Archiwa kategorii: Chiński pokój

MOJA MIRELLA

1.

Saint – Germain – des – Pres.

Fot. pochodzi z: http://www.biblioteka.tgory.pl/archiwum.html
Fot. pochodzi z: http://www.biblioteka.tgory.pl/archiwum.html

Jak to często w życiu bywa, także i tą historią rządził całkowity przypadek. Postanowiłem ją opisać, bowiem jak błogosławieństwo spadła mi z nieba w momencie, gdy traciłem już nadzieję na jakikolwiek ciekawy, intrygujący pomysł. Przybyłem do Paryża z zamiarem napisania powieści historycznej, która miała być moim literackim debiutem, ale w jesiennej i deszczowej metropolii, mój umysł zaczął jałowieć i coraz bardziej pustoszał wraz z każdym powiewem chłodnego powietrza. Z dnia na dzień mój entuzjazm słabł, a pierwotnie ekscytujące spacery po mieście, zamiast potęgować natchnienie, wzbudzały jedynie obojętność, a często nawet rozdrażnienie. Dziesiątki wypitych espresso, paczki wypalonych Gauloisów i jedno, wielkie NIC. I właśnie w momencie, kiedy już prawie zwątpiłem i bliski byłem podjęcia decyzji o powrocie do kraju, w moje ręce, zupełnym przypadkiem, wpadła bardzo ciekawa, cenna rzecz. Mała książeczka, odręcznie zapisana, którą początkowo wziąłem za jakąś fikcję kryminalną, dopiero w miarę jej czytania okazała się relacją wydarzeń, które rozegrały się w rzeczywistości. Tutaj – w zamglonym i deszczowym na londyńską modłę Paryżu końca lat 40. ubiegłego wieku. Ten oryginalny pamiętnik nabyłem w jednym z antykwariatów na Saint – Germain – des – Pres, a gdy chwilę po zakupie, zasiadłem w uroczej kafejce opodal, od razu, bez pamięci zatopiłem się w rozlanych na pergaminie słowach.

Autorem relacji był niejaki P. Dreyfuss (Pierre? a może Paul? – nigdy się tego nie dowiedziałem, bo na obwolucie pamiętnika znalazłem jedynie inicjał imienia),paryski komisarz prowadzący śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci, bez mała sześćdziesiąt lat temu. Przerzucając kartki, z wypiekami na twarzy rozglądałem się uważnie wokół siebie, bowiem zapisana przez funkcjonariusza historia, rozegrała się zaledwie kilka przecznic od miejsca, gdzie się właśnie znajdowałem. Być może właśnie duch tamtych wydarzeń ciągle unosił się nad tym cudownym, pachnącym kawą miejscem. Pikanterii dodawał fakt, że większość ówczesnych sklepów, kawiarni, czy restauracji ciągle tu funkcjonowała, a szyldy magazynów kusiły klientów tymi samymi hasłami, co w powojennej Francji. Chwytałem więc słowa, pogrążałem się w dywagacjach, byłem głodny rozwiązania opisywanej zagadki. Dreyfuss uwielbiał ilustrować swoje przemyślenia, w zapiskach sporo było rysunków, planów i licznych adnotacji, dopisanych na marginesach pamiętnika. Momentami całość sprawiała wrażenie palimpsestu, tak wiele było tam słów, wymazań, przekreśleń, uzupełnień i poprawek. No i to niesamowite zdjęcie, które było przyczyną całego zamieszania.. W tym właśnie miejscu, postanowiłem więc bezpośrednio przytoczyć to, o czym we swoich wspomnieniach pisał komisarz.

2.

Pamiętnik Dreyfussa.

12 września.

Pogodne Pireneje Wschodnie, którymi jeszcze wczoraj tak bardzo cieszyłem swoje oczy, dzisiaj bezapelacyjnie odeszły w zapomnienie. Te dwa tygodnie pozwoliły mi odpocząć, zaaplikować sobie odrobinę luzu, bezczynności, miłego nieróbstwa. Miałem nadzieję, że będę je pielęgnował w pamięci jeszcze długo, ale zetknięcie z paryską rzeczywistością okazało się brutalne. W moim mniemaniu – nawet zbyt brutalne.. Chwilę po szóstej, ze snu wyrwał mnie dźwięk bezlitosnego telefonu. Machinalnie spojrzałem na zegar, w jednej chwili uświadamiając sobie, że wprawdzie już dzisiaj idę do pracy, ale formalnie służbę rozpoczynam dopiero od południa. Jednak to, co po chwili usłyszałem, co dotarło do mnie wraz z trzaskami w słuchawce spowodowało, że po kilku minutach byłem gotowy do wyjścia z mieszkania . Na Rue Cardinale dotarłem po jakichś dwudziestu minutach, rezygnując wcześniej z podstawionego przez komisariat auta, słusznie zakładając, że podróż przez miasto o tej porze szybciej mi zejdzie, jeśli skorzystam z metra. Przez cały czas siąpił deszcz, a kiedy w końcu znalazłem się na miejscu zdarzenia, byłem prawie cały przemoczony. Nasi już tam byli. Dochodzeniówka nie próżnowała – funkcjonariusze budzili mieszkańców kamienicy i przesłuchiwali każdego na wypadek tego, co mogli usłyszeć lub dojrzeć tej feralnej nocy.

Ciało dziewczyny leżało na klatce schodowej czteropiętrowego budynku, u zbiegu ulic de l’Abbaye i Cardinale. Na mokrej posadzce ujrzałem młodą kobietę w pozie sugerującej upadek z wysokości. Spojrzałem w górę, ku sufitowi. Na każdym piętrze byli nasi ludzie, tak więc wycieczkę po schodach na razie postanowiłem sobie podarować. Skupiłem się na ciele. Dziewczyna ubrana była w czarną, jednoczęściową, dość skąpą sukienkę, co uzmysłowiło mi, że tuż przed nieszczęśliwą chwilą była na randce lub towarzyskim spotkaniu. Rozrzucone na płytkach włosy skrzętnie ukrywały długą strużkę zakrzepniętej już krwi, która ciągnęła się od skroni i ginęła w czarnych, gęstych kosmykach. Ranę pokazał mi patolog, jednocześnie stwierdzając, że jak na razie nie dopatrzył się jakichkolwiek innych zadrapań, guzów, czy siniaków. Obszedłem dokładnie ciało, przyglądając się zabłoconym butom na wysokim obcasie, które wciąż tkwiły na stopach kobiety pomimo uderzenia ciała o podłogę, być może z dość znacznej wysokości. A przynajmniej takiej, która mogła spowodować śmierć człowieka.. Przyjąłem jeszcze wstępny meldunek od podwładnego, tego młodego lansa, którego dostaliśmy w spadku po rozwiązanym komisariacie z Północy, a ja rzuciłem jeszcze na odchodnym, że oczekuję na szczegółowy meldunek, za mniej więcej jakąś godzinę. Wyszedłem z kamienicy i udałem się na komisariat. Pieszo. Miałem przed sobą tylko kilka przecznic.

13 września (rano).

Postawiłem sobie na biurku taką małą, fikuśną figurkę, którą kupiłem na bazarze w jednym z miasteczek w Pirenejach. Będzie ciekawie komponowała się z otoczeniem, a może nawet wprowadzi do tego, przez niektórych określanego mianem ponurego, pomieszczenia. Miniaturka głowy króla z Beauvais. Takiego artefaktu od dawna potrzebowałem!

(po południu)

Cały dzień w pracy. Oprócz tej dziewczyny z Rue Cardinale, czeka mnie jeszcze sprawa kloszarda nad Sekwaną (trzy pchnięcia nożem w klatkę piersiową) i kolejnych, niezidentyfikowanych zwłok na zachodnich przedmieściach. A propos, z braku potwierdzenia tożsamości, dziewczynę nazwaliśmy Mirella – jedyne, co przy sobie posiadała, to wisior na szyi z pięknie wygrawerowaną na medalionie literą „M”. Wieczorem ma odbyć się sekcja, więc jutro znowu czeka mnie kupa roboty.

14 września.

Dzisiejsze wydarzenia wprowadziły chaos i spory zamęt w mojej głowie. Nawet teraz, gdy po długim i wyczerpującym dniu siedzę w końcu w swoim wygodnym fotelu, ręka która kreśli te słowa nadal dygocze. Sekcję dziewczyny przełożono na dzisiejszy poranek, bo patolog się rozchorował i ściągać trzeba było kogoś na jego miejsce. Telefon odebrałem około ósmej rano, gdy przeglądałem świeżą prasę i popijałem sobie kawę. Meldunek był lakoniczny: proszę natychmiast się zjawić, sprawa nie na telefon i nie cierpiąca zwłoki. Tym razem poczekałem na auto, a nadzieja, że zaczynający się dzień minie mi przyjemnie i bezstresowo, wzmogła się we mnie, gdy tylko za kierownicą podstawionego wozu ujrzałem Waleriana, naszego wieloletniego szofera w randze.., cholera, on nigdy nie nosił munduru! Pamiętałem go z maja 1946 roku, kiedy nasz wydział zakończył sprawę morderstw Lessera, który później jako pierwszy szubrawca po wojnie został skazany na gilotynę.

Gdy tylko dojechaliśmy na komisariat, poproszono mnie abym niezwłocznie udał się do prosektorium, znajdującego się w podziemiach sąsiadującego budynku. Zawsze przechodziliśmy tam korytarzem, który łączył naszą komendę z medykami sądowymi. Wygodnie, bo nie trzeba było wychodzić na zewnątrz.. Patolog, gdy go zobaczyłem, był kompletnie blady. Obok niego stał umundurowany funkcjonariusz i nasz porucznik – Deckart. Tuż przed nimi, na metalowym łóżku, leżało przykryte prześcieradłem ciało. Patolog odsunął materiał, tak aby móc spojrzeć na twarz denata, a oczom wszystkich zebranych ukazało się ciało martwej kobiety, tak około sześćdziesiątki, z bruzdami na twarzy, które mogły zdradzać zarówno profesję, jak i jej pochodzenie. Wpatrywałem się w zwłoki, zerkając na przemian to na lekarza, to na porucznika. W tej chwili nie docierało do mnie ich zdumienie, a może nawet przerażenie, czy strach.

JA: O co chodzi, panowie?

DECART: Byłeś wczoraj na Rue Cardinale, prawda? Zastanawiamy się właśnie nad bardzo ciekawym przypadkiem i wiesz, co? Wydaje się nam, że albo wszyscy jeszcze śpimy i nam się to śni, albo znajdujemy się w jakiejś pieprzonej (tak właśnie powiedział!) komedii francuskiej?! (podał mi wtedy zdjęcia z miejsca wydarzenia na Rue Cardinale; zobaczyłem na nich twarz dziewczyny, naszej Mirelli, różnego rodzaju zbliżenia, to nadgarstków, ramion, części garderoby, a ja wciąż nie wiedziałem, o co mu chodzi?).

PATOLOG: Dla mnie sprawa jest prosta. Panowie, potwierdzacie lub nie tożsamość tej kobiety, a ja albo biorę się do roboty, albo spadam.

JA: Tożsamość? Ale jak..?

DECKART: Chodzi o to, Dreyfuss, że wczoraj zapakowano do lodówki młodą kobietę, a dzisiaj zamiast niej mamy podstarzałą dziwkę z Saint – Germain.

JA: Ale co się stało z tamtą? Z Mirellą?!

DECART: Tego właśnie nie wiemy. Procedura już została wszczęta, ale szykuj się na wizytę u Starego, bo jak to do niego dotrze..

Przyjrzałem się dokładniej ciału. Nie było najmniejszej wątpliwości, że kobieta, która właśnie przed nami leżała, nie była tą z Rue Cardinale. Ona w ogóle NIE BYŁA! No bo, skąd się tutaj wzięła?! Wróciłem do siebie. Pacnąłem ze złością głowę króla, ale ta jedynie przesunęła się lekko i ciągle mnie obserwując, szczerzyła swoje paskudne, tylko dla mnie teraz widoczne kły. Tak, śmiej się! Nie znasz dnia, ani godziny, kiedy po kolejnym takim numerze zamienisz się w niewielką kupkę nieprzydatnego gruzu! Ale to nie był koniec zaskoczeń tego dnia. W oczekiwaniu na notatkę patologa, raport Deckarta i wezwanie do szefa, pomiędzy jedną a kolejną czarną kawą i niezliczoną ilością nerwowo wypalonych papierosów, do pokoju zapukał kurier. W poczcie, której zazwyczaj z braku chęci i czasu nie przeglądałem, teraz chcąc zabić okres ciągnącego się w nieskończoność oczekiwania, znalazłem odręcznie napisany list i.. zdjęcie, które mnie przeraziło. Na fotografii była ONA! Nasza Mirella! Leżała, dokładnie tam, w pozie w jakiej znaleźliśmy ją na Rue Cardinale! Zdjęcie zrobione było z góry i dokładnie oddawało widok, z którym zetknąłem się tuż po przybyciu na miejsce. No, może prawie taki sam widok.. Bo obok ciała dziewczyny, leżał jeszcze złożony męski parasol i kapelusz.. Na kartce, ktoś napisał: „To ja zrobiłem to zdjęcie, a teraz się boję. Proszę zadzwonić, chciałbym się spotkać (tu był numer telefonu). Podpisano – Guillaume Locard, fotograf”. Chciałem właśnie chwycić za słuchawkę, gdy drzwi do mojego pokoju ponownie otwarły się na oścież, tym razem bez pukania. Stojący na progu flik oznajmił, że znaleziono właśnie ciało kobiety. Na Rue Cardinale!

15 września.

Ciało Mirelli leżało w tym samym miejscu i było ułożone w ten sam sposób, jak za .. pierwszym razem. Patrząc na to wszystko, nerwowo sięgałem ręką do gorącego czoła i nie potrafiłem w żaden sposób pozbyć się wypieków na twarzy, co przy bladych obliczach moich współpracowników, z pewnością stwarzało nie lada kontrast. Ostrożnie, tak aby nikt nie zauważył, wyciągnąłem z płaszcza fotografię Locarda. Wszystko się zgadzało. Wszystko, oprócz parasola i kapelusza, których teraz przy zwłokach dziewczyny nie było. Wyszedłem przed budynek, ciągle padał ten cholerny deszcz. Zimne krople nawet przyjemnie chłodziły moją skórę, spływając po szyi za kołnierz białej koszuli. Spojrzałem na zegarek, dochodziła jedenasta. Nic tu po mnie. Postanowiłem zadzwonić do tajemniczego fotografa. (po południu: Locard ma się zjawić u mnie jutro z rana).

16 września (po południu).

Spałem zaledwie trzy godziny. Znów telefon (chyba w końcu wyłączę to piekielne urządzenie!), nagła pobudka i droga w deszczu do pracy. Zanim tam docieram, mijają mnie dwa radiowozy jadące na sygnale w stronę Rue Jacob. To w pobliżu Cardinale – myślę, ale moje niewinne przypuszczenia są w tej chwili jedynie ulotną fantazją. Jakże się mylę! To, co nieprawdopodobne, często staje się faktem. W kostnicy, zamiast Mirelli – kilkunastoletnia dziewczynka o jasnych włosach, a po godzinie telefon: znaleziono ciało na Rue Cardinale.. (spotkanie z fotografem znowu przełożone!). Gdy przyjeżdżam na miejsce nawet nie muszę identyfikować ciała. Wszyscy w grobowych (jak na ironię!) nastrojach, w ściśniętych maskach na twarzy. Wychodzę. Idę się napić na Rue Forstenberg, tuż obok muzeum Delacroix.

17 września.

Trzeci trup w kostnicy! Tym razem znowu starsza kobieta, prawdopodobnie zakonnica, no i.. trzecia Mirella. Czy mi się wydaje, czy to już jakieś obłąkanie?! Wszyscy w robocie chodzą jak na szpilkach. (udało mi się w końcu spotkać z fotografem, jest spięty, ciągle nerwowo się rozgląda, jakby czegoś się obawiał.., notuję jego relację, rekwiruję kliszę, a gdy wychodzi zastanawiam się nad jednym.., nie!, to raczej niemożliwe..!).

19 września.

Źle się czuję. Cały wczorajszy dzień na nogach, pomiędzy komisariatem, sądem i Rue Cardinale. Chyba nie muszę pisać, z jakiej przyczyny?! Coraz bardziej mnie to denerwuje, mierzi. Szef zaproponował, abym trochę odpoczął, przespał się i wrócił do pracy dopiero jutro. Boli mnie głowa, gardło, mam kaszel. Przepisałem notatki, które zrobiłem podczas rozmowy z Locardem. Wyłaniają się z nich dość ciekawe wnioski.. (w sprawę ma ponoć zamiar wmieszać się DST – tylko bezpieczników nam tam brakowało!).

20 września.

Ponownie w pracy. W drodze na komisariat, przez zaparowane szyby trolejbusu obserwowałem budzące się ze snu miasto. Od dawna Paryż nie pamiętał takiej pogody! Od co najmniej dwóch tygodni pada. Gdybym nie wiedział, że jestem w Europie, czułbym się jak podczas jakiejś pieprzonej pory deszczowej, dajmy na to, w Afryce (sic!). Przejeżdżając obok placu Auxerre, obrazy na szybie zlały mi się w gigantycznych rozmiarów larwę, taką ogromnych rozmiarów makietę, podobną do tej, z którą miałem kiedyś do czynienia: tak, właśnie tutaj, w pobliżu Auxerre (sprawa naukowca, na ciele którego dojrzałem te dwie, mikroskopijne larwy – to ONE rozwiązały wtedy śledztwo, bowiem występowały jedynie w ciemnych miejscach, a zwłoki leżały na samym środku, rozgrzanego upałem placu; ktoś więc dokonał zbrodni, a ciało przeniósł..). Przemknęła mi przez głowę myśl, że podobnie mogło być z Mirellą, ale wrażenie to odpłynęło równie szybko, co się pojawiło.

(zniknęła kolejna Mirella, tym razem już czwarta, a na miejscu jej ciała, na wpół rozłożone już zwłoki kobiety – wiek na razie trudny do określenia).

21 września.

Z Sekwany wyłowiono ciało Guillaume Locarda. Nikt oprócz mnie nie wie o zdjęciu, na razie nie kojarzą gościa.. Nie wiem, co robić? (po południu dowiaduję się, że idę na przymusowy urlop – mam odpocząć kilka dni i czekać na telefon od Starego).

22 września.

Ponownie przeglądam moje zapiski z rozmowy z fotografem. Wysuwam kolejne, zaskakujące wnioski. Podręczne notatki spaliłem, oto najciekawsze fragmenty tej konwersacji:

LOCARD: Wiedziałem, że zdjęcie pana zainteresuje.. Widzi pan, ja jestem zawodowym fotografem, można by rzec, że żyję z pstrykania, He He.. No, ale przejdźmy do rzeczy. Wyszedłem właśnie z mieszkania na Rue Cardinale, numer bodajże dwanaście. Kilka godzin wcześniej bawiłem na przyjemnej imprezie, a w końcu wylądowałem, no wie pan, jak kończą się tego typu dobre zabawy.. Mąż pani, u której zagościłem, miał wrócić z nocki, więc musiałem opuścić jej mieszkanie przed siódmą. Było jeszcze szaro, więc włączyłem światło na schodach. Nie mogłem jej nie zauważyć! Leżała na dole, cztery pietra niżej, jak na fotografii.

JA: Moment. Czyli zrobił pan to zdjęcie przed siódmą, tak? Czy dotykał pan zwłoki, coś zmieniał?

LOCARD: Nie, absolutnie! Tylko widzi pan, ja myślę że tam musiał być ktoś jeszcze, bo gdy zbiegłem po schodach w dół, obok niej nie było już tych rzeczy!

JA: Jakich rzeczy?

LOCARD: No jak, jakich?! Parasola i kapelusza! Coś jeszcze słyszałem. Jakby taki dźwięk, szelest materiału ocierającego się ścianę. To tarło, ale tak specyficznie, trudno mi to opisać..

JA: A dlaczego pan od razu się do nas z tym nie zgłosił?

Nic więcej się od niego nie dowiedziałem. Nie chciał za nic w świecie nic powiedzieć, bąknął jedynie, że później, nie teraz, bo ma coś bardzo ważnego do załatwienia. Zachowałem więc zdjęcie i poprosiłem go, aby nie opuszczał Paryża. Wkrótce mieliśmy ponownie się zobaczyć.

24 września.

Nie daje mi to spokoju. Locard mówił o dziwnym dźwięku, a kiedy ubierał swoje słowa w powłokę niewiadomej, ja słuchając go, miałem nieodparte wrażenie, że chyba wiem, o czym mówi. Miałem to w głowie, siedziało to tam! Permanentnie znieczulając ból całego już ciała medykamentami, próbowałem przypomnieć sobie, znaleźć jakąś wskazówkę, nić. Może spróbować hipnozy? Albo opium? Słyszałem, że to pomaga..

26 września.

Eksperymentuję z pamięcią. Na razie bez efektów (dzwonił Deckart – na Rue Cardinale znaleziono piątą Mirellę).

28 września.

Od dwóch dni chodzę do palarni. Czuję się taki.. sfatygowany. W poniedziałek mam stawić się w pracy. To dopiero za cztery dni.

29 września (rano).

Zdecydowałem się na eksperyment. Muszę poczekać do wieczora, mam jeszcze sporo czasu. Dziś przekonam się w praktyce, co oznacza sztucznie wywołana symulacja umysłu. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.

(wieczorem: za chwilę założę płaszcz i wyjdę z domu, na Rue Cardinale – po drodze wstąpię jeszcze do palarni, mam trochę czasu, dopiero się ściemnia).

3.

Rue Cardinale.

W tym momencie, historia komisarza P. Dreyfussa mogłaby się skończyć, zostawiając zagadkę śmierci na Rue Cardinale nierozwiązaną. W rzeczywistości, komisarz przestał pisać, popadł w paranoję, odszedł na zbyt wczesną emeryturę, a swój żywot ponoć zakończył w przytułku dla byłych policjantów, gdzieś pod Lyonem. Po lekturze pamiętnika i jeszcze kilku dniach spędzonych w Paryżu, opuściłem to miasto i wróciłem do siebie, do domu. Parę tygodni później, miałem już gotowy materiał, który zdecydowałem się wydać, a wydarzenie to, na stałe odmieniło moje zawodowe życie. Zacząłem pisać zakończenia książek, głównie tych anonimowych dla mnie autorów, którzy borykali się z problemem sfinalizowania swojej twórczości. Uczciwie dodam, że były z tego wcale niezłe pieniądze.. Tak więc, francuski komisarz i przygoda, którą przeżył, odcisnęła na moich losach dość znaczące piętno. Oto moja wersja zakończenia sprawy zwłok na Rue Cardinale, w której to, wcieliłem się w postać komisarza Dreyfussa i w tym niezwykłym awatarze udałem się na miejsce zbrodni..

[…] na połach płaszcza wciąż czułem ten nie opuszczający mnie od jakiegoś już czasu zapach. Mieszanka soku mlecznego i papaweryny nie opuszczała moich nozdrzy, wciąż miałem ją też na języku. Nawet kiedy wchodziłem do czteropiętrowego budynku na Rue Cardinale, zastanawiałem się, czy za moimi plecami nie ciągnie się aromatyczna smuga białego dymu. Stanąłem na klatce schodowej i spojrzałem w górę. Bez sztucznego światła niewiele mogłem dostrzec, ale i tak postanowiłem, że gdy tylko oczy przyzwyczają się do ciemności, ruszę schodami na górę. Rozglądałem się wokół, ale jedynym wrażeniem, które teraz do mnie docierało, był przenikliwy chłód tnący moje stopy od płytek przez podeszwy. Przestępując z nogi na nogę, zacząłem wchodzić..

Na pierwszym piętrze znalazłem się dość szybko. Trzymając się poręczy spojrzałem w dół, a zaraz potem znów na samą górę. Ciemno, nic. Cały czas lekko zamroczony, ocierając się o ścianę, brnąłem po schodach, a poły płaszcza zaczęły wydawać ten dziwny, cholernie sztuczny i nienaturalny odgłos. Gdzieś to już słyszałem.., a może po prostu słyszałem, że słyszałem..? Ciągnąłem się na górę, a gdy mijałem jedno z mieszkań na półpiętrze pomiędzy pierwszym a drugim etażem, jego drzwi nagle się otworzyły, a przeciąg który wydostał się na zewnątrz, zmiótł kapelusz z mojej głowy. Nawet nie zdążyłem go złapać, ledwo co chwytając się poręczy i broniąc przed bolesnym upadkiem.

Na drugim piętrze, zaczęły dochodzić do mnie odgłosy muzyki. Jakby w jednym z mieszkań ktoś włączył właśnie adapter, a stara trzeszcząca płyta katowała moje uszy, ledwie słyszalnym, ale intensywnym tekstem. Winylowy głos śpiewał o brutalnej śmierci w afekcie.. Przyspieszyłem kroku i po kilku susach, zaledwie kilka stopni dzieliło mnie od trzeciego poziomu. Ponownie się zachwiawszy, wpadłem na ścianę dotykając twarzą zimnego muru. Na policzku poczułem oleistą ciecz. Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem z niej zapałki. Ogień oświetlił fragment tynku – na jego powierzchni ktoś wymalował jakąś substancją, zapewnie farbą, niewyraźny napis: Mirelle, Je t’aime! Wtem, nad sobą, usłyszałem odgłos jakby szamotaniny, a zaraz potem coś dużego i trudnego w tych warunkach dla mnie do określenia, przeleciało obok mnie, spadając z piętra wyżej na posadzkę. Nie zdążyłem nawet przechylić się przez barierką, by cokolwiek dojrzeć. Nagle, prawie znikąd otrzymałem potężnego kuksańca w bok, a gdy się zorientowałem, że wpadł na mnie właśnie zbiegający z góry mężczyzna, zobaczyłem tylko jego plecy. Krzyknąłem. Przystanął i obrócił się. W lewej ręce wciąż trzymał długi, złożony męski parasol, a na jego twarzy zagościł w półmroku, chytry uśmiech. W przerażeniu uzmysłowiłem sobie jego właściciela. Byłem nim ja. Komisarz P. Dreyfuss.

KONIEC

(Prawa autorskie zastrzeżone, kopiowanie tekstu zabronione!)

MADE BY JAPAN

1.

(1936) 

Fot. http://www.varbak.com/fotografia/macha%C5%82-flag%C4%85-japonii-zdj%C4%99%C4%87
Fot. http://www.varbak.com/fotografia/macha%C5%82-flag%C4%85-japonii-zdj%C4%99%C4%87

Tuż przed spotkaniem z przybyłym z Berlina SS-Standartenfuhrerem Josefem Meisingerem, Rokuro Iwasa postanowił jeszcze raz przejrzeć znany mu już niemalże na pamięć konspekt. Na okładce dokumentu widniała złowieszcza Glapa, a pod nią czerwono-biały symbol wszechobecnej w Japonii, tajnej policji Kempeitai. Iwasa dotknął wypukłej faktury rozchodzących się od czerwonego słońca promieni i po chwilowym zastanowieniu, odwrócił pierwszą kartkę dwujęzycznego materiału. Plan był ambitny i jak najbardziej możliwy do zrealizowania, oczywiście pod warunkiem rzetelnego zaangażowania się obydwu stron. Jak na razie, współpraca układała się dobrze, a mocarstwa na bieżąco konsultowały swoje posunięcia, nie mogło więc być mowy o jakiejkolwiek wpadce. Z takim przekonaniem Iwasa wkroczył do zaciemnionego pokoju, w którym na dowódcę tokijskiego wydziału tej swoistej policji myśli, czekał już niemiecki oficer.

Znali się już od jakiegoś czasu, a regularne spotkania wytworzyły nawet między nimi, w miarę znośną jak na różnice kulturowe, atmosferę. Od kilkunastu miesięcy, Niemcy mieli w Tokio odpowiedniego człowieka służącego sojusznikom policyjnym doświadczeniem. Poza tym, niedawno Japończycy zdecydowali się na głęboką reorganizację swojej armii, bogato czerpiąc z pruskich wzorców, których ucieleśnieniem na dworze Cesarza był major Jackob Mechel. Na osobiste polecenie Hitlera, przybył on na wyspę aby wykładać sztukę wojenną w tokijskiej Akademii Wojskowej. A Japończycy to doceniali, czego rezultatem był ten awangardowy i niespotykany dotychczas eksperyment. Właśnie dzisiaj, Meisinger i Iwasa mieli ów projekt ostatecznie zatwierdzić.

Przywitali się serdecznie. Japończyk zaproponował cygaro i sake, po czym podszedł do ściany, na której obok mapy cesarstwa wisiała druga – Europy. Włączył stojącą na biurku obok lampę i skierował strumień jej światła na zielony skrawek papieru, gdzieś pomiędzy Szwarcwaldem a Wyżyną Bawarską. Przez chwilę wpatrywał się w to miejsce, specjalnie czekając aż młoda asystentka postawi na stole szklaną karafkę i drewniane, pięknie zdobione pudełko.

– Czyli Langdorf.. – powiedział natychmiast, gdy kobieta opuściła pomieszczenie. Meisinger przystanął za Iwasą. Przyciął gilotynką cygaro i sięgnął do kieszeni po zapałki.

– Tak, Taisho. W tej kwestii nic się nie zmieniło.

Iwasa uśmiechnął się pod nosem. Lubił, kiedy Niemcy posługiwali się nazwami japońskich stopni wojskowych. W końcu Taisho brzmiało lepiej, niż jakiś Standartenfuhrer.. – A więc obóz powstanie właśnie tam – stwierdził z nieukrywaną satysfakcją – Piękna okolica. Ratyzbona, bliskość Dunaju.. Nasi ludzie z pewnością będą się tam dobrze czuli. Niemalże komfortowo. Banzai, Herr Meisinger!

Heil Hitler, Taisho!

– Rozumie pan Taisho, że nie należy wprowadzać Niemców w szczegóły naszego planu.

– Oczywiście, panie ministrze. To jak najbardziej zrozumiałe.

– Proszę wyrażać się regulaminowo. Nie toleruję żadnych odstępstw od tej reguły.

– Tak jest, Gaimi-daijin!

– A więc reasumując. Obóz powstanie w Bawarii, na wyznaczonym terenie. Nasi sojusznicy powinni być przekonani, że realizujemy tam nasz program neutralizacji nieprzyjaznego cesarzowi elementu. I tak właśnie będzie, z tym, że to co tam zrealizujemy, nigdy nie może wyjść na światło dzienne. Tym bardziej efekt, który tam osiągniemy. Im Niemcy mniej wiedzą, tym lepiej.

– Jesteśmy odpowiednio przygotowani, Gaimi-daijin.

– Bardzo dobrze. Musi pan jak najszybciej polecieć do Berlina i rozpocząć ostateczne przygotowania.

-Tak jest!

Banzai!

Banzai!

– Nieźle sobie to wymyślili ci Japończycy, herr Meisinger!

– To prawda, panie Gruppenfuhrer. Nie przypuszczałem, że będą aż tak przebiegli. Ten ich pomysł z komunikacją.., istny majstersztyk!

– Będziemy musieli jakoś zareagować. Trzeba coś wymyślić.

– Podjąłem już pewne kroki, oczywiście za pana przyzwoleniem.

– Słucham Meisinger.

– Postanowiłem wprowadzić do obozu swojego człowieka. Wiem o nim tylko ja, no i teraz także pan, Gruppenfuhrer.

– Czy to w ogóle możliwe? W Langdorfie są sami Azjaci..

– To Japończyk. Nasz Japończyk.

– Nieźle, Meisinger. Szczegóły?

– Dobrze pan wie, że nasi „przyjaciele” w swoim eksperymencie zastosowali ciekawą metodę nadzoru nad więźniami. W odróżnieni od naszego schematu, osadzeni posługują się prawdziwymi nazwiskami, a strażnicy i kadra zarządzająca obozem mają przyporządkowane numery. Zupełnie inaczej niżu nas.. Mój człowiek nazywa się Kimura i jest więźniem politycznym, skazanym przez Kempeitai na pięć lat odsiadki. Zwerbowaliśmy go jeszcze w Tokio, ale myślę, że te szczegóły nie są dla pana zbyt interesujące?

– W porządku, Meisinger. A jak zamierza się pan z nim kontaktować?

– Nie będzie stałego kontaktu, herr Gruppenfuhrer. To byłoby za bardzo ryzykowne i obawiam się, że nawet niemożliwe. W odpowiednim momencie, Kimura przejmie numer i opuści obóz jako jeden z podoficerów. Jak to mówią nasi sojusznicy, kashikan numer ileś tam..

– Jak to zrobi?

– Proszę mi zaufać. Jestem pewien, że będzie pan zadowolony.

Niemiecka wizytacja w eksperymentalnym, japońskim obozie Langdorf rozpoczęła się ósmego listopada, dokładnie w południe. Sześciu wysokiej rangi oficerów SS przeszło przez bramę, nad którą dumnie powiewały flagi Japonii i Trzeciej Rzeszy, a na dużej, drewnianej tablicy po ich boku, znajdował się dwujęzyczny napis: Żaden człowiek Wschodu nie powie prawdy, jeśli nie zostanie poddany torturom. W asyście wyselekcjonowanych kaprali, wojskowi dygnitarze od razu udali się w kierunku budynku, w którym rezydował komendant obozu – Sun Yi, aby po krótkim, kurtuazyjnym powitaniu rozpocząć oficjalnie wizytę. Grupę Niemców powiększyli japońscy przewodnicy, którzy od tego momentu mieli oprowadzać „gości” po terenie lagru.

Na początek „zwiedzili” baraki. Drewniane prycze ściśle wypełniały budynki, a tych Niemcy naliczyli około trzydziestu. Obecnie w obozie znajdowało się tysiąc pięciuset więźniów, samych Azjatów, głównie Japończyków. Ubrani byli w czerwono-białe pasiaki z naszytymi na wysokości lewej piersi nazwiskami. Tego dnia nie pracowali, gotowi udzielać odpowiedzi na tłumaczone przez przewodników niemieckie pytania. Następnie grupa skierowała się w stronę budynku z groźno brzmiącym napisem Burakunin. Przetrzymywano w nim kilkudziesięciu najniebezpieczniejszych osadzonych (przynajmniej tak twierdzili Japończycy) oraz wszelkich Azjatów z najniższych kast, tak zwanych niedotykalnych. W tym miejscu nie można było już zadawać pytań, a Niemcy praktycznie nie zatrzymując się, poszli dalej. Po kilku minutach minęli Ianjo – oficjalny dom publiczny, w którym jak wyjaśnił przewodnik, zgodnie z japońską tradycją skazani mieli możliwość raz na miesiąc skorzystać z jugun ianfu, czyli specjalnie sprowadzanych z Chin i Indonezji prostytutek. Oprowadzający Niemców oficer nie omieszkał przy tej okazji poinformować ich, że komendantura z podobnych atrakcji korzysta w innym skrzydle obozu. Jak z satysfakcją zaznaczył, dla nich przeznaczone były karayuki – podróżujące swobodnie po całym świecie, tylko japońskiej narodowości panie do towarzystwa.

Wycieczka zakończyła się przy Wydziale Dostarczania Materiału Ludzkiego, gdzie przeprowadzano eksperymenty medyczne na maruta – kłodach, a koordynowali je lekarze specjaliści z tokijskiego, Cesarskiego Instytutu Medycznego. Natomiast ostatnią atrakcją dla grupy Niemców miała być egzekucja. Na centralnym placu, w samym sercu obozu, jego komendant osobiście wykonał wyrok śmierci na gaijim, „podczłowieku”. Długi, ostry miecz, ze specyficznym świstem przeciął powietrze i oddzielił głowę skazańca od korpusu. Wszystko w imię pouczenia i zbawienia krnąbrnego osobnika, który ośmielił się złamać jedną z zasad obozowego regulaminu.

Po dwóch godzinach, w pysznych nastrojach grupa wizytatorów przeszła ponownie przez tę samą bramę obozu, żegnana przez kłaniających się im do kolan, zdyscyplinowanych Japończyków. Żaden z sześciu esesmanów oraz towarzyszących im feldfeblów, nie zwrócił najmniejszej uwagi na niepozorną, ukrytą w głębi obozu, niczym nie wyróżniającą się bramę. Sojusznicy z pieczołowitością zadbali o to, aby pozostała niezauważona..

*

SS-Standartenfuhrer Josef Meisinger, od kilku tygodni borykał się z nie lada bólem głowy. Czas, po którym jego agent w obozie Langdorf miał to miejsce opuścić, dawno już minął. Coś musiało się wydarzyć, pójść nie tak, jak sobie założył, bo od dłuższego już czasu nie miał jakichkolwiek wieści ani z obozu, ani jego otoczenia. Co się działo z Kimurą? Czy został zdemaskowany? Ta skrupulatnie przygotowana akcja, której korzenie tkwiły w samym Tokio wprawdzie zawsze obarczona była pewną dozą ryzyka, ale wydawała się jak najbardziej możliwa do zrealizowania. Meisingerowi najpierw udało się wprowadzić swojego człowieka do Tokko, a później celowo zdekonspirować jako wrogi element. Wszystko z myślą o japońskim eksperymencie, o którym Niemcy coś niecoś słyszeli, ale tak naprawdę nigdy nie udało im się poznać prawdy. Tak, Kimura miał być kluczem do cesarskich tajemnic, których Hitler i jego wywiad mogli się jedynie domyślać. Plan miał się udać, ale co do cholery stało się z tym Japończykiem? Pięć lat obozu, które tam przeżywał.. Ale, czy rzeczywiście? Meisinger wiedział, że Azjaci stamtąd nikogo nie wypuszczą, ale jakieś ryzyko trzeba było podjąć. Wpadka? Standartenfuhrer dopił koniak, poprawił mundur i zdecydowanym krokiem udał się na odprawę do swojego przełożonego.

2.

(1945) 

To był bardzo ciężki i pełen wrażeń dzień. Szczególnie dla porucznika Johna Ptacka, który od rana uczestniczył w objeździe bawarskiego kwartału Regensburg, stanowiącego część amerykańskiej strefy okupacyjnej. Jeszcze podczas pobytu w Berlinie poprosił przełożonych, aby ze względu na swoje polskie korzenie mógł zająć się badaniem zbrodni nazistowskich na terenie Rzeszy. Dzięki zasługom w kampanii oraz nieskazitelnej postawie, dowództwo przychyliło się do wniosku i wyekspediowało Ptacka na południe Niemiec. Pod jego nadzór trafiło kilka obozów jenieckich, w tym dwa koncentracyjne, a wśród nich ten jeden, szczególny, o którym Alianci wiedzieli tak niewiele.. I to właśnie Langdorf stał się dla Ptacka największym wyzwaniem, z którym tak ochoczo pragnął się zmierzyć.

Tego wieczora miał jednak mieszane uczucia. Inspekcja obozu, kilkunastogodzinna praca i to nadzwyczajne napięcie, spowodowane pobytem w miejscu, w tym szczególnym i dziwnym miejscu, wyczerpały go zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Wracał do swojej siedziby za miastem, gdzie skoszarowano amerykańskich żołnierzy i policjantów, padając ze zmęczenia i gubiąc się w domysłach. Przez całą drogę, ani słowem nie odezwał się do swojego kierowcy, zaledwie zdawkowo mrucząc pod nosem „dziękuję”, na proponowanego od czasu do czasu, prawdziwego amerykańskiego camela. Kiedy dojechali do celu, ukradkiem spojrzał na zegarek i westchnąwszy z dezaprobatą, wygramolił się z dżipa, nieregulaminowo machnął ręką na odchodne i przy salucie strażnika wszedł do willi, w której obecnie rezydował. Tej nocy, pomimo ogromnego zmęczenia nie miał jednak zasnąć. Na pewno nie po tym, co kilka godzin wcześniej zobaczył w Langdorfie.

*

Widok trupów nie budził w Ptacku przerażenia, w końcu był żołnierzem i to pierwszo liniowym. Zdobyte podczas walk odznaczenia, głównie za waleczność i odwagę, dumnie eksponował na swojej piersi w postaci kolorowych baretek. Mimo to, nad samym ranem nawiedziły go koszmary. Masowe groby, sterty czerwono-białych, brudnych pasiaków, czy niespalone w pośpiechu kości, odeszły jednak dość szybko w niepamięć, ulatniając się ze złowieszczego snu. Niespodziewanie ich miejsce zajęła ta niepozorna, schowana w szarym, betonowym murze brama, przy której nikt nie stał, nikt nie pilnował. W majakach widział ją, jakby w złowieszczym filmie grozy, klatka po klatce przybliżając się do niej i ograniczając perspektywę widzenia jedynie do stalowej, całkowicie zamaskowanej furtki. Jego dłoń zbliżała się do zasuwy, przesuwała ją zdecydowanym ruchem w bok i pchała drzwi, za którymi znajdował się zupełnie odmienny od otoczenia świat.

Gdy po raz pierwszy znalazł się za tajemniczą bramą, nic szczególnego nie zwróciło jego zainteresowania. Takie same baraki, tak samo ubrani więźniowie, nazwiska osadzonych i numery strażników. Nawet ten napis, jak w przypadku głównego wejścia do obozu, umieszczony na zbitych ze sobą deskach, nie zrobił na nim większego wrażenia. W tym przypadku tylko po japońsku, wymalowane czerwoną farbą słowa: Pilnujcie hangaru na zachód od koszar, nie mówiły mu o niczym innym, jak o szalonej, schizofrenicznej atmosferze tego okrutnego, nieludzkiego miejsca. Zresztą, tłumacz mógł przecież coś pokręcić..

Obudził się zaledwie po trzech kwadransach półsnu. Machinalnie dotknął dłonią porośniętej szczeciną brody i postanowił, że przed umówionym spotkaniem z majorem Kinderballem, musi się jeszcze porządnie ogolić. Wstawił wodę na poranną kawę i powlókł się do łazienki.

*

– To bardzo ciekawe, co pan twierdzi, poruczniku Ptack. Bo jeżeli faktycznie jest tak, jak pan mówi, to mamy nie lada problem – Kinderball był wyraźnie poruszony słowami młodego oficera – Więc Japończycy wystrychnęli Niemców na dudka?

– Wszystko na to wskazuje, panie majorze. Otoczenie, ten niby obóz, był tylko prowizorką, takim buforem, który chronił to, co znajdowało się wewnątrz. Naziści, niczego nie podejrzewając, myśleli że mają na swoim terenie „normalny” obóz zagłady, gdy tymczasem idea tego miejsca była zupełnie inna – wyraźnie rozluźniony już porucznik zaciągnął się ulubionym camelem.

– No dobrze, niech pan jeszcze raz wszystko, spokojnie opowie – Kinderball wygodniej rozsiadł się w skórzanym, zdobycznym fotelu – Tylko po kolei.

– Z pozoru wszystko wyglądało zwyczajnie i pomyślałem sobie nawet, że za tą drugą bramą Japończycy przetrzymywali inną kategorię więźniów. Sądząc po pierwszych oględzinach, z pewnością takich, których wyroki nie były zbyt wysokie, przynajmniej jak pozostałych osadzonych. Dopiero po czasie, moje zainteresowanie wzbudził ten napis, a wtedy postanowiłem bliżej przyjrzeć się hangarowi umiejscowionemu na zachód od koszar. Budynek nie wyróżniał się niczym szczególnym, przynajmniej z zewnątrz, ale w środku.. Pan wie majorze, że przed wojną studiowałem na Akademii Technologicznej, a później kontynuowałem badania w jednym z naszych tajnych ośrodków naukowych. Zaciągnąłem się do wojska, bo chciałem walczyć, zresztą moje pochodzenie..

– Znam pana życiorys Ptack, proszę dalej.

– Przepraszam majorze. Tak więc wszedłem do środka i moim oczom ukazał się biegnący po środku baraku, od drzwi wejściowych aż do tylnej ściany, długi bar. Do złudzenia przypominał ten, który jeszcze w latach dwudziestych znajdował się w najpopularniejszym klubie w Szanghaju i o ile dobrze pamiętam, był to wtedy najdłuższy, knajpiany bar na świecie. Wiem, bo widziałem go na zdjęciach, a zresztą mój świętej pamięci dziadek handlował z Japończykami, gdy ci okupowali jeszcze Chiny. W każdym razie, na wspomnianej tylnej ścianie była kolejna para drzwi. Najpierw poszedłem na lewo i gdy je otworzyłem, znalazłem się w dziwacznej, niezwykle jasnej sali. Jej ściany obłożone były białym materiałem o nieznanej mi fakturze, a w środku panowała niemalże doskonała cisza. Zrobiłem nawet takie szybkie doświadczenie. Kazałem swojemu sierżantowi zamknąć za mną drzwi i kiedy sam zostałem w środku, a jemu kazałem ile siły w gardle krzyczeć, nie doszedł mnie żaden, choćby najmniejszy odgłos z zewnątrz. No i w tej sali stał stół, a na nim.. Hmm, długie, cienkie druciki, przypominające struny, ale o wiele lżejsze i o nie spotykanej objętości. Proszę spojrzeć na zdjęcia majorze.

Kinderball sięgnął ręką na drugą stronę biurka, przy którym siedzieli. Chwilę przyglądał się zdjęciom, po czym poprosił porucznika, aby kontynuował.

– Wszedłem do kolejnej sali, tej po prawej stronie. To był warsztat, ale też jakiś inny. Panowała w nim.. czystość, jakby ktoś przed chwilą dokładnie go wysterylizował. Na kilku mniejszych stołach znalazłem urządzenia, bo chyba tak to mogę określić, nieznanego mi zastosowania. Były one bardzo małe, wykonane z tworzyw, których wcześniej nie widziałem. Ba! Nawet o nich nie słyszałem! No i takie lekkie, tak precyzyjnie zrobione! Proszę, oto fotograficzna dokumentacja.

Tym razem major z jeszcze większym zdumieniem spoglądał na zdjęcia, na których ujrzał około pięciocentymetrową, podłużną i spłaszczoną płytkę. Jej narożniki były zaokrąglone, a grubość nie przekraczała sześciu, siedmiu milimetrów. U jednego końca znajdowała się nasadka, po odjęciu której, z płytki wystawało coś metalowego, jeszcze cieńszego od tego przedmiotu. Napis na urządzeniu oznajmiał (oczywiście po przetłumaczeniu), że jest to coś o nazwie pendrajw. Na kolejnej fotografii był jeszcze mniejszy kwadracik, z jakimś fikuśnym, jakby wtopionym weń, metalowym wzorem. Kinderball pytająco spojrzał na Ptacka. Ten, po chwili namysłu stwierdził:

– Z przejętych dokumentów wynika, że to maleństwo, to jakiś czip.

Major był wyraźnie poruszony. Wciąż z niedowierzaniem przeglądał zdjęcia – Jakieś wnioski poruczniku? – zapytał w końcu.

– Muszę przyznać majorze, że jestem w punkcie wyjścia. Nie mam pojęcia, co to takiego i do czego może służyć? Wszyscy więźniowie z tej części zostali.. eksterminowani. Znaleźliśmy ich ciała w dole, tuż za hangarem. Acha, znamy tylko ich nazwiska, bo odnaleźliśmy księgę wejść i wyjść z pomieszczenia. Według niej, pracowali tam: Fujitsu, Nikkon, Gakki, Nintendo, Ibanez, Shimano i Hitachi.

– Nadal nic nam to nie mówi.. Jeśli to wszystko poruczniku, to proszę kontynuować prace w Langdorfie i oczywiście o wszystkim mnie informować. Jest pan wolny.

– Dziękuję majorze. Odmeldowuję się!

3.

(1949)

Zza okna swojej kawiarni, Tommy Takkara spoglądał jak w oddali konwój francuskich sił okupacyjnych mijał właśnie rogatki miasta. Położony na peryferiach miasta lokal, odwiedzany był w głównej mierze przez najbliższych sąsiadów, a do wczoraj także żołnierzy, po których pozostawało powoli oddalające się wspomnienie. Pożegnalny wieczór, który Francuzi urządzili poprzedniego dnia był naprawdę udany, a samych „okupantów”, miejscowi wspominali z nieukrywaną serdecznością. Także Takkara; w końcu właśnie dzięki nim, niemało zarobił.

Tego dnia do samego południa miał zamknięte. Postanowił, że w wolnym czasie posprząta w kawiarni, a później wypróbuje to nowe urządzenie, z którego użyciem czekał aż do wyjazdu żołnierzy. W końcu nigdy nic nie wiadomo, a po co narażać się na zbędne pytania i niepotrzebną ciekawość, a potem jeszcze się tłumaczyć Aliantom. Nie był wprawdzie Niemcem, ale tutaj Japończyków zawsze traktowano wyjątkowo. Z godnością i sympatią – podczas wojny byli przecież sojusznikami. No właśnie, podczas wojny.. Takkara nie ukrywał, że lata spędzone na tej ziemi wzbudzały w nim sentyment. Ale też napięcie, czy grozę, szczególnie wtedy, gdy musiał się ukrywać, a także chronić swoją prawdziwą tożsamość. Zresztą tak jak czasami i teraz.. Sam nie mógł uwierzyć, że mu się udało. Najpierw ucieczka z obozu, później nielegalne przekroczenie strefy okupacyjnej, aż w końcu osiedlenie się w tym jakże uroczym miejscu, jakim było Baden-Baden. „Tak, tak, panie Kimura” – pomyślał i z satysfakcją wyciągnął z pudła długi, szklany kufel z niewielkim aczkolwiek widocznym przyciskiem na przeźroczystej rączce. Napowietrzacz piwa, który nie miał jeszcze nazwy, pozwalał w dowolny sposób dobierać wysokość i gęstość piany w naczyniu, a za każdym razem gdy się uruchamiał, przypominał Kimurze vel Takkarze te niesamowite lata spędzone w obozie w Langdorfie.

KONIEC

Autor: Paweł SEMMLER 

(Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone – kopiowanie tekstu zabronione!)

ANTY – MIR


1.

Fot. http://www.boanda.pl/
Fot. http://www.boanda.pl/

Kolejny, rześki poranek jesieni rozpoczął się zapachem czarnej, palonej kawy. Jej aromat działał na podświadomość PiDżeja tak intensywnie, ze zaraz po przebudzeniu mężczyzna narzucił na siebie szlafrok i bez zbędnych ceregieli wyszedł w chłód przed posesję. Pomimo wczesnej pory sąsiedzi już nie spali. Karvaljo – ten z naprzeciwka, wyprowadzał właśnie z garażu terenową Hondę, a starsza pani z bliźniaka obok rozsuwała okiennice. PiDżej sugestywnie wciągnął chałst powietrza i pewnym krokiem ruszył w kierunku sąsiadującej z jego domem willi. Dziarsko otworzył furtkę i nie ukrywając zadowolenia, podśpiewując coś pod nosem, po kilku szybkich krokach stał już przed drzwiami zaprzyjaźnionego małżeństwa. Klamka jak zwykle nie stawiała oporu, nie mówiąc o krótkim korytarzu łączącym wiatrołap z kuchnią. Gdy się w niej znalazł, z satysfakcją stwierdził, że szklane naczynie pod serwisem zapełnia się gorącym, bulgoczącym płynem. Na stole obok, stały trzy porcelanowe filiżanki. PiDżej nalał do jednej z nich dopiero co zaparzoną kawę i właśnie miał pójść przywitać się z domownikami, gdy w aromatyczne opary wdarł się dźwięk irytującego dzwonka. Wyjrzał przez kuchenne okno, ale z tej perspektywy nie mógł nikogo dostrzec – doszedł go jednak charakterystyczny zgrzyt otwieranych drzwi i jakieś niezrozumiałe strzępy rozmowy. Chciał udać się do salonu, gdy nagle w progu kuchni pojawiła się Stella, właścicielka willi. Jej rozczochrane włosy opadały na flanelowy szlafrok, ale szybko się z nimi uporała, a na widok zaskoczonego mężczyzny, przejętym głosem oznajmiła:

– PiDżej, przyszli.. Panowie z „Im Picz Mentu” chcą się z tobą widzieć.

Dopiero po kilku sekundach ciszy zorientował się, że tak trzymana, pełna filiżanka musi parzyć. Wyślizgnęła mu się z dłoni właśnie gdy chciał ją odstawić na kuchenny blat. Rozpryskujące się na wszystkie strony gorące krople nie zaintrygowały go bardziej, niż wypowiedziane przed chwilą słowa kobiety. Ruch za jej plecami uświadomił mu, ze na ucieczkę jest już za późno.

2.

To, codziennie po pracy robił Teodor Hiacynt było już rytuałem. Od samego rana myślał tylko o jednym: jak najszybciej przeżyć dzień i zająć się tym, co naprawdę lubił. Dokładnie o 19 każdego dnia spuszczał metalową kratę na okno wystawowe sklepu, w którym pracował, siadał na rower i co sił w nogach pędził do ulubionej, czynnej jeszcze przez dwie godziny księgarni. Kiedy był już na miejscu, z podręcznej, przewieszonej przez ramę kolarzówki siatki, wyciągał czarną gruba szarfę, by po chwili przepasany aksamitem stanąć pomiędzy zapchanymi książkami półkami. Po krótkiej rekomendacji księgarza, wybierał te pozycje, których finał był tragiczny, często krwawy, brutalny. Ale nie stronił też od tragedii innego zgoła rodzaju – z uwagą czytał historie o nieuleczalnych chorobach, nagłych, naturalnych zgonach, czy też bardzo przypadkowych śmierciach. Zaraz po lekturze popadał w smutek, a traumę spowodowaną zejściem fikcyjnego bohatera, przeżywał w żałobie przez kolejne dwadzieścia cztery godziny.

Tego dnia, punktualnie zamknął sklep. Poprawił marynarkę, wsiadł na rower i ruszył do centrum. Jak zwykle rozsadzało go podniecenie, nie mógł doczekać się chwili, gdy sam na sam stanie w szranki z kolejną, tak bardzo absorbującą go tragedią. Lecz nie sam stan, którego doświadczał gdy bohater książki ginął, tak bardzo go pobudzał. Ważniejsze było to, co miało miejsce później – smutek, żal, żałoba.. Kiedy przypiął rower do frontowego stojaka, jak zwykle sięgnął po szarfę. „To już tyle lat..” – pomyślał z rozrzewnieniem i zostawiwszy przed budynkiem zabezpieczoną maszynę, wszedł do księgarni. Skinął na przywitanie księgarzowi, a gdy ten bez słowa wskazał odłożone na biurku książki, odmachnął zadowolony ręką jeszcze raz i ze „świeżym” materiałem udał się do czytelni.

Zauważył ICH, w momencie gdy przecierał jelonkiem okulary. Jeden z nich, sugestywnie oparł swoją dłoń na jego ramieniu; drugi, zaszedłwszy od przodu, zupełnie beznamiętnie spytał:

– Teodor Hiacynt? Jest pan zatrzymany przez „Im Picz Ment”.

3.

Wszystko, co najlepsze dla Gaurosa Opata, zaczynało się po nastaniu nocy. Za dnia, jego czas wypełniony był tradycyjnymi czynnościami, takimi jak praca czy zwykłe obowiązki i mało znaczące przyjemności. Dopiero gdy zapadał zmrok, mężczyzna wiedział, że tak naprawdę żyje. W oczekiwaniu na zasłużony odpoczynek, a co z tym się wiąże – także na swoją największą pasję, Gauros przeglądał popołudniowe gazety, zatrzymując swój wzrok od czasu do czasu głównie na wiadomościach sportowych. Automatycznie przerzucał stronice na tę opatrzoną numerem szóstym, gdzie w dziale kryminalno-obyczajowym, „Im Picz Ment” regularnie podawał informacje o nowo zatrzymanych. Tym razem jego wzrok przykuła wzmianka o dwóch przypadkach z poprzedniego dnia, które zakwalifikowane zostały jako „ewidentne ostrzeżenie dla innych”. Zgodnie z powszechnie obowiązującym prawem, za jego naruszenie (w zależności od stopnia przewinienia), odpowiednie służby pozbawiały sprawców „przestępstw” możliwości robienia tego, co najbardziej w swoim życiu lubili. Działo się tak na podstawie informacji, które specjalna służba „Im Picz Ment” pozyskiwała w różnorodny sposób – od ankiety wypełnianej jeszcze przez rodziców w różnych stadiach dojrzewania ich dzieci, poprzez wywiady środowiskowe i donosy agentów, aż do nowoczesnych technologii, pozwalających „badać” obywateli na podstawie ich wszelkich preferencji. Dzisiaj, na swoje potrzeby zaprzęgnęli nawet chemię i współczesną farmakologię. Gauros Opat czytał więc w popołudniówce o niejakim PiDżeju, który za złamanie prawa został pozbawiony swojej pasji, którą było picie kawy o wczesnym ranku u jednego ze swoich sąsiadów. Jak dowodził autor notatki, winowajca popadł z tego powodu w depresję i oczekiwał na rozpatrzenie wniosku o umieszczenie w specjalnym ośrodku leczniczym. Drugim ze skazanych poprzedniego dnia był Teodor Hiacynt, miłośnik przeżywania traumy wywołanej śmiercią fikcyjnego bohatera. Jak donosiła prasa, pozbawienie Hiacynta ulubionego rytuału nie spowodowało na razie większych ubytków na jego zdrowiu. „Tak..” – westchnienie Opata może byłoby nawet wymowne, gdyby ktokolwiek je usłyszał. Ale on dopiero co wskoczył w nowiutką pidżamę i przygotowywał się właśnie do snu w swojej kawalerce. Już za kilkadziesiąt minut w jego życie miała się wkraść niepohamowana pasja, coś co wypełniało sens jego bytu, podniecało i fascynowało. „Całe szczęście, że to nie ja jestem bohaterem tych szmatławców” – pomyślał z satysfakcją, a przed pójściem do łóżka poszedł jeszcze umyć zęby.

4.

Wszystko wskazywało na to, że walki rozpoczną się lada moment, a Marketa Zazvorkova ciągle wyglądała pięknie. Jakby w ogóle nie przejmując się nadciągającą z północnego zachodu ofensywą Ormian, stała z mikrofonem w centrum Baku i nienaganną angielszczyzną relacjonowała gorące nastroje mieszkańców tego ponad dwumilionowego miasta. Przywiana z portu bryza świeżego powietrza na chwilę rozwiała jej długie, czarne włosy, ale reporterka nie przejmując się tym, szybko odgarnęła kruczoczarne kosmyki z czoła i kontynuowała relację. Na chwilę przerwała, zapewne dosłyszawszy odgłos nieodległej kanonady, ale gdy ta znów na moment ustała, ponownie skierowała swój wzrok w obiektyw kamery.

Uwielbiała pracę korespondenta wojennego i przede wszystkim z tego powodu (ale także sporych umiejętności, odwagi i dziennikarskiego nosa), kolokwialnie rzecz ujmując „nosiło ją po świecie”. Kosowo, Irak, Afganistan, a teraz rozpoczęty na nowo konflikt o Górny Karabach, który za chwilę miał się zamienić w całkowitą okupację Azerbejdżanu przez wojska ormiańskie, dumnie wypełniały resume czeskiej dziennikarki, Markety Zazvorkovej.

Gdy Gauros Opat po raz pierwszy ujrzał Marketę w czeskiej „jedynce” ĆT1, nie mógł przestać o niej myśleć. Ale pozostawił tę praską piękność, tak ekstrawagancko prezentującą swoją powierzchowność (a było na czym zawiesić oko!) na odpowiedni moment, do którego intensywnie się przygotowywał. I właśnie teraz nadeszła ta odpowiednia chwila, kiedy kładąc się spać nieco wcześniej niż zwykle, zamarzył aby stało się to właśnie tej nocy. Postanowił spotkać piękną i atrakcyjną Marketę Zazvorkovą w swoim śnie i po raz kolejny poddać się swojej nieokiełznanej i wyjątkowej pasji. Poprawił poduszkę, wypił szklankę wody i położył się do łóżka. Dzięki darowi, którego istoty funkcjonowania nie był w stanie pojąć, miał spędzić pełną ekscytujących wrażeń noc, a potem powrócić na jawę z wrażeniem obecności czarnowłosej Czeszki u boku.

5.

Była piąta nad ranem, kiedy dźwięk dochodzący z łazienki wybudził Gaurosa ze snu. Opat najpierw machinalnie przetarł dłońmi oczy, by po chwili sięgnąć po zegarek i upewnić się co do czasu. Prysznic ciągle był włączony, para wydostawała się na zewnątrz szparą z łazienki wprost na niewielki korytarz. Obok łóżka na podłodze leżały w nieładzie rzeczy: t-shirt i sztruksowe spodnie Gaurosa; dżinsy oraz koszula dziewczyny, które od razu rozpoznał. Zupełnie jakby widział ją w telewizji, ubraną po reportersku, z wiszącą na pasku między piersiami akredytacją, w obcisłych spodniach i sportowym obuwiu. A teraz.. Teraz się kąpała, by za chwilę wrócić choć na moment do łóżka, a po czułym pożegnaniu z kochankiem znów być na tej swojej wojnie w pieprzonym Azerbejdżanie.. Na samo wspomnienie jej ciała, Gauros odczuł to przyjemne napięcie i przewróciwszy się na drugi bok, przymknął oczy w oczekiwaniu na dotyk i zapach skóry dziewczyny. Pod powieki wmieszał się sen, przywodząc ze sobą upojne objęcia, pocałunki, pieszczoty..

Szarpnięcie niczym uścisk żelaznych szczypcy, niemalże wywichnęło ramię Gaurosa ze stawu. Nagłe przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych, tym bardziej że pierwsze co zobaczył, to pochylone nad nim twarze dwóch, może nawet trzech ubranych na czarno mężczyzn. Nienagannie skrojone garnitury, nie pozostawiały jakichkolwiek wątpliwości.

– Ale.., za co?! – zdążył jeszcze w zdumieniu wykrzyczeć, zanim dwie lub trzy pary rąk bezpardonowo wyciągnęły go z posłania, prosto na zimną podłogę.

– Gauros Opat? – pytanie było raczej retoryczne – Nie stawiać oporu! Pozostaje pan do dyspozycji „Im Picz Mentu”!

6.

Po dwóch dniach przesłuchań i niemalże całkowitego odosobnienia, Gauros Opat w fatalnym nastroju wracał do swojego mieszkania. Nieogolony, ogólnie nieświeży, przebijał się przez tłum podążających do pracy ludzi, raz po raz ocierając się o wszędobylskich reklamo – dawców, którzy pod byle pretekstem szukali najmniejszego kontaktu fizycznego, dotyku z przechodniem, aby za pomocą tego intymnego momentu przesłać skondensowany pakiet nikomu niepotrzebnych informacji. Zazwyczaj robili to przy powitaniu, ale w tych warunkach trudno było o rzeczowy uścisk dłoni, więc do perfekcji opanowali ocieractwo. Po kilku minutach, ubranie Opata pełne było ofert i „zachwalaczy”, wszelkiego chłamu na który nawet przez chwilę nie zwrócił najmniejszej uwagi.

Ale najgorsze było coś zupełnie odmiennego. Bezduszna, biurokratyczna machina odebrała mu to, co było sednem jego życia. Nagle i brutalnie wdarła się w jego świat, wysysając esencję bytu – wszystkiego co kochał, pożądał i chronił. Teraz, jedyną refleksją która tliła się w jego głowie i miała dla niego jakikolwiek sens, było pytanie: „dlaczego?!?”. Ktoś szturchnął go w ramię i o mało się nie zatoczył. Nie obchodziło go to. Wciąż myślał o nocy, którą spędził w swoim śnie z reporterką. Wciąż czuł więź, którą w tamtych chwilach stworzył w swojej głowie pomiędzy nim, a kobietą, którą incydentalnie pragnął. I nie mógł uwolnić się od koszmaru, który z coraz większym natężeniem uświadamiał mu, że być może przeżył takie chwile już po raz ostatni.

7.

„KAŻDA PRÓBA ZREALIZOWANIA SWOJEJ PASJI SPOTKA SIĘ Z NATYCHMIASTOWĄ REAKCJĄ IM PICZ MENTU!”. O każdej, pełnej godzinie snu, Gauros budził się z potwornym bólem głowy, spowodowanym pulsującym, intensywnym hukiem złowieszczych słów, prawie rozrywającym bębenki w uszach. A na dodatek ten upiorny pogłos – sączące się jak jad sylaby, które nie wiadomo czym tak naprawdę były: dźwiękiem, symbolem graficznym, a może wiadomością odbieraną za pomocą zupełnie innych, niezidentyfikowanych do końca bodźców. Pierwszy tydzień był koszmarem, spędzonym całkowicie w brutalnym półśnie. Nie pomagały żadne środki, jakiekolwiek tabletki, czy proszki. Sygnał pojawiał się punktualnie, z dokładnością co do sekundy. Po tych siedmiu dniach, Opat doszedł do wniosku, że musi zmienić swój tryb życia. Będzie spał w dzień, a noce postara się jakoś w miarę normalnie przeżyć. Bez snu, chwili ukojenia, w ciągłym stresie i bólu.

8.

Zważywszy na nowy, nocny tryb życia, Opat zaczął odkrywać rzeczy i miejsca dotychczas mu nieznane. Takim miejscem był „Rasputin”, całodobowy sklep muzyczny, do którego nigdy wcześniej nie zaglądał, nie mówiąc już o ewentualnych wizytach, o tak egzotycznej porze. Trafił tam przez zupełny przypadek, kojąc ból po kolejnym nocnym sygnale w możliwie jak najdalej położonym od jego mieszkania pubie, do którego dotarł. Gdy z niego wyszedł był już podchmielony i szedł prosto przed siebie bez jednego, konkretnego celu. Kompakty, winyle i rzadko spotykane już pocztówki grające, świadczyły o nieco konserwatywnym a na pewno hobbystycznym podejściu do nośników dźwięku, które bez wątpienia w tym miejscu było hołubione. Raczej od niechcenia przechadzał się pomiędzy półkami, od czasu do czasu wybierając coś z bogatego asortymentu i po pobieżnej lustracji odkładając z powrotem na miejsce. Doszedł jednak do wniosku, że to ustronie miało jeden, zdecydowany walor. Muzykę. Wypływała z głośników delikatnie, nastrojowo i.. nocnie. A co dodatkowo go cieszyło, to fakt, że o tej porze klientów było jak na lekarstwo.

Nieco znudzony sięgnął po jeden z albumów, może dlatego, że jego wzrok przykuła dość oryginalna koperta. Okładka była czarno-biała, a w centralnej części, na samym środku znajdowało się zdjęcie, na które zwrócił uwagę. Były na nim dwie nagie kobiety, zrośnięte biodrami i ramieniem. Czteronogi, dwugłowy i dwuramienny okaz (wydatne piersi tych prawdopodobnych bliźniaczek, na pierwszy rzut oka mogły nawet wzbudzić pewną dozę podniecenia), siedział na podwójnym, bujanym fotelu, którego płozy powodować musiały ruchy w bok, a nie tradycyjnie – do przodu i tyłu. Głowy obydwu kobiecych istot płonęły, a wyraz ich twarzy oddawał niczym nie zmąconą ekscytację. Jednak to, co spowodowało że Opat zdecydował się wziąć album ze sobą i podążyć z nim do kasy, miało także wiele wspólnego z jego tytułem. Dla Gaurosa był to impuls, tląca się gdzieś w oddali iskra nadziei, że być może kiedyś, znowu.. „NIC SZOKUJĄCEGO” – tak, ten tytuł bez wątpienia oddawał wszystko to, co w tej chwili „siedziało” w zmarnowanym i umęczonym człowieku, którym był już tylko z definicji.

9.

Stała za ladą, wpatrując się w ekran laptopa, a kiedy ją spostrzegł, momentalnie poczuł że koniec jego męczarni jest jeszcze odleglejszy, niż przed wstąpieniem do sklepu. Ukojenie oddalało się od niego z prędkością światła, a tymczasem ubrana w czerwoną sukienkę dziewczyna, usilnie majstrowała coś przy komputerowej kasie. Zanim zdążył się opanować, doszedł go jej głos:

– Chce pan najpierw odsłuchać, czy jest już zdecydowany?

Zdecydowany? Tak, był już zdecydowany. Złamać wszelkie konwencje i zakazy, z uporem przeciwstawić się niesprawiedliwej, brutalnej sile. Wiedział, że nie ma już innego wyjścia, bo pohamować w tak nienaturalny sposób swoje najgłębsze pasje było cholernie trudno. A Gauros Opat był w stanie oddać za nie całe swoje, tak niewiele warte już życie.

10.

Kiedy zorientowali się, że próbuje ICH oszukać? Prawdopodobnie od samego początku byli przygotowani na taki wariant, w końcu mieli niemałe doświadczenie; nie bez powodu „Im Picz Ment” uważany był za bardzo skuteczną instytucję. Gdy tylko Gauros zaczął w dzień zasłaniać okna długimi, ciemnymi kotarami i praktycznie do zapadnięcia zmroku nigdzie nie wychodził, czujność śledczych zdecydowanie wzrosła. Z pewnością prewencyjnie zaaplikowali mu kilka nieregularnych sygnałów, ale przygotowany na taką okoliczność, pomimo bólu starał się je ignorować. Chciał odpędzić od swoich myśli tę natarczywą refleksję, sprowadzającą się do wniosku, z którego tak dobrze zdawał sobie sprawę. Kiedy w końcu wyparł z siebie ten problem, zaczął brać silne środki nasenne, w efekcie nie pozwalające mu na normalne, dzienne funkcjonowanie. A od tego było już blisko do permanentnego zapadania w długi i coraz mocniejszy (z dnia na dzień) sen. A nocami.. Nocami myślał o NIEJ. Dziewczynie w czerwonej sukience, która jak mantrę w marzeniach Opata powtarzała: „czy jest pan zdecydowany?”.

Do sklepu z płytami już nie chodził, bo jaki miałoby to sens? W żadnym stopniu nie polepszyłoby to jego sytuacji, a on, jak uzależniony, mógł brać ciągle więcej. I oczekiwać, że zawsze będzie miał TEGO pod dostatkiem, a żeby tak było, musiał się spełnić. Brać, brać coraz więcej, aby osiągnąć rozkosz i w końcu się spełnić..

Wszystko zaplanował dokładnie, a przynajmniej taką miał nadzieję. Leki, mocny alkohol i zdobyte z niemałym trudem dwa gramy czekały na chwilę, której od dawna nie mógł się doczekać. Przestał myśleć o swoich „oprawcach”, skupiając się przede wszystkim na zbliżającym się wielkimi krokami dniu i dziewczynie, którą w swoich imaginacjach przewrotnie nazwał Lady Sweet Dream.

11.

Zasłony były rozsunięte, a przez szparę pomiędzy nimi, do pokoju wdzierały się promienie popołudniowego słońca. Zanim Gauros rozbudził się na dobre, wydało mu się, że z niedaleka dochodzi dźwięk muzyki. Przeciągnął się i uświadomił sobie, że ktoś jest w pomieszczeniu obok, na korytarzu lub w kuchni i prawdopodobnie kombinuje coś przy sprzęcie grającym, to raz ściszając, to znowu regulując głośność prawie maksymalnie. Dopiero po chwili do jego świadomości doszło, że osobą „buszującą” w jego mieszkaniu jest nie kto inny, a TA, dla której wszystko to przygotował. A przynajmniej miał taką nadzieję.. Pomyślał jeszcze, że tylko na chwilę przymknie powieki, by zaraz potem zerwać się z łóżka i pobiec szczęśliwy do dziewczyny, gdy przy muzyce niezwykle gitarowego kawałka znowu odpłynął w sen. Na ustach ciągle czuł jej smak, nieodzownie kojarzący się z czerwonymi jak sukienka Lady Sweet Dream poziomkami. Delikatnie rozgryzał owoce, delektując się tą specyficzną leśną słodyczą przy dochodzących go już jak zza mgły, charyzmatycznie wyśpiewywanych słowach: „And you stare at me In your Jesus Christ Pose..”. I nagle, jak za szybkim pstryknięciem palców, wszystko zniknęło – muzyka, zapach i poziomki, które momentalnie zgniły, stały się paskudne, pokryły się zielonym osadem pleśni. Zapanowała ogarniająca wszystko ciemność, a oczekiwany, dźwięczny i przyjemny głos dziewczyny, zastąpiony został ostrym, momentami do bólu piskliwym krzykiem:

– Złamałeś zasady, Opat! W imieniu „Im Picz Mentu” skazuję cię na antytezę twoich pasji!

12.

Czarna, świeża smuga ciągnęła się po podłodze od łóżka aż do korytarza. Niknęła w progu, ale tylko dlatego, że z tej perspektywy Gauros nie był jej w stanie dalej dojrzeć. Mógł jedynie się domyślać, że to, co początkowo wziął za wytwór swojej wyobraźni, nie kończy się w przedsionku, ale znaczy zimne, podłogowe płytki także dalej, być może nawet w kuchni lub łazience. Ocknął się w środku nocy, nie gnębiony jakimikolwiek sygnałami, które momentalnie urwały się w dniu, kiedy ponownie zatrzymał go „Im Picz Ment”. Mógł więc sypiać normalnie bez względu na porę i dlatego powrócił do swoich zwyczajów. Ale nie wszystko było w porządku.. Praktycznie w tej samej chwili, gdy dostrzegł to dziwne zjawisko na podłodze, zorientował się, że pościel w której leży jest mokra i zbroczona tą samą substancją. Teraz także dodatkowo ją czuł – była wilgotna i lepka, a zapach który wydawała był lekko mdły, ale jednak do końca nieokreślony. Wstał i o mało się nie poślizgnął na mokrej posadzce. Zaklął i ruszył śladem smugi, najpierw na korytarz, a zaraz potem do kuchni. W półmroku dojrzał pod oknem kopiec, ale gdy podszedł bliżej, z kopca zrobiła się sterta ubrań, różnego rodzaju części garderoby, równie mokrych i posklejanych ze sobą, jak pościel w której jeszcze przed chwilą spał. Palce podążyły machinalnie w stronę kontaktu, a gdy naraz oślepiające światło rozeszło się po pomieszczeniu, pierwszym obrazem który ukazał się jego oczom, był odcisk jego dłoni na suwaku kontaktu i białej ścianie. Ten kolor go przeraził. Ciemno-czerwone odbicia znaczyły nie tylko ścianę, ale także pidżamę i ciało Gaurosa. Momentalnie spojrzał na stos pod oknem, który teraz parował i w rzeczywistości był kupą pokrwawionych spodni, bluzek, majtek i pończoch. Pierwotnie dojrzana smuga kończyła się na tym drastycznym znalezisku. Z trudem powstrzymywany odruch wymiotny, wyciągnął go z powrotem na korytarz, nakazując załatwienie tej nagłej, fizjologicznej potrzeby w miejscu najbardziej do tego odpowiednim – łazience. Całkowicie oszołomiony wpadł do niej, zahaczając stopami o leżący na jej podłodze przedmiot i w ostatniej chwili zapanował nad równowagą. Gdy ponownie włączył światło, nie miał już najmniejszych wątpliwości, czym było to, co tym razem ujrzał. Jedne przy drugim, przykryte poplamionymi od krwi prześcieradłami, leżały na posadzce ciała. Na każdym z nich, znajdował się jakiś przedmiot. Opat z przerażeniem rozpoznał wśród nich identyfikator prasowy Markety Zazvorkovej, płytę kupioną w sklepie u Lady Sweet Dream, a także fikuśną spinkę do włosów sąsiadki z piętra niżej. Wśród tych rzeczy znajdowała się także obroża dalmatyńczyka jego ulubionej, hinduskiej gwiazdy Bollywood. W jednej, okrutnej chwili zrozumiał, jaki wymyślny los zgotowali mu ludzie z „Im Picz Mentu”. Od tego momentu miał regularnie, co noc budzić się w koszmarze i odnajdywać w swoim mieszkaniu zmasakrowane zwłoki kobiet, które dotychczas były jego pasją.

KONIEC

(Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone, kopiowanie tekstu zabronione)

NIE IDŹ TAM!

1.

KERS

Lokomotywa/ Fot. Mariusz G(question) http://onephoto.net/?id=489862
Lokomotywa/ Fot. Mariusz G(question) http://onephoto.net/?id=489862

Charakterystyczne szarpnięcie wagonu uzmysłowiło Hollyemu, że pociąg właśnie ruszył. Nie spoglądając na siedzących obok pasażerów, mężczyzna od razu skierował kroki do ciągnącej skład lokomotywy. Starał się patrzeć przed siebie, nie rozpraszając swojej uwagi otoczeniem. W tej chwili najważniejsze było to, aby skinąć maszyniście, że wszystko przebiega zgodnie z planem, a później wrócić do przedziału i zająć miejsce wśród pozostałych. Za wolantem stał Hilfe, ledwo widoczny gdyby patrzeć na lokomotywę z zewnątrz, nie tylko ze względu na jej masywność, ale przede wszystkim z uwagi na niezbyt imponujący wzrost maszynisty. Jedyne, co w tych warunkach go wyróżniało, to łysa jak kolano głowa, całkowicie pokryta gigantycznych rozmiarów brązową naroślą. „To dlatego go wybrano” – pomyślał Holly i siląc się na uśmiech dał znać małemu, że mogą zaczynać. Obeszło się bez słów, w końcu odwalali tę robotę nie po raz pierwszy.

Wrócił do wagonu. Dopiero w tym momencie zmusił się aby popatrzeć na pasażerów. Widział ich już wcześniej i zdążył się przyzwyczaić, chociaż ciągle nie mógł pojąć, jak ktoś mógł to wszystko wymyślić. Usiadł na wolnym miejscu i spojrzał w bok. Obok niego, z tępym wzrokiem wbitym przed siebie, siedziała kobieta bez nosa i uszu. Była tak oszpecona, że nawet nie był w stanie określić jej wieku. Naprzeciw Hollyego, z równie beznamiętnym wyrazem twarzy, dwoje obandażowanych dzieci kiwało się w rytm jakiejś nieistniejącej, urojonej melodii. No i jeszcze ten pies. Bez ogona i jednej nogi, dogorywający na podłodze pomiędzy nimi. Na zwierzę nie mógł nic poradzić, ale w przypadku siedzących tuż ludzi, powstrzymując się od nadchodzących torsji postanowił sprawdzić, czy na pewno są dobrze przypięci pasami. Gdy już upewnił się, że tak właśnie jest, sam przypiął się do fotela i po raz ostatni spojrzał na zegarek. Przymknął tylko oczy i od razu poddał się temu niesamowitemu poczuciu prędkości, które zawsze w podobnych chwilach mu towarzyszyło.

Minęło zaledwie kilkanaście sekund a pociąg zdążył się już poważnie rozpędzić. Holly obliczał w myślach upływający czas, a maszyna gnała coraz szybciej. Gdyby teraz otworzył oczy, zapewne ujrzałby ten sam widok – otumanionych, ledwie poruszanych pędem pociągu zdeformowanych ciał, obiektów. Właśnie tak je nazywał, bo łatwiej było mu oswoić ich w swoim umyśle, spowodować, że nic do nich nie czuje, a jedynie robi to, do czego się zobowiązał. I gdy tak przedstawiał sobie tę sytuację, pociąg nagle zahamował wyrywając go gwałtownie do przodu. Ale zanim zdołał się do tego stanu przyzwyczaić, lokomotywa ponownie szarpnęła, a pociąg ruszył, jednak z niespotykanym wcześniej przyśpieszeniem. Momentalnie zrobiło się gorąco, tak że poczuł przebijające się przez ubranie, parzące go niemiłosiernie pasy. Powietrze w wagonie uległo rozrzedzeniu, ale tylko na chwilę, bo gdy pot ciurkiem zaczął spływać z jego głowy, a rzeczy zrobiły się mokre, na kilka sekund stracił przytomność. Ostatnią świadomą rzeczą, którą zdołał zapamiętać, był jego własny szept: „uciekam, uciekam..”.

Kiedy się ocknął, był w wagonie sam. Całkowicie wyczerpany odpiął pasy i chwiejnym krokiem udał się w stronę lokomotywy, tam gdzie wcześniej widział się z Hilfe. Karzeł też dopiero dochodził do siebie, ale gdy tylko spostrzegł Hollyego, odetchnął z ulgą. Powoli wycierał swoją mokrą, łysą głowę ręcznikiem, ostrożnie obchodząc się z brodawką i mamrotał pod nosem jakieś słowa po niemiecku, jednocześnie wyłączając mechanizm pociągu. Holly poklepał go po wilgotnych plecach i w miarę szybko opuścił lokomotywę wychodząc wprost na pusty, zaciemniony peron. Ruchomymi schodami wjechał do ogromnego holu dworca i po chwili znalazł się na zewnątrz budynku, umieszczonego w samym centrum metropolii.

*

Zasada nie była skomplikowana. Najpierw należało pokazać się klientowi, chociaż chyba lepszym określeniem byłoby – ofierze, ale w taki sposób, aby była w stanie nas zapamiętać. Stąd Hilfe i jemu podobni. Charakterystyczni, zwracający na siebie uwagę jakimś szczegółem bądź całym sobą. Potrzebny był tylko moment i tak stało się w przypadku tego gościa, któremu Hilfe wszedł w drogę. Pokazał mu się i od razu zniknął gdzieś za rogiem, by po jakimś czasie, ale niezbyt długim, znów go spotkać, przedefilować przed jego oczami i się przypomnieć. To wystarczyło, aby ofiara wpuściła nas do przedsionka, a właściwie swojego meta – myślenia, które my woleliśmy nazywać w ten zwykły, bardziej poufały sposób. A później wszystko szło jak z płatka. Zanim pomysł naszej ofiary dostał się do tej części jej mózgu, w którym mogłaby go zapamiętać, my z powodzeniem go przechwytywaliśmy i umieszczając w naszym meta – myśleniu, wynosiliśmy na zewnątrz. W ten sposób okradaliśmy autorów powieści z ich bestsellerowych pomysłów, a później sprzedawaliśmy je wydawnictwom, robiąc na tym procederze niezłą kasę. Trzeba było jeszcze tylko opróżnić nasze, zapełnione tym pomysłem meta – myślenie, ale ten proces pozostawialiśmy już firmie SFinx, która nas zatrudniała i w tym względzie posiadała niemałe doświadczenie. To właśnie ich specjaliści, w oparciu o nowoczesne metody z pogranicza psychologicznej technologii i kogniwistyki, opracowali sposób dzięki któremu Bogu ducha winni autorzy, nieświadomie tracili swoje najlepsze koncepcje, nie mając o tym najmniejszego pojęcia.

Dzisiaj okradłem niejakiego Parkera z jego powieści o zamachowcach – samobójcach w Afganistanie. Za sprawą Hilfe wszedłem do jego przedsionka i przeprowadziłem głównych bohaterów do naszego pociągu, przynajmniej tak to nazywaliśmy. Metodą opartą na podobnym mechanizmie jak KERS, wykorzystaliśmy energię kinetyczną przetworzoną na ciepło pod wpływem gwałtownego hamowania pociągu i tym samym przez około siedem sekund, jego prędkość uległa natychmiastowemu przyspieszeniu. To wystarczyło, aby pomysł uzyskał odpowiednią energię i wyminął mózg autora, przemieszczając się z jego przedsionka wprost do mojego meta – myślenia. Bo zanim znalazł się w jego świadomości, musiał odbyć krótką aczkolwiek dość powolną drogę z miejsca, w którym zakiełkował. A to właśnie było meta – myślenie autora, czyli najprościej rzecz ujmując: myślenie o myśleniu, podstawa ludzkiej samoświadomości. Pan Parker spokojnie wrócił ze spaceru do domu i zaczął pracować nad nowym projektem, ale to już mnie nie obchodziło. Ja, Holly Joy, jechałem właśnie taksówką do firmy SFinx, gdzie z mojego meta – myślenia specjaliści mieli wyciągnąć skradziony Parkerowi pomysł. Później czekała mnie już tylko zapłata i zasłużony odpoczynek. Aż do następnego razu, kiedy znów wsiądę do pociągu i przeżyję nową, być może równie ekscytującą przygodę. Ciekawe tylko, kto tym razem pójdzie na wabia, a później zostanie maszynistą?

 2.

Gullveig.

Z Gullveig już kiedyś pracowałem. Było to przy okazji kradzieży powieści jakiegoś Szweda, ale nie pamiętam już jego nazwiska. Z racji, że Gullveig znała teren i język, firma uznała że dziewczyna będzie dobrym wabikiem i niezastąpionym maszynistą. Ja, jak zwykle odwalałem czarną robotę siłując się w przedziale z dwoma kompletnie pijanymi chłopakami, którzy po zakrapianym wieczorze włamali się do biblioteki i pożyczyli z niej powieść fantasy. I gdy tak czytali i pili, pili i czytali, w swoich alkoholowych majakach przenieśli się w realia tej niesamowitej opowieści. Taka była fabuła. Przeniosłem ich z meta – myślenia Szweda na naszą stację, zręcznie omijając mózg pisarza i uwalniając jego głowę z zupełnie przyzwoitego pomysłu. Teraz Gullveig znowu miała mi pomagać, a ja czekałem na nią w gabinecie prezesa SFinxa.

Postawiona przede mną kawa przyjemnie parowała, a rozchodzący się po pokoju aromat skutecznie umilał mi panującą ciszę, która trochę mnie krępowała. Szef wypełniał jakieś papierki, ale odniosłem wrażenie że robił to celowo, tylko po to aby nie musieć ze mną rozmawiać – nie przepadaliśmy zbytnio za sobą. Szkoda, w końcu też był złodziejem.

– Przepraszam za spóźnienie – głos wchodzącej do gabinetu Gullveig przyjąłem jak błogosławieństwo – Przedłużyło mi się zaplatanie warkoczyków.

Machinalnie odwróciłem się w stronę drzwi aby ją powitać i w progu ujrzałem dwumetrową, przysadzistą gothkę, od stóp do głowy ubraną w obcisły, lateksowy biały kostium z opadającymi na ramiona zielonymi warkoczykami, przeplecionymi cienkimi wstążkami o takim samym kolorze. Z jej twarzy wyzierały duże, czarne oczy i to było wszystko, co mogłem dostrzec, bowiem jej usta i nos zakrywała równie biała, plastikowa maska. Zanim zajęła miejsce na fotelu obok mnie, pomyślałem jeszcze, że moja dawna koleżanka przeszła właśnie w klimaty cyber.

Prezes nie był zaskoczony. Widocznie musiał wcześniej poznać jej nowe wcielenie, chociaż określenie „nowe” było nieco na wyrost. Gullveig, od kiedy ją znałem, zawsze przejawiała gotyckie inklinacje, chociaż jej dzisiejsza kolorystyka zrobiła na mnie wrażenie. Ta biel i zielenie były zdecydowanie czymś nowym w porównaniu do totalnej czerni, w której ostatnio ja widziałem. Niemniej jednak, cały czas była to ta sama dziewczyna. Pomimo swoich rozmiarów i na pierwszy rzut oka powolnych ruchów nie przewidywalna i nie zastąpiona w swoim fachu. No bo któż nie potrafiłby jej zapamiętać, widząc choć przez sekundę, taką zjawiskową postać..

*

– Następny nasz cel, to Dejun Ajutor. Otrzymaliśmy wiarygodną informację, że przygotowuje bestsellerową powieść. Oczywiście, mamy także zlecenie na jej kradzież – prezes wydawał się lekko poruszony całą tą sprawą. Spojrzałem ukradkiem na Gullveig, ale ta z utkwionym wzrokiem w prezesa, śledziła każde słowo które wypowiadał – Pisarz mieszka w Rydze i dokładnie za tydzień jego koncepcja powieści osiągnie kulminacyjny moment w meta – myśleniu. Akcję przeprowadzisz ty, Holly. Gullveig będzie twoją maszynistką. Opracujcie plan i przedstawcie mi go do akceptacji. Czyli tradycyjnie: gdzie, kiedy i jak.

– Wiemy o nim coś więcej? O tym Dejunie? – Gullveig w końcu się odezwała, na co prezes wyciągnął z biurka tekturową teczkę.

– Tutaj macie niezbędne dane. Przeanalizujcie je i do roboty.

Audiencja dobiegła końca. Przepuściłem Gullveig przodem, dokładnie lustrując jej nowe oblicze tym razem z tyłu. Obcisły, lateksowy materiał doskonale przylegał do jej nóg i ogromnych pośladków, a następnie nieskrępowanie przechodził w coś na podobieństwo ramoneski, też białego koloru, połączonej z dolną częścią garderoby. Na wysokości pasa, z zielonej lateksowej wstęgi, którą była przewiązana, wychodziło podobieństwo krótkiej ale dość szerokiej spódniczki, przypominającej do złudzenia krepę pociętą na wstęgi. Rękawy, od ramion były białą siatką zakończoną u nadgarstków, połączoną z wypełniającymi dłonie rękawiczkami. No i te włosy! Splecione w zielone warkoczyki, na przemian ze wspomnianymi już wstążkami. Od tyłu nie widać było, że ma maskę, ale i tak jej lateksowo – zielone, ponad stukilowe ciało, nawet z tej perspektywy robiło ogromne wrażenie. Nie miałem najmniejszej wątpliwości, że Dejun Ajutor czy ktokolwiek inny, zwróci na Gullveig uwagę. I z pewnością ją zapamięta.

Tuż za progiem gabinetu prezesa, Gullveig odwróciła się i zmodulowanym przez plastikową maskę głosem, spytała:

– Holly, gdzie do cholery jest ta Ryga?

*

– Obiekt, co czwartek robi zakupy w hali targowej tuż na nabrzeżu, pomiędzy ulicą Maskavas, a Praską. Pojawia się tam dokładnie o dziewiątej rano. Po mniej więcej trzydziestu minutach, udaje się w stronę przejścia podziemnego, które jest łącznikiem między starówką, a południową częścią miasta. Idzie w stronę Muzeum Okupacji, a po drodze, na rogu Svaru i Kungu kupuje codzienną prasę. Później, nadal Svaru przechodzi na plac, mija Muzeum i podążając w stronę pałacu prezydenckiego, tuż za Uniwersytetem Technicznym skręca w lewo do małej kafejki o nazwie Balzak. Tam pije kawę i czyta gazety, co zajmuje mu jakieś czterdzieści pięć minut do godziny. Proponuję pokazać mu się zaraz po wyjściu z hali, ale już za podziemnym przejściem, tak żeby mógł dobrze zobaczyć Gullveig. O tej godzinie panuje tam duży ruch, a na zakupach są tłumy i w tych warunkach okazanie się naszej gothki mogłoby nie przynieść skutku. Będę go dyskretnie śledził, gdy tylko wejdzie do hali, a Gullveig przejmie go przy wejściu na starówkę. Do meta – myślenia Ajutora wejdziemy w Balzaku, gdzie znowu Gullveig się pojawi. Załatwiamy sprawę, przewozimy klienta naszym pociągiem i po wszystkim. Całą robotę szacuję najwyżej na dwie godziny, no chyba że wystąpią jakieś nieprzewidziane okoliczności.

Zwięźle przedstawiłem plan i czekałem na akceptację prezesa.

– A przewidujesz jakieś?! – uniósł głowę znad swojego biurka.

– No, na przykład że się nie pojawi. Wtedy będziemy zmuszeni przesunąć akcję.

– Niemożliwe – głos prezesa był stanowczy – Musielibyśmy czekać kolejny tydzień, a wtedy jego pomysł z pewnością dotarłby już do mózgu, do jego świadomości. Jaki dzisiaj dzień?

– Środa.

– W takim razie wylatujcie natychmiast. Akcję przeprowadzicie jutro, a w razie niepowodzenia, będziemy mieli jeszcze jeden tydzień w zapasie.

– Szefie, ale jeśli on wszystkiego jeszcze nie wymyślił?

– Istnieje takie ryzyko chociaż ci pisarze i fantaści mają to do siebie, że pomysły kiełkują w ich głowach bardzo długo i są tam starannie pielęgnowane. Wszystko, aby nagle wyskoczyć i dać olśnienie..

– Ale jeśli jednak?

– Wtedy będziecie improwizować. Zleceniodawca płaci niezłe pieniądze i nie możemy ryzykować ich straty. Zaraz zarezerwuję wam bilety na najbliższy lot.

3.

Dejun Ajutor.

Stare magazyny wojskowe, zaadoptowane na potrzeby handlu, znajdowały się niemalże w centrum miasta. Wprawdzie nigdy tam nic nie wystawiano, ale mimo to miejscowi nazywali to miejsce halami targowymi. Codziennie, od wczesnego rana aż do zmroku, na tym specyficznym zadaszonym rynku można było kupić dosłownie wszystko. Wśród różnorodności dominowały świeże warzywa i owoce, ale pokaźną połać hal zajmowali także handlarze mięsem i nabiałem. Nie brak było też urządzeń mechanicznych, staroci, bibelotów i kwiatów. Bez przesady można by rzec, że trzy czwarte mieszkańców Rygi, robiło tu codzienne zakupy.

Dejun Ajutor pojawił się zgodnie z planem. Najpierw przechadzał się alejkami, wokół których rozstawili się sprzedawcy słodyczy, a chwilę potem udał się do części z owocami. Jak w każdy czwartek, około sześćdziesięcioletni, elegancko ubrany pisarz, kupował na jednej z hal świeże brzoskwinie, przywiezione w to miejsce przez kupców z Kaukazu. Kiedy w końcu kilogram tych soczystych owoców, tak różniących się w smaku od lokalnych, hodowanych w Rydze i jej okolicach, znalazł się w papierowej torbie, Ajutor wziął ją pod pachę i przeszedł do sekcji przypraw i ziół. Słowo daję, nie widziałem i nie czułem jeszcze czegoś takiego, a aromat który uderzył w moje nozdrza, opanował najpierw mój nos, później głowę, aż w końcu całe ciało. Pisarz podszedł do jednego ze straganów i wskazując palcem na brunatno – zielony proszek, rozsypany na powierzchni drewnianego pudełka, zamówił przyprawę, która po chwili starannie zapakowana, znalazła się w papierowej torbie w towarzystwie równie pachnących brzoskwiń. Wtedy spojrzałem na zegarek. Wszystko odbywało się zgodnie z naszymi założeniami, a Gullveig powinna już czekać przy wejściu na ryską starówkę.

O dziewiątej trzydzieści (cóż za dokładność!), mężczyzna skierował swoje kroki ku wyjściu z hali, a po chwili był już na zewnątrz. Na razie nic nie wskazywało aby zmienił plany, ale jeśli by tak się stało, byliśmy z Gullveig na to przygotowani. Wystarczyło abym do niej zadzwonił i nakazał przemieszczenie w rejon, gdzie znajdował się nasz obiekt. Ale Ajutor wszedł do podziemnego przejścia i udał się w stronę muzeum, które po raz pierwszy widziałem zaledwie poprzedniego dnia na planie w siedzibie SFinxa. Przestudiowałem też zdjęcia, na których znajdowała się duża, prostokątna bryła z ogromnych rozmiarów napisem: „ Muzeum Okupacji 1940 – 1991”, którego do końca nie rozumiałem, ale jak przypuszczałem, chodziło chyba o jakieś sprawy polityczne.

Gdy tylko pisarz opuścił podziemny łącznik, a tłum nieco się przerzedził, idąc kilkanaście kroków za nim dostrzegłem stojącą w jednej z bram Gullveig. Zdecydowanie wyróżniała się spośród mijanych ludzi, najprawdopodobniej w większości mieszkańców miasta. Jej zielone, wstążkowa te włosy, działały jak nocna latarnia morska – nie było możliwości nie zauważyć dziewczyny o tak dziwacznym i rzadko spotykanym wyglądzie. Ajutor ją dostrzegł. Zauważyłem, że na chwilę przystanął i spojrzał w jej stronę. Nawet uśmiechnąłem się pod nosem, wyobrażając sobie, że siatka z owocami wypada mu z rąk, a brzoskwinie roztrzaskują się o bruk, ale pisarz tylko się obejrzał i chyba delikatnie pokręcił głową na znak rozbawienia lub dezaprobaty. Wędka zadziałała, haczyk został zarzucony, a nam nie pozostawało nic innego, jak poczekać na właściwe branie. Teraz spokojnie udałem się za Ajutorem, dobrze przestudiowaną przeze mnie trasą, wprost do Balzaka.

*

Jeszcze podczas lotu do Rygi, przeglądałem uzbierane informacje na temat Dejuna Ajutora. Czy to z braku odpowiednich materiałów, czy ze względu na kaprys prezesa, przydatnych danych było naprawdę niewiele. Pisarz od młodzieńczych lat tworzył i znany był praktycznie tylko w Związku Radzieckim, a później na Łotwie, której nigdy nie opuszczał. To dlatego na zlecenie SFinxa przylecieliśmy do Rygi, chociaż prawdopodobnie łatwiej byłoby załatwić tę sprawę na terenie trzeciego państwa. Skoro jednak Ajutor nie skory był do podróży, my musieliśmy odwiedzić jego. Pisarz był autorem kilku powieści, które na lokalnym rynku przyniosły mu co prawda rozgłos, ale raczej nie można było ich zaliczyć do bestsellerów. Byłem więc trochę zdziwiony, że ktoś był na tyle zainteresowany jego twórczością, aby zlecić nam kradzież jego pomysłu. Chociaż może chodziło o coś zupełnie innego.. Mieliśmy jednak wykonać tę robotę i opuścić z pomysłem meta – myślenie Ajutora, wyminąć jego świadomość i dowieźć fabułę do stacji końcowej. A później już tylko gaża, nad wyraz wysoka jak na taką z pozoru błahą sprawę. To powinno było dać mi do myślenia, ale sygnał który gdzieś w oddali się odzywał, został przeze mnie zlekceważony. Teraz widziałem plecy Ajutora i podążałem za nie zdającym sobie z tego sprawy człowiekiem.

Byłem już kiedyś w knajpie o nazwie Balzak, oddalonej od tego miejsca o kilka tysięcy kilometrów, ale dzisiaj wydawało mi się, że jest jeszcze dalej. Pamiętam, piłem wtedy ciemne, słodkie piwo, a teraz w Rydze, kolor napoju pozostawał ten sam, ale smak cieczy był zupełnie inny. Czarna, gorąca i aromatyczna kawa, małe kruche ciasteczko w pakiecie, a kilka stolików dalej – cel. Spokojnie i bez pośpiechu przeglądający gazety, popijający swój trunek i od czasu do czasu, odpowiadający delikatnym skinieniem na zaczepki znajomych. A w powietrzu poczułem coś jeszcze, jakby idealnie przeniesiony z hali targowej, korzenny zapach jakiejś przyprawy, czy zioła. Przyjemnie drażnił mój nos, unosząc się dyskretnie ponad stolikami, opadając na meble, ubrania i włosy.

Wywiad był dobry, jak zdążyłem się już po chwili przekonać, Ajutor bywał tu często. Nawet kelnerki się do niego uśmiechały, a on odwzajemniał uprzejmości, zagadując po trochu każdą z nich. Spojrzałam na zegarek. Gullveig powinna wejść do lokalu za jakieś trzy minuty. Dopiłem szybko kawę i wpatrując się w wejściowe drzwi, czekałem na jej pojawienie. Byłem spokojny, maszyniści i wabiki nigdy się nie spóźniali.

Weszła. Potężna, biało – zielona, przykuwająca uwagę. Pewnym krokiem podeszła do baru, po drodze specjalnie zawadzając o jeden ze stolików, co spowodowało zakładany harmider. Ajutor spojrzał na nią i złożył czytaną gazetę. Wydawał się zainteresowany dziewczyną, którą już wcześniej widział. Tym razem doskonale zlustrowałem jego twarz i dostrzegłem reakcję na to niebywałe zjawisko jakim była Gullveig. Uśmiechnął się i także spojrzał na zegarek, jakby nagle uzmysłowił sobie, że gdzieś się spieszy lub na kogoś czeka. Tylko przez moment, pojawiła się w mojej głowie nieprawdopodobna myśl, że czeka tu właśnie na nią, na Gullveig. Po raz drugi w ciągu kilkudziesięciu minut zlekceważyłem coś, na co powinienem być szczególnie wyczulony. Zdążyłem jeszcze zarejestrować w swojej świadomości rozszczepienie się mojej wspólniczki na cztery postaci, a zaraz potem wszystko uległo nagłemu zamgleniu, a ja poczułem że płynę, gdzieś daleko, wysoko..

*

Wokół panował mrok, było jednak ciepło, co dawało poczucie, że znajduję się w strefie klimatycznej tak odległej od tej, którą jako ostatnią zapamiętałem. Nieopodal paliły się ogniska, wokół których krzątali się ludzie. Podniosłem się z rozłożonego na pisaku koca i zrozumiałem, że znajduję się na pustyni. Ruszyłem w stronę jednego z palenisk, a gdy już się znalazłem w jego pobliżu zauważyłem siedzących przy nim, uśmiechających się do mnie mężczyzn. Byli ubrani w długie, jasne płaszcze, a na głowach mieli turbany. Jeden z nich, w obcym mi języku wypowiadał jakieś słowa jednocześnie wskazując mi miejsce obok siebie. Usiadłem i zanim zdążyłem otworzyć usta, na podsuniętej mi drewnianej podkładce pojawiła się szklanka w koszyczku, z parującą, zieloną cieczą.

– Maton! – mój towarzysz, z nieznikającym z twarzy uśmiechem, zachęcał mnie do spróbowania trunku. Ostrożnie wziąłem parzącą szklankę w dłonie i zbliżyłem ją do ust. Gorący napój miał charakterystyczny, korzenny zapach. Ostrożnie zamoczyłem w nim usta i poczułem smak kardamonu. A chwilę później.. znowu płynąłem. Znowu daleko i wysoko.

4.

Ambit.

Na samym początku, dostrzegłem pochylone nade mną głowy – prezesa i Gullveig. Później, biel ścian, dużo specjalistycznej aparatury i dopiero zrozumiałem, że znajduję się w jednym ze specjalistycznych laboratoriów SFinxa, a konkretnie w pokoju, w którym ściągano dane z meta – myślenia.

– Ocknął się – znajomy głos szefa niósł w sobie ulgę, ale chyba też lekkie rozdrażnienie – Nareszcie – dodał.

Wciąż nie mogłem sobie przypomnieć, co się stało? Wyraz twarzy Gullveig, wskazywał na to, że chyba wszystko było w porządku. Nie odczuwałem żadnego bólu, ani otępienia, jedynie tak, jakbym się właśnie przebudził – Co się stało? – wymamrotałem ochrypłym głosem.

– Gullveig, opowiedz mu wszystko, może sobie coś jeszcze przypomni. Chociaż marna nadzieja – prezes odszedł od łóżka, na którym leżałem i zaczął o czymś rozmawiać z laborantem. Cicho, tak że nie mogłem niczego usłyszeć. Gullveig natomiast, zdawała się być trochę zakłopotana, ale w końcu zaczęła:

– Byliśmy w Rydze. Mieliśmy wykonać robotę na niejakim Dejunie Ajutorze. Wszystko szło zgodnie z planem, aż do momentu wejścia w jego meta – myślenie. Holly, żałuję że od razu nie zorientowałam się, że z tobą jest coś nie tak. Ale wiesz, robota, podniecenie.. W każdym razie, gdy wsiedliśmy do pociągu, a ty zacząłeś po kolei przyprowadzać do wagonu figurantów, wszystko wyglądało jeszcze w porządku. Siedmiu mężczyzn i dwie kobiety. Dziwna sprawa.., dwoje z nich prawie zupełnie nagich, z połamanymi żebrami, bez języków, z widocznymi przebarwieniami na skórze, no i jeszcze to.. Cholera, wyglądali jakby zostali czymś ściśnięci! Od razu wykazałam też podwyższone promieniowanie, ale nie to było najbardziej zastanawiające. Zgodnie z procedurą, zaprowadziłeś ich na wyznaczone miejsca i przygotowałeś do podróży. Później ruszyliśmy, a ty przyszedłeś do mnie, do lokomotywy. Holly, wyglądałeś dziwnie.., jakbyś był myślami zupełnie gdzie indziej, na pewno nie tam, w naszym pociągu. Zdążyłeś jeszcze powiedzieć: „nie mamy jednego, uciekł” i zwaliłeś się na podłogę, jak bela. Przytomność odzyskałeś dopiero tutaj, na szczęście nic ci się nie stało.. Kiedy byłeś nieprzytomny, weszliśmy w twoje meta – myślenie, żeby ściągnąć powieść i .., nic! Pusto – Gullveig zawiesiła głos, a ja próbując sobie to wszystko, o czym mówiła przypomnieć, nie mogłem jakoś tego ogarnąć. Wyglądało jednak na to, że moje meta – myslenie zostało całkowicie wyczyszczone.

– Ale.., co właściwie tam się stało? – wciąż byłem oszołomiony.

– Do końca nie wiemy – odparła – To tylko hipoteza, ale wydaje mi się, że śledząc Ajutora, a później wchodząc do jego meta myślenia, natrafiliśmy na jakąś przeszkodę lub uruchomiliśmy procedurę ochronną. Ajutor nas przechytrzył.

– Jak?

– To cały czas sprawdzamy. Myślę, że zanim weszliśmy w jego meta – myślenie, on, albo coś, co go chroniło, dostało się do twojego. Nie mam jednak pojęcia, jak mogło się to stać?

Znów zacząłem gorączkowo myśleć, tym bardziej, że jak zza mgły, przed moimi oczami pojawiły się sceny z hali targowej, drogi do kawiarni i samego lokalu. To, co stało się później, już na zawsze zostało wytarte z mojej pamięci. A ja uzmysłowiłem sobie, że to właśnie tam nastąpił atak, a ja wchodząc do meta – myślenia Ajutora, byłem już poddany jakiemuś, niezidentyfikowanemu działaniu. Powoli zacząłem oblewać się zimnym potem, a skóra na karku i plecach przygotowywała się do nagłego bombardowania dreszczami. Zapach.. Tak, zapach. Nie miałem już wątpliwości, że chodziło właśnie o to. W hali, Ajutor podszedł do straganu z przyprawami i kupił porcję jakichś ziół. Zapamiętałem ten moment, a później w Balzaku, zapach, ta specyficzna woń, która rozchodziła się po kawiarni, przywiodła moje myśli na odpowiednie, sprowokowane właśnie tory. W ten właśnie sposób, ktoś wykorzystując używaną przez nas metodę, wszedł do mojego meta – myślenia i zapobiegł wykradzeniu pomysłu pisarza. Teraz już kojarzyłem. To był kardamon.

*

– To, co przytrafiło się Hollyemu, to klasyczny ambit, czyli obejście – w swoim gabinecie, prezes zawsze nabierał ochoty do głębokich przemyśleń, ale w tym przypadku było to uzasadnione – Wprawdzie nie wiemy jeszcze kto i jak wpadł na to, że będziemy się chcieli dostać do Ajutora, niemniej jednak, zniweczyło to naszą pracę. Być może sam pisarz opracował taką obronę, ale niewykluczone też, że kogoś do tego wynajął. A może nic nie wie, a my po prostu mamy konkurencję.. Na szczęście mamy jeszcze czas do przyszłego czwartku i musimy szybko działać. Teraz Ajutor może być czujniejszy, chociaż i tak przypuszczam, że wszystko dzieje się poza jego świadomością. Opracujemy nową strategię i konieczna będzie kolejna podróż do Rygi, a tym ponownie zajmiesz się ty, Holly. Wejdziesz ponownie w meta – myślenie obiektu, przejedziesz się pociągiem i będzie po sprawie.

Acha, to znaczyło ni mniej ni więcej, że nie załatwiwszy sprawy, mogliśmy dużo na niej stracić. Zbyt dużo. Cóż, akcję można było przeprowadzić jeszcze raz, nie było w tym nic szczególnego. W końcu, jedyną bezpośrednią konsekwencją było ponowne wyczyszczenie mojego meta – myślenia, a Gullveig w ogóle nie ryzykowała.

– I jeszcze jedno – głos prezesa przerwał moje rozważania odnośnie tego, co stanie się w przypadku kolejnego niepowodzenia – Zamiast Gullveig, z Hollym poleci Mr Boom.

Mr Boom! Przeklnąłem.

*

Zastąpienie Gullveig innym wabikiem było logiczne. Istniało bowiem ryzyko, że gdy znowu jej użyjemy, meta – myślenie Ajutora ulegnie całkowitemu zablokowaniu. Jednak perspektywa pracy z Mr Boomem zbytnio mi się nie uśmiechała. Ten chudy jak patyk, wysuszony Chińczyk o bliżej nieokreślonym wieku, wprawdzie już dosyć długo pracował dla SFinxa, ale wszystko wskazywało na to, że równocześnie był szpiegiem. Ludowo – demokratycznym, oczywiście. Podobny do Kang Shenga, taki paradoks, zasłynął przede wszystkim tym, że po każdej złodziejskiej akcji SFinxa w której brał udział, na rynku pojawiały się podróbki oryginalnych powieści, oczywiście zmienione na tyle, aby nikt nikogo nie mógł oskarżyć o plagiat. Gdy zdarzyło się, że kiedyś razem pracowaliśmy, obstrykał swoim aparatem fotograficznym przedział pociągu, w którym przewoziliśmy obiekty, a wkrótce potem, Chińczycy wprowadzili w swoich kolejach kilka patentów, skądinąd bardzo w SFinxie już znanych. Poza tym, nic do niego nie miałem, ale wolałem dmuchać na zimne. Z takimi ludźmi jak Mr Boom nigdy nic nie wiadomo.. Nie dziwiłem się jednak prezesowi, że wybrał do tej sprawy właśnie Chińczyka, bo na takie problemy nie było chyba nikogo lepszego. Umiejętności, które posiadał, stawiały go przecież w pierwszym szeregu wabików – maszynistów.

Z relacji Gullveig (ja wciąż nic nie pamiętałem) wynikało, że mamy do przewiezienia dziesięć osób. Oczywiście, jeżeli udałoby nam się odnaleźć zgubę, czyli jednego z bohaterów, a na to szczerze mówiąc liczyłem. Miałem nadzieję, że w meta – myśleniu Ajutora wszystko powróciło do normy i przy zachowaniu zwyczajowych środków ostrożności, spokojnie tam się dostaniemy. Poza tym, praca nie była zbytnio skomplikowana, nawet biorąc pod uwagę ambit, który udaremnił nasze wcześniejsze wysiłki. W końcu zdarzały się przypadki, kiedy wprowadzałem do pociągu nawet kilkadziesiąt osób na raz, a do tego jeszcze ciężki sprzęt. Tak na przykład było w trakcie kradzieży powieści o bitwie pod Austerlitz.. Teraz jednak mieliśmy pięć dni, aby opracować nowy plan i dostać się do Rygi. Z niecierpliwością czekaliśmy na kolejny czwartek.

5.

Chulat – Siahl, Góra Umarłych.

Gdy przypominam sobie ten dzień, kiedy ponownie zastawiliśmy pułapkę na Dejuna Ajutora, zastanawiam się jak poradziliśmy sobie jednak z tak trudną sprawą. Teraz, gdy mam czas analizuję nasze przedsięwzięcia, przesuwam w pamięci wszystkie kroki, jeden po drugim. Wszystko dlatego, aby zdobyte w Rydze doświadczenie zdobyte w Rydze, zaprocentowało na przyszłość. W końcu jestem złodziejem, a każda wpadka w tej profesji może skończyć się tragicznie. Dla mnie i mojego towarzysza, maszynistę – wabika. Ale po kolei.

W następny czwartek, kiedy dotarliśmy już do Rygi, postanowiłem nieco zmienić taktykę i nie śledzić pisarza. W ten sposób chciałem uniknąć sytuacji z ambitem, dlatego od razu udałem się do Balzaka i tam czekałem na pojawienie się Ajutora. Postawiliśmy więc wszystko na jedną kartę, a ja w pełni ufałem Mr Boomowi. Kiedy pisarz pojawił się w kawiarni, a dziesięć minut później do lokalu wszedł Chińczyk, wiedziałem że jego stara sztuczka wypaliła. Ajutor spojrzał na Mr Booma znad gazety i na chwilę zamarł, wpatrując się w niego z nieukrywanym zaskoczeniem. Musiał przeżyć szok, widząc gymandromorfa, który jeszcze jakiś czas temu obnażał się w pobliżu pomnika Czerwonych Łotewskich Strzelców, tuż przed muzeum, który właśnie tam pokazywał swoje hermafrodyczne ciało. I może nie tyle to było dla pisarza zaskakujące, jak umieszczone w formie kolorowego tatuażu godło Chińskiej Republiki Ludowej, wydziergane tuż nad jędrnymi i dość ponętnymi piersiami Chińczyka. Wielkie, czerwone koło, opasane złotymi kłosami zboża, brama Niebiańskiego Spokoju, no i te gwiazdy. Palące ogniem, pięcioramienne symbole, z jednym górującym nad pozostałymi. Widziałem to tylko raz i wcale nie dziwiłem się Ajutorowi, że w momencie gdy ujrzał to cudo, odjęło mu mowę. Gdy w Balzaku ponownie go zobaczył, niemal wypuścił filiżankę z dłoni i to nam wystarczyło, aby momentalnie wejść do jego meta – myślenia. A więc oszukaliśmy go, wyminęliśmy ambit i znaleźliśmy się w najskrytszych fantazjach pisarza – tam, gdzie nawet on nie zwykł bywać.

Nastała totalna ciemność, do której byłem już przygotowany. Zawsze przy wchodzeniu do meta – myślenia było ciemno, chociaż w tym przypadku, ten stan niepokojąco się wydłużał. Dopiero po chwili zrozumiałem, że jest noc, a na dodatek bardzo zimno. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się już do zmroku, nieodłącznie zaczęła towarzyszyć mi para, wydostająca się z moich ust przy każdym oddechu. Z zamyślenia wyrwało mnie lekkie klepnięcie w ramię – z założoną na głowę leninówką, stał przede mną uśmiechnięty Mr Boom. Skurczybyk, zawsze był przygotowany na niemalże każdą okoliczność, a teraz przynajmniej nie marzły mu uszy.

– Sprzęt załadowany. Możesz wprowadzać – oznajmił, a ja od razu zauważyłem, że w jednej ręce niósł dziwną, parującą walizkę; w drugiej trzymał trzy, jakby indiańskie włócznie. Mrugnął tylko na pożegnanie i odszedł w stronę lokomotywy, pozostawiając za sobą intensywny zapach spalenizny. Odwróciłem się w przeciwną stronę i pobiegłem do drzwi prowadzących do wagonu, w którym się znajdowałem. Ledwo je otwarłem, a naparło na mnie dwóch niskich gości o mało mnie nie przewracając, co było wynikiem szarpaniny z drzwiami, których nijak nie mogli sforsować. Gdy już znaleźli się wewnątrz, zaczęli się rozglądać, a ja spostrzegłem że ubrani są w dziwne, chyba indiańskie stroje. Mieli skośne oczy, dziwnie pachnieli (spalenizną?), a w dłoniach dzierżyli dzidy, podobne do tych, które przed momentem do pociągu wniósł Mr Boom. Korzystając z ich zaskoczenia, odprowadziłem Indian na miejsca i przypiąłem pasami. Nic nie mówili tylko się rozglądali, jakby po raz pierwszy w życiu widzieli pociąg. Gdy już się z nimi uporałem, dostrzegłem w rogu wagonu tuż przy drzwiach, maszynkę do produkcji śniegu, kilka śpiworów i chyba jakieś stare, podarte płótno, do złudzenia przypominające część namiotu. Prawdopodobnie był to wspominany przez Chińczyka „sprzęt”.

To, co stało się później, do dzisiaj budzi moje rozdrażnienie. Zrobiło się nieprzyjemnie. Trudno mi opisać ten stan, ale poczułem się tak, jakby końcówki moich kończyn nagle drastycznie przybrały na wadze. Dłonie i stopy stały się ociężałe aż do bólu, a po chwili poczułem coś, co przywiodło mi na myśl tylko jedno: odmrożenie. Z moją głową też zaczęło się coś dziać. Najpierw gwałtownie narastało w niej ciśnienie, jak w tunelu, czy górach, ale po kilkunastu sekundach zrozumiałem, że ma to coś wspólnego z grawitacją. I gdy zachwiawszy się, odruchowo schwyciłem się obręczy jednego z siedzeń, kątem oka spostrzegłem lecącą równolegle do pociągu ognistą kulę, odbijającą się od podłoża i skaczącą tuż za oknami maszyny, jak kulisty piorun. Odzyskałem równowagę i ponownie odwróciłem się w stronę drzwi, za którymi już stali oni. Obiekty. Bohaterowie powieści Ajutora.

Kiedy w wagonie pojawił się pierwszy z nich, jego reakcja na przypiętych do swoich miejsc Indian była zaskakująca. Nagle odwrócił się, jakby chcąc uciec, a z jego ust wypłynął niezrozumiały charkot. „Mansowie!”, tylko tyle zrozumiałem i szybko odciągnąłem go jak najdalej od osobników, którzy tak go przerazili, usadzając po przeciwnej stronie, jak najdalej od Indian. Przypinając go pasami, dopiero dostrzegłem że jest w samej bieliźnie. Zmarznięte, czerwone od chłodu ciało, okrywały jedynie cienkie, białe bokserki, a jego twarz – właśnie teraz miałem okazję to spostrzec – była nienaturalnie opalona. Chłopak był młody, może dwudziesto kilku letni, podobnie jak kolejny – też w samych majtkach, ale tym razem bezwładny, nienaturalnie miękki i elastyczny. Posadziłem go obok towarzysza i poszedłem po pozostałych.

Tym razem była to trójka, dwóch mężczyzn i dziewczyna. Ubrani, ale mocno zziębnięci, a na dodatek z fragmentami drzazg i igieł, wystającymi z ich ciał, które ewidentnie krwawiły. Widok kolejnych czterech obiektów trochę mnie przeraził. Znowu trzech mężczyzn i jedna kobieta. Nie pamiętam już dokładnie, które z nich miało roztrzaskaną czaszkę, które było pozbawione języka i uszu, a które miało zmiażdżone ręce, czy nogi. Upodobniało ich jednak ciągle to samo. Mocno opalone, niemal brunatne twarze. Kiedy przypinałem ich pasami do siedzeń, z ręki jednego z nich, zsunął się archaiczny, wskazówkowy zegarek. Widniała na nim, zastygła w wyniku niskiej temperatury lub mechanicznego uszkodzenia, godzina. Ósma czternaście.

Dwójka, trójka i czwórka, to w sumie dawało dziewięć. Pozostawała jeszcze jedna osoba, ale nie zauważyłem jej pośród tej grupy. Cholera, obiekt musiał się gdzieś zapodziać, koszmar powracał. Cofnąłem się do drzwi i w tym momencie, wszyscy pasażerowie jak jeden mąż ocknęli się i zaczęli jeden przez drugiego wrzeszczeć: Otorten! Otorten! Ich ciała miotały się na siedzeniach i tylko dzięki pasom, którymi byli przytwierdzeni, zawdzięczam że nie rzucili się na mnie, chcąc mnie prawdopodobnie powstrzymać przed zbliżaniem się do wyjścia z wagonu. Mimo to, poszedłem w przeciwną do lokomotywy stronę, aby odszukać zgubę, marudera bez którego nie mogliśmy ruszyć.

*

Siedział dwa wagony dalej. Wygodnie oparty o siedzenie, z nogami luźno wyciągniętymi przed siebie. Ubrany w gruby uniform, z czapką głęboko nasuniętą na czoło. Obok niego leżał plecak. W ogóle nie zwrócił na mnie uwagi, nawet gdy usiadłem naprzeciw niego. Obracał tylko coś w rękach, jakby totalnie pochłonięty tą czynnością. Przyjrzałem się przedmiotowi i ze zdumieniem zauważyłem, że była to kostka Rubika.

– Znalazłem to w twoim meta – myśleniu – wykrztusił w końcu z siebie, nie podnosząc nawet na mnie wzroku. Jego palce sprawnie obracały kolorową kostkę – Było tam jeszcze parę ciekawych przedmiotów, ale pożyczyłem sobie właśnie to. Mam nadzieję, że się nie gniewasz?

Nie gniewałem się, ale upływający czas, sukcesywnie ograniczał moje możliwości działania. Postanowiłem szybko przejść do rzeczy.

– Znalazłem dla ciebie lepsze, wygodniejsze miejsce. Musisz tylko przejść ze mną do innego wagonu – powiedziałem – Tam są już twoi towarzysze.. Oczywiście kostkę możesz zatrzymać.

Uśmiechnął się i po raz pierwszy spojrzał mi w oczy – Ale ja się nigdzie nie wybieram – dodał dosadnie.

– Pociąg za chwilę ruszy, nie pozwól im na siebie czekać – nie dawałem za wygraną. Odłożył w końcu kostkę na bok, ale uśmiech nie zniknął z jego twarzy.

– Nic nie rozumiesz, ja tu zostaję. A beze mnie nikt stąd nie wyjedzie.

Było gorzej niż myślałem. Spojrzałem na zegarek i w duchu miałem nadzieję, że maszynista będzie cierpliwy – Dlaczego? – zadałem to pytanie próbując trochę skupić myśli i zadziałać.

– Moi znajomi i ja, jesteśmy właśnie w drodze na Chulat – Siahl, Górę Umarłych. Tam rozbijemy obóz i przenocujemy. A ty zostawisz nas w spokoju.

– Posłuchaj – nie dawałem za wygraną – Oni najprawdopodobniej już tam dotarli i spotkało ich coś złego. Chyba.. nie żyją, a ty po prostu zgubiłeś się po drodze. To koniec, wycieczka skończona, jakikolwiek był jej cel.

– Nie żyją?! Mansonowie..

– Nie wiem, co się stało. W każdym razie, natychmiast musimy się przesiąść do innego wagonu!

Roześmiał się, teraz już głośno. Poprawił sobie czapkę i pochylił w moją stronę – Ten pociąg nigdzie nie pojedzie, człowieku. Zrozum to w końcu. Po to tu jestem! Wprawdzie, jak powiedziałeś, oni są już trupami, chociaż to dla mnie zaskoczenie. Nie wiem, co im się przytrafiło: atak Mansów, yeti, albo UFO! Tylko ten, który tę historię wymyśli, pozna prawdę, bo sam ją stworzy. Już niedługo, za kilka godzin.

Zrozumiałem. To nie był zwykły maruder, ale coś co chroniło pomysł Ajutora, jakiś strażnik lub program. Po prostu ambit. Bohater, który w pewnym momencie odłączył się od wyprawy, ale tylko po to, aby chronić to, co było w meta – myśleniu pisarza, a później bezpiecznie przetransportować do jego świadomości. Cwane. Wiedziałem już, co muszę zrobić. Potrzebowałem tylko jeszcze kilkudziesięciu sekund.

– Widzisz – zacząłem powoli – Popełniłeś jeden, zasadniczy błąd. Zamiast zabawki, którą masz w ręku, powinieneś wziąć z mojego meta – myślenia małe, aczkolwiek bardzo pożyteczne pudełko. My nazywamy je laptopem. Gdybyś je otworzył i lepiej poznał zawartość, a jak widzę szybko się uczysz, trafiłbyś na gierkę, coś w postaci łamigłówki, ale w zupełnie innej formie i wymiarze. Dajmy na to, że bawiąc się, wyobraziłbyś sobie że siedzisz za sterami samolotu lub wolantem lokomotywy, a może jeszcze lepiej – kierownicą autobusu. Miałbyś za zadanie, rozwieźć pasażerów po wszystkich przystankach na twojej linii. Nic prostszego, rutyna. Co chwilę to samo, jedna trasa, nuda. Ale gdybyś zmienił drogę, otwarłyby się przed tobą nowe możliwości, poznałbyś inne ulice, a nawet miasta. Byłbyś panem swojego pojazdu. Jednak ty poszedłeś na łatwiznę. Wsiadłeś nie do tego pociągu, kolego – To mówiąc, wykonałem szybki ruch w jego stronę. Lewą ręką przycisnąłem jego ciało do siedzenia, a prawą sięgnąłem po zwisający obok pas. Nawet nie zdążył się zorientować, co się stało, gdy obezwładniony i ściśle dopięty do fotela próbował na oślep schwycić mnie swoimi ramionami. Ale było już za późno. Szarpał się jeszcze przez chwilę, po czym zrezygnowany dał za wygraną. W jego oczach dostrzegłem wściekłość.

– Ty..! – wycharczał przez zaciśnięte zęby.

– Daruj sobie – przerwałem mu spokojnie – Dla ciebie to już koniec podróży.

Wstałem i nie oglądając się za siebie, opuściłem wagon. Dochodziły mnie jeszcze jego pogróżki i krzyki, kiedy zamykałem drzwi. W kolejnym wagonie, tuż przy łączniku, nadusiłem znajdujący się na poziomym pulpicie czerwony przycisk. Skorzystałem z niego po raz pierwszy w całej swojej złodziejskiej karierze i dopiero teraz doceniłem jego znaczenie. Cichy syk i wagon z ambitem został odłączony od reszty składu. Z nieukrywaną satysfakcją, jeszcze przez chwilę patrzałem na swoje dzieło.

Wróciłem do wagonu z obiektami, gdzie panowała cisza i spokój. Przeszedłem jego środkiem, udając się w stronę lokomotywy. Już za chwilę miałem pozwolić maszyniście na ruszenie pociągu, a zaraz potem wrócić na swoje miejsce i przeżyć po raz kolejny to, co już tak wiele razy doświadczałem. Z ogromną prędkością wyminąć świadomość nic nie wiedzącego o tym Dejuna Ajutora.

6.

„Nie idź tam!”.

Księgarnia zajmowała dwie kondygnacje, a ja lubiłem do niej przychodzić za każdym razem, gdy tylko byłem na urlopie. Na parterze znajdował się dział dla dzieci i młodzieży, można tam było nabyć też prasę oraz wszelkiego rodzaju papierowe dodatki. Osobny kąt, zajmował niemniej pokaźny dział z komiksami. Dalej schody prowadziły na piętro, które kończyło się małą, przytulną kafejką, gdzie przy filiżance czegoś ciepłego lub kieliszku wina, można było przejrzeć książki prosto z półki. Na piętrze było ich więcej, w końcu właśnie tam można było dostać literaturę piękną, wydawnictwa fachowe i specjalistyczne. Zawsze, gdy zaglądałem do tej księgarni, swoje kroki kierowałem właśnie na górę, później wybierałem jakąś pozycję i rozsiadałem się wygodnie w skórzanej kanapie. Do czytania, co sprawdziłem, najlepiej nadawało się czerwone, mołdawskie wino.

Zasłużyłem na ten odpoczynek i szczerze mówiąc nie miałem zbytniej ochoty na kolejne intelektualne zagadki, przynajmniej nie teraz. Kusiło mnie coś lekkiego, łatwo przyswajalnego, od razu więc skierowałem swe kroki w stronę półek z fantastyką. Chciałem odreagować po wydarzeniach w Rydze, zapomnieć o pracy, oddać się czemuś przyjemnemu. Przebiegałem wzrokiem po tytułach – jednych znanych, innych kompletnie mi anonimowych. Część tych książek zdążyłem już kiedyś przeczytać, kilka pomysłów, które znalazłem w pozostałych sam kiedyś ukradłem. Moje zainteresowanie wzbudził tytuł: „Człowiek, który nie spał”, jakiegoś rosyjskiego autora. Pobieżne przewertowanie książki uzmysłowiło mi, że już kiedyś ją czytałem. Chyba. Kolejne grzbiety mniej lub bardziej opasłych powieści migały mi przed oczami, aż w końcu zatrzymałem swój wzrok na „Otorten. Tajemnica Góry Umarłych”. Wyciągając po nią rękę, wiedziałem że nie mógł to być przypadek. Tom otwarłem na pierwszej stronie, gdzie rozdział zaczynał się od słów: „Historia ta wydarzyła się w roku 1959, podczas wyprawy na górę Umarłych, zwaną także Chulat – Siahl lub Otorten (czyli według języka plemienia Mansów zamieszkujących tę okolicę – nie idź tam!)”. Poczułem wybijające się na moich policzkach wypieki. Odwróciłem książkę tak, aby spojrzeć na tylną, sztywną okładkę, a na niej umieszczone było zdjęcie autora, uśmiechniętego od ucha do ucha.. Mr Booma! Zamieszczona obok notka nie pozostawiała złudzeń. Xu Quinxian vel Mr Boom, napisał światowy bestseller, za który miał szansę w tym roku dostać prestiżową nagrodę literacką. Przekląłem w myślach tego bezczelnego, chudego Chińczyka, obiecując sobie, że jeszcze się z tym cwaniakiem policzę. A na razie, wziąłem książkę i poszedłem w stronę kafejki. Nie mogłem się już doczekać tego wspaniałego, mołdawskiego wina, którego tak dawno już nie piłem.

Upamiętniając studentów z grupy Igora Diatłowa, którzy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, w drodze na Górę Umarłych, 2 lutego 1959 roku.

KONIEC

Paweł SEMMLER

(Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone. Kopiowanie tekstu zabronione)

KATEDRA STUDIÓW AZJATYCKICH

1.

Trzymając w ręku katalog biura podróży EARTH AGAIN nie zastanawiałem się zbyt długo nad letnią, okazyjną ofertą. Nareszcie mogłem sobie pozwolić na długo oczekiwany, ale z pewnością także zasłużony wypoczynek, po dwóch latach dość intensywnej i wyczerpującej pracy. Ponad dwadzieścia cztery miesiące choćby bez dwu, następujących po sobie wolnych dni, wypaliły mnie na tyle, iż dyrekcja firmy w której pracowałem, wysłała mnie na pierwszy, bezpłatny urlop. Prospekt podrzucił mi znajomy twierdząc, że otrzymał go od zaprzyjaźnionego małżeństwa, chwalącego sobie organizację wolnego czasu właśnie przez EA. Prawdę mówiąc, nie miałem zbytniej ochoty na specjalne poszukiwanie czegoś konkretnego więc nawet z nieukrywaną radością przyjąłem propozycję kolegi. Leżał więc teraz przede mną na biurku gruby, kolorowy stos bindowanego materiału z podkreślonym na czerwono nagłówkiem: „Tylko teraz

Fot. Archiwum.
Fot. Archiwum.

– Ziemia na Twoją kieszeń!!!”. Obok, na kredowym papierze ktoś, przypuszczalnie właśnie mój kolega, dopisał długopisem kilka, wytartych już i słabo widocznych słów. Coś jakby: indiskrete robo.., dalej było nieczytelnie.

Od drugiego pokolenia, czyli od momentu zapoczątkowania rewolucji pokojowego zasiedlania gwiazd Układu Słonecznego, ludzie zamieszkiwali bliskie Słońcu ciała niebieskie, przystosowywane wcześniej niemałym nakładem technologii i potencjału intelektualnego do prowadzenia normalnego, niczym nieograniczonego życia. Wprawdzie kosztowało to ludzkość niemało wysiłku, ale efekt doprawdy był imponujący. Wbrew wszelkim przepowiedniom i katastroficznym proroctwom, problem przeludnienia Ziemi został praktycznie wyeliminowany. Żyliśmy więc w takich miejscach, jak to; w moim przypadku była to oddalona od Słońca o około osiem lat świetlnych gwiazda, o nazwie Lalande 21185, posiadająca własny układ planetarny i na skutek ingerencji człowieka, przystosowana do niewielkiego (przede wszystkim ze względu na swoją wielkość) zasiedlenia. Można by rzec, że ten niegdysiejszy czerwony karzeł, tak doskonale przekształcony przez ludzką technikę, był czymś na miarę kosmicznej prowincji, gdzie planety naszego Układu, stanowiły swoiste centrum i metropolie. A Ziemia..? Ziemia, była dzisiaj praktycznie zapomnianym skansenem, dla niektórych, lubiących ekstremalne wyzwania, atrakcją turystyczną, zamieszkałą jedynie przez tych, którzy nie mieli możliwości lub ochoty na życie w nowym, bardziej luksusowym „świecie”.

Z katalogu dowiedziałem się, że wypoczynek na Ziemi polega przede wszystkim na zwiedzaniu i pobycie w zaledwie kilku miejscach wyludnionego obecnie globu. Według oficjalnych danych, pulsujące szaleńczym życiem jeszcze kilkadziesiąt lat temu kontynenty, teraz zamieszkiwane były przez niespełna milion osób. W większości, ludzie mieszkali jeszcze w Europie, Azji i na Bliskim Wschodzie. Powstała w tym miejscu federacja, obecnie nosiła nazwę ECHI i dzieliła się na trzy, wspomniane dystrykty. Celem wycieczki był przede wszystkim tzw. stary kontynent, gdzie do dnia dzisiejszego zachowało się najwięcej atrakcji. Nie miały one jednak charakteru historycznego, a funkcja poznawcza dotyczyła zupełnie innego obszaru, absolutnie nie związanego, na przykład z klasycznym zwiedzaniem. Tym magnesem, jak już jednak wspomniałem – raczej tylko dla najbardziej zainteresowanych, były specyficzne zachowania Ziemian, ich obrzędy i przyzwyczajenia. Próżno bowiem było tam szukać arcydzieł kultury ludzkiej, cała duchowa i artystyczna spuścizna już dawno temu przeniesiona została na systematycznie zaludniane planety i gwiazdy Układu Słonecznego.

Ziemię znałem jedynie z opowiadań i przekazów medialnych. Od czasu do czasu, odwiedzałem także te klasyczne już miejsca na Lalande, które celowo przypominać miały ziemski świat, a w praktyce były czymś na modłę zapomnianego kina, gdzie obejrzeć można było stare filmy obrazujące prawie opuszczoną już planetę. To wszystko, z moją nieposkromioną ochotą do wyrwania się z nudnego życia i przypadkiem, który sprawił, że katalog EA wpadł w moje ręce, zadecydowało iż postanowiłem skorzystać z oferty biura podróży. Zabukowałem bilet na przyszłotygodniowy rejs. Trwająca zaledwie kilkanaście godzin podróż miała się zakończyć w B1, mieście zwanym kiedyś Berlinem, z którego pozostała dzisiaj jedna z największych ludzkich osad, jak na wcześniejsze czasy zaledwie kilkudziesięciotysięczna. Nowoczesny GRAFEN 500, miał wysadzić turystów w samym centrum tej byłej, niemieckiej stolicy, a stamtąd mieliśmy brać udział w różnych, fakultatywnych i dodatkowo płatnych wycieczkach. Miałem zamiar uczestniczyć we wszelkich możliwych atrakcjach tej wyprawy, w końcu nie codziennie miało się okazję odwiedzać Ziemię.

Za radą wspomnianego kolegi, postanowiłem przygotować się do pobytu na Ziemi i w tym celu zaopatrzyłem się w kilka poradników, które instruowały jak zachować się w okolicznościach, które nam – mieszkańcom Lalande, wydawać się mogły co najmniej zaskakujące, a często też dziwaczne. Wspomnę tylko, że między innym do takich dziwactw niewątpliwie należała tradycja budowania pomnika każdemu zmarłemu mieszkańcowi niebieskiej planety (jako hołd ostatnim, prawdziwym ludziom, jak mieli w zwyczaju o sobie mówić) lub niczym nieskrępowane obchodzenie świąt, które w zależności od miejsca na Ziemi, przypadały od kilku do kilkunastu dni w każdym miesiącu. Nie muszę chyba dodawać, że zgodnie z ziemiańską zasadą wywalczoną przez mieszkańców już dobre kilkadziesiąt lat wcześniej, dni takie były nie tylko wolne od pracy ale także charakteryzowały się całkowitym niewykonywaniem czegokolwiek, gdy tylko przypadały. Taka powszechna i akceptowana przez wszystkich, praktycznie permanentna siesta. Mnie jednak najbardziej zaskoczył fakt, że właśnie w byłej już europejskiej metropolii, jedną z atrakcji turystycznych miał okazać się stadion piłkarski, który gdy władze państwowe postanowiły rozprawić się z domniemanymi pseudokibicami i uniemożliwić widzom uczestnictwo w imprezach sportowych, został zbudowany za prywatne pieniądze przez miłośników tej dyscypliny. I właśnie to była nasza stara, niezapomniana Ziemia.

GRAFEN wylądował na specjalnie do tego celu przygotowanym prowizorycznym lądowisku, które znajdowało się w miejscu nieistniejącego już urzędu kanclerskiego, tuż za Szprewą, pomiędzy placem Republiki a dworcem głównym, przekształconym w terminal przylotów. Stamtąd, kilkudziesięcioosobową grupę turystów przewieziono do hotelu położonego w najlepszej obecnie dzielnicy tego miasta, czyli jednej z najstarszych kamienic obok parku Mendelssohna – Bartholdyego, w którym mieliśmy spędzić resztę dnia, głównie wypoczywając. Zwiedzanie z profesjonalnym przewodnikiem przewidziane było na kolejną dobę – jak nam oznajmiono, pobudkę zaplanowano już na siódmą rano. Biorąc pod uwagę, że z miasta, które było kiedyś jedną z najznamienitszych stolic już niewiele dzisiaj pozostało, wstawanie o tak wczesnej porze mogło być zaskakujące. Nikt jednak nie narzekał, bowiem dzień zapowiadał się naprawdę bardzo atrakcyjnie. Wprawdzie po cichu liczyłem, że po B1 oprowadzać nas będzie jakaś atrakcyjna Europejka, to jednak szybko uzmysłowiłem sobie, że takowe już dawno Ziemię opuściły. Wiele się nie myliłem, gdy tuż po śniadaniu, przed hotelem powitał nas sędziwy aczkolwiek jowialny Karl – Heinz, który od razu wzbudził sympatię grupy.

Po mieście mieliśmy się poruszać czymś na podobieństwo autobusu. Wytłumaczono nam, że tylko w taki sposób dotrzemy do wszystkich, przewidzianych w programie ciekawych miejsc. Spora część miasta była bowiem opuszczona i zarośnięta, nikt nie dbał już o miejsca całkowicie wyludnione, które powoli aczkolwiek systematycznie zamieniały się w ruinę. Stąd też ten rodzaj lokomocji przedstawiono nam jako najbardziej dogodny, a przyznam, że jego wnętrzu i zastanemu tam luksusowi nic nie można było zarzucić. Tak więc, przemieszczaliśmy się po tych resztkach miasta, od czasu do czasu zatrzymując się i wysiadając, aby lepiej obejrzeć jakąś atrakcję. Nasz głód informacji, bardzo rzetelnie zaspokajał mówiący niemal bez przerwy przewodnik. Dzięki niemu, przejeżdżając obok byłego parku zoologicznego, dowiedzieliśmy się, że rzadko już dzisiaj spotykane zwierzęta, w tej części Europy czczono i że w ostatnim czasie, ktoś wpadł na pomysł aby także im stawiać pomniki. Jak jednak stwierdził Karl – Heinz, ta propozycja nie miała szansy się uprawomocnić i traktowana była przez większość berlińczyków z przymrużeniem oka.

Pierwsze emocje pojawiły się po zaledwie dwóch godzinach, gdy zbliżaliśmy się do Warschauer strasse. Najpierw pojawiły się zasieki, a później kulturalnie aczkolwiek dość dokładnie nas skontrolowano. Mogliśmy jedynie zbliżyć się do dzielnicy otoczonej wysokim płotem z napięciem, która zamieszkana była przez dwie skrajne, pozostające w wiecznym konflikcie grupy społeczne, zainteresowane jedynie walką pomiędzy sobą. Ten „wieczny zryw”, bo ponoć w ten sposób mieszkańcy wyrażali się o kwadracie pomiędzy aleją Stralauer, dworcem kolejowym Wschód i placem Bersarina, był widownią bitew klasowych, jakichś anarchistów i ultraprawicowych bojówek. Nie zatrzymując się, pod czujnym okiem policji objechaliśmy dzielnicę i gdy już każdy z turystów uwiecznił tę atrakcję na swoim aparacie, odjechaliśmy w stronę spokojnego i dość luksusowego jak na te warunki Kudammu. Po zjedzeniu obiadu w okolicznej restauracji, mieliśmy dostać trochę wolnego czasu na indywidualne potrzeby. Ja chciałem zrobić zakupy, aby mieć jakąś pamiątkę z tego niezwykłego miejsca, poza tym, miałem nadzieję na chwilę oddechu przy nieserwowanym już poza Ziemią napitku, zwanym tutaj bijerem. I być może, gdyby nie chęć spróbowania tego złotego napoju, o którym tyle naczytałem się w przewodniku jeszcze na Lalande, mój pobyt na tej planecie wyglądałby zupełnie inaczej.

Bar był tradycyjny, lekko stylizowany. Usiadłem przy stoliku tuż obok okna, aby móc przy bijerze spoglądać na topiącą się w upalnym słońcu ulicę. Z ciekawością obserwowałem witryny pobliskich sklepów, z których przynajmniej jeden wydał mi się dość osobliwy. Prowadził go stary Japończyk, oferujący przede wszystkim mieszkańcom ale też turystom, towar chyba nigdzie więcej nie spotykany. W swoim bogatym asortymencie posiadał bieliznę, jednak dość specyficzną, bo używaną. Później od Karl – Heinza dowiedziałem się, że najlepiej schodzą mu, importowane z Bliskiego Wschodu, używane figi kilkunastoletnich dziewczynek. Dla mniej wybrednych posiadał jeszcze brudne skarpetki, podziurawione rękawiczki i ponoć hit tego lata – jednorazowe, zasmarkane chusteczki do nosa. Tak więc, popijając przyjemnie chłodny napój, chłonąłem wszystko to, co wydawało mi się mniej lub bardziej dziwaczne, a na pewno charakterystyczne dla tego niesamowitego miasta.

Dopiero przy trzecim kuflu (smak był naprawdę boski!) zauważyłem stojącą z boku masywnego, metalowego baru, kukłę. Tak, skojarzyłem – dość późno, ale mimo wszystko – bar nazywał się „Niedyskretny robot”, a postać przy barze była chyba reklamą tego przyjemnego miejsca. Przez chwilę wydało mi się nawet, że oczy robota łypią na mnie, od czasu do czasu mrugając, ale gdy miałem mu się czujniej przyjrzeć, do baru wkroczył uśmiechnięty i wyluzowany Karl – Heinz. Od razu mnie zauważył i nie czekając na zaproszenie, skinął tylko na barmana i przysiadł się do mojego stolika.

– I jak miasto? – zaczął bezceremonialnie – Podoba się?

Oszołomiony już lekko bijerem odparłem, że owszem, a Niemiec w tym czasie wziął potężnego łyka z postawionego przed nim w tej chwili kufla. Barman na odchodnym poklepał Karl – Heinza po plecach jakby byli starymi znajomymi i wrócił za bar, gdzie zajął się pucowaniem blatu.

– Fakt, oryginalne miejsce – ciągnąłem – Nie żałuję wydanych pieniędzy. Praktycznie na każdym miejscu coś.. osobliwego – dodałem, wskazując głową na sklep Japończyka.

– Ach to – w jego głosie nie wyczułem ani krzty skrępowania – To jeszcze nic..

Teraz ja się zaśmiałem.

– Mimo wszystko, u nas na Lalande to by nie przeszło.

– Nie znam twojej planety, ale na Ziemi jest jeszcze wiele miejsc, które z pewnością cię zaskoczą. Chociaż to dziwne, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę to, że wszystko tak szybko się rozwinęło. Jeszcze kilkanaście lat temu.., kto by przypuszczał? Z tego, co wiem, to celowo zerwaliście z ziemską tradycją i tutejszymi przyzwyczajeniami, ale nadal was tu ciągnie. Tam, skąd pochodzisz chyba wielu was nie ma?

A więc jednak coś wiedział. Sprytny, ale jak już zdołałem się wcześniej przekonać, sympatyczny Ziemianin.

– Lalande jest małą gwiazdą – wyjaśniłem – Osobiście wolę tę nazwę, chociaż często podaje się nas jako HIP 54035 lub bardziej fachowo: PLX 2576. Mimo to jest też się czym pochwalić, posiadamy własny układ planetarny, chociaż oczywiście z Ziemią nie mamy się co porównywać. Czuję się bardzo związany z miejscem gdzie żyję, w końcu tam się urodziłem. Jak się domyślam, ty jesteś rodowitym berlińczykiem?

– Jestem – w jego głosie wyczułem nutę nostalgii – Pamiętam, choć to było już dawno, jak na Ziemi zaczęły się problemy, a zaraz potem nastąpił kosmiczny exodus. Nigdy jednak nie poczułem choćby najmniejszej chęci, aby coś zmienić, wyjechać, opuścić moje miasto. Zresztą, co ja bym robił na tych waszych iksach i igrekach? Tu przynajmniej wszystko ma sens, wynika z drugiego. Na przykład to miejsce. Pewnie wiesz, jak się nazywa, ale nie masz pojęcia, że dla każdego z nas, prawdziwego mieszkańca Berlina, a nie B1, to wyjątkowy bar. Powstał w roku 1980 na cześć Gerharda Branstnera i jego powieści o niedyskretnym robocie. To było coś! Zmieniło nasze myślenie o Ziemi i Wszechświecie. A dopiero długo później urodzili się ci, którzy postanowili słowa przemienić w czyny. W efekcie tego, ja przychodzę do „Robota” na bijera codziennie, a tacy jak ty, z całą sympatią i szacunkiem, mogą to zrobić najwyżej raz w życiu.

– W takim razie zamówię jeszcze jednego. Masz ochotę?

– Widzę, że ci zasmakowało – wyczułem tym razem nieukrywaną satysfakcję. Satysfakcję tego, że był Ziemianinem, nie uciekł, pozostał w starym, niemalże zapomnianym świecie – Nie mamy już wiele czasu, za chwilę zbiórka. Jeśli chcesz, to porozmawiamy jeszcze wieczorem w hotelu, tam też dają dobrego bijera.

– W porządku, ale pozwól, że mimo wszystko wypiję jeszcze ostatniego przy barze.

Wstać nie było łatwo, ale perspektywa znalezienia się bliżej wodopoju, w cudowny sposób dodała mi skrzydeł.

– Decyzję o opuszczeniu Ziemi i zasiedlaniu ciał niebieskich przyspieszyły dwa wydarzenia – autobus nie jechał zbyt szybko, a stojący na jego środku Karl – Heinz, doniośle przemawiał do wycieczki. Siedziałem zaledwie kilka miejsc od niego, od czasu do czasu spoglądając na zmieniający się za szybą krajobraz. Dojeżdżaliśmy właśnie do ronda na Tiergarten, kiedy nasz przewodnik kontynuował:

– Pierwsze miało charakter, powiedzmy biologiczny i wiązało się z dewastacją naszej fauny i flory. Dzisiaj już nad tym zapanowaliśmy, ale te kilkadziesiąt lat temu był to dla nas nie lada problem. Wszystko przez piekielnego maczużnika, który w postaci grzyba przywędrował do Europy z brazylijskich tropików. Ten pasożyt za doskonałego nosiciela wybrał sobie mrówkę, która infekowała zarówno rośliny, jak i inne owady, a nawet małe zwierzęta. Efekt był piorunujący, bo od momentu pojawienia się na naszym kontynencie, grzybom wystarczyło zaledwie kilka lat, aby totalnie zdewastować tutejszą roślinność. W końcu wynaleźliśmy antidotum, ale było już zbyt późno, bo plany kosmiczne były wówczas w zaawansowanej realizacji. Zresztą, kiedy w końcu uporaliśmy się z plagą organiczną, pojawiła się ta znacznie gorsza – mechaniczna. Sprzęt elektroniczny, a dokładniej telekomunikacyjny, czyli tak zwane telefony komórkowe, które przez większość firm które je produkowały były w walce o klienta po prostu masowo rozdawane. Marna jakość sprzętu, a przede wszystkim jego wielość spowodowały totalne zaśmiecenie naszej planety odpadami szkodliwymi dla zdrowia, a jak się miało także okazać, dla ludzkiego życia. Moje wnuki, gdybym je miał, pewnie pamiętałyby jeszcze te sterty śmieci, wywożonych z miast na specjalnie przystosowane do tego miejsca i place, które jednak szybko zmieniały swoje zastosowanie. Bo nauczyliśmy się w miarę ekologicznie likwidować normalne, w większości organiczne odpady, ale nie daliśmy sobie zupełnie rady ze sprzętem elektronicznym. To przechyliło szalę na rzecz poszukiwania alternatywnych rozwiązań związanych z innymi miejscami, gdzie można byłoby żyć i zacząć wszystko od nowa..

Karl – Heinz zrobił krótką pauzę, a ja już lekko przysypiałem. Znałem tę historię z licznych filmów, które o Ziemi puszczano w kinach na Lalande. Teraz jednak pragnąłem tylko wkroczyć do swojego pokoju i rzucić się na wygodną, chłodną pościel. Jeszcze raz spojrzałem na świat zza okna pojazdu – chyba zbliżaliśmy się do hotelu. A swoją drogą, to fajnie byłoby zdobyć na pamiątkę taką zasuszoną mrówkę, opanowaną przez krwiożerczego maczużnika.

Odświeżyłem się i pod wieczór postanowiłem zejść na dół, do hotelowej restauracji. Przy stolikach siedziało parę osób z naszej wycieczki, ale na ich towarzystwo nie miałem akurat zbytniej ochoty więc od razu swe kroki skierowałem do baru. Nie mogłem sobie odmówić złotego napoju, który tak bardzo mi smakował i co tu dużo mówić – liczyłem też na to, że w końcu przy barze pojawi się Karl – Heinz. Wysokie stołki nie były okupowane, ale to absolutnie mi nie przeszkadzało. Złożyłem zamówienie i gdy z nieukrywaną satysfakcją śledziłem ruchy barmana nalewającego bijera do szklanki, poczułem lekkie klepnięcie w ramię. Uśmiechnięty przewodnik bez słowa usiadł obok i przywitawszy się zdawkowo z mężczyzną za barem, poprosił o drinka i cygaro.

– Cieszę się, że jesteś – zwróciłem się w stronę Karl – Heinza – Miałem nadzieję, że się pojawisz.

Wykonałem przy tym wymowny ruch głową wskazując na towarzystwo przy kilku stolikach, co chyba dobrze odebrał, bo znowu się uśmiechnął, chociaż tym razem jakby bardziej z przekąsem. Jakaś niewidzialna nić sympatii połączyła nas już wcześniej, podczas dnia, a teraz Karl – Heinz jawił mi się jak zbawienie losu. Nie miałem ochoty wdawać się w dysputy ze współtowarzyszami wycieczki, ale byłem gotów na kilka opowieści o Ziemi, prawdziwej Ziemi.

– Jak dzisiejsze emocje? – w końcu się odezwał – Dzień był dość napięty, ale nie wyglądasz na zbytnio przemęczonego.

– Te atrakcje.., naprawdę jestem pod wrażeniem. Nie spodziewałem się czegoś takiego.

Z uznaniem podniósł szklankę w górę, akceptując chyba moje słowa. Stuknąłem się z nim swoim kuflem i szybko dodałem:

– Pozwól, że postawię ci następną kolejkę, zasługujesz na to. Nikt tak jak ty, nie potrafi chyba tak interesująco opowiadać o Berlinie. Będę miał co wspominać przez długi czas.

Widocznie połechtałem jego ambicję, bo znowu się uśmiechnął, teraz jakby z dumą i przysunąwszy się bliżej, niemalże wyszeptał mi do ucha:

– To jeszcze nic, zwykła turystyczna chałtura. Ci wszyscy ludzie, tak gorąco wymieniający się swoimi spostrzeżeniami i przeżywający to, co dzisiaj widzieli, tak naprawdę nigdy nie poznają prawdziwego Berlina.

– Dlaczego? – spytałem zdziwiony – Co masz na myśli? Czy to zbyt drogie? Nie na naszą kieszeń?

– Nie są gotowi – odparł enigmatycznie, choć nie umknęło mojej uwadze to, że chyba trochę zmienił ton. Przestał w końcu się też uśmiechać.

– Gotowi? Na co?

– Widzisz, byłem kiedyś przewodnikiem wycieczki z Marsa, nota bene straszni ludzie.. W każdym razie, w grupie było dwóch czterdziestolatków, którzy koniecznie chcieli się gdzieś wyrwać, po prostu nudzili się, dzień w dzień obwożeni po mieście. Pomyślałem, że są nawet w miarę sympatyczni więc zaproponowałem im, za drobną opłatą, indywidualną zmianę programu zwiedzania. Zabrałem ich do miejsca, które zrobiło na nich piorunujące wrażenie, ale nie zrozumieli, że istnieją pewne zasady, których w takich przypadkach należy przestrzegać. Jakby to powiedzieć, złamali dane słowo, nie jednak ze złośliwości, czy jakichś innych negatywnych pobudek. Po prostu nie byli przygotowani na to, co zobaczą i przeżyją. Miałem masę kłopotów i postanowiłem, że nigdy już nie wyjdę przed szereg. Wykonam swoją pracę, od początku do końca, bez jakichkolwiek zmian, czy udziwnień.

Robiło się ciekawie, w końcu Karl – Heinz nie opowiadał mi chyba tej historii bez powodu.

– A gdzie ich zabrałeś? No i co się z nimi stało?

Uśmiech znowu zagościł na jego twarzy:

– Siedzą sobie zapewne na tej swojej nudnej planecie i przechwalają się tym, jacy to nie chojracy. Ja w każdym razie mogę wypić teraz ich zdrowie, chociaż na podobny gest z ich strony zbytnio bym nie liczył. A to miejsce, to prawdziwy Berlin. Nie B1, ani cokolwiek innego. Po prostu Berlin, jakiego nikt z tych, którzy tu siedzą, nigdy nie poznają.

– Możesz.., możesz mnie tam zabrać, pokazać? Zapłacę dodatkowo.

– To nie kwestia pieniędzy – wydało mi się, że znów na chwilę spoważniał – Nie wiem, czy po prostu jesteś gotowy..

Zauważyłem, że mój kufel jest pusty. Kiwnąłem na barmana, dając mu do zrozumienia, o co mi chodzi. Bez słowa zaczął go napełniać.

– Karl – Heinz, proszę cię, powiedz o co chodzi?

– Widzisz – to westchnięcie już znałem – Nasz życie ograniczane jest wszelkiego rodzaju zasadami, które często znajdują swoje odzwierciedlenie w powszechnie panujących prawach, a nawet zakazach. Przyzwyczajamy się do nich, akceptując je lub odrzucając, ale generalnie szanujemy, zazwyczaj wyrażając na coś zgodę. Ile jednak razy miałeś ochotę zrobić coś niestandardowego, coś, co nie jest przyjęte, być może nawet potępiane? A gdyby takich norm nie było? Gdyby każdy mógł robić to, na co ma w danej chwili ochotę? Otóż wyobraź sobie przyjacielu, że właśnie jest taka możliwość. Tu, w Berlinie. To miejsce, gdzie wszystko możesz zrobić, bez względu na konsekwencje. Jest tylko jedna, delikatna kwestia. Gdy już tam się znajdziesz i to zrobisz, nic nie będziesz pamiętał.

Patrzyłem na Karl – Heinza z lekkim niedowierzaniem. Gdy jednak na jego twarzy spostrzegłem napięcie, zdołałem jedynie wyszeptać:

– Zabierz mnie tam. Koniecznie.

Umówiliśmy się wcześnie rano, tuż po szóstej. Miałem czekać na Karl – Heinza przed hotelem, chociaż przyznam szczerze, że wypity poprzedniego dnia alkohol ciągle dawał mi się we znaki. Gdy tylko jednak ujrzałem go, otwierającego drzwi taksówki i zachęcającego mnie abym wsiadł do środka, ból minął a zmęczenie zastąpione zostało przyjemnym, drażniącym skórę na plecach podnieceniem. Trzeba przyznać, że mój przewodnik był niezastąpiony – ledwie usiadłem na tylnim fotelu pojazdu obok niego, od razu podał mi plastykową butelkę z zimną wodą. Taksówka powoli ruszyła kierując się w północną stronę miasta. Nie pytałem się, dokąd dokładnie jedziemy, wierzyłem bowiem w dobre intencje mojego towarzysza. Zresztą odczułem, że chyba trochę celowo się w ten sposób ze mną drażnił, być może aby spotęgować efekt i jeszcze bardziej mnie zaskoczyć. Gdy jednak tempo pojazdu zaczęło pozostawiać wiele do życzenia, nie wytrzymałem i w końcu odezwałem się do niego:

– Powiedz mi Karl – Heinz, dlaczego zdecydowałeś się powiedzieć mi o tym miejscu? Przecież nie chciałeś nawet jakichkolwiek pieniędzy?

Znowu ten tajemniczy uśmiech na jego twarzy, który pojawiał się tak często.

– Chcę, abyś poznał prawdziwą Ziemię, zrozumiał, że to tu jesteśmy ludźmi a nie gdzieś tam, daleko stąd.

– No, ale sam powiedziałeś, że nic nie będę pamiętał, więc jaki jest tego sens?

– To już twój problem. Po pierwsze, sam musisz zdecydować, czy tego chcesz, ale rozumiem że skoro tu jesteśmy, to podjąłeś już ostateczną decyzję. Po drugie, wszyscy jesteśmy inni i inaczej odczuwamy nawet z pozoru te same rzeczy. A nuż, przytrafi ci się coś, co pozwoli ci zrozumieć..

– Zrozumieć? Co zrozumieć?

– Na przykład to, że czasami nie warto zaspokajać swojej próżnej ciekawości. Brak wyboru tylko z pozoru jest zniewoleniem. Dla niektórych, to taki sam wybór, jak każdy inny, tylko że nieświadomy.

Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale Karl – Heinz porozumiewawczo klepnął mnie w kolano, prosząc jednocześnie kierowcę aby się zatrzymał. Taksówka stanęła przy czymś na wzór pół – placu, ulicy w kształcie litery „U” ze stojącym w jej centrum budynkiem przypominającym kościół. Spojrzawszy na jedną z kamienic, dostrzegłem tabliczkę z nazwą ulicy, czy raczej placu – Zionskirche. Przewodnik lekko wypchnął mnie z pojazdu i stanęliśmy przed budynkiem z mocno przybrudzonej czerwonej cegły, na którym, tuż nad ogromnymi, równie sfatygowanymi drzwiami znajdował się niezbyt dużych rozmiarów napis: Katedra Studiów Azjatyckich.

2.

Pierwsze odczucie, które dotarło do mojej świadomości wiązało się z nieprzyjemnym, tępym bólem głowy. Zaraz potem poczułem, że jest mi zimno i odruchowo schwyciłem nieistniejącą kołdrę, aby z rozpaczą zorientować się, że leżę zupełnie nagi na nieposłanej, narzuconej jedynie pledem kanapie. Wokół walały się puste butelki po bijerze i jakieś resztki, prawdopodobnie zamówionej z hotelowej restauracji kolacji. Chciałem zorientować się w czasie, ale zegarka na przegubie też nie było, zapewne spoczywał w stercie kotłujących się pod otwartym oknem rzeczy. Podszedłem tam, aby go znaleźć – spodnie i marynarka były w fatalnym stanie, bez prasowania się nie obejdzie. Wyjrzałem przez okno; cisza i spokój, musiało być jeszcze wcześnie – faktycznie, na tarczy mojego super nowoczesnego Edoxa Classe Royale wyświetlała się dopiero siódma. Opadłem z powrotem na kanapę i próbowałem dojść przyczyn mojego stanu, ale gdy tylko o tym myślałem, ból jeszcze bardziej się zmagał. Butelka z zimną wodą wydawała się w tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem.

Prysznic. Chłodny i przyjemny strumień wody rozkosznie dziurawił moje ciało. Stałem tak, odkrywając na przemian plecy, na przemian głowę i brzuch na zimną falę. Myślenie wyłączyłem, pozostawiłem na później wszelkie rozważania i dylematy. Aż do momentu, gdy dostrzegłem tę małą, niewinną strużkę bordowo bladej cieczy, umykającej spod mych nóg do otworu odpływu. Pochyliłem się i dotknąłem jej palcami, a zaraz potem zlokalizowałem źródło cieczy, która wodą z pewnością nie była. Pod samym biodrem, na wewnętrznej części mojego uda znajdował się mały, prawie niewidoczny strupek przykrywający ranę i czarną, minimalnych rozmiarów cyfrę „osiem”. Zakręciłem momentalnie wodę i wyszedłem spod prysznica, aby w lustrze lepiej przyjrzeć się „znalezisku”. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że miałem tatuaż, ale do cholery w jaki sposób znalazł się on na moim ciele?!

Na zejście do restauracji było jeszcze zbyt wcześnie, zresztą wycieczka umówiona była na śniadanie, dopiero na dziewiątą. Dzisiaj mieliśmy pojechać za miasto, do naturalnego rezerwatu psów i kotów, które ze względów bezpieczeństwa trzymano na odludziu. To jednak w tym momencie zupełnie przestało mnie interesować – w myślach cały czas miałem tę dziwną „ósemkę” i piekielne pytanie: skąd? Gdy zacząłem zakładać świeżą koszulę, cały czas próbowałem przypomnieć sobie, co stało się poprzedniego dnia, a raczej chyba wieczoru. Spotkałem się z Karl – Heinzem i pojechaliśmy gdzieś taksówką. Tylko gdzie? Najlepiej byłoby spytać samego przewodnika, ale dzisiaj miał wolne, na oglądanie zwierząt miał nas zawieźć ktoś inny, zdaje się że jakaś kobieta. Zaraz, zaraz.. Pojechaliśmy coś zwiedzać, ale dlaczego sami? Tak, ja go o to poprosiłem, a on się zgodził. Jakiś kościół, stara dzielnica.., to wszystko kołatało się po mojej głowie, a ja nie potrafiłem przyporządkować czasu do wydarzeń. Czerwony kolor, raczej ceglany i brudny, zupełne odludzie, chociaż jakby w centrum, albo bardzo blisko. To jednak nie mogło mi pomóc, bowiem B1 nie był już tym, czym jeszcze przed kilkunastu laty. Tutaj tętniące życiem miasto nie miało już jakiegokolwiek uzasadnienia. Postanowiłem przeszukać kieszenie pogniecionego do granic możliwości letniego garnituru, który poprzedniego dnia miałem na sobie. Bez rezultatu. Portfel z kartami i jakieś drobne, leżały na stole obok pustej do połowy butelki ze złotym napojem. Powąchałem rzeczy, ale oprócz naturalnego zapachu wczorajszego dnia, nic szczególnego nie wyczułem. Nie pozostawało mi nic innego, jak spędzić resztę dnia na rozmyślaniach i ewentualnym obcowaniu z czteronogimi, a na ewentualne wyjaśnienia poczekać na spotkanie z Karl – Heinzem, czyli za jakieś dwadzieścia cztery godziny.

Historia rezerwatu pod Berlinem była dość prozaiczna. Jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, miasto zaczęło się zmagać z plagą bezdomnych psów i kotów. Postanowiono w humanitarny sposób opanować problem i usunąć niechcianych mieszkańców poza granice miasta. Wymyślono – na wniosek rosnących w siłę ekologów – sposób, jak to zrobić. Wyprodukowano kilka tysięcy kukieł tych sierściuchów i wysmarowawszy je zwierzęcymi feromonami umieszczono na zamkniętym obszarze, jakieś piętnaście kilometrów za rogatkami Berlina. Skutek był piorunujący, ale oczekiwania i skala całej akcji przerosła praktycznie wszystko, bowiem zastosowana przez ekologów metoda, dosłownie „wypłoszyła” wszystkie zwierzęta z miasta, które od tego momentu chciały zadomowić się jedynie w rezerwacie. Co ciekawe, nikomu z zrozpaczonych właścicieli nigdy nie udało się sprowadzić swojego pupila z powrotem do swoich mieszkań. Taki był koniec egzystencji berlińskich psów i kotów.

Chodziłem obojętnie po tarasach widokowych, od czasu do czasu spoglądając w stronę wybiegów. Kątem oka dostrzegałem tabliczki wyjaśniające, jakiego stwora w danym momencie powinniśmy się spodziewać; roiło się tu od różnego rodzaju jamników, dogów, cziłał i kotów europejskich, których było chyba najwięcej. Tak naprawdę, miałem ochotę usiąść w rezerwatowym barze i w spokoju coś wypić, ale czekała mnie jeszcze ostatnia przechadzka wśród domowych zwierząt na trasie do wodopoju. Kot norweski, angora, australijski mist, karelski bobtail, czeski rex, kot azjatycki półdługowłosy.. Stanąłem jak wryty. Kot azjatycki.., coś nie dawało mi spokoju. Cofnąłem się i uważniej przyjrzałem się tabliczce: „.. kot azjatycki półdługowłosy, typu burmańskiego, rasy burmilla, kraj pochodzenia – Wielka Brytania, gdzie znany był także jako Tiffanie, kolor.., itd.”. Zacząłem intensywnie myśleć, wiedząc, że nagłe otrzeźwienie nie było przypadkiem. Przymknąłem oczy i jak przez mgłę, ni to na jawie, ni poza nią, zaczęła mi majaczyć średniowieczna budowla z czerwono – brunatnej cegły. Zaraz potem pomyślałem o Karl – Heinzu i o tym, co mówił gdy go ostatnio widziałem, ale moje intelektualne wysiłki spełzły na niczym. Spokoju jednak nie dawał mi kot. Azjatycki.

Następnego dnia, Karl – Heinz ciągle mnie zbywał sprawiając wrażenie bardzo roztargnionego i wiecznie zabieganego. Na moje prośby o rozmowę w cztery oczy, odpowiadał tylko, że jest bardzo zajęty i biegnąc w kierunku ludzi z naszej grupy, na odchodnym dodawał, że porozmawiamy później. W końcu udało mi się go dopaść, praktycznie pod sam wieczór, gdy z kolejnej wycieczki fakultatywnej wróciliśmy zmęczeni do hotelu. Znowu siedzieliśmy w na dole w barze, a ja niecierpliwie czekałem, aż przewodnik dopije łapczywie pochłanianego bijera.

– Karl – Heinz, powiedz szczerze, co się stało? Dlaczego nic nie pamiętam z przedwczorajszego dnia? – zacząłem w końcu. Spojrzał na mnie wymownie i odparł:

– Przecież sam tego chciałeś. Zgodziłeś się.

– Ale na co?!

– Na zapomnienie.

– Ale, gdzie byłem? Co robiłem? Dokąd poszliśmy? Gdzie mnie zabrałeś?

– Chciałeś poznać prawdziwy Berlin, a ja ci to umożliwiłem. To wszystko.

Teraz ja pociągnąłem sporo. Za sporo. Zakrztusiłem się, a Karl – Heinz usłużnie poklepał mnie po plecach.

– Chcesz tam wrócić? – zapytał. Nie wiem, czy czasem się nie pomyliłem, ale wydało mi się, że w jego głosie wyczułem nutę nadziei.

– Tak, Karl – Heinz. Chcę tam wrócić.

Starałem się zapamiętać ulice, którymi mknęła taksówka, chociaż określenie „mknęła” było zdecydowanie na wyrost. W nazwach pogubiłem się już na trzecim skrzyżowaniu od hotelu, ale tym się nie przejmowałem, bo ważna była droga i jej charakterystyczne elementy. Najlepiej byłoby to wszystko notować, ale uważałem, że w stosunku do Karl – Heinza mogłoby to być nietaktem. Poza tym, nie zawiodłem się jeszcze jak dotąd na swojej wizualnej pamięci, którą nieraz w porywach traktowałem jak fotograficzną. Jednak z niemałym rozczarowaniem stwierdziłem, że okolice które obserwowałem z okna pojazdu, kompletnie niczego mi nie przypominały. Nawet, kiedy dojechaliśmy na miejsce, a taksówka wjechała na ulicę w kształcie litery „U” z położonym po środku starym kościołem. I tylko w tym momencie, w mojej głowie pojawił się ulotny, aczkolwiek ostry impuls. Czerwień. Brud. I ogromne drzwi wejściowe do budynku z tablicą, na której widniał napis: Katedra Studiów Azjatyckich. Przez chwilę miałem nadzieję, że Karl – Heinz wysiądzie ze mną, ale zrobił tylko zachęcający gest ręką, powiedział coś po niemiecku do kierowcy i uśmiechnąwszy się na odchodnym zatrzasnął drzwi taksówki i po chwili odjechał. Zrozumiałem, że muszę tam pójść sam, ale nie czułem lęku a raczej podniecenie. Wiedziałem, że wchodzę tam, gdzie już byłem, ale nic poza tym nie potrafiłem sobie przypomnieć.

Coś metalicznie zimnego odciskało się na moim ramieniu. Przez moment nic nie widziałem, bo wszędzie panował półmrok, ale gdy oczy już się przyzwyczaiły, dostrzegłem długi metalowy blat, o który się opierałem, a wokół półki z jakimiś popakowanymi towarami. W powietrzu unosił się zapach żywności, pomieszany z nutą środków dezynfekujących, a ja cały upstrzony byłem gęsią skórką, bo moje ubranie leżało niedbale zwinięte tuż pod drzwiami pomieszczenia. Z malutkiego okna, do wewnątrz wdzierało się światło, a zza metalowych drzwi dochodziły jakieś odgłosy. Szybko wciągnąłem spodnie i zarzuciłem marynarkę; sprawdziłem kieszenie – były puste, ale z tego co pamiętałem, pieniądze i inne kosztowności zostawiłem poprzedniego dnia w hotelu. Poprzedniego? Być może. Lepiły mi się palce. Jakaś brunatna maź, którą pobrudziłem sobie lnianą nogawkę przebijała na wylot materiał. Obejrzałem swoją nogę i zaskoczeniem stwierdziłem, że na wewnętrznej stronie uda pojawiły się cztery wytatuowane litery: 8, 1, 4 i 7.

Rozglądałem się próbując określić to, gdzie jestem. Pomieszczenie niczego mi nie przypominało, przynajmniej czegokolwiek, co znałem. Mogłem jedynie przypuszczać, że tkwię w jakimś magazynie żywności, skąd jednak się tu znalazłem? Miałem nadzieję, że rozwiązanie zagadki kryje się za metalowymi drzwiami. Nacisnąłem delikatnie klamkę i bezszelestnie je pchnąłem. Coś jakby korytarz bez okien i coraz donośniejsze odgłosy, jakaś rozmowa. Podszedłem do kolejnych drzwi, tym razem drewnianych i przycisnąłem ucho do szpary tuż przy futrynie.

– .. a pamiętasz tych z Marsa? Na szczęście nigdy nie przyszło im do głowy, aby tu powrócić – głos należący do mężczyzny był wyraźnie rozbawiony.

– Chyba ich nie polubiłeś? – ten wydał mi się znajomy. Już po chwili wiedziałem, że należy do mojego przewodnika.

– Och, Uwe. Nie zadawaj takich pytań, Karl – Heinz nigdy ich nie zapomni, prawda? – znowu śmiech, tym razem kilku mężczyzn.

– A jak twoja wycieczka, Andreas? Lars mówił, że zupełnie przyzwoici ludzie.

– Taaak. Nie są zbytnio natrętni i da się ich polubić. Nawet o mały włos, nie zaprowadziłem jednego z nich do KSA. Już chciałem to zrobić, ale upił się bijerem na wieczorku zapoznawczym i pomyślałem sobie, że to dla niego większa atrakcja.

– Mój ciągle tam wraca, ale jutro wyjeżdżają już z B1. Lecą na Bliski Wschód, paradoksalnie. A jak twój klient?

– Wczoraj znowu go tam zawiozłem – to był Karl – Heinz – Nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa. Obawiam się, że aż do ich wyjazdu, ale nie żałuję. Myślę, że na to zasłużył. Bardzo miły Lalandczyk.

W sali, którą podsłuchiwałem, zapanował krótki harmider. Szuranie krzeseł i chyba brzdęk szkła. Po chwili zapanowała cisza, na sekundę przerwana trzaskiem kolejnych drzwi. Odczekałem jeszcze moment i zajrzałem do środka. Jakież było moje zdziwienie, gdy moim oczom ukazał się znajomy bar z atrapą robota po boku.

Obserwowałem Zionskirch platz opierając się plecami o dość potężnych rozmiarów wierzbę, dokładnie naprzeciw wejścia do budynku z czerwonej cegły. W głowie miałem chaos, coś mówiło mi: idź, ale zaraz do mojej świadomości dochodził drugi, nie mniej przekonujący głos: poczekaj, jeszcze chwilę. Nie rozumiałem tego, nigdy wcześniej tak się nie czułem. Wycieczka zwiedzała dzisiaj stare lotnisko i ruiny Reichstagu, a ja tkwiłem gdzieś na tym niesamowitym odludziu. Wymigałem się kłamstwem o bólu głowy i gdy wszyscy opuścili już hotel, poprosiłem Karl – Heinza o adres miejsca, do którego przywiózł mnie poprzedniego dnia. Pobłażliwie pokiwał głową, naskrobał coś na małej kartce i podał mi ją praktycznie bez słowa. Tak więc stałem przed budynkiem, do którego coś mnie ciągnęło i nie zdając sobie sprawy co, ruszyłem w stronę napisu: Katedra Studiów Azjatyckich.

3.

Chlust lodowatej wody prosto w twarz i już się przebudziłem. Każdy członek mojego ciała przeraźliwie dawał znać o swoim odrętwieniu. Uniosłem lekko głowę i przez opuchnięte oczy dostrzegłem strużkę wywołującego ból głowy światła. Chciałem się poruszyć, ale nie mogłem – moje ręce i nogi były skrępowane sznurem, czy powrozem, a ja unieruchomiony siedziałem na twardym, metalowym krześle. Było zimno, cholernie zimno. To odczucie docierało do mnie powoli, ale bardzo konsekwentnie, dając wyraz temu że byłem zupełnie nagi. Znowu woda. Tym razem chyba z kubła i na obolałe, poranione plecy. Zaraz potem, ktoś otarł mi twarz, jakąś brudną, śmierdzącą szmatą. Teraz mogłem już dostrzec więcej. Ciemny pokój bez okien, biurko z lampą skierowaną prosto w moją twarz, dwóch mundurowych przede mną i najprawdopodobniej jeszcze ktoś z tyłu. No i ten przeraźliwie żrący w opuchnięte oczy dym tanich papierosów. Pomyślałem, że to nie może być prawda, że śnię i jeszcze się nie przebudziłem, ale ból spowodowany nagłym ciosem w twarz uświadomił mi, jak bardzo się mylę. Zanim ponownie zemdlałem, zdążyłem jeszcze wypluć przed siebie sporą ilość krwi i kilka zębów.

Ciało miałem ciężkie, jakby przyklejone do podłogi, a do tego nie mogłem się poruszać. Panowała kompletna ciemność, ale gdy moje oczy już się do niej przyzwyczaiły, zacząłem rozpoznawać kontury znajomo wyglądających przedmiotów. Były jednak inne, chyba archaiczne, a przynajmniej dawno nieużywane. Miska, koc, wiadro i stojący obok niego zardzewiały kubek. Moje rzeczy, a raczej to co z nich pozostało, leżały pod ścianą, wydając zapach nie do zniesienia. Zresztą nie tylko one. Moje brudne, pokryte strupami ciało też pozostawiało wiele do życzenia.

Zacząłem intensywnie myśleć, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał mi nieustający ból głowy. Wierzba, budynek ze starej, przybrudzonej czerwonej cegły, uśmiech Karl – Heinza. To było wszystko, co w tej chwili mogłem sobie przypomnieć. Spojrzałem na nogi, które już zupełnie dobrze dostrzegałem. Wydało mi się, że mam kilka wyrwanych paznokci u stóp, ale odnóża były tak upaprane krwią, że i tego nie byłem pewien. Bolało mnie dosłownie wszystko, no i było bardzo, bardzo zimno. Z trudem przewróciłem się na bok i spróbowałem wstać, ale siła przyciągania była dla mnie w tym momencie nie do przezwyciężenia. Być może miałem połamane kości, a na pewno byłem poważnie poturbowany. Kroki. Usłyszałem je na zewnątrz, być może na korytarzu. Zaraz potem dźwięk rozsuwanego rygla i kluczy w zamku drzwi, za którymi się znajdowałem. Ktoś wszedł do środka i bezceremonialnie wywlókł mnie z pomieszczenia. Od razu zrobiło się jasno i znowu nic nie widziałem. A później ciągnięcie, długie ciągnięcie mojego ciała po szorstkiej posadzce i wreszcie krzesło, którego fakturę też już znałem. I zanim dostałem w twarz, a kolejny kubeł lodowatej wody wylądował na mojej głowie, zdążyłem odczytać nagłówek na kartce, chyba jakiegoś regulaminu, zawieszonego na ścianie pokoju gdzie mnie katowali: Hauptverwaltung Aufklarung.

Zapadł już wieczór. Wyciągnięto mnie na zewnątrz wraz z innymi. Nic nie rozumiałem, strażnicy krzyczeli po niemiecku. Miałem na sobie brudne, podarte ubranie, nie wiem nawet czy moje własne. Mocne szturchnięcie między łopatki i ktoś wepchnął mnie do ciężarówki przykrytej płócienną plandeką. Upchali nas do środka – wszyscy cisi, bezimienni. Przywarłem do plandeki słysząc rozruch silnika, a że w środku zrobiło się nagle duszno, w poszukiwaniu jakiejkolwiek szpary, wymacałem niewielką dziurę w materiale. Teraz widziałem już zdecydowanie lepiej, bo na zewnątrz panował zaledwie półmrok. To, co dostrzegłem, jeszcze bardziej mnie przeraziło. Bowiem auto, w którym się znajdowałem wyjeżdżało właśnie przez bramę na charakterystyczną ulicę w kształcie litery U.

Ocknąłem się, głośno łapiąc ustami powietrze. Omal nie zrzuciłem z biurka plastikowego kubka z zimną już kawą. Przede mną leżał otwarty katalog biura podróży EARTH AGAIN z reklamą europejskich wakacji na Ziemi. Wszędzie wokół walały się tabletki na ból głowy. Przeciągnąwszy się na krześle, sięgnąłem po prospekt z zachęcającymi, kolorowymi zdjęciami jakichś miast i ruin. Przerzucając kartki, na jednej z nich dostrzegłem czerwone, powiększone litery układające się prawdopodobnie w numer telefonu. Tak, poniżej znajdował się napis: zadzwoń teraz! Nie ociągając się, wystukałem na aparacie – 814739923. Zaledwie po jednym sygnale, w słuchawce odezwał się głos: dziękujemy za wybranie naszej niesamowitej oferty! Jeśli nie poznałeś jeszcze Ziemi lub już tam byłeś i pragniesz powrócić, aby przeżyć niezapomniane chwile, to wybrałeś najlepiej! Tam spełniają się najskrytsze marzenia, pragnienia i oczekiwania, a ty nie możesz przegapić tej jedynej w swoim rodzaju oferty! I jeszcze jedno: B1 to tylko namiastka – teraz zabieramy cię na Bliski Wschód! Jeśli chcesz poznać szczegóły, po prostu wciśnij „1”! Cóż, brzmiało zachęcająco. Byłem już pewien, że skorzystam z oferty i po raz pierwszy w życiu za pośrednictwem EARTH AGAIN odwiedzę Ziemię. Super, o takich wakacjach marzyłem!

 Koniec

Paweł SEMMLER 

(Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone. Kopiowanie tekstu zabronione!)

OSOBA TOWARZYSZĄCA

OSOBA TOWARZYSZĄCA

1.

(Niebo)

Autor Paweł Semmler
Autor Paweł Semmler

W barze, jak w barze – popija się trunki, czasami czyta gazety, spogląda ukradkiem na roześmiane dziewczyny. Gdy człowiek ma chandrę, wykorzystuje barmana w celu prywatnej spowiedzi, albo z zaciśniętymi zębami marzy, aby nie odezwał się do ciebie ani jednym słowem. Czasem wystarcza krzesło, stolik i okno, aby w oczekiwanej samotności obserwować to, co na zewnątrz. Innym razem, spojrzenie kieruje się w najodleglejsze, ciemne miejsce gdzieś w kącie, aby ukryć smutek, ból czy rozczarowanie, z dala od innych. Wtedy najlepszym przyjacielem jest kieliszek lub szklanka, a czymś co cementuje doznania – dym z papierosa.

Przychodziłem do „Nieba” dwa razy dziennie. Wcześnie, na poranną kawę i prasówkę, i wieczorem, tuż po pracy, aby odstresować się po miliardach mniej lub bardziej głupich pytań, zadawanych mi godzinami przez moich studentów. Zazwyczaj „mój” stolik zawalony był papierami, w których starałem się odnaleźć interesujące mnie informacje (w przypadku gazet) lub sens kilkuset znaków przekształconych w tezy, a będących zwartym elementem prac młodych miłośników stosunków międzynarodowych. Wypijałem przy nich spore ilości czarnego, aromatycznego napitku, a gdy się już z nimi uporałem, odsuwałem daleko od siebie, na bok, skraj stolika przy którym siedziałem, zaznaczając nieliczne z nich czerwonym wykrzyknikiem u krawędzi kartki, co w moim odczuciu miało znaczyć, iż praca jest godna większej uwagi. Wędrując czasem do baru po kolejną filiżankę i wracając z nią z powrotem do stolika, wyobrażałem go sobie, jako bezludną wyspę, skutą twardym lodem i pokrytą śnieżnobiałym puchem. Wtedy mój uśmiech na twarzy wywoływał jedynie ten nienaturalny w tych warunkach dym, wydobywający się w pozostawionej pomiędzy białymi „szczytami” popielniczki. Za każdym razem w takiej chwili, nachodziła mnie nieodparta chęć puszczenia wyspy z ogniem.

Setki godzin wykładów zmieniły moje podejście do tego, co jeszcze jakiś czas temu uważałem za powołanie. Szukałem alternatywnych rozwiązań w taki sposób, aby obcowanie ze studentami sprawiało zarówno mnie, jak i im, satysfakcję. To poczucie było jednak coraz mniejsze, a ja popadałem w niebezpieczną i co tu dużo mówić – nudną rutynę. Zdałem też sobie sprawę z tego, że dzisiejsze uniwersytety to zwyczajny biznes, zobligowane jedynie na osiągnięcie finansowego sukcesu. Ta konstatacja tylko powiększała moje rozgoryczenie. Upijając się kolejną szklanką wysokoprocentowego alkoholu, pewnego wieczoru w „Niebie” wymyśliłem więc kurs, który miał uatrakcyjnić moje spędzanie zawodowego czasu w murach uznanej uczelni. Wykorzystując swoją wiedzę, zainteresowania i hobby, zacząłem prowadzić wykłady o współczesnej noweli fantastycznej, na które, o dziwo, zapisało się nawet sporo studentów. Było to dla mnie tym bardziej zaskakujące, iż do literatury science – fiction nadal podchodzono z ewidentnym przymrużeniem oka, szczególnie w takim miejscu, jak akademia. Zbliżał się koniec semestru, a ja swoim podopiecznym zadałem pracę końcową. Na kilkunastu stronach znormalizowanego tekstu, mieli stworzyć swoją fantastyczną „short story”. Kiedy więc nadszedł termin oddania prac, wziąłem dwadzieścia papierowych teczek pod pachę i postanowiłem resztę wolnych dni spędzić na lekturze opowiadań, przy mojej ulubionej, białej wyspie skutej lodem.

Na wyspie wyrósł komin. Szklany, zakorkowany, pełen złotej cieczy, z czarną, sugestywną i nie dającą się pomylić z niczym innym nalepką. Tak było łatwiej, prościej i taniej. Do tego, średniej wielkości kubełek z lodem, trochę rozcieńczacza do popicia i mogłem brać się do pracy. Gdy nieco znudzony robiłem sobie jakąś przerwę na przechadzkę na zewnątrz, czy po prostu za potrzebą, zaprzyjaźniony barman zabezpieczał suwerenność wyspy karteczką „zarezerwowane”, co i tak było zbyteczne, gdyż jej powierzchnia od razu dawała do zrozumienia, iż jej właściciel umknął tylko na chwilę. I gdy entuzjazm powracał, ja powracałem wraz z nim na swoje włości, aby ponownie zagłębiać się w obcej, młodzieńczej fantazji. Scenariusz był zawsze ten sam: około dwieście gram na jedno opowiadanie, no chyba że coś szczególnie mnie zaintrygowało – wtedy dodatkowo na wyspie wzniecałem ogień. Stąd, na białych do tej pory kartkach, brały się szare plamy po popiele lub osmalone żarem, mikroskopijne otwory. A ja odpływałem gdzieś w przestrzeń, trzymając się słów jak zarzuconego na szyję jakiegoś stwora lassa. Tak, właśnie tak a nie inaczej, to widziałem. W myślach przedstawiałem siebie, jako kowboja, myśliwego polującego na zwierza, tudzież Indianina wypatrującego za właściwym koniem, aby na nim za chwilę usiąść i pognać daleko przed siebie, pozostawiając wszystko tak niewidocznie za sobą.

Pierwsze trzy opowiadania przemknęły dość szybko. Jak miasteczka, które się prędko mija, nie zauważając nawet koloru pozostawianych za sobą domów i płotów. Powiedzmy szczerze – były takie sobie. Jedno z nich miało nawet szansę dość ciekawie się rozwinąć, ale nadzieja na coś przyzwoitego minęła równie szybko, jak pochłaniane przeze mnie drinki. Historia dziewczyny, która z powodu udaru mózgu potrafiła liczyć jedynie do czterech, zapowiadała się dość intrygująco, ale gdy tylko wokół niej pojawiły się dziwne stwory z kosmosu, które próbowały ją porwać gdzieś na krańce wszechświata i tam zmutować ją w taki sposób, aby powróciła na Ziemię w postaci cyfrowego potwora i wytrzebiła planetę do czterech miliardów osób, nowela przestała mnie bawić. Za pomysł, inwencję, nienaganny styl i wymęczone jedenaście stron, postawiłem ocenę dostateczną; i tak w moim mniemaniu nieco na wyrost. Później męczyłem się z plagą rozwścieczonej szarańczy, wysysającej z ludzi wodę i pozostającej w nieustannym ruchu, aby nie zostać zjedzonym przez robali – strażników, pochodzących oczywiście z bardzo daleka. Tutaj spodobał mi się jedynie fragment, w którym skrzydlate potwory zatrzymywały się tylko wówczas, gdy było ciemno. To mi coś przypominało, ale nie mogłem w tej chwili skojarzyć, cóż takiego.. Ciekawa natomiast okazała się kilkustronicówka o człowieku, który w tym samym czasie znajdował się w kilku miejscach naraz. Naprawdę, chwilami dobrze się bawiłem czytając przygody bohatera, który raz po raz „przełączał” swoją obecność w taki sposób, iż nagle przemieszczał się z ogarniętych anarchistycznymi zamieszkami Aten do umiejscowionego w „roku zerowym”, kambodżańskiego więzienia Phnom Penh. A ja przerzucałem teczki z jednego miejsca na drugie, wypijając w miarę upływu czasu prawie wszystko, co znajdowało się w kwadratowym kominie, a kiedy został przeze mnie już całkowicie osuszony, postanowiłem zrobić sobie kolejną przerwę. Poprosiłem barmana o zabezpieczenie wyspy i wyszedłem z „Nieba”, z zamiarem powrotu dopiero pod wieczór.

Obudziłem się tuż przed 21, a za oknem powoli szarzało. Trochę przesadziłem z drzemką, zważywszy na to, że przede mną było tego wieczoru jeszcze sporo pracy. Żwawo się odświeżyłem, zarzuciłem na plecy ortalionową kurtkę i po kilku minutach byłem już w drodze. Do „Nieba” miałem jakiś kwadrans wolnym krokiem więc postanowiłem się przespacerować, chociaż gdybym skorzystał z tramwaju, to te kilka przystanków przejechałbym zaledwie w trzy, cztery minuty. Po drodze zapaliłem papierosa, a zaraz potem kilka razy głęboko oddychając dotleniłem płuca i byłem prawie gotowy do długotrwałej nasiadówki. W lokalu było sporo ludzi, większość klientów siedziała przy barze lub kręciło się blisko niego. Nawet się z tego faktu ucieszyłem – była szansa, że nikt nie będzie mi zbyt często przeszkadzać. Machnąłem więc tylko barmanowi ręką, że już jestem i w oczekiwaniu na swoją butelkę, usiadłem przy moim stoliku. Nie zdążyłem nawet wyciągnąć prac, a świeżuteńki Jack Daniels stał przede mną, prosząc o zapoczątkowanie rytuału odkorkowania. To tutaj lubiłem. Szybko, sprawnie, bez zbędnych słów i pytań. Dwa szybkie dla animuszu i mogłem zabrać się do roboty. Na pierwszy ogień poszła „Osoba Towarzysząca”, jednej z moich ulubionych studentek – Tamary. Dziewczyna chodziła na moje wszystkie wykłady; siadała zawsze gdzieś po środku sali, ale w dobrze widocznym z mojej perspektywy miejscu. Jej długie, kasztanowe włosy doskonale wydłużały szczupłą, niezwykle zgrabną sylwetkę, która co tu dużo mówić, wzbudzała moje widoczne zapewne zainteresowanie. Lubiłem, gdy na spotkania przychodziła w spodniach, mogłem wtedy ukradkiem podziwiać jej atrakcyjne nogi, nie mówiąc już o opiętych dżinsami ponętnych pośladkach. No i ten zapach! Potrafiłem go rozpoznać, gdy tylko pojawiała się gdzieś w pobliżu. Tamaro, brałem się za twoją twórczość..

– Różnica dotycząca funkcjonowania guerilli w Surinamie a pozostałych państwach Ameryki Łacińskiej polegała na tym, że w przeciwieństwie do innych państw, tu podparta była ideologią zupełnie odmiennego typu. Nie lewacką, ani nawet nie do końca polityczną, chociaż to może akurat budzić pewne wątpliwości. W każdym razie, to co wyróżniało Boutersa, czy Brunswijka, a co znalazło oparcie w działalności „Komanda Dżungli”, było niczym innym, jak nurtem etnicznym.

– Profesorze, przepraszam – widziałam kiedyś w „Spieglu” zdjęcie jednego z surinamskich partyzantów. Artykuł opisywał sytuację w tym kraju w latach 80. i 90., a na fotografii był właśnie Brunswijk. Z kuszą w rękach. To mnie zaintrygowało. Ze zwykłego rolnika stał się wyrachowanym żołnierzem. Nie sądziłam, że pod wpływem jakiejkolwiek ideologii, ludzie są w stanie tak bardzo się zmienić..

– Pani Tamaro, ideologia nie jest wolna, a to, co nie jest wolne, najczęściej nas opanowuje. Nawet, gdy sami tego nie chcemy. Nie czujemy, że z dnia na dzień stajemy się zupełnie innymi ludźmi. Nikt z nas nie jest do końca wolny, przynajmniej nie w takim wymiarze, jak byśmy chcieli. A to oznacza, że mamy w sobie coś z przysłowiowego Jackylla i Hyde’a. Zazwyczaj.

(.. panie premierze, panie premierze! Proszę się obudzić, panie premierze! ..żadnych barier! Żadnych barier!).

2.

(Osoba Towarzysząca)

Wyszedłem z „Nieba” nad ranem. Świtało, było już jasno, miasto powoli przygotowywało się do przebudzenia. Nawet dokładnie nie pamiętałem, kiedy urwał mi się film; myślę że było to gdzieś między piątą a szóstą stroną opowiadania Tamary. A może nie? Z przekąsem pokiwałem głową. Moje wykłady chyba nie poszły na marne, bowiem to o czym pisała dziewczyna nie było pozbawione pewnego spojrzenia politycznego na otaczającą nas rzeczywistość. A do tego, umiejętnie wkomponowała polityczną intrygę w zakamarki fantastyki, co tylko spotęgowało moją chęć doczytania pracy do końca. No właśnie, nie mogłem też sobie przypomnieć, w którym miejscu przerwałem czytanie, a że pozostawiłem jej esej wraz z innymi na przechowanie u barmana, nie mogłem w tej chwili tego sprawdzić. Zresztą, nie chciałem, byłem zbyt zmęczony i szczerze mówiąc, do końca jeszcze nie wytrzeźwiałem. Postanowiłem więc pozostawić tę przyjemność na później. Za kilka godzin, gdy już dojdę do siebie, a bar ponownie się zaludni, powrócę na swoją wyspę.

Miałem do przejścia kilka przecznic. Szedłem zupełnie jeszcze pustymi ulicami, nie niepokojony jakimikolwiek industrialnymi odgłosami. Można by pomyśleć, że byłem sam w tym na co dzień, tętniącym życiem mieście. O tym, że nie pozostałem jedynym człowiekiem na Ziemi, przekonywały mnie jedynie liczne bilboardy z wizerunkami polityków, kandydujących w zbliżających się wyborach parlamentarnych. Z jednego z nich, umieszczonego w centralnym miejscu ruchliwego zazwyczaj skrzyżowania, spoglądał na mnie uśmiechnięty premier, z którego ust wydostawały się gigantycznych rozmiarów litery układające się w hasło: „żadnych barier!”. Były tak sugestywne, że przy odrobinie dobrych chęci i krzcie fantazji mógłbym nawet na niego zagłosować. Doszedłem w końcu do kamienicy w której mieszkałem, doczłapałem się na poddasze i otworzywszy jeszcze okno na oścież (zapowiadał się naprawdę upalny dzień), rzuciłem się na wiecznie nie pościelone łóżko i od razu zasnąłem. Śniła mi się Tamara, siedząca w ekscentrycznej pozie na krześle przy biurku, trzymająca fikuśnie długopis w ustach i myśląca zapewne o kolejnym wersie swojego semestralnego opowiadania.

Obudziłem się, a właściwie.. No właśnie, nie jestem teraz pewien, ale chyba raczej mnie obudzono. Jak przez majaczący jeszcze, uciekający swoimi resztkami sen, usłyszałem kilka strzępków słów, coś jakby: „panie premierze, proszę się obudzić!”. Otwarłem oczy i od razu je zamknąłem, byłem bowiem przekonany, że wciąż tkwię w objęciach Morfeusza. Słońce wpadało do pokoju przez rozsunięte zasłony i otwarte okno, a ja powoli podnosiłem głowę z poduszki.

– Panie premierze, dobre wieści! – do pokoju wszedł jakiś człowiek i mówiąc te słowa (do mnie?!) od razu skierował się do kredensu i postawił na nim przyniesioną filiżankę i czajniczek, prawdopodobnie z gorącą kawą. Tak, nie myliłem się, po pokoju rozszedł się jej aromatyczny zapach – Są wstępne wyniki wyborów, wygraliśmy!

Usiadłem na łóżku. Pokój nie przypominał mojego. Był dużo większy, cały w jasnych, niemalże białych kolorach, z eleganckimi meblami, których też nie kojarzyłem. Wiszący na ścianie stylowy zegar, wskazywał szóstą trzydzieści.

– Dzisiejsze gazety kładę na stoliku, jak zwykle, panie premierze – koleś powiedział jeszcze na odchodnym i wyszedł z pokoju. Wstałem nieco oszołomiony całą sytuacją i podszedłem do stolika. Znajdowało się na nim kilka dzienników, a z każdej pierwszej strony wyzierał nagłówek w stylu: „Przytłaczająca wygrana!”. Wziąłem pierwszą z wierzchu gazetę i wyjrzałem przez okno. Ujrzałem centralną ulicę miasta i po krótkim namyśle zrozumiałem, że znajduję się w budynku.. Rady Ministrów! Dotychczas znałem go tylko z zewnątrz, teraz – znajdowałem się w środku, najprawdopodobniej w skrzydle, które zwyczajowo zamieszkiwał szef gabinetu. Jak jednak się tu znalazłem? Może ciągle spałem, a moja podświadomość urządzała sobie z nudów fantastyczną zabawę? A może..? Pytań było zbyt wiele, zrezygnowany wróciłem więc do łóżka aby dokładniej przejrzeć gazetę. Na pierwszej stronie, tuż pod wspomnianym artykułem znajdowała się informacja: Wstępne prognozy wyborów parlamentarnych wskazują, że władzę utrzyma dotychczas rządząca ekipa. Przewaga nad największą partią opozycyjną jest na tyle duża, że obecna koalicja jeszcze bardziej umocni się na pozycji niekwestionowanego lidera. Można ze stuprocentową pewnością stwierdzić więc, że ustępujący premier ponownie utworzy gabinet. No tak, pięknie, tylko co to wszystko ma ze mną wspólnego? Odrzuciłem gazetę na łóżko i żeby trochę się uspokoić sięgnąłem po filiżankę kawy, mając coraz bardziej ulotną nadzieję, że być może uda mi się w ten sposób przebudzić. Mimochodem zerknąłem na osadzone w solidnych, drewnianych ramach lustro i znieruchomiałem z wrażenia! Przede mną stał człowiek, którego codziennie widziałem w telewizji, a który w ostatnich tygodniach zasłynął wielce chwytliwym hasłem: „Żadnych barier!”.

Człowiek często ulega narzucanym mu regułom, poddaje się sytuacji, w której nieoczekiwanie się znalazł, nie mając siły i możliwości, aby to zmienić. Kolejnym powodem uległości jest czekanie na rozwój wypadków i mój przypadek doskonale pasował do tej sytuacji, bo nie mając pomysłu jak uwolnić się z tego majaku, postanowiłem jakoś to przeczekać. A nuż obudzę się znów w swoim mieszkaniu i uśmiechnę się tylko na wspomnienie nocnych przeżyć? Albo.. Właśnie – albo co? W każdym razie, ubrałem się w przygotowany dla mnie garnitur, zawiązałem krawat od Gucciego i dopiwszy kawę, przygotowałem się do wyjścia na posiedzenie swojego rządu, o którym oczywiście mnie powiadomiono. Pospiesznie opuściłem więc swój „nowy” pokój – liderowi największej liberalnej partii w kraju, a do tego zwycięskiej, nie wypadało w takim dniu spóźnić się na spotkanie ze swoimi ministrami.

Dzień był w sumie monotonny, chociaż ta cała dziwna sytuacja, cały czas trzymała mnie w napięciu, od czasu do czasu nawet bawiąc. Popołudnie miałem spędzić na podpisywaniu stosu dokumentów i zatwierdzaniu projektów ustaw, które mój rząd właśnie forsował. Jak się na szczęście okazało, były to jedynie formalności, które miały przejść przez parlament bez większych oporów. Mieliśmy władzę, której nikt nie mógł się przeciwstawić i nareszcie pojawiła się szansa na realizację najważniejszych partyjnych postulatów. Oczywiście, wszystko z myślą o społeczeństwie i jego dobru, o które teraz osobiście dbałem.

Liberalizowaliśmy system. Zgodnie z ideami naszej formacji, naprawialiśmy to, co zepsuły poprzednie ekipy rządzące – populistyczni lewacy bądź skostniali w swoich poglądach konserwatyści. Powoli dochodziliśmy do standardów, które zmieniały nasze państwo w nowoczesną i wolnościową strukturę. Moje hasło wyborcze: „Żadnych barier!”, doskonale oddawało sens naszej filozofii. Oddzieliliśmy grubą kreską to, co było w przeszłości i nie oglądając się za siebie, restrukturyzowaliśmy kraj według liberalnych zasad.

Na biurku przede mną leżały cztery projekty. Pierwszy dotyczył używek, a dokładniej legalizacji miękkich środków odurzających. O ile dobrze pamiętałem, to w tej sprawie od dawna walczyliśmy z konserwatystami, jeszcze wtedy, gdy to oni rządzili. Teraz mogłem przepchnąć wszystko, bo nikt nie był w stanie przegłosować naszej większości – byli zbyt słabi i zbyt nieliczni. Szybko przekalkulowałem w głowie, co mi się opłaca? Iść na walkę z opozycją, czy lepiej zachować w tak drażliwej sprawie święty spokój? Zadrzeć z Kościołem i tym samym wzmocnić konserwatystów, czy wciąż upierać się, że mimo wszystko my też wierzymy w Boga? W końcu, gdy byłem jeszcze szeregowym członkiem partii, sam trochę popalałem, a teraz gdy była potrzeba, też były sposoby, zawsze coś się znalazło.. Nie, nie chcę szumu w mediach i biadolenia kleru. Za chwilę nazwą mnie zwolennikiem narkomanów i wszelkich możliwych patologii. Przekreśliłem projekt jednym machnięciem pióra, a na dole kartki dopisałem: brak akceptacji, środkami administracyjnymi załatwić problem. Uff, nie było źle! Jeden podpis i tyle można. No i jeszcze ta trudna do zdefiniowania przeze mnie siła, która popychała moją rękę, a wcześniej mąciła pod czaszką. Poddałem się jej bez mrugnięcia okiem, jakby wszystko było niewytłumaczalną iluzją.

Sięgnąłem po kolejny dokument. Coś, o co walczyliśmy z opozycją przez lata – związki partnerskie. Już miałem parafować zgodę, gdy znowu ręka mi zadrżała. Te wszystkie parady, jak oni je nazywają? Wolności? Miłości? Nie, równości! Nawet kiedyś na jednej, czy dwóch byłem. Dziwnie, prowokująco ubrani, emanujący nagością, przechodzą przed tą siedzibą biskupa, a później muszę odbierać te wszystkie telefony: Jego Ekscelencja jest zaniepokojony, itp., itd. A jeśli znowu przez to na mszach będą nawoływać do głosowania na naszych przeciwników? Na samą myśl, że na tym fotelu miałby zasiąść ponownie jakiś grążel, czy nenufar, od razu zrobiło mi się słabo. Po co mi to?! Nie watro, politycznie się nie opłaca. Brak akceptacji. Wzmocnić inwigilację podejrzanych moralnie środowisk. Nie ma lekko. Rozsiadłem się wygodniej na ogromnym, skórzanym fotelu – było naprawdę przyjemnie. Zerknąłem jeszcze na papiery, kilka kartek opatrzonych tytułem „pilne” postanowiłem przejrzeć po zasłużonym obiedzie.

W takiej robocie godziny szybko płyną. W rzeczywistości, w której niespodziewanie się znalazłem, czas przyjmował dość dziwną funkcję. Był taki.. nie do ogarnięcia. Ale były też przyjemności, nawet sporo. Zegar wskazywał osiemnastą, gdy zadzwonił minister od spraw wewnętrznych. Głos, który znałem dotychczas tylko z telewizji, dość ciekawie brzmiał w słuchawce telefonu. Mój partyjny kolega przypominał o treningu koszykówki, na który byliśmy wieczorem umówieni. Spakowałem więc torbę ze sprzętem sportowym, już w dresie skreśliłem jeszcze kilka słów na projekcie o „in vitro” i zadowolony, że nie przyczynię się tym samym do kolejnej chryi dotyczącej zamrażania, czy tam unicestwiania jakichś zarodków, udałem się na naszą rządową halę sportową. Ponoć wybudowaliśmy ją specjalnie dla mnie, w ramach jakiegoś planu o krzewieniu sportu i zdrowego trybu życia wśród młodzieży.

Na sali byli już wszyscy. Także na trybunach trochę osób z mediów i zaprzyjaźnieni opozycjoniści. Tego dnia, grało mi się nadzwyczaj dobrze. Zdobywałem kosza za koszem, brylowałem na parkiecie niczym Michael Jordan. Kilka gwizdów z publiczności, gdy po raz kolejny nie zatrzymany przez nikogo przeprowadziłem dwupunktową akcję, nie było w stanie mnie zrazić ani zapobiec ostentacyjnemu podniesieniu rąk w geście triumfu. Kiedy jednak spocony, po zakończeniu meczu schodziłem z parkietu, przywołałem do siebie jednego z ministrów.

– Słuchaj Czesław – niemalże wyszeptałem do jego ucha, odsuwając się nieco na bok, aby nas nikt nie podsłuchał – Nie podobają mi się zbytnio te gwizdy i krzyki z trybun, trzeba coś z tym zrobić. W ogóle, tak wiesz, w sporcie. Wymyśl coś, może następnym razem zagramy bez publiki? No, daj mi znać jutro rano, co można w tej sprawie zrobić.

Skinął posłusznie głową i szybko odszedł. A ja pomyślałem, że mój pomysł był naprawdę fajny. Można by w ogóle załatwić w ten sposób problem nieprzyzwoitego zachowania na imprezach sportowych. Bo ciągle ten rasizm, wyzwiska, jakieś pretensje. A jak się zamknie stadiony, hale i boiska dla kiboli, to nie będzie miał kto krzyczeć – jakie to proste! I gdyby jeszcze tak zamknąć granice państwa dla obcych, nie wpuszczać do naszego pięknego kraju tego niepotrzebnego elementu? Szczególnie tych czarnych, albo tych w turbanach. No i problem znika sam. Będę musiał o tym pogadać w MSZ-cie, a teraz idę pod prysznic.

Dzień wydawał się krótki, zbyt krótki na to wszystko, co przeżywałem. Moja świadomość wciąż obarczona była pytaniem, czy ciągle balansuję na krawędzi jawy i snu, i nadal nie potrafię odróżnić, co jest rzeczywistością, a czego właściwie nie ma? Rozpierała mnie radość, coś bliskiego satysfakcji, którą trudno było mi powstrzymać. Byłem już w pidżamie, gdy postanowiłem zerknąć jeszcze do sieci. Odpaliłem laptopa i z kieliszkiem czerwonego wina w ręku zacząłem surfować po Internecie. Najpierw informacje sportowe, potem poczta, z której jednak szybko wyszedłem biorąc pod uwagę mnogość maili, które się w niej znajdowały. W końcu miałem od tego ludzi; przeczytają, odpowiedzą i rano będzie znowu pusta. Sprawdziłem jeszcze posty i na chwilę wszedłem na forum popularnego portalu. Jednak spora część komentarzy, na które się tu natknąłem, zdecydowanie mnie nie zachwyciła. Jednym nie podobało się to, że znowu spędzam czas na Sali sportowej, inni narzekali na ceny, czy pracę policji. Pomyślałem, że Internet to naprawdę bombowa sprawa, w końcu i ja, gdy zaczynałem przygodę z wielką polityką, korzystałem z tego dobrodziejstwa. I wygrałem. A teraz? Ci, którzy głosowali na mnie i moją partię, nie mieli najmniejszych oporów by krytykować władzę, której przecież zawdzięczali tak wiele! Malkontenci i hipokryci! Dać im palec, a odgryzą całą dłoń, a nawet rękę do ramienia. Co to w ogóle za maniacy, aby nie podpisywać się własnym nazwiskiem, tylko kryć swoje dane pod pseudonimem, czy tam jakimś nickiem?! Z konsternacją rozłączyłem połączenie. Chciałem już położyć się spać, ale dopiłem jeszcze wino i zanotowałem na karteczce – przypominajce, aby rano porozmawiać o tym z szefem jednej ze służb. Z tym też trzeba zrobić porządek, w końcu co?! A w ogóle, to może powołam nowe ministerstwo, takie do spraw monitorowania mediów i informacji? Tak.., to naprawdę fajny pomysł. Jutro się tym zajmę

3.

(wyjście)

– Wszyscy się zmieniają: przywódcy, politycy, a także zwyczajni ludzie, pani Tamaro. Ktoś, kto wczoraj był biedakiem, dzisiaj może zostać bogaczem. Ten, który walczył za idee, szybko je sprzeda wraz z wartościami, w które jeszcze przed chwilą wierzył. Założenia Brunswijka były oczywiste, udało mu się nawet namówić do wspólnego działania amazońskich Indian z grupy Tucamaya. A wie pani, co ten bojownik o szczytne cele dzisiaj robi? Rzucił wszystko w cholerę i żyje sobie spokojnie handlując drewnem!

Otworzyłem oczy, ale wciąż było ciemno. Wyciągniętymi przed siebie rękami, próbowałem na oślep znaleźć jakiś kontakt, ale gdy go w końcu odszukałem i nacisnąłem, nie było reakcji. Nie działał. Jednak ten dziwny, specyficzny zapach, nie budził wątpliwości, a jeśli byłem tam, gdzie myślałem, to wyjście było tylko jedno. Odruchowo zgiąłem nogę, by za chwilę wyprostować ją z impetem i jednym, mocnym kopnięciem wywarzyć drzwi. Oślepiający blask włączonej żarówki uświadomił mi, że w końcu wydostałem się na wolność z otchłani i smrodu; tylko czy spuściłem po sobie wodę?

– Muszę wreszcie wkręcić tę cholerną żarówkę – barman z należytą pieczołowitością pucował drewniany blat baru – Mam nadzieję, że trafiłeś? – dodał z nieukrywanym przekąsem.

Trafiłem, trafiłem. Dowcipniś. Szedłem w stronę mojej wyspy przez prawie już pusty lokal. Która to godzina? Spojrzałem na zegarek, dochodziła piąta. Nad ranem. Na stole stała dopita butelka, poza tym papiery, książka, prace semestralne. Muzyka delikatnie sączyła się z przyciszonych o tej porze głośników, a dwie dziewczyny siedzące przy barze, o czymś jeszcze intensywnie dyskutowały. Poza nimi, mną i barmanem, nie było już nikogo. Usiadłem z ulgą i wziąłem do ręki leżący przede mną esej. „Osoba Towarzysząca” mojej ulubionej studentki Tamary. Chciałem go już spakować, wrzucić do torby z innymi, nieprzeczytanymi pracami, ale w tej chwili dostrzegłem na jego stronie tytułowej, wyraźnie napisane moim charakterem pisma słowa: bardzo dobrze!zaliczone. Dziwne, bo tę pracę zostawiłem sobie ewidentnie na koniec, a z racji, że jeszcze kilka esejów na mnie czekało, wnioskowałem iż ta przyjemność dopiero mnie czeka. Szybko przekartkowałem opowiadanie – kilka przecinków na czerwono, dwa znaki zapytania, jeden sugestywny, symboliczny uśmieszek. Też czerwony – mój. Przebiegłem wzrokiem po tekście, szybko odnajdując znajome już skądś wersy: rzut za trzy punkty, kolega – minister spraw wewnętrznych, in vitro, żadnych barier.. Nie mogłem w to uwierzyć, przecież taka pomyłka nie wchodziła w rachubę! Przeczytałem i nie pamiętałem tego faktu? Rozejrzałem się jeszcze raz wokół, ale dziewczyn już nie było. Barman też gdzieś zniknął, ciągle grała jednak muzyka, może trochę ciszej.. I ściany jakby trochę się zmieniły, a może po prostu byłem już zbyt zmęczony. Wtem drzwi knajpy się otworzyły i do środka wszedł gość w garniturze, niosący tacę z filiżanką kawy, a pod prawą pachą trzymał zwiniętych w rulon kilka gazet.

– Panie premierze, niech pan się obudzi. Mam doskonałe wiadomości! – odezwał się dość beznamiętnie i postawił tacę na stoliku tuż obok mnie. Moja wyspa na chwilę zmieniła swoje przeznaczenie, ale wciąż znajdowała się na niej teczka opatrzona tytułem: „Osoba Towarzysząca”. Spoglądałem to raz na nią, to raz na gościa, który nie czekając na moją reakcję, powoli się oddalał. Z głośników, w takt muzyki, rytmicznie sączyły się słowa: żadnych barier, żadnych barier, a ja zastanawiałem się, czy wciąż tkwię we wspomnieniu twórczości dziewczyny, czy może w jakiś niewytłumaczalny sposób się z nim zintegrowałem? W każdym bądź razie, pani Tamaro – kurs zaliczony. U mnie ma pani piątkę!

Heaven, heaven is a place

A place where nothing

Nothing ever happens..

(Talking Heads, 1979)

KONIEC

Paweł SEMMLER

(Prawa autorskie zastrzeżone. Kopiowanie tekstu zabronione)

OPOWIADANIA CYKLICZNE PAWŁA SEMMLERA

RACHUNEK ZA MÓZG

Lubiłem przechadzać się Piątą Aleją i wybierać z tłumu romantyczne kobiety, i wyobrażać sobie, że za kilka minut mam wejść w ich życie, a każda z nich nigdy się o tym ani nie dowie, ani nie będzie mogła się temu sprzeciwić.

F.S. Fitzgerald

1.

Powiedzmy, że mam na imię Les, bo chociaż wcale tak nie jest, to nie ma to najmniejszego znaczenia. Imię to przyśniło mi się kiedyś, wędrowałem wtedy w majakach, rozwiązując zagadki podsunięte mi przez podświadomość. I natknąłem się na Lesa, wykapanego „ja”. Tak mi się spodobał, że kierując się pierwszym, trudnym do zlekceważenia impulsem, postanowiłem zostać właśnie „nim”. Lesem. Później przyśniła mi się Ava. Ta opowieść jest także o niej, podobnie jak o Floodzie, Tifonie i małym, aczkolwiek przydatnym – mógłbym nawet rzec, że przewrotnie życiodajnym gadżecie – mobvelu. Wszystko jest prawdą, bo zdarzyło się w rzeczywistości, chociaż opisując te wydarzenia pozwoliłem sobie na odrobinę kontrolowanej ekstrawagancji. Przybrałem imię osoby nierealnej, wytworzonej przez mój umysł, niejako narzuconej mi przez procesy, które odbywały się w mojej głowie. Dlaczego? Bo tak łatwiej – spoglądać na siebie z zewnątrz, wczuć się w teraźniejszość w taki sposób, aby postrzegać siebie i myśleć o sobie w trzeciej osobie. Gdy to przeczytacie, to zrozumiecie. A może nie..?

W pokoju są trzy osoby. Kobieta – zakładniczka, z zakneblowanymi ustami przywiązana do drewnianego krzesła. Obok niej, mężczyzna. Wystraszony, sparaliżowany sytuacją w taki sposób, że jedyne na co go stać, to otwarte z przerażenia usta. No i jeszcze on. Z pistoletem w ręce. Z lufą wycelowaną prosto w wystraszoną dwójkę. Uśmiecha się, czekając na dogodną chwilę, bo chociaż logiczne byłoby strzelić właśnie teraz, czeka z egzekucją do ostatniej chwili. Zawsze zastanawiałem się, po co to robią? Dlaczego nie strzelają w najbardziej dogodnym momencie? Teraz już wiem. Delektują się do ostatniej chwili strachem innych, dają rozkoszną, okrutną pożywkę swoim chorym fantazjom. Widziałem ich dziesiątki i nigdy nie rozumiałem, chociaż tak bardzo pragnąłem pojąć, co siedzi w ich głowie. Czy tak, jak u mnie, ich myśli są jak zardzewiałe okręty atomowe, nie mogące wydostać się z doków – cmentarzysk, skazane na egzystencję i powolne umieranie w zapomnieniu i niebycie? Próbowałem wchodzić w ich głowy, dedukować, rozważać różne warianty i dociekać, na co jeszcze ich stać? Wyobrażałem sobie, że jestem nimi, próbując zrozumieć dlaczego są źli. Źli? Czy na pewno? Może to tylko moja uproszczona wizja rzeczywistości, po prostu taki schemat?

Deszcz niemiłosiernie moczył moje włosy. Było jeszcze ciemno, a ja już od godziny pracowałem. Z papierowym kubkiem w dłoni, z którego parował aromatyczny, czarny napój, szedłem w stronę domu, a właściwie rudery, która nie wiadomo jakim sposobem uchowała się w tej centralnej dzielnicy miasta. Patrol był już na miejscu, czekali tylko na mnie i koronera. Nachyliłem się i przeszedłem pod rozciągniętą, żółtą taśmą z napisem „Policja” i po chwili, otrzepując płaszcz z kropel deszczu, znalazłem się w ponurym i śmierdzącym stęchlizną wnętrzu. Brak prądu. Wilgotno. Kręcący się wszędzie funkcjonariusze, którzy w tych warunkach, z pewnością zatarli wszystkie ślady. Trafiłem tylko po smugach światła, wydobywających się ze wszechobecnych, włączonych latarek.

– Znów dwie ofiary – usłyszałem z boku. Porucznik w cywilu popijał kawę, podobnie jak ja.

– Spokrewnieni? – zapytałem odruchowo. Przytaknął. Do pomieszczenia, w którym znajdowały się ciała wszedłem jedynie z obowiązku. Wiedziałem, co zastanę. Dwa trupy, zero śladów, brak narzędzia zbrodni. To już trzecie zdarzenie tego typu w ciągu dosłownie kilku dni. Zbyt dużo, aby był to przypadek.

– To znaleźliśmy na ich ciałach, panie Flood. Proszę spojrzeć – Porucznik podał mi przeźroczystą, papierową kopertę, którą oświetlił latarką. W środku znajdowały się dwa, znane mi już przedmioty. Cienkie, holograficzne folie, bez jakichkolwiek napisów, czy symboli. Dokładnie takie same, jak u pozostałych czterech ofiar.

Przebudziła się. To przez ból głowy, jak zwykle pojawiający się nagle, znienacka. Otoczenie, w którym się znalazła było jednak obce, jakieś inne niż przed snem, nieznane. Znajdowała się w ciemnym pokoju, ale nie z powodu braku okien – szybko zorientowała się, że musi być noc, albo przynajmniej późny wieczór. Podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę, a gdy je uchyliła, jej oczom ukazał się równie ciemny korytarz. Zeszła po schodach na dół, w stronę skąd dochodziła cicha muzyka. Walcząc ze zmagającym się bólem, powoli podążała przed siebie. Dopiero teraz poczuła, że oprócz głowy boli ją także ramię, a prawa ręka jest całkiem ścierpnięta. Pocierając ją, dotarła do salonu, na środku którego stał fotel, a w nim drzemała jakaś kobieta. Jakby ją znała, ale nie do końca… Podeszła bliżej, prawie na wyciągnięcie ręki, gdy kobieta nagle drgnęła i szeroko otwarła oczy. Czy to był uśmiech? A może raczej zaskoczenie, bo nagle wstała z fotela i w nienaturalny sposób wyszeptała:

– Helen.., Helen, to ty?

Ból stał się nieznośny, ścierpnięta ręka ważyła chyba z tonę. Dziewczyna z przerażeniem spojrzała na kobietę, która zrobiła w jej stronę dwa kroki.

– Kim jesteś? – zapytała przestraszona.

– Helen, to ja. Twoja siostra. Helen…

Nie dokończyła. Ręce dziewczyny ze wściekłością zacisnęły się na jej gardle. Kobieta charknęła, gdy silne palce dziewczyny miażdżyły jej grdykę, a długie paznokcie wbijały się w szyję ofiary. Gdy ciało bezwładnie opadło na fotel, dziewczyna odwróciła się i spokojnym krokiem podążyła z powrotem w stronę schodów. Weszła na piętro i udała się do łazienki. Napuściła gorącą wodę do wanny, weszła w ubraniu do środka i nałożywszy na głowę foliowy worek, oddała się wiecznej kontemplacji.

Siedziałem za biurkiem, a przed oczami miałem autostradę. Wyobrażałem sobie, że jedynym moim zadaniem jest przejść przez nią na drugą stronę. Osiem pasów, po cztery w każdym kierunku, a na każdym z nich pędzący pojazd. Tak się czułem, spoglądając na kolejne dwie folie, nieduże – jakieś pięć na trzy centymetry, leżące przede mną, z krótkim, dodanym na osobnej kartce komentarzem: „substancja cyfrowo – organiczna, pochodzenie i dokładny skład nieznane”. Tak, byłem tym szaleńcem, który próbował się przedostać przez ruchliwą jezdnię, przejść na drugą stronę i dotrzeć do celu, ale wciąż stałem w miejscu, nie wiedząc jak zrobić ten pierwszy krok. Kilka przecznic dalej, w budynku prosektorium znajdowały się dwa kolejne ciała – młodych kobiet, sióstr, znalezionych tego południa. To już osiem ofiar. Ich zdjęcia nic mi nie mówiły, nie stwierdzono nawet udziału osób trzecich. Jedyne, co miałem, to te dziwne folie z symbolem rozpoznanym dopiero pod czułym mikroskopem, umieszczonym w rogu każdej z nich. Coś jakby wielbłąd, a raczej jego garby, układające się w literę „M”. Tylko tyle udało nam się odkryć. Nad sprawą pracowało kilkanaście osób, a ja wciąż czekałem na raporty. Na razie jednak, brak było jakichkolwiek świadków, nikt nic nie słyszał, ani nie widział. Właściwie, gdyby nie fakt, że każda z ofiar posiadała ten niespotykany plaster na swoim prawym ramieniu, sprawę można by uznać za nierozwiązaną, albo zrzucić odpowiedzialność za zbrodnie na stan psychiczny nieboszczyków. Oczywiście, niesamowite było już to, że każda z par była ze sobą spokrewniona, co pozwalało domniemać, że rodzinne zabójstwa musiały mieć jakąś przyczynę. W każdym przypadku jednak, po dokonaniu morderstwa, zabójca popełniał samobójstwo, bądź to w przypływie poczucia winy lub też nagłego postradania zmysłów. I właśnie wtedy, gdy bliski już byłem zrezygnowania i odłożenia tej sprawy ad acta, wpadłem na szaleńczy i dziwaczny pomysł, aby tajemniczą folię, przypominającą mi do złudzenia plaster, przykleić na swoje prawe ramię.

Nie, z pewnością nie był to sen. Gdyby próbować ująć to w takiej właśnie kategorii, sprowadzającej się do określenia, co jest jawą, co majakiem, a co objęciem Morfeusza, należałoby dodać jeszcze jeden stan – pobudzenie. Ale nie nagłe, o silnym odczuciu szybkiego przypływu energii, raczej pozostające gdzieś poza sferą całkowitej świadomości, owiane jakby mgłą, czymś zamraczającym jego dosłowne znaczenie. Bo ileż razy w sny wkradała się moc, nadająca naszym mózgom chęć biegu, fizycznego podążania za czymś lub zmuszająca ciało do skoku w dół? Teraz też biegłem, podniecony, pełen sił i wiary we własne mięśnie. Goniłem za pociągiem, zbiegając ze stromej skarpy wprost na żelazne, lśniące w słońcu szyny. Moje nogi pozbawione tułowia, jak w obrazach z San Gottardo, pędziły z niespotykaną wcześniej prędkością, tworząc między ciałem a powierzchnią torów coś na kształt niemiłosiernie kręcącego się kołowrotka. I kiedy w końcu dopadłem stalowej maszyny, nie miałem czym się uchwycić, wciągnąć na pędzący pojazd. Biegłem więc równolegle do niego, a moim nieistniejącym oczom (tak, pomimo tego widziałem!) ukazywały się obrazy zza szyb jadącego pociągu. Dopiero wtedy zrozumiałem, że ja nie patrzę, bo jak patrzeć, gdy się nie ma oczu? Widziałem tylko pociąg i biegnące obok niego nogi, a wszystko z pozycji obserwatora, kogoś kto właśnie mógł stać z boku lub oglądać te sceny na jakimś zapisie, może taśmie, albo po prostu ekranie telewizora. I faktycznie tak było, bo obok mnie na kanapie siedziała dziewczyna i wpatrywała się w przesuwające na ekranie obrazy, jak ja, zupełnie nie zwracając w tej chwili na mnie uwagi. Chyba była ładne, nawet nie wiem. Kompletnie zaprzątnięty tym, co obserwowałem, oszołomiony scenami, odnotowałem jedynie jej obecność, całą uwagę poświęcając odbiornikowi. A nogi wciąż biegły, jakby chciały przegonić stalowego giganta i w końcu stanąć naprzeciw niego na szynach, czekając na zetknięcie z niewyobrażalną materią.

2.

Dziewczyna szła środkiem alei biegnącej przez centrum handlowe. Spośród innych kobiet w tym miejscu, wyróżniały ją krótko obcięte, czarne włosy i smukła, zgrabna sylwetka. Poza tym wąskie, przylegające do ciała dżinsy i biała koszulka na naradkach, a także modne, sportowe obuwie. Mogłaby w duszy powiedzieć: „to nad wyraz ponętne”, ale chociaż tak myślała, ignorowała każde ciekawe spojrzenie. Szła nie rozglądając się, zdecydowanie, jakby podążając w konkretne miejsce i w określonym celu. Za sklepem GAP-a, skręciła w lewo schodząc z głównej alei w jedną z bocznych uliczek. Nieco węższy korytarz kończył się kawiarnią i tam właśnie się skierowała. Już w środku, podeszła do lady i zamówiła kawę. Usiadła przy stoliku i czekając na napój, wyciągnęła z kieszeni dżinsów telefon komórkowy, na ekranie którego, na pasku widgetów widniała informacja: „zadzwoń do brata – pilne!”. Zanim jednak zdążyła wybrać numer, przy jej stoliku stanęła kelnerka z filiżanką aromatycznej kawy.

– Przepraszam, ale chyba się pani zraniła – powiedziała do dziewczyny, jednocześnie przekładając filiżankę z tacki na stolik.

Czarnowłosa podążyła za wzrokiem kelnerki. Ta, spoglądała na jej ramię, robiąc wymowną minę. Na prawej ręce dziewczyny znajdował się cienki plaster, całkowicie przesiąknięty już krwią, spod którego ciekła czerwona stróżka. Ramię wydawało się opuchnięte, a od obojczyka ku dołowi szedł coraz ciemniejszy siniak.

Może nawet nie zauważyłbym różnicy, gdyby nie ten specyficzny zapach. Z początku nie mogłem go rozpoznać, chociaż do złudzenia przypominał mi coś znajomego, z czym z pewnością już się zetknąłem. Bardzo znajomego. Skojarzenie było tak natrętne, że z uporem zacząłem sięgać pamięcią do jej najdalszych zakamarków. I gdy w końcu zorientowałem się, że tak pachniał kiedyś luksus, który dzisiaj już całkowicie spowszedniał, bo to, co było TAM, w końcu dotarło i TUTAJ, w zapach i poczucie otoczenia, oprócz nozdrzy zaangażowane zostało całe moje ciało. Czułem się.. ciasno. Jakby pokryty elastyczną powłoką, poruszałem się ruchem jednostajnym, zupełnie nie wiedząc gdzie i dlaczego? Ten stan trwał już jakiś czas, gdy w końcu pojąłem, iż zupełnie nie kontroluję tego, co dzieje się z moim ciałem, a na domiar, nie jestem w stanie określić swojego położenia. Po kilku minutach odzyskałem wzrok, chociaż jak się później okazało, cały czas widziałem tylko nie wiedziałem jak patrzeć. Gdy jednak odzyskałem tę zdolność, ujrzałem nieznane mi dotąd otoczenie, pełne ludzi, chaosu i gwaru. No i ta skorupa naciskająca na wszystkie moje członki.. Skierowałem spojrzenie w dół i patrząc na swoje ciało zrozumiałem powód tego cielesnego dyskomfortu. W miejscu, gdzie zazwyczaj znajdowały się moje ulubione, wygodne i szerokie spodnie, teraz wciśnięty byłem w niewiarygodnie obcisłe dżinsy, a moje biodra i nogi wyglądały nad wyraz kobieco. I może wcale nie byłoby to aż tak szokujące – mógłbym przecież założyć, że wciąż tkwię w jakimś dziwacznym i na swój sposób koszmarnym śnie – gdyby nie to, ze moje ciało wykonywało ruchy, na które nie miałem żadnego wpływu. Chciałem otworzyć usta, ale także ta czynność spełzła na niczym, co było dla mnie tym bardziej dołujące, iż wydało mi się, że postać w której się znajduję, rozmawia właśnie przez telefon.

Wiedziała, co ma zrobić, gdyby z plastrem działo się coś dziwnego. Tę regułkę trzeba było znać prawie na pamięć, a dodatkowo, wraz z programem w ramach usługi dodawano darmową aplikację do telefonu komórkowego, oczywiście z bezpłatną możliwością połączenia się z serwisem. Skorzystała z tej możliwości, dokładnie relacjonując konsultantowi jakie zaobserwowała objawy. Z jej ciałem działo się coś niedobrego i tak też to zdiagnozowano, gdzieś tam, po drugiej stronie wiązki fali. Zgodnie z zaleceniem, o którym ją poinformowano, miała się natychmiast udać do jednej ze stacji monitoringu, której adres również jej podano. Postanowiła zrobić to bezzwłocznie, szybko opuszczając centrum handlowe i kierując się do metra.

Po kilkunastu minutach podróży podziemną koleją, dotarła do jednej z położonych na obrzeżach centrum miasta dzielnicy. Bywała tam rzadko – mieszkała dokładnie po drugiej stronie metropolii, a w tym miejscu była może zaledwie kilka razy. Niemniej jednak, znała te ulice, orientowała się dokąd iść. Hotel, którego szukała, okazał się niewielkim, samodzielnie stojącym budynkiem, najprawdopodobniej przerobionym na potrzeby noclegowni, byłym wielorodzinnym domem. Trzymając się za bolące ramię, weszła do pustego holu i zgodnie z instrukcją poprosiła o klucz do pokoju numer 23. Recepcjonista podał go jej bez słowa, uśmiechając się jedynie i uprzejmie wskazując schody. Windy nie było. Po chwili była już na piętrze, gdzie bez problemu odnalazła odpowiednie drzwi. Otwierała je już potwornie zmęczona, a gdy w końcu się z nimi uporała, od razu podeszła do pokojowego barku. Spośród kilku butelek z markowymi alkoholami, wyciągnęła z lodówki przeźroczystą, wypełnioną białym jak mleko płynem. Na niewielkiej etykiecie znajdował się napis: „100% XNT. DRINK ME”.

Napój miał smak cytrynowo – białkowy. Wyczuła na języku i podniebieniu jego delikatną lepkość, ale mimo to, płyn przyjemnie przeszedł przez gardło i rozlał się po jej wnętrznościach. Przez dłuższą chwilę nie czuła nic szczególnego, może jedynie to, że zmęczenie nieznacznie ustąpiło. Potem coś zawirowało w jej głowie, obraz trochę się wyostrzył, przechodząc od wyeksponowania szczegółów aż do mglistego, niewyraźnego odcienia, zachodzącego na wszystko, co dotychczas dostrzegała. Nie zasypiała, ani nie czuła tego charakterystycznego „odlotu”, który zazwyczaj pojawiał się po zażyciu jakiegoś halucynogenu. Po prostu odprężała się, zostawiając ciało gdzieś obok. Jakież było jej zaskoczenie, choć wcale nie gwałtowne, gdy to, co przed chwilę wchłonęła przez gardło, po dostaniu się do układu pokarmowego, zaczęło do niej mówić. Słyszała, ale nie konwencjonalnie za pomocą najodpowiedniejszych do tego organów, czyli uszu, nie jak człowiek, czy nawet ssak. Dźwięk dochodził gdzieś z wewnątrz, przebijając się przez jej krwiobieg, żołądek, serce, płuca i mięśnie. Gdy jednocześnie z tym zaskakującym stanem, sprzed jej oczu ustępowała w końcu biała, gęsta mgła, zaczęła postrzegać siebie (ciągle z boku), siedzącą przy barze, w którym grała muzyka, a ludzie pili drinki i głośno rozmawiali. Tuż obok niej, na stołku barowym siedziało COŚ – oślepiające, błyszczące i niekształtne, trudne do racjonalnego zdefiniowania.

– Witaj Avo – COŚ odezwało się, ale jego głos dobiegał dobiegał ciągle z wnętrza dziewczyny – Wypijając mnie, uruchomiłaś program naprawczy „mobvela”, czyli urządzenia którego jesteś użytkownikiem. Za chwilę przekażę ci niezbędne informacje, a ty musisz jedynie zachować spokój i zastosować się do podanych wskazówek. Oczywiście jest to zalecenie, a ostateczną decyzję pozostawiam tobie.

Dziewczyna skinęła głową zgadzając się. Tylko na taki ruch było ją teraz stać. Zdawała sobie sprawę, że aby nie stracić gwarancji na „mobvela”, musiała działać zgodnie z instrukcją. Dopiero późniejsze decyzje, jak poinformowało ją COŚ, należały do jej suwerenności.

Ciało, w którym się znajdowałem, usiadło. Dla mnie nie miało to najmniejszego znaczenia, bo i tak nie odczuwałem nic fizycznego, nic, co wykraczałoby poza bezpośrednie doznania mojego mózgu, uwolnionego z kontroli nad nerwami. Widziałem, czułem zapach, rozróżniałem dźwięki i na razie to było wszystko, co byłem w stanie rozpoznać i zdefiniować od czasu, gdy znalazłem się w tej niezwykłej pozycji. Skorupa, a ja w jej wnętrzu, rozciągnęła się na łóżku, rozkosznie to napinając, to luzując swoje mięśnie. Długie, obciśnięte cienkim dżinsem nogi, z tej niespotykanej dla mnie perspektywy wyglądały bardzo ponętnie. Dostrzegałem je, pomimo widniejących na pierwszym planie dwóch białych wzgórz, które były piersiami kobiety, zanurzonymi pod białym podkoszulkiem. I gdybym nie czuł jakiejś dziwnej, osobliwej więzi z tym dziewczęcym ciałem, które w niewyjaśniony dla mnie sposób stało się dawcą mojej świadomości, być może nawet bym się zakochał. Przez chwilę pomyślałem też, iż żałuję, że nie panuję nad jej rękami, bo niechybnie powędrowałbym palcami tam, gdzie szczyty wzniesień zakończone były kolistymi skałami.

Moje chwilowe fantazje przerwała nagła fala adrenaliny. Pobudzenie było tak silne, że natychmiast odrzuciło moje erotyczne myśli, gdzieś na bok, od razu przywołując stan czujności. Dziewczyna ciągle leżała z otwartymi oczami, a ja wpatrywałem się teraz w biały jak śnieg sufit, a do mojej jaźni zaczęły dobiegać jakieś dźwięki z jej wnętrza. Był to głos, ciepły, miły i lekko mechaniczny. Nie mogłem jednak rozróżnić, czy jego właścicielem jest kobieta, czy raczej mężczyzna. Był bezpłciowy, ale i tak od razu wydało mi się to bez jakiegokolwiek znaczenia. Z tego, co udało mi się zrozumieć, głos podawał jakieś parametry, wymieniał nieznane mi nazwy oraz dane, których nie kojarzyłem. Gdy się już do niego przyzwyczaiłem, ten zmodulowany dźwięk stał się dla mnie nareszcie zrozumiały. Dziewczyna wciąż leżała, a ja poczułem, że słucha tych dochodzących z niej słów, tak samo jak ja.

– … decyzję pozostawiam tobie. Nazywam się Tifon i jestem przewodnikiem po urządzeniu oraz jego oprogramowaniu o nazwie „mobvel”, czyli „mobilny wielbłąd”. „Mobvel” jest wynikiem wieloletnich badań, które zakończone sukcesem przyczyniły się do stworzenia niezwykle technologicznie zaawansowanego programu, który wkrótce zrewolucjonizuje ludzkie życie. Dzięki wspomnianej technologii oraz wykorzystaniu naszego umysłu, specjalnie dla ciebie stworzono możliwość funkcjonowania w mózgu innego człowieka, którego nazywamy „dawcą”. Umieszczone, skoncentrowane na plastrze nano impulsy wchodzą w reakcję z elementami organicznymi i przekazują odpowiednią informację z mózgu dawcy do twojej świadomości. Jesteś jedynie najemcą plastra, z którego czerpiesz takie doznania jak: postrzeganie, węch, smak i o ograniczonym natężeniu czucie, osoby której kod genetyczny oraz sygnał łączący cię z jej czterema płatami mózgowymi umieszczono w konstrukcji „mobvela”. Dzięki temu, w czasie rzeczywistym znajdujesz się w umyśle tej osoby i jesteś tego świadoma, chociaż nie masz jakiegokolwiek wpływu na jej poczynania. Jeżeli zarejestrowałaś się w naszej bazie danych, to jednocześnie wyraziłaś zgodę na pobranie twojego kodu i łączność z twoim mózgiem. Tak więc, w tej chwili i ty możesz być dawcą. Taki mechanizm pomaga ludziom w osiąganiu wyższego poziomu inteligencji, ponieważ gdy zbliża się ona do kresu naszych możliwości (z powodów jak najbardziej fizycznych), tylko kolektywne działanie jest w stanie zapewnić nam jej dalszą ewolucję. Przypominam także, że nasz produkt jest chroniony prawnie, a jego patent podlega prawom autorskim. Obowiązkową informację przedstawił Tifon. Jeśli masz pytania dotyczące „mobvela”, to teraz chętnie udzielę ci wszelkich możliwych odpowiedzi.

– Mój plaster krwawi – teraz był to już głos dziewczyny. Rozpoznałem go bez problemu, bo przecież wcześniej rozmawiała już przez telefon. Poza tym, czułem ten głos całym sobą, a raczej tym, czym w tej chwili w jej głowie byłem – Zsiniało mi ramię i zaczynam odczuwać silny ból. Czy te objawy mają jakiś związek z „mobvelem”? Czy coś się z nim dzieje? Zepsuł się?

– Prawdopodobnie wystąpiły przejściowe niedogodności związane z funkcjonowaniem twojego „dawcy” – znowu odezwał się Tifon – Może to być zwykłe, mechaniczne uszkodzenie plastra lub atak wirusa, co niestety też się zdarza. Więcej dokładniejszych informacji będę mógł udzielić, gdy ponownie zalogujesz się do mojego systemu, gdyż obecnie zbieram dane na temat występującego problemu. W tym celu odpręż się, odczekaj trzydzieści minut, aż zneutralizuję się w twoim organizmie i wypij mnie ponownie.

Byłem więc w dawcy, który być może miał problem, bo sam korzystał z mózgu kogoś trzeciego. Jaki to jednak miało związek ze zgonem sióstr i czy w ogóle w tym wypadku występowały jakieś wspólne elementy? Tego nie wiedziałem, ale zbyt zaaferowany moim nowym stanem, postanowiłem w miarę cierpliwie czekać na dalszy rozwój sytuacji. Dzielenie świadomości z tym wspaniałym ciałem, wydawało mi się teraz dość ekscytujące. Zdążyłem jeszcze usłyszeć ostatnie słowa Tifona: „ z obowiązku wspomnę tylko, że nasz produkt ma charakter komercyjny i dlatego proszę pamiętać, że wszystko co przeżywasz w „mobvelu” jest na odwrót”, i postanowiłem poddać się zalecanemu odprężeniu.

Katalogiem różnic dzielących kobietę i mężczyznę, obdarzyć by można nie jeden opasły tom. Ciekawy byłem, jak mój „dawca” – dziewczyna o nieprzeciętnej urodzie i figurze, spożytkuje czas przeznaczony na odprężenie. Pomny własnych, męskich przyzwyczajeń, oczekiwałem czegoś niezwykłego, a przynajmniej chociażby miłego. My, chcąc się wyluzować, a to w tym przypadku było zgodne z zaleceniem Tifona, pijemy alkohol w miłym towarzystwie, oglądamy sport w telewizji, uprawiamy seks. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy dziewczyna wstała z łóżka i nic nie robiąc sobie z tego, że jest właśnie w hotelowym pokoju, zaczęła go.. sprzątać! Skonsternowany, pomyślałem jeszcze, iż dobrze się stało, że nie jest u siebie – wtedy z pewnością zaczęłaby myć szyby albo prasować dżinsy. Na szczęście trwało to tylko pół godziny. Dokładnie po tym czasie, dziewczyna ponownie sięgnęła po butelkę i po chwili, cała procedura rozpoczęła się od początku. Po wypowiedzeniu obowiązkowej regułki, Tifon przystąpił do konkretów:

– Użytkownik „mobvela”, Ava Biff, padł ofiarą wirusa o nazwie „dudajev”, który zainfekował najpierw umysł dawcy, a później za pomocą impulsu przebił się na konstrukcję plastra, który Biff użytkuje. Na obecną chwilę straciliśmy kontakt z dawcą i próbujemy go zlokalizować, ale istnieje obawa, iż doszło do najgorszego. „Dudajev” powoduje urojenie typu DMS, czyli syndrom niewłaściwego rozpoznania, co jest tożsame z problemem, który w medycynie diagnozowany jest jako Capgras. Zainfekowany dawca twierdzi, że bliska mu osoba, najczęściej o bezpośrednim pokrewieństwie, zmienia się lub jest zastąpiona inną. Wygląda tak samo, chociaż chory mózg temu zaprzecza. Powoduje to powstanie stanu agresywności wobec bliskiego, włącznie z naruszeniem jego cielesności. „Dudajev” jest tym bardziej niebezpieczny, iż po Capgrasie natychmiast pojawia się syndrom Cotarda, czyli przekonanie, że się nie żyje. Najprawdopodobniej więc, dawca Avy Biff spowodował uszkodzenie ciała innej osoby – spokrewnionej, a później popełnił samobójstwo. Do momentu całkowitego rozpoznania sytuacji i uporania się z problemem, wzywa się użytkownika Avę Biff do natychmiastowego usunięcia „mobvela” ze swojego ciała.

A więc miała na imię Ava. Ava Biff. To ciało należało do niej, a ja byłem obecnie częścią jej świadomości. Dzięki temu rozumiałem, co tak naprawdę się stało i skąd się tu wziąłem. Kobieta, która zabiła swoją siostrę, a później popełniła samobójstwo była użytkownikiem Avy. Kogo jednak użytkowała Ava? W czyim umyśle się teraz znajdowała? No i czy kolejny dawca popełnił kolejną zbrodnię, a potem odebrał sobie życie? Wszystko wskazywało na to, że tak. Poza tym, dziewczyna miała przecież brata, do którego tego dnia dzwoniła, a „dudajev” rozprzestrzeniał się bardzo szybko w „mobvelu”.

3.

Huk był ogłuszający. Do tego, te sugestywne drgania przywodzące na myśl wielki, betonowy budynek, którego najwyższe piętra zapadając się, wciskały w podłoże wszystko to, co miały pod sobą. Gdy sufit uginał się pod napierającym żelbetonem, włączyły się przeciwpożarowe zraszacze, a ja powoli, aczkolwiek zdecydowanie odrywałem plaster z sinego i spuchniętego już ramienia. Nagle w uszach zapanowała cisza, otoczenie przestało wibrować, a ja znów siedziałem za biurkiem w swoim pokoju, na posterunku. Od razu poczułem pragnienie, jakby pobyt w „mobvelu” oprócz doznań natury psychicznej miał także inne konsekwencje. I z pewnością tak było, wystarczyło jedno spojrzenie na opuchnięte, prawe przedramię.

Dochodziłem do siebie jeszcze przez kilka godzin. Wieczorem postanowiłem nareszcie pójść do domu i odpocząć, w końcu sen miał zbawienne działanie w takich sytuacjach. Nie odbierałem telefonów, zostawiając na poczcie głosowej informację: „ tu Flood, nie mogę teraz odebrać, oddzwonię później”. Od przyszłego poranka czekała mnie równie ciężka praca, jak tego dnia i chociaż zdołałem dowiedzieć się już bardzo wiele, śledztwo nadal pozostawało nierozwiązane. Liczyłem, że tych kilka godzin snu odświeży mój umysł i pozwoli na skuteczne kontynuowanie tej zawiłej sprawy.

Sen nie należał do najprzyjemniejszych. Byłem w nim częścią jakiegoś łańcucha sieciowego, podającego się za kogoś lub coś, czym nie był. Ciągle prosiłem, błagałem wręcz o to, aby każdy adresat odsyłał mnie dalej i dalej. Najbardziej żenujące w tym wszystkim było to, że za każdym razem gdy już pojawiałem się na czyimś komputerze, zazwyczaj za sprawą maila, prosiłem właściciela poczty o wyrządzenie sobie jakiejś szkody. „Proszę skasuj sobie jakieś oprogramowanie i wyślij mnie dalej”, i tak w kółko, praktycznie bez przerwy. W końcu znalazłem się w podejrzanym, ciemnym miejscu, gdzie bez przerwy ktoś mnie wołał. Upłynęło trochę czasu, zanim zrozumiałem kierowane do mnie słowa. Niezlokalizowany przeze mnie głos, w pogardliwym tonie nazywał mnie Amiszem. Zbudziłem się nagle, wcześnie rano, było jeszcze ciemno, a ręka ciągle mnie bolała. Postanowiłem wziąć szybki, lodowaty prysznic i pojechałem do biura.

Ciało Avy Biff znaleźliśmy dwa dni później. W łazience jednego z podmiejskich centrów handlowych, które tak bardzo lubiła, oglądałem ciało dziewczyny leżące w kałuży krwi, która zdążyła całkowicie już zafarbować na czerwono biały, skądinąd znany mi podkoszulek. Teraz po raz pierwszy ujrzałem jej twarz i wcale nie byłem zaskoczony. Pasowała do reszty, a ja mogłem jedynie westchnąć na wspomnienie tych chwil, kiedy byłem tak blisko niej, wewnątrz. Dopiero po kilu godzinach, gdy cały nasz zespół zastanawiał się nad okolicznościami śmierci dziewczyny, znaleziono kolejne zwłoki. W zaparkowanym przed marketem aucie. Gdy ta informacja do mnie dotarła, od razu w ciemno założyłem, że i ta śmierć musi mieć z Avą jakiś związek. Po raz kolejny intuicja mnie nie zawiodła. W małym, niemodnym już fordzie, z przestrzeloną głową znajdował się brat dziewczyny. Na miejscu zdarzenia pozostawiłem swojego zastępcę oraz techników i wróciłem do centrum, na komisariat. Czekała mnie żmudna, papierkowa praca. Musiałem napisać raport dla „góry” – już od dłuższego czasu naciskali na mnie, a postępy w śledztwie na razie były marne. Trupów przybywało, a ja ciągle dreptałem w miejscu. Z tego wszystkiego zapomniałem nawet o bolącym mnie przedramieniu, gdy nagle mnie olśniło. Przypomniałem sobie o czymś, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi. Szybko powróciłem myślami do pokoju hotelowego i tej chwili, gdy Ava wypiła Tifona. Jego słowa.., było w nich coś niepokojącego, coś, co przeoczyłem. Teraz skojarzyłem, że powiedział wtedy, iż w „mobvelu” wszystko jest na odwrót, albo jakoś tak.. Co to mogło oznaczać? Gdy tak myślałem nad tamtym zdarzeniem, uzmysłowiłem sobie jeszcze, że tamten przekaz, te wszystkie zdania które wtedy wypowiadał, docierały do mnie jakby zza jakiegoś parawanu, może szyby albo zapory. Skojarzyłem to z zakłóceniami, pewnego rodzaju szumem, który spowodował że nie wszystko co wtedy powiedział, dotarło do mojej świadomości. A jeżeli nie do mojej, to także nie do Avy, bo nie mogła usłyszeć czegoś, czego i ja bym nie zarejestrował. Najprościej byłoby zapytać. Jeszcze raz zapytać Tifona, ale czy było to możliwe bez plastra? Wytężyłem swój umysł, aby przypomnieć sobie te wszystkie miejsca, w których byłem z Avą, a raczej w których była ona, a ja w niej. Hotel. Gdzie to było, na jakiej ulicy? Zajarzyłem. Teraz musiałem tylko przypomnieć sobie numer pokoju, ale to pozostawiłem już sobie na drogę do miejsca, gdzie Tifon miał swój monolog.

Pomimo pierwszego zaskoczenia, szybko zorientowałem się, iż wizualizacja Tifona zależy raczej od osobistych predyspozycji, może także nastroju, osoby która go pije. Wprawdzie nadal to, co widziałem, łatwiej było mi określić mianem COŚ, ale w odróżnieniu od sytuacji z Avą, byliśmy teraz nie w barze lecz na jakimś zupełnie wyludnionym i niezbyt przyjemnym placu. Oczywiście, nie opuściłem hotelu ani pokoju, przynajmniej fizycznie, ale moja świadomość znajdowała się w innym miejscu. Tifon, czyli COŚ, też wyglądał inaczej. Wtedy był jasny, niemal oślepiający swoim blaskiem, a teraz kojarzył mi się raczej z czarną plamą, kleksem rozlanym na płótnie lub papierze, delikatnie rozchodzącym się na tle również ciemnego horyzontu.

– Nazywam się Tifon i jestem przewodnikiem po urządzeniu i jego oprogramowaniu o nazwie „mobvel”, czyli „mobilny wielbłąd” – każde jego słowo docierało do najodleglejszego zakątka mojego ciała, począwszy od mózgu, a kończąc na palcach u stóp. Przez chwile wydało mi się, że słyszę go nawet włosami. Formułka, którą tradycyjnie wygłaszał rozchodziła się czymś, co porównałem do płynnego echa, sprawiającego mi przyjemność i wprawiającego w naprawdę dobry nastrój – Jeżeli masz pytania dotyczące „mobvela”, to chętnie udzielę ci wszelkich możliwych odpowiedzi.

Zrobił pauzę czekając na moją reakcję, ale już gdy do mnie mówił zaraz po aktywacji, poczułem że dziwnie akcentuje słowa, przeciąga frazy, jakby mówiąc i jednocześnie nad czymś dumając. Zanim zdążyłem to przeanalizować, Tifon powiedział:

– Ściągnąłeś plaster, nie jesteś w „mobvelu” – jego głos był spokojny i ciepły. Wydało mi się, że trochę się ze mną droczy – A więc znowu jesteś.. W czym mogę ci pomóc?

– Gdy byłem tutaj ostatnio, w dziewczynie, Avie Biff, powiedziałeś że w „mobvelu” wszystko jest na odwrót. Co miałeś wtedy na myśli?

– Już udzieliłem odpowiedzi na to pytanie.

– Nie. Zadałem ci je dopiero teraz.

– Przekazałem informację użytkownikowi, Avie Biff. Ale ty spowodowałeś, że do niej nie dotarła. Nie usłyszała komunikatu, który zgodnie z regułą musiałem jej przekazać. Jakby to powiedzieć.., zaszumiłeś moje słowa.

– Co?!

– Odciąłeś ją na trzy sekundy od informacji. Wyciąłeś moje słowa, wprowadziłeś zakłócenia. Myślała, że przekaz się skończył, a on ciągle trwał. Trzy sekundy. Tyle ci wystarczyło.

– Trzy sekundy? Jakie trzy sekundy? Na co?

– Przecież wiesz, Dudajev…

Wracałem do centrum pieszo. Odmówiłem taksówkę, która czekała na mnie pod hotelem i snując się ulicami, ciągle myślałem o tym, co usłyszałem od Tifona. Szedłem powodowany instynktem, jak za pochodnią która wskazywała mi kierunek marszu, a moje rozważania ciągle koncentrowały się wokół czterech ścian, z których właśnie wyszedłem, butelki, z której się napiłem i głosu, który oznajmił każdemu z moich atomów, o co tak naprawdę chodzi. Dopiero teraz, to wszystko do mnie docierało, ta kwestia, że w „mobvelu” wszystko jest na odwrót.. Flood – to było moje nazwisko, ale im dłużej się nad tym zastanawiałem, nie mogłem przypomnieć sobie szczegółów ze swojego życia. Tego życia, które wiodłem przed rozpoczęciem śledztwa.

Po kilkunastu minutach ruch się natężył, nieuchronnie zbliżałem się do centrum. Coraz więcej ludzi, aut. Spoglądałem na witryny mijanych sklepów, przyglądałem się ogromnym, ledowym reklamom. „kup najnowsze auto”, „Ubezpiecz się”, „Czy jesteś zadowolony ze swojego życia? Jeśli nie, przyjdź do nas”. Przystanąłem na chwilę. Na wystawie sklepu z telewizorami, kilkanaście odbiorników przekazywało relację z jakiejś mszy w Rzymie. Przystanąłem i poznałem od razu. Na placu Świętego Piotra celebrował papież. Podszedłem bliżej do szyby. Na zbliżeniu, Ojciec Święty błogosławił zgromadzonych na uroczystości wiernych. Moją uwagę przykuł mało widoczny, aczkolwiek istotny szczegół. Na jego ręku, dostrzegłem wystający z rękawa i lekko wychodzący na dłoń w której trzymał krzyż, kawałek charakterystycznego, przeźroczystego plastra. Nie myliłem się. To był „mobvel”. Chciałem dotknąć szybę, jakby miało to spowodować, że to co widzę jest tylko złudzeniem, nieprawdą. Jednak w tym momencie zadzwonił mój telefon komórkowy. Wyciągnąłem aparat z kieszeni spodni i na jego dotykowym ekranie ujrzałem numer, dzwoniącego do mnie mojego brata bliźniaka. Cholera, mieliśmy się dzisiaj spotkać.

KONIEC

Paweł Semmler

(Tekst jest objęty prawem autorskim. Kopiowanie tekstu jest zabronione!)