepogorszonym? Czy może wówczas liczyć na zwrot kaucji? Przecież kaucja jest – a przynajmniej winna być – zwrotna. Kaucja to głównie kwota miesięcznego czynszu. Właściciele słusznie twierdzą, że pobierają ją w razie jakichkolwiek zniszczeń, czy braku wpłaty za czynsz, ale NIESŁUSZNIE nie zwracają jej lokatorom, którym nie mogą niczego zarzucić po zdaniu lokalu, co się ostatnio bardzo często zdarza nie tylko w miastach studenckich.

Alina, Wrocław:  – Mieszkałam jako studentka już w kilkunastu mieszkaniach, w tym nie tylko w studenckich domach. Chyba tylko dwóch właścicieli oddało mi kaucję. Reszta, jak się potem okazało, wydała pieniądze z mojej kaucji już na początku podpisania umowy, a potem ich zwyczajnie nie mieli, żeby mi oddać. Zaczęło się wtedy wymyślanie. Jedna właścicielka, gdy zwróciłam jej klucze, założyła nawet białe rękawiczki i twierdziła, że wszędzie są kurze, więc będzie musiała zatrudnić ekipę sprzątającą. Nie trudno się domyślić, że wymyśliła, iż moja kaucja pójdzie na detergenty i sprzątaczki. Hmmm 1.400 zł na detergenty i sprzątaczki? A mieszkanie wcale nie było brudne po moim odejściu. Nie wiedziałam wtedy, że mogę ubiegać się o oddanie tej kwoty sądownie. Dziś już wiem, dlatego jeśli zdarzy mi się coś takiego ponownie, nie odpuszczę.

Lucy, Warszawa:Mieszkałam ostatnio z koleżanką na Mokotowie w bloku. Właścicielka od początku wydawała się być sympatyczna. Nie wtrącała się do naszej codzienności. Pieniądze za czynsz przelewaliśmy jej co miesiąc na konto. Bywała u nas raz na dwa miesiące, ale dużo wcześniej zapowiadała się. Wszystko było dobrze do momentu, w którym oznajmiłyśmy jej, że szukamy tańszego lokum, gdyż przerosły nas rachunki. Wtedy zaczęła częściej do nas przychodzić i urządzać sceny. Zaglądała nawet do lodówki i mówiła, że śmierdzi w mieszkaniu od zepsutego jedzenia. Nie było to zepsute jedzenie, tylko serki pleśniowe. Według niej ser się spleśniał, bo za długo go trzymałyśmy w lodówce. W umowie, którą z nią na początku podpisywałyśmy był paragraf mówiący o tym, że kaucję właściciel musi zwrócić do tygodnia po wyprowadzce. Przyszłyśmy więc tydzień po przeprowadzce do pani Magdy, ale nie zastałyśmy jej w domu. Dzwoniłyśmy chyba z tysiąc razy. Nigdy nie odebrała od nas. Moja współlokatorka, Iza, nawet stała kiedyś pod jej mieszkaniem kilka godzin, ale nie miała szczęścia spotkać jej. I tak 1.600 zł przepadło nam. Mamy nadzieję odzyskać pieniądze. Chcemy pójść do adwokata.

Michał, Łódź: Kaucja? Nawet nie chce mi się o tym gadać, bo jeszcze nigdy nikt mi jej nie oddał. Zawsze dałem się oszwabić. Mieszkam w Łodzi czwarty rok. Przyjechałem tutaj na studia. Trzy razy zmieniałem mieszkanie. W pierwszym mieszkaniu baba zgarnęła kaucję na poczet rachunków, które wyniosły jakieś 300 zł, a moja kaucja 1.200 zł!!! W drugim mieszkaniu właściciel po prostu przepił pieniądze i obiecał je oddać w ratach, co do dziś nie nastąpiło. W trzecim mieszkaniu kobieta wymyśliła plamy na ścianach, których nie było widać gołym okiem oraz, jak zwykle, rachunki, które mają przyjść…

Adriana, Poznań: – Ani razu nikt mi nie oddał kaucji. Oddałam klucze, przyszłam kilka dni potem i oczywiście tysiąc powodów, dla których nie mogli mi oddać kaucji, że niby za późno powiadomiłam o wyprowadzce i przeze mnie nie mogli wynająć od razu komuś mieszkania, że dwa panele były spuchnięte od wody i będą musieli wymieniać całą klepkę … i tak dalej i tak dalej. Moim zdaniem kaucji w ogóle się nie powinno płacić ludziom. To jest nie fair, że jej nie oddają. Już wystarczająco dużo studenci płacą za te cholerne czynsze.

Na szczęście są jeszcze i tacy ludzie ludzie, którzy kaucję oddają. Szkoda tylko, że tak rzadko można ich spotkać. Przykładem tego jest Anita, która wynajmowała mieszkanie w Poznaniu kilka kilometrów od ścisłego centrum.

Anita, Poznań: – Mieszkałam z dwiema kuzynkami. Gdy się wyprowadzałyśmy, umówiłyśmy się z właścicielami mieszkania, że poczekamy z odbiorem kaucji do przyjścia rachunków. Przyszły rachunki, spotkaliśmy się przy kawie. Rozliczyliśmy się. Zresztą, do dziś mamy kontakt i się odwiedzamy. To bardzo ciepli ludzie.

Należy pamiętać, że kaucja jest zawsze zwrotna i każdy właściciel mieszkania wynajmujący swoje lokum innym, ma obowiązek ją oddać po wyprowadzce. Jeśli tego nie uczyni, można ubiegać się o zwrot drogą sądową. Nie należy zbyt pochopnie odpuszczać. To są nasze, lub bardzo często naszych rodziców, ciężko zarobione pieniądze. Żądajmy ich zwrotu i nie dajmy się zwieść bezpodstawnym tłumaczeniom. Ciekawostką jest również to, że kaucja nie powinna wynosić więcej niż „dwunastokrotność” jednomiesięcznego czynszu, a lokator ma prawo ubiegać się o rozłożenie kaucji na dwie raty.

NAUKA O OCHRONIE ŚRODOWISKA POSZŁA W LAS

Już w szkole podstawowej nauczyciele wpajają dzieciom jak dbać o środowisko. Co z tej nauki zostaje u dorosłych ludzi?

Las w Kosinie/Fot. Paulina Zych
Las w Kosinie/Fot. Paulina Zych

Niedziela, dzień wolny od pracy. Dzień, który poświęcić się powinno dla najbliżej rodziny. Tak też uczyniłam. Wybrałam się na spacer z moimi siostrzenicami do lasu. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, co zastałyśmy w lesie. Jedno wielkie skupisko śmieci. Głównie szklane butelki po wódce. Moja najstarsza siostrzenica, która dziś kończy dziesięć lat wpatrywała się w butelki z ogromnym zdziwieniem. Przecież pani uczyła ją w szkole, że szkło rozkłada się nawet 4 000 lat. Dlaczego więc dorośli wyrzucają butelki w lesie? I jak wytłumaczyć dziecku, że popełniają oni ogromne błędy? Szkodzą świadomie środowisku, wręcz niszczą je. Jeszcze gorszym faktem jest to, iż miałyśmy świadomość, że to właśnie szkło może powodować pożar latem w lesie. Julia spojrzała na mnie przejęta po czym rzekła: „Ciociu, wyciągnij telefon i zadzwoń na policję, to jest przestępstwo.” Wytłumaczyłam jej, że policja tutaj nie pomoże, a my możemy jedynie telefonem wykonać zdjęcie i zaapelować do ludzi, by tego nigdy więcej nie robili. Jeśli chociaż jedna osoba na sto po przeczytaniu tego artykułu przestanie wywozić śmieci do lasu, będzie to dla nas ogromnym sukcesem.

Las, o którym mowa znajduje się w Kosinie, gmina Drezdenko. Nie jest to zwykły las, bowiem kilka lat temu uratowałam go przed pożarem.  Wracając z kościoła zauważyłam szybko przemieszczający się ogień w  – jeszcze wówczas – małym lasku. Nie wahałam się ani chwili, chwyciłam szybko za telefon i powiadomiłam o pożarze Straż Pożarną. Szybko zareagowali, dzięki czemu udało się uratować większość drzewek. Boli mnie, gdy widzę, że z „mojego” lasu miejscowi robią wysyp śmieci. Rozumiem, że władze miasta Drezdenko nie mogą być jednocześnie w kilku miejscach na raz, ale czy nie można by wysłać patrol od czasu do czasu właśnie w tamte okolice? Przecież Kosin staje się powoli wysypiskiem śmieci, szczególnie lasy i rowy, które wiodą do stawu zwanym przez tutejszych „Domino”. Kim trzeba być, aby z premedytacją zaśmiecać las materiałami najdłużej rozkładającymi się? Czy w mieście brakuje kontenerów na szkło? Nie sądzę.

PIĘTNASTOMINUTOWA PODRÓŻ SOCJOLOGICZNA TRAMWAJEM

Podróże kształcą.

 

Fot. pochodzi z: http://kurierkolejowy.eu/aktualnosci/8022/Krakow-kolejny-tramwaj-dla-niewidomych.html
Fot. pochodzi z: http://kurierkolejowy.eu/aktualnosci/8022/Krakow-kolejny-tramwaj-dla-niewidomych.html

Dopiero dziś zrozumiałam, ile tracę nie dojeżdżając tramwajami do poszczególnych miejsc w Poznaniu. Nie chodzi tutaj o ekonomiczną stronę refleksji. Co prawda taksówki są wygodniejsze, jednak rozmowa z taksówkarzem zawsze zamyka się na prognozie pogody i krytyce poczynań politycznych. A w tramwaju? Mnóstwo rozmów pouczających i tych mniej pouczających.

Dziś zastanawiałam się, jechać tramwajem? Taksówką? Tramwajem? Taksówką? Zdecydowałam się pojechać na Górczyn do serwisu komputerowego tramwajem, zrobiłam to pierwszy raz od dłuższego czasu. Był to mój szczęśliwy dzień, ponieważ odbierałam laptopa z serwisu – jak to w życiu dziennikarza często bywa, w jednym padł dysk, w drugim znowu coś innego…

Piętnastominutowa podróż w tamtą stronę była dla mnie sentymentalną podróżą po pierwszych latach studiów, ale też wyjątkowo pouczającą przejażdżką.

Podbiłam bilet w tym samym czasie, w którym tramwaj ruszył. Wtedy już słyszałam rozmowę dwóch starszych panów. Jeden siedział, drugi stał. Siedzący miał na głowie zimową czapkę z daszkiem, rysy bladej twarzy wskazywały na sędziwy wiek, mimo to, mężczyzna żwawo zadawał pytania stojącemu. Stojący posiadał czarną laskę, był niewidomy (dziwiłam się, dlaczego jego laska nie miała białego koloru). Jego oczy były mocno zaciśnięte powiekami. Na głowie wełniana czapka, w jednej ręce trzymał kurczowo torbę, drugą trzymał się poręczy a jeszcze pod pachą przyciskał laskę. Siedzący zadawał pytania, na które stojący odpowiadał:

Długo pan już nie widzi?

Jak miałem pięć lat zachorowałem na zapalenie opon mózgowych. W wyniku tej choroby straciłem wzrok.

Jak pan daje sobie radę? Musi być ciężko, ani telewizora obejrzeć, ani nic…

Nie jest źle. Są książki dla niewidomych. Mam dobrze zorganizowane życie. Nie można się przecież załamywać. Byle do przodu.

A jak pan jeździ sam tramwajem? Nie boi się pan, że wysiądzie nie na tym przystanku, co trzeba?

Nie, mam wyostrzony słuch, słyszę zapowiedzi przystanków. Jeżdżę tramwajami dla niewidomych.

Ciężkie życie, nie widzieć nic. Nie próbowali tego leczyć u pana, jak był pan jeszcze dzieckiem?

Próbowali, ale wzroku nie dało się odzyskać. Mam jeszcze uszkodzone inne nerwy.

Ta służba zdrowia leczy tylko jak się im dobrze zapłaci.

Nawet jak się dobrze zapłaci, to nie leczą dobrze. Nie ma sensu o tym myśleć, trzeba jakoś żyć. A ja to i do pracy chodzę i po zakupy. Nie ma co się załamywać.

To pan naprawdę zaradny jest.

W tym momencie rozmowę na chwilę uciął kolejny przystanek, tym razem Dworzec Zachodni. Mężczyzna chwycił za laskę, przygotowywał się do wyjścia, przełożył torbę w drugą dłoń. Starszy pan wtedy zapytał jeszcze:

Może pomóc panu zejść? Czy da pan radę?

Dam radę, proszę się nie martwić – schodząc ostrożnie ze schodów kontynuował – miłego dnia!

Wzajemnie i zdrowia życzę, bo to jest najważniejsze.

Ja również życzę zdrowia – kiwnął jeszcze dłonią na odchodne. Tramwaj ruszył. Na kolejnym przystanku dosiadła się kobieta w sędziwym wieku. Wybrała miejsce tuż obok starszego pana, który prowadził wcześniej dialog z niewidomym. Tramwaj nagle wydał sygnał ostrzegawczy i gwałtownie zahamował. Okazało się, że tuż przy Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych, na przejście dla pieszych wbiegła młoda dziewczyna nie zważając na czerwone światło. Wtedy właśnie starszy pan miał pretekst do nawiązania rozmowy ze staruszką:

Widziała pani, jakie roztargnione są te młode dziewczyny? Prawie pod tramwaj wleciała.

– Tak to już jest z młodymi – dodała staruszka.

…a może zakochana? – Wtrąciłam się do rozmowy.

Pewnie zakochana, to jest najbardziej prawdopodobne – uśmiechnął się pod nosem starszy pan.

A pani ile liczy sobie wiosenek? – Zadał bezceremonialnie pytanie staruszce.

Ja to już 83 lata mam, panie…

Dobrze się pani trzyma jak na ten wiek, a zakupy jeszcze sama pani robi?

Tak, daję radę jeszcze, ale ze wzrokiem już ciężko panie.

A bo to wiek już robi swoje ze wszystkimi. Na każdego przyjdzie czas, chociaż teraz i młodzi szybko umierają.

To też prawda.

Pani męża jeszcze ma, czy już pochowała?

Pochowałam już – tramwaj zbliżał się do kolejnego przystanku: Głogowska/Hetmańska, kobieta wstając z miejsca mówiła – ale panie, ja bym nie chciała jeszcze raz wyjść za mąż. Jakbym się jeszcze raz urodziła, nie wyszłabym za mąż.

Nie? Ano i tak bywa, ale pewnie jakby była pani jeszcze raz młoda, to chciałaby się z kimś związać?

Nie, nie, panie, na pewno nie. Daj pan spokój – przytrzymała się jeszcze poręczy i schodziła powoli dodając – do widzenia!

Starszy mężczyzna również ruszył z miejsca. Chwyciwszy się poręczy schodził powoli ze schodów, kulał na lewą nogę, skierował jeszcze do mnie kilka słów – Widzi pani, osiemdziesiąt trzy lata kobiecina, a jeszcze sama zakupy robi. Do widzenia, miłego dnia!

– Dziękuję, wzajemnie. Do widzenia.

Tak to już bywa, posiadamy często więcej, niż nam się wydaje, a nie potrafimy się z tego cieszyć. Inni natomiast posiadają o jeden zmysł mniej, a łapią życie pełnymi garściami i tak naprawdę dostrzegają więcej niż ludzie w pełni sprawni. Dopiero w takich okolicznościach zastanawiasz się, co by było, gdybyś nie widział, lub kulał na jedną nogę…Nie kuśmy jednak losu, ale… może warto przestać narzekać i zacząć cieszyć się z tego, co posiadamy?

EUROPA ZA JEDEN UŚMIECH

Rozmowa z uczestniczką programu Europa da się lubić – Olą Niezwiestny

FOT. PAT/ Źródło: http://malygosc.pl/doc/1120799.Szwecja/2
FOT. PAT/ Źródło: http://malygosc.pl/doc/1120799.Szwecja/2

Paulina Zych: Gdzie się pani urodziła i skąd późniejsza decyzja o wyjeździe do Polski?

Ola Niezwiestny: Urodziłam się w Sztokholmie, gdzie mieszkałam do 26 roku życia. Chodziłam do niemieckiej szkoły, z tego względu mam dwujęzyczną maturę – szwedzką i niemiecką. Tuż po maturze wybrałam się na studia do  Stockholm School of Economics, kierunek marketing. Polskim odpowiednikiem tej szkoły jest Szkoła Główna Handlowa w Warszawie. Po studiach przez półtora roku mieszkałam w Mediolanie. Stamtąd przeniosłam się do Warszawy. Spędziłam w Polsce 3 lata, pracując między innymi w biurze radcy handlowego Ambasady Szwecji i w wydawnictwach Bopnnier Polska i Axel Springer Polska. W 2008 roku wróciłam do Szwecji. Niewykluczone, że znów przeniosę się do Polski, w jednym i drugim Kraju czuję się bardzo dobrze

P.Z.: Dlaczego mieszka pani obecnie w Szwecji?

O.N.: Teraz pracuję w Sztokholmie, dlatego właśnie w Szwecji spędzam większość czasu. Na weekendy staram się przyjeżdżać do Warszawy. Kiedy przeniosę się do Polski, to zapewne będzie odwrotnie – jak najczęściej będę starała się odwiedzać Szwecję. Po prostu mam dwa domy: polski i szwedzki

P.Z.: Porównując dwa kraje: Polskę i Szwecję, czy bardzo różnią się kulturą i zwyczajami?

O. N.: Tak, mentalność i sposób bycia Polaków oraz Szwedów są zupełnie inne. Szwedzi są mniej spontaniczni i wszystko planują z bardzo dużym wyprzedzeniem. Towarzyskie, zwykłe wyjście do kina jest planowane kilka tygodni wcześniej. Od tego się już odzwyczaiłam, staram się zachować choć odrobinę spontaniczności, ale jest ciężko gdy wszyscy dokoła żyją z kalendarzem. Istnieje jeszcze jedna ogromna społeczna różnica –  znaczenie kościoła w codziennym życiu. W Szwecji do życia religijnego przywiązuje się dużo mniejszą wagę niż w Polsce. Ale to nie znaczy, że nie ma tradycji i nie obchodzi się świąt. Jest wiele przepięknych tradycji takich jak Midsommar (środek lata), to jest jedno z największych wydarzeń w roku

P.Z.: Jak zaczęła się przygoda z programem Europa da się lubić?

O.N.: Tata wyczytał informację, że będzie taki program i namówił mnie na casting. Nigdy czegoś takiego nie robiłam, więc pomyślałam sobie, czemu nie.  Myślę, że w Szwecji pewnie bym się nie zgodziła-  krępowałabym się i rozmyślała, co pomyślą inni ludzie. W Polsce nikogo nie znałam i stwierdziłam, ze to fajna przygoda. Nabrałam odwagi, aby się trochę powygłupiać i zrobić coś szalonego. I nie żałuję.
Poznałam kilku interesujących ludzi i kilku tez mniej fajnych, dużo się nauczyłam. Zrobiłabym to jeszcze raz! Bo bardzo lubię wszelkie nowe wyzwania

P.Z.: Czy jest odcinek, którego nigdy pani nie zapomni?

O.N.: Na pewno ten, w którym byłam przebrana za świętą Łucję w blond peruce i z zapalonymi świecami we włosach. Z czymś takim na głowie miałam wejść do studia i przywitać się. Nie było to łatwe. Bałam się, że peruka zacznie płonąć. W dzień świętej Łucji (13 grudnia) w Szwecji śpiewa się kolędy, je Lussekatter (ciasto drożdżowe z szafranem) i pije Glögg (grzane winno)

P.Z.: Jak ocenia pani integracje europejską?

O.N.: Na pewno łatwiej się pracuje i studiuje tam, gdzie się chce –  mniej jest biurokracji. Widać też, że Polska staje się coraz ciekawsza na tle innych krajów, zarówno pod kątem turystyki jak i miejsca pracy czy studiowania. Nadal jest dużo pracy przed nami: musimy rozwijać nasze umiejętności językowe, aby naprawdę być obywatelami Europy. Polska nie jest sama, Hiszpania, Grecja, Portugalia, Francja i Włochy są przykładami krajów, gdzie znajomość obcych języków jest bardzo niska. Kiedy każdy Europejczyk będzie porozumiewał się co najmniej 3 – 4 językami, będzie łatwiej z integracją. To już powoli się dzieje. Większość młodych ludzi, którzy dzisiaj idą na studia wyższe, ma już w bagażu dwa języki obce. Idziemy w dobrym kierunku

P.Z.: Można więc stwierdzić, że Europa da się lubić?

O.N.: Martwi mnie jedynie coraz większy rasizm w Europie, być może on daje się więcej we znaki teraz, gdy jest kryzys i rośnie bezrobocie. W Szwecji są podobne problemy, dużo się mówi o dyskryminacji ze względu na płeć czy pochodzenie. Mimo to niewątpliwie Europa da się lubić i jest przyjazna. Na naszym kontynencie jest wszystko: pyszne jedzenie, narty, plaże, bogata historia i fantastyczna kultura  oraz tradycje. Podoba mi się lojalność i rozsądek Szwedów, gościnność Włochów i Polaków, temperament Greków, snobizm Francuzów. Chodzi o to, żeby wybierać dla siebie to, co odpowiada nam najbardziej. Uważam, że za 50 lat wszyscy będziemy kulturowo do siebie coraz bardziej podobni

P.Z.: Spotkała się pani kiedyś z utrudnieniami na terenie Polski i innych krajów Europy

O.N.: Tak, kiedy wjeżdżałam samochodem z Ukrainy do Polski, to był koszmar.
Stałam tam całą wieczność, kolejka była niesamowita. Polscy celnicy sprawdzali każdy samochód. Ja już się odzwyczaiłam od kolejek na granicach. Pamiętam, gdy jako dziecko przyjeżdżałam promem ze Szwecji do Polski, było tak samo. To nie było tak dawno temu, ale już się tego nie pamięta. Granica Polski z Ukrainą to granica Unii z Ukrainą, dlatego jest w jakimś sensie zrozumiałe, że tak dokładnie kontroluje się podróżnych.
No i wiadomo, że w Szwecji sprawy w urzędach, meldunki, załatwia się jednym telefonem albo elektronicznym podpisem. W Polsce można niekiedy oszaleć z tymi tysiącami rodzajów PIT- ów i VAT- ów. Można z tego doktorat napisać. A jeszcze jak się jest cudzoziemcem tak jak ja, to inne są przepisy i urzędnicy często nie mają odpowiedzi albo mają trzy różne odpowiedzi na to samo pytanie, ale mimo to patrzę  pozytywnie na tę sytuację.
Ludzie, których spotykam w tych urzędach są na ogół bardzo mili.
Wystarczy mieć pozytywne nastawienie i zadawać dużo pytań, wtedy wszystko zawsze się układa. No i trzeba mieć dużą porcje cierpliwości. Pracuję nad tą cechą mojego charakteru. Dobrych wyników jeszcze nie widać,  ale może z czasem…

P.Z.: Może w pani planach na przyszłość znajdzie się jednak miejsce dla Polski – kraju gdzie urzędy biorą górę

O.N.: Ja zawsze myślę o Polsce jak o moim domu, ale Szwecja tez jest moim domem. Uważam, ze nie trzeba się deklarować i składać obietnic, należy brać to, co najlepsze z obu krajów. Można mieć dwa domy i w obu czuć się równie dobrze

P.Z.: Życzymy udanych powrotów do tych domów, w których zawsze będzie ktoś na panią czekał.

KIM JEST DZIENNIKARZ OBYWATELSKI?

1.

Skąd i po co właściwie przyszło dziennikarstwo obywatelskie? Dlaczego wciąż tak mało osób zna ten termin?

Fot. Ania Jurga.
Fot. Ania Jurga.

Dziennikarstwo obywatelskie pojawiło się wraz z coraz to powszechniejszym Internetem. Swój początek odnalazło na pierwszych portalach informacyjnych, aby te dobrze funkcjonowały, potrzebni są właśnie dziennikarze obywatelscy. Osoby nie związane zawodowo z dziennikarstwem, lecz świadkowie zdarzenia, którzy informują o tym, co w ich obecności, lub kręgu ich znajomych i rodziny, miało miejsce. Chodzi tu głównie o zdarzenia losowe, kulturalne i inne. Podstawowymi zakładkami tematycznymi, które spotkamy niemal na każdym portalu informacyjnym są: Sport i motoryzacja, news z kraju i ze świata, informacje, reportaże, felietony, recenzje, wywiady. Te cztery ostatnie są oczywiście trudniejszymi gatunkami dziennikarskimi, którymi „parają się „ dziennikarze zawodowi.

Dla każdego dziennikarza zawodowego Kodeks Etyki Dziennikarskiej stanowi sacrum – a przynajmniej powinien taką rolę pełnić. Dziennikarz winien przestrzegać również zasad ochrony własności intelektualnej i Prawa Mediów. W przygotowywanych przez niego materiałach musi dbać o dobro swoich informatorów – nie ujawniać danych osobowych, gdy tego sobie nie życzy rozmówca. Także nie ujawniać wizerunku rozmówcy.

Wyjątek stanową masowe imprezy i wydarzenia kulturalne, gdzie osoba staje się częścią widowni, czy też wtapia się w tłum uczestników koncertów, eventów itd. W dalszym działaniu dziennikarz zawodowy „przejmuje” informacje od dziennikarza obywatelskiego. Nie znajdziemy portalu, na którym dziennikarz obywatelski publikuje informacje bez kontroli dziennikarza zawodowego – tutaj redaktora oraz adiustatora. Zdarza się, że portale teksty odrzucają, gdyż mało jest w nich obiektywizmu. Najważniejszą zasadą dziennikarza zawodowego jest dążenie do prawdy, obiektywizm – o który bardzo trudno –  oraz rzetelny przekaz poprzez wysłuchanie dwóch stron. Każda ze stron powinna mieć możliwość wypowiedzenia się w bieżącej kwestii. Teksty pisane pod wpływem emocji również nie są źródłem obiektywizmu i prawdy.

Wróćmy do punktu wyjścia, skąd i dlaczego pojawiło się dziennikarstwo obywatelskie i dlaczego właściwie chcemy informować?

Wiemy nie od dziś, że Internet, to najszybsze źródło informacji, wygrywa nawet z tradycyjną gazetą drukowaną. Wszystko dzięki możliwości umieszczania newsów z prędkością światła. Wystarczy jeden klik, jeden ruch myszki, by dowiedzieć się, co w trawie piszczy.

Dlaczego dziennikarze zawodowi informują, wie każdy, dlaczego zatem robią to dziennikarze obywatelscy? Nie dla zysku, ani sławy, ale w poszukiwaniu sprawiedliwości – przynajmniej w większości przypadków. Najlepszym przykładem jest tutaj „Sprawa dla reportera” – autorski program telewizyjny Elżbiety Jaworowicz. Dziennikarka stara się rozwiązywać konflikty społeczne. Każdy temat pochodzi ze zgłoszeń obywateli, z ich e-maili i listów. Są to głosy wołające o sprawiedliwość. Przeważnie zgłaszają się osoby pokrzywdzone nie tyle przez los, co przez urzędy i politykę państwa. Jaworowicz zawsze zaprasza do studia dwie strony sporu. Mają one szansę konfrontacji i odnalezienia konsensusu. Sama również stara się zachować obiektywizm i wyczucie odpowiedniego momentu na zadawanie pytań stronom. Elżbietę Jaworowicz charakteryzują: bezpośredniość i szybka reakcja na „okrężne” odpowiedzi strony, która od początku programu jest potencjalną przyczyną konfliktu.

Na podobnej zasadzie emitowany jest „Magazyn Ekspresu Reporterów”. Jest to również program interwencyjny. Powstaje on dzięki zgłoszeniom widzów oraz internautów (program posiada fan page na Facebooku). Jedyne, co różni ten program od programu Elżbiety Jaworowicz, to sposób ukazywania problemu. Reporterzy jeżdżą na miejsce i kręcą krótkometrażowy film o ludziach borykających się z problemami społecznymi. Głównymi bohaterami są przede wszystkim poszkodowani przez los, często też najbliższych, sąsiadów, urzędy itd. Reporter zawsze dąży do tego, by pokazać w jakich warunkach osoba żyje, jakie środowisko ją otacza i co by było, gdyby sprawę pomyślnie zakończono. Czasem po kilku dniach możemy obejrzeć efekt interwencji Magazynu. Wówczas gospodarz programu dziękuje widzom za zgłoszenie, a po chwili mamy przyjemność obejrzeć film, w którym główny bohater odnalazł się w lepszych warunkach bytowych i  dziękuje za pomoc.

Dziennikarz obywatelski to nie tylko ten poszkodowany. Działa on niewątpliwie w interesie społeczeństwa, ma na celu informować, bądź podawać do ogólnej wiadomości faktyczny stan rzeczy. Jednak, by mógł to czynić, potrzebny jest mu dziennikarz zawodowy, taki, który jest zaznajomiony z Prawem Mediów oraz prawem innych obywateli. Trzeba pamiętać bowiem, iż „prawo jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się prawo drugiego człowieka.”

Paulina ZYCH