Archiwa kategorii: Kraj

CIĘCIA TUSKA

Najważniejszym tematem ostatnich dni było powołanie nowego rządu oraz exspose premiera Donalda Tuska.

Czekaliśmy dość długo na nowy rząd, czekaliśmy i w mojej opinii jest to wielkie rozczarowanie. W rządzie nie zobaczymy paru osób, które były pozytywnymi i kompetentnymi ministrami, za to zobaczymy niewątpliwie kilka osób uwikłanych w partyjne rozgrywki. Niekoniecznie to dyskwalifikuje te osoby do dobrego zarządzania ministerstwami, ale też pod paroma nazwiskami pozostaje tylko zapytać, parafrazując Elektryczne Gitary, co pan robi tu? U… co pan tutaj robi? Weźmy na przykład ministra Sławomira Nowaka, oddany współpracownik Donalda Tuska, ostatnio na zesłaniu w Kancelarii Prezydenta, otrzymał Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej. Pan Nowak wspólnego z transportem ma chyba tylko tyle, ze jeździ samochodem i lata samolotami, zbudować to może zbudował domek z klocków Lego a na gospodarce morskiej może znać się najlepiej, bo jest z Gdańska. To oczywiście pół żartem, pół serio, ale pan Nowak z wykształcenia jest politologiem. Mam jednak nadzieję, że otrzymał ten resort nie za „lojalność”, lecz za wizję i pomysł, który przekonał Premiera, by go na tą funkcję powołać. Największą pomyłką jest dla mnie powołanie na funkcję ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina. Platforma ostatnio dryfuje do środka, a tu nagle jeden z najbardziej radykalnych prawicowych polityków PO zostaje ministrem sprawiedliwości. Donald Tusk tłumaczył tą nominację tym, że pan Gowin ma pomysły jak usprawnić sądy. Oby to się sprawdziło i pan Gowin okazał się dobrym administratorem, bo po rozdzieleniu funkcji Prokuratora Generalnego od Ministerstwa Sprawiedliwości, właściwie do funkcji ministerstwa potrzebny jest właśnie dobry administrator. Jednak ja uważam, że nie przedłużenie sprawowania funkcji przez Krzysztofa Kwiatkowskiego jest politycznym błędem, szczególnie w stosunku wyborców PO. Pan Kwiatkowski otrzymał około 70 tys. głosów, mimo że startował z drugiego miejsca na liście, a pierwsze zajmował Cezary Grabarczyk. Oby pan Kwiatkowski został dobrze wykorzystany w Sejmie, ponieważ wróżę temu politykowi i prawnikowi świetlaną przyszłość. Poza tym ten człowiek ma charakter, bo mało kto wie, że Krzysztof Kwiatkowski w czasie swoich studiów musiał walczyć z chorobą nowotworową. Jeszcze jedną pomyłką, według mnie największą, jest powołanie Joanny Muchy na stanowiska minister sportu i turystyki. Tak naprawdę dlaczego ta pani się tam znalazła jest niezrozumiałe i mówienie, że zna się na sportach walki jest niepoważne. Przed nami Euro 2012, Igrzyska Olimpijskie, a po Mistrzostwach Europy trzeba będzie uporać się z PZPN-em. Uda się? Wątpliwe… Jednak, żeby nie było tak gorzko należy pochwalić rozdzielenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, a tym bardziej powołanie Michała Boniego na tą funkcję. Nieraz pan Boni pokazywał się z bardzo dobrej strony, łącznikiem między panią Fedak i panem Rostowskim w zeszłym rządzie. Główny cel tego resortu – sprawić, aby sprawy błahe, które załatwiamy teraz w urzędzie, można było załatwić przez Internet. Uważam to za milowy krok to ograniczenia rozrastającej się ciągle armii urzędników.

Po zaprzysiężeniu rządu przyszedł czas na dość twarde, ostre i nieoczekiwane expose nowego-starego premiera. Expose jak nowy rząd – dziwne. Jednak na pewno o wiele bardziej konkretne i obiecujące. Jest w nim wiele postulatów, których społeczeństwo domagało się od dawna, ale każda ekipa rządząca bała się tego podjąć.

Widać, że rząd wziął pod uwagę ważną groźbę, jaki jest niski procent przyrostu naturalnego, o ile w następnych latach bez jakichkolwiek działań nadal będzie to przyrost. Rząd zaproponował, że podwyższy o 50% ulgę prorodzinną na trzecie i każde kolejne dziecko, utrzyma ulgę bez zmian przy dwójce, natomiast zlikwiduje ulgę dla rodzin z jednym dzieckiem o dochodzie powyżej 85 tys. złotych rocznie. Przy czym 85 tys. rocznie zarabia rodzina, która otrzymuje przychody około 2 tys. netto na jedną osobę. Przepraszam, że nie jest to liczba dokładna, ale obliczenia robiłem samodzielnie, według mojej wiedzy na temat funkcjonowania finansów. Tak czy inaczej, to może zachęcić małżeństwa do posiadania więcej niż jednego dziecka, a tym samym spowodować, że na nasze emerytury będzie pracować więcej ludzi niż to przewidujemy.

Bardzo ważnymi, dość „małymi” dla zwykłych ludzi, ale potrzebnymi dla funkcjonowania zdrowo państwa są zmiany: w zakresie lokat, tzw. dziennych, pozwalających na ominięcie „podatku Belki”. Usprawnienie administracji, gdzie pozwolenie na dużą budowę będzie wydawane do 100 dni, a na małe do 60. Skrócenie o 1/3 postępowań sądowych. Są to zmiany mało transparentne, ale bardzo ważne. Przyspieszenie działań państwa, administracji, a co za tym idzie szybsze podejmowanie działań zwykłych ludzi, zaoszczędzenie czasu i nerwów.

Premier Tusk również poruszył temat „gorącego kartofla”, czyli taki którego nikt nie dotykał przez wiele lat, bo wywoływałoby to burzę. Chodzi oczywiście o zmianę w systemie KRUS-u oraz zapowiedź jego likwidacji. Dokładnie, chodzi o zmiany w składkach zdrowotnych w gospodarstwach rolnych. U posiadaczy do 6 ha nic się zmieni, nadal państwo będzie regulowało wszystko za rolnika, do 15 ha rolnicy zapłacą połowę, a powyżej już zapłacą 100% stawki (32 złote, co jest niczym w porównaniu do płacenia składek zdrowotnych przez zwykłych obywateli należących do ZUS-u. Oby to, co zapowiedział premier – włączenie rolników do ZUS-u i likwidacja KRUS-u – odbyło się jak najszybciej. Jest to niezdrowe społecznie, że rolnicy – w wielu wypadkach o wiele bardziej zamożnych od średnich obywateli mieszkających w miastach, płacą tak niskie składki zdrowotne. PSL na pewno będzie się starało to wszystko odwlec w czasie, na szczęście w tym Sejmie jest jeszcze Ruch Palikota czy SLD, który jest gotowy poprzeć likwidacje, dla mnie, złodziejskiej instytucji, stworzonej do przechowywania „PSL-owskich rodzin”, co przez lata współrządzenia partii Pawlaka jest faktem i potwierdzi to każdy w każdej gminie. Co więcej, premier zapowiedział również, że składka rentowna dla pracodawców podwyższy się o dwa procent, co oznacza również to, że koszty pracy wzrosną.

Ostatnim ważnym i szerokim tematem był temat emerytur. Premier zapowiedział wydłużenie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn do 67. roku życia, co ni mniej, ni więcej oznacza tylko tyle, że trzeba będzie dłużej pracować, aby zdobyć dla siebie emerytury. To było oczywiste, że albo trzeba będzie podwyższyć podatki, albo w jakiś inny sposób wydobyć pieniądze na przyszłe emerytury, bo już teraz dług jest na poziomie 52% PKB, a ciągle rośnie. Również premier zapowiedział zmianę waloryzacji emerytury – będzie to waloryzacja kwotowa, a nie procentowa, co było wielkim absurdem. Ktoś kto otrzymał powiedzmy 3000 zł emerytury dostawał powiedzmy podwyżkę 10% – czyli 300 zł, a jeśli ktoś miał 1200 – 120 zł. Kwota waloryzacja będzie dużo sprawiedliwsza. Jest zapowiedź, że służby mundurowe popracują dłużej (25 lat stażu lub do 55. roku życia). To świetna nowina, bo do służb mundurowych była nawet zaliczana czasem dyspozytorka telefoniczna w straży pożarnej (naprawdę!) i szła na emeryturę po 15 latach, a wszystkie przywileje związane z pracy w takich służbach dostawała jak pełnoprawny policjant, strażak czy inna grupa rozumiana pod słowem „mundurowi”. Apropo policjantów – również jest zapowiedź podwyżki jednokrotnej dla policji i wojska (300 zł), czyli dla każdego coś miłego. No i włączenie księży w system emerytalny. Co jednak bardziej cieszy – rozwiązanie Funduszu Kościelnego, co było czystym złodziejstwem ze strony kościoła, otrzymując często za śmieszne pieniądze wartościowe działki, co narażało na wielomilionowe straty państwo.

Podsumowując – Premier zapowiedział, że przychodzi ciężki czas i czeka nas dużo wyrzeczeń, ale i zmian, po których poczujemy ulgę. Nie pozostaje nic innego jak tylko zawierzyć i patrzeć na ręce Premierowi czy to wszystko zrobi. Jeśli tak się stanie – zrobimy milowy krok do skoku cywilizacyjnego, czego wszyscy chcemy. Jednak nie bądźmy naiwni, ilu premierów obiecywało nam gruszki na wierzbie, a po kilku latach niewiele się działo w państwie. Poczekamy, zobaczymy.

– podwyższenie o 50 proc. ulgi prorodzinnej na każde trzecie i kolejne dziecko; na dwoje pierwszych – ulga bez zmian

– likwidacja ulgi dla rodzin z jednym dzieckiem, o dochodzie powyżej 85 tys. zł rocznie

– likwidacja becikowego dla rodzin o dochodach powyżej 85 tys. zł rocznie

– likwidacja 50-proc. kosztów uzyskania przychodów dla autorów, których dochody przekroczą rocznie 85 tys. zł

– likwidacja ulgi na internet

– zmiany w zakresie lokat tzw. dziennych, pozwalających na ominięcie „podatku Belki”

– usprawnienie administracji, np. pozwolenie na budowę ma być wydawane w ciągu 100 dni dla wielkich budów 60 dni dla małych i średnich budów

– skrócenie czasu postępowania w sądach o 1/3

– ułatwienie dostępu do zawodów w których działają korporacje zawodowe.

– zmiany w składkach zdrowotnych dla rolników: od lutego 2012 państwo będzie płacić za gospodarstwa do 6 ha; 6-15 ha – rolnicy płacą połowę składki (16 złotych); powyżej 15 ha – całą składkę. W 2013 r. rozpocznie się wprowadzanie rachunkowości. Docelowo rolnicy w powszechnym systemie emerytalno-rentowym.

– składka rentowa wyższa o 2 pkt. proc. po stronie pracodawców

– zmiana systemu waloryzacji emerytur i rent (przez jakiś czas, przynajmniej przez najbliższe 4 lata ma mieć charakter kwotowy, a nie procentowy)

– stopniowe (od 2013 r.) zrównywanie i podwyższanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, docelowo do 67. roku życia; Od 2013 r. co 4 miesiące wiek emerytalny ma rosnąć o kolejny miesiąc. Dla mężczyzn proces zakończy się w 2020 r., a dla kobiet w 2040 r.

– zmiany w systemie emerytalnym służb mundurowych – dla tych, co wejdą do służby w 2012 r. i później proponowany wiek emerytalny to 55 lat lub 25 lat służby

– duchowni powinni uczestniczyć w powszechnym systemie emerytalnym. Jeśli będzie to konieczne, konkordat zostanie zmieniony

– podwyżka dla policjantów i wojskowych po 300 zł na głowę od 1 lipca 2012 i – jeśli się uda – podwyżka podobnego wymiaru pod koniec kadencji

Mateusz WOŹNIAK

ŚW. MARCIN NA „SZÓSTKĘ”

Wszystko co żyło dzisiaj w Poznaniu, co mogło się w jakim takim tempie poruszać, spieszyło ku głównej arterii tego ponad pół milionowego miasta, aby jak co roku przeżyć kilka niezapomnianych chwil ze świętym Marcinem. Tradycja podkreślająca odrębność Wielkopolski, dla której Święto Niepodległości przypada 27 grudnia, sprawiła też, iż jeden z drugim zabłąkał się także na Uroczystości Państwowe.

Ogólnie jednak cieszono się swoim Marcinem. Święty jak co roku, na siwej kobyłce wyruszył w uroczystym pochodzie ze świątyni pod swoim wezwaniem, ulicą swego imienia aż ku scenie plenerowej, na której prezydent Grobelny wraz z władzami miasta czekał, aby wręczyć Świętemu Legioniście złoty klucz do bram miasta (a co na to kibice KKS?!)

Pochód świętomarciński to bodaj największa w tym mieście parada od czasu manifestacji pierwszomajowych, których zresztą znaczna część zgromadzonych po obu stronach ulicy już nawet nie pamiętała. Było zatem odświętnie, za sprawą rozmaitych zespołów towarzyszących nawet dosyć głośno, ale nade wszystko barwnie i kolorowo, co utytłany w szarej codzienności Poznaniak potrafił docenić. Toteż nie tylko szmer aprobaty, ale nawet owacje nagradzały szczególnie pomysłowych uczestników pochodu. A ciekawych propozycji, jak zawsze zresztą, nie brakowało.

Piszącemu te słowa najbardziej podobało się to, co w roku 2011 wydarzało się po raz pierwszy. A rzeczy te działy się niejako na zapleczu uroczystego przemarszu, który i tak kończył się przed CK „Zamek”, gdzie w stosownym momencie Ryszarda Grobelnego zastąpił Maciej Maleńczuk, znacznie bardziej śpiewająco porozumiewający się ze zgromadzonymi niż jego poprzednik.

Na zapleczu działo się zatem sporo, jak to zostało wyżej powiedziane. Całkowicie fajnym pomysłem okazało się czytanie bajek z okna Biblioteki Raczyńskich. Kolejny strzał w dziesiątkę to kiermasz rogali świętomarcińskich przed tzw. wieżowcami „Alfa”. A to z dwóch powodów. Pierwszy i oczywisty to wyłączność rogala, którego, podobnie jak plendzy z cukrem i śmietaną, poza Poznaniem nie uświadczysz. Drugi równie ważny – odwrócenie uwagi publiczności od tego fragmentu ulicy, który prezentuje się najmniej pięknie – wobec dostojnej i klimatycznej zabudowy – wręcz dysharmonicznie.

W ogóle było zacnie, ponieważ wiele instytucji związanych z ulicą Św. Marcin potraktowało imieniny swojej arterii całkiem poważnie. Nawet Bozia zlitowała się nad publicznością, dając aurę wietrzną i chłodnawą, za to idealnie słoneczną, co wielopokoleniowe familie przyjęły z należytym zadowoleniem. Hand made, kramiki i wszelkiego rodzaju stoiska, które w tym dniu wolno było rozstawiać sprawiły, że ulica przypomniała siebie samą z okresu handlu łóżkowego, który kwitł tutaj w najlepsze w epoce raczkowania tak już dzisiaj dorosłej, dostojnej i nudnawej (proszę nie powtarzać tego na Wiejskiej!) demokracji.

Skąd tytułowa szóstka? Ano tak się złożyło, że w dacie tego dnia zbiegło się aż sześć jedynek (11.11.11), dających w sumie szóstkę, czyli ocenę perfekcyjną. Przyznam ją rad władzom miasta, organizacjom kulturalnym, dyrekcji i pracownikom CK „Zamek”, ludziom, którzy jak zwykle nie zawiedli i oczywiście Bozi za pogodę (no tu może piątka bo mogło być trochę cieplej). Nawet Akademii Muzycznej damy wysoką ocenę, bowiem koncert w „Głośnej” to jednak dzieło samorządu tej uczelni. Szkoda, że jedynki trzeba dać innym poznańskim szkołom wyższym, które w środku semestru, w tak ważnym dniu dla miasta, odwróciły się doń tyłem, by nie powiedzieć wprost – tyłkiem. A przecież rozsiadły się na świętomarcińskim trakcie tak jak inni i tak jak pozostali zrobić coś w tym dniu mogły. Nie dziwiłem się więc kobyłce niosącej Świętego, która mijając pewne budowle podniosła ogon i… (cenzura wewnętrzna). Jej też przyznaję szóstkę za konstruktywną wypowiedź.

Dość narzekania. Teraz walą ognie sztuczne i jest naprawdę wesoło i donośnie. Święty się już zmył i zobaczymy go za rok, miejmy nadzieję, na równie udanej paradzie.

Tomasz DYMACZEWSKI

KASIA ZDOMINOWAŁA POZNAŃSKI DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI

Przed południem na pl. Wolności poznaniacy wraz z wojewodą wielkopolskim Piotrem Florkiem uczcili Dzień Niepodległości. Punktem kulminacyjnym obchodów był wystrzał z armaty prawosławnej.

 Zanim jednak do niego doszło, na mieszkańców czekały, na pl. Wolności  inne atrakcje. Krótko po godzinie 10 przybyłych poznaniaków przywitała  wesołym graniem Orkiestra Miejska przy MPK. W międzyczasie, gdy  jedni z uwagą obserwowali popisy muzyków, inni mogli podpatrzeć na  walczących z bagnetami żołnierzy, czy przyjrzeć się wojskowym  akcesoriom.

Nie lada atrakcje przygotowano także dla miłośników motoryzacji. Około  10:30 pod pl. Wolności zajechały zabytkowe auta, których właściciele zrzeszają się w wielkopolskim automobilklubie. Auta przyozdobione balonami w barwach narodowych wzbudziły ogromne zainteresowanie. Każdy chciał sobie zrobić zdjęcie z tymi wyjątkowymi pojazdami.

Można robić zdjęcia, oglądać, podziwiać… Prosimy jednak nie dotykać aut, ze względu iż są one naprawdę zabytkowe. – apelowali do zgromadzonych miłośników motoryzacji organizatorzy.

Oficjalne uroczystości rozpoczęły się o godzinie 11:00. W momencie gdy oddziały mundurowe oraz poczty sztandarowe ustawiły się na swoich miejscach, nastąpiło podniesienie flagi państwowej oraz odśpiewanie hymnu. Następnie głos zabrał Piotr Florek, którego wystąpienie opierało się na ukazaniu waleczności i wyjątkowości żołnierzy z Wielkopolski.

W 1921 roku Józef Piłsudski przybył specjalnie do Poznania aby odznaczyć sztandar 15 Pułku Ułanów Poznańskich krzyżem orderu Virtuti Milirati, powiedział wówczas: tam, gdzie byliście, byliście doskonali. Jesteście najlepszym pułkiem jaki znam. – opowiadał wojewoda wielkopolski.

Punktem kulminacyjnym obchodów Dnia Niepodległości okazał się jednak wystrzał z ogromnej armaty prawosławnej o niepozornym imieniu Kasia. Zanim jednak do niego doszło, organizatorzy apelowali o zatkanie uszu dzieciom, wyłączenie nagłośnienia oraz ogólną ostrożność. Huk jaki rozległ się, kiedy Kasia ostatecznie wystrzeliła był nieprawdopodobny. Kłęby dymu opanowały pl. Wolności, jednak nie przeszkadzało to poznaniakom w dalszym świętowaniu.

Hałas niesamowity, aż podskoczyłem. Jednak tu nie o hałas chodzi. Niby jedna armata, ale widowisko było naprawdę ciekawe. Wszyscy stojący koło mnie byli pod dużym wrażeniem. Ja z resztą też. – opowiada jeden z poznaniaków.

Przed południem pododdziały przegrupowano i opuściły one pl. Wolności. Oficjalne uroczystości zakończyły się około godziny 12:00. Minęło jednak sporo czasu, zanim ustały patriotyczne śpiewy a ludzie rozeszli się.

Natalia KRAWCZYK

REFORMA MUSI BYĆ

Dbanie o wysoką jakość kształcenia i zwiększanie szans absolwentów na rynku pracy, to najważniejsze cele reform uczelni w Unii Europejskiej. Do takich wniosków doszli eksperci zgromadzeni na międzynarodowej konferencji w Sopocie. We wtorek zakończyło się dwudniowe spotkanie zorganizowane w ramach prezydencji Polski w UE. Było ono odpowiedzią na komunikat w sprawie modernizacji systemów szkolnictwa wyższego, opublikowany przez Komisję Europejską 20 września 2011r. Dokument jest związany z unijną strategią rozwoju gospodarczego i wzrostu zatrudnienia.

W konferencji wzięli udział przedstawiciele krajów członkowskich Unii Europejskiej, a także eksperci w dziedzinie szkolnictwa wyższego. Uczestnicy zgodnie stwierdzili, że szkoły wyższe w całej Europie wymagają spójnej, przemyślanej reformy. Troską władz każdej uczelni powinna stać się przede wszystkim jakość kształcenia i zwiększanie szans absolwentów na rynku pracy. Wyzwaniem współczesności będzie stworzenie takich warunków edukacji, aby odpowiedzieć na dynamicznie zmieniającą się sytuację we wszystkich sektorach zatrudnienia.
Trzeba myśleć m.in. o tym, jak przygotować uczelnie na czasy po kryzysie, by europejscy studenci byli konkurencyjni na rynku pracy. – powiedział wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Zbigniew Marciniak.

Jak to zrobić? W Komunikacie Komisji Europejskiej znajduje się kilka propozycji, które po rzetelnym wprowadzeniu w życie powinny rozwiązać problemy wyższej edukacji. Według ekspertów należy przede wszystkim podnieść poziom wykształcenia, tak aby liczba absolwentów odpowiadała potrzebom Europy. Następnie, co bardzo ważne, należy poprawić przydatność wyższego wykształcenia. Ma się to odbywać nie tylko poprzez wspieranie wymiany pracowników i uwzględnianie w ramach zajęć zdobywania praktycznego doświadczenia. Zdaniem ekspertów, kluczem do sukcesu ma też być monitorowanie edukacyjnych ścieżek rozwoju absolwentów i zgodność ich zawodowych wyborów ze zdobytym wykształceniem.

Ważne będzie również zwiększenie mobilności studentów i intensyfikacja współpracy między uczelniami w całej Unii Europejskiej. Wymiany studenckie mają być sposobem na zdobycie doświadczenia praktycznego, poszerzenie horyzontów. Planowane jest położenie większego nacisku na programy mobilności takie jak Erasmus i Erasmus Mundus. Mają one wywoływać pozytywne skutki zarówno dla uczestników jak i dla angażujących się w nie instytucji. Założenie jest takie, że do roku 2013 z programu Erasmus skorzystają trzy miliony studentów. Zwiększy się też liczba zaangażowanych w nie nauczycieli akademickich i doktorantów.

Istotne będzie też zwiększanie innowacyjności, wprowadzanie nowych programów badań naukowych i współpraca uczelni z potencjalnymi zakładami pracy. W realizacji tych założeń ma pomóc dofinansowanie ze środków unijnych. Szacowane środki, o których mowa w Komunikacie Komisji to około 40 mld euro.

Pod koniec listopada konkluzje dotyczące modernizacji europejskich uniwersytetów ma przedstawić unijna Rada ds. Edukacji. Więcej informacji w Komunikacie Komisji do Parlamentu Europejskiego, Rady, Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-społecznego i Komitetu Regionów na stronie http://eur-lex.europa.eu

Paulina REZMER

MISJA DLA LUDZI Z MISJĄ

– Bez waszego udziału tej imprezy nie udałoby się zorganizować – zaczął motywacyjną pogadankę jeden z organizatorów. Każdy przez chwilę mógł poczuć się ważny. Ale tylko przez chwilę. Przez tę krótką chwilę, po której dochodzi do ciebie, że to czysta kurtuazja. Bo to był maraton – on się nie może odbyć bez biegaczy. Bez ubranych w białe szaty wolontariuszy chyba by się jednak udało…

Ale na pesymizm nie ma miejsca. Wszak jesteśmy tu z własnej woli. Zgłaszając się każdy był świadom tego, co go czeka. Motywacyjna pogadanka znów działa. Zawodzi za to wszystko inne. Ale po kolei…

Na początku był chaos…

– Dziękujemy serdecznie za zgłoszenie. Zapraszamy na spotkanie organizacyjne – głosił e-mail od Urzędu Miasta. Udało się! Przyjęli mnie! Po chwili uniesienia dociera jednak do mnie, że pewnie przyjęli wszystkich, którzy się zgłosili. Ale dobrze tak czasem poczuć się potrzebnym. Zwłaszcza, że ten stan nie trwał długo. Docieram na miejsce spotkania. Określone było ono oczywiście bardzo precyzyjnie – Hala Arena. – Ten komunistyczny moloch ma być miejscem spotkania kilkudziesięciu osób? – pomyślałem spodziewając się już pierwszych kłopotów. No i długo nie trzeba było czekać. Wejście na halę: po lewej ludzie robiący sobie zdjęcie na leżącej na ziemi trójwymiarowej makiecie stadionu, na wprost wejście na parkiet zastawiony przez jakieś stoiska, z prawej stołówka. Rozglądam się w poszukiwaniu jakiejś informacji o szczegółach naszego spotkania. Po kilku minutach znajduję! Na jednym z filarów dumnie powiewa przyklejona kartka – Odprawa wolontariuszy – ze schludną, szablonową strzałką w prawo. Kartka, która pamiętać mogła już co najmniej kilka edycji maratonu i innych imprez, może nawet chrzest Polski. Ale ważne, że ze swojego zadania wywiązuje się znakomicie.

z chaosu wyłonili się pierwsi bogowie…

Bóg z niego był taki, jak Olimp z Areny. Ale jego ręka sprawiedliwości sięgnęła mnie w połowie drogi do kolejnego punktu nawigacyjnego. – Zatrzymaj się Pan – zawołał poirytowany moją ignorancją ochroniarz. Przez chwilę pomyślałem, że może zbezcześciłem świętą niemal makietę stadionu. Ale nie, udało mi się przeskoczyć nad tym trójwymiarowym arcydziełem. Facet w czerni nie odpuszczał – Gdzie Pan idziesz? – wywiązała się między nami krótka dyskusja, z której wyniknęło, że o spotkaniu nic Pan nie wiedział. Jego miłosierdzie pozwoliło mi jednak podążać dalej za wskazówkami na filarach. Z jednym tylko zastrzeżeniem – Usiądź Pan na trybunach i nie przeszkadzaj. A w czym to niby miałbym przeszkadzać? Zasiadłem i obserwuję. Fakt, dzieje się. Na parkiecie scena, a na niej wodzirej i kilkanaście osób. – Zapraszamy na quiz z wiedzy o naszym maratonie! – super, pomyślałem. Może się czegoś dowiem jeszcze przed spotkaniem. Przysłuchuję się dosyć uważnie. Pytania najróżniejsze: o patrona, o trasę, o sponsorów. Nic na czym można by się potknąć, trzymając w ręku oficjalną ulotkę. Gdy jednak na pytanie o markę samochodu, który przypadnie w nagrodę zwycięzcy maratonu usłyszałem odpowiedź – Polsat? – pomyślałem sobie – Co ja tutaj robię? Jakiś 30. raz tego dnia.

a słowo stało się ciałem

W końcu zaczęli zjawiać się moi współtowarzysze niedoli. Z lekkim spóźnieniem przybyli też dumni Panowie z plakietkami organizatorów. Nim jeszcze zaczęli swoją odprawę udało mi się podsłuchać rozmowę spiskowców. – Powiedział, że mamy go nie słuchać, bo będziemy mieli i tak swoje osobne spotkanie – raportował rozmowę z przywódcą konspiracji jeden z kolegów. Poczułem się lekko wyobcowany. – Przyjdzie mi opuścić spotkanie grupy trzęsącej całym poznańskim wolontariatem? – pomyślałem zrezygnowany. Czułem jak życiowa szansa może przejść mi koło nosa. Szybko jednak wyrwał mnie z objęć tej frustracji organizator. Rozpoczęła się odprawa. Padają już słynne słowa o naszej niezbędności. Garść informacji odnośnie trasy, zadań. Nic interesującego. Przynajmniej dla mnie, bo większość wiary skrupulatnie notowała każde słowo prowadzącego, jakby przekazywał im jakąś tajemną naukę. Ja byłem w grupie tych, którzy chcieli dziś otrzymać jedynie pakiet żywnościowy, koszulkę i przydział. Reszta nie grała roli, wszak było sobotnie popołudnie. I stało się. Zostałem numerem 32, uzyskałem swój rewir, porwałem jednorazówkę z prowiantem i opuściłem Arenę. W powietrzu czuć było, że zbliża się coś wielkiego…

Sprint na maraton

Jest niedziela, 8:30. Wieczorem i w nocy robiłem naprawdę dużo by zapomnieć co się działo przez ten czas odkąd opuściłem Arenę. Na tyle trzeźwo byłem jednak w stanie ocenić sytuację, by zorientować się, że praktycznie jestem już spóźniony. Ostatni odcinek pokonuję sprintem. Przynajmniej te 200 metrów, na które starczyło mi siły. Resztę trasy przemierzam w stylu, który mógłbym określić jako trucht rozpaczy. Gdzieś po drodze słyszę komentarz – O, zobacz wnusiu, już biegną – przemilczałem. Po chwili docieram na miejsce. Trwa narada białych koszulek. Pytam się, czy ktoś wie gdzie mamy stać. Spoglądają na mnie nieufnie. Dopiero gdy przybrałem kostium zbawiciela Poznania udało mi się dowiedzieć, że…nie wiedzą. Tak, należałem do jednych z tych naiwniaków, którzy liczyli, że będzie jakoś oznaczone miejsce gdzie mamy stać, ktoś z organizatorów zainteresuje się naszą obecnością przed wyścigiem. Teraz trochę mi wstyd.

Pierwsze wrażenia

Miasto budziło się do życia. Przynajmniej ta część, która miała to szczęście spać w nocy. O coś takiego na moim stanowisku podejrzewałbym jednak jedynie tylko garstkę. Zdecydowaną większość stanowili lekko zataczający się bohaterowie sobotnich nocy. – No zaraz będę, idę do lewiatana po browary – zawołał do wyposażonego już przecież w całkiem czuły mikrofon telefonu jeden z przechodniów. O jakże poczuł mi się bliski. Sam wykazywałem już pierwsze oznaki potrzeby uzupełnienia płynów. Eureka! Zabrałem przecież pakiet żywnościowy… Okej, rozumiem, że nie nazywał się on pakietem ratunkowym i nie musiał zawierać piwa, kebaba i jakiegoś red bulla. Ale na litość boską, nie zwał się też pakietem głodowym bym musiał raczyć się dwoma wafelkami i rogalikiem. Z wodą pogodziłem się najszybciej. Resztę prowiantu odłożyłem na gorsze czasy, które przez te 7 godzin musiały przecież się kiedyś przytrafić. Rozejrzałem się po ulicy. Białe koszulki już zwarte i gotowe. Czekały tylko na sygnał.

Do roboty

Zawołał miejski strażnik z naprzeciwka. Białe koszulki zaczynają się nerwowo rozglądać. Ale to do mnie pierwszego podchodzi stróż prawa i porządku. – Jakby jechało tu jakieś auto, to bezwzględnie nie wpuszczaj. Ale nie będzie jechało bo tam dalej jest zamknięta droga – zrozumiałem jego przesłanie bardzo dokładnie – za bardzo się nie napracuję. Dla reszty był to policzek. Te aż przesadnie ambitne persony ciągle liczyły na to, że będą prowadzić walki z agresywnymi przechodniami lub chociaż reanimować masowo mdlejących zawodników. Rozkosznie było patrzeć na ich lekko już rozczarowane miny. Ja zaś odizolowałem się od tego zgiełku słuchawkami i modliłem się tylko by bateria wytrzymała ten maraton…

Poznań Know-how, ku**a, know-how!

Wobec takiego okrzyku nie mogłem przejść obojętnie. Odrzucam słuchawki, zresztą i tak nie miałem już ochoty dłużej cieszyć się z małych rzeczy. Wiedziałem, że przede mną wielkie chwile. Zaczęło się coś dziać! Podbiegam do strażnika. Ten ostro się tłumaczy. – Proszę pana nic na to nie poradzę, że jest błędnie poprowadzony objazd. Tutaj nie ma wjazdu. I cała seria takich samych pytań i takich samych odpowiedzi. – Widzisz, źle pokierowali ruchem i wszyscy tu jadą, bo są zakazy dokoła – pożalił mi się lekko już poddenerwowany strażnik. A samochodów przybywało, mało kto chciał słuchać wyjaśnień. Dzielny wojownik w walce o spokój na drogach wreszcie się poddał i zgłosił sprawę do przełożonych. W tym momencie zrobiło mi się go żal. Wszystko bowiem co mieli mu do powiedzenia to to, że wiedzą, że jest ciężko i że go rozumieją i wspierają całym sercem. Na rozwiązanie problemu miał jednak poczekać kilkanaście minut. Kilkanaście minut wyjaśnień trwało dla niego pewnie całą wieczność. Ale w końcu udało się wybrnąć z tej sytuacji. W samą porę, bo bieg się rozpoczął, a na horyzoncie pojawili się pierwsi biegacze.

Maratony dwa

Nie trzeba było długo obserwować zmagań zawodników, by zorientować się, że biegi są dwa. W pierwszym udział brało kilkanaście osób, w drugim kilka tysięcy. Ten pierwszy wyścig należał do Kenijczyków, którzy niczym cygański tabor objeżdżają kolejne miasta by wygrywać maratony. Dla nich liczy się tylko zwycięstwo i nagrody. Jakby to miało jakoś zmienić sytuację ich biednego kraju. Reszta biegła by coś sobie udowodnić, może dla rozrywki. Grobelny chyba sam nie wie po co biegł. Publika równo dopingowała jednak wszystkich. Były transparenty, gwizdki i trąbki. Brakło tylko palonych opon i było by jak na manifestacji Solidarności. Lekko irytowała mnie stojąca za mną pani tłukąca o masywne udo butelką wypełnioną żwirkiem dla kota. Na trasę schodziły się całe rodziny. Moją uwagę przykuła pewna matka z dzieckiem. Chłopak przez co najmniej pół godziny dopytywał – No mamo, gdzie tata? Powinien już być. Kolejni biegacze mijali ich, a wśród nich brak ukochanego ojca. Dzieciak wyraźnie był tym faktem poirytowany. Matka przyjęła to ze spokojem. Najwyraźniej przyzwyczaiła się do problemów męża na dłuższych dystansach.

Za zakrętem stali, rower mu zabrali…

Nie brakowało interesujących zjawisk wśród publiczności, ale niektórzy biegacze wprawiali mnie w osłupienie. Tak oto trasę przemierzali tatusiowie z niemowlakami w wózkach, emeryt w samych slipach (no co, emerytkom z naprzeciwka się podobało), facet o kulach czy niewidomy sznurkiem przywiązany do przewodnika. Furorę zrobił jednak starszy pan biegnący i śpiewający jednocześnie. Nie tylko ja byłem zdziwiony, gdy ledwo łapiących oddech młodzieńców, mijał emeryt, do tego z pieśnią na ustach. Gdy usłyszałem – Tam na polu stoi krowa, cierpi bo już pełna mleka – moja praca nabrała sensu. Ożywił się też strażnik. Zbyt wziął do siebie przesłanie płynące z dalszych wersów tej piosenki. Zaczął prześladować rowerzystów, którzy nie zastosowali się do jego polecenia opuszczenia trasy. No cóż, każdy musiał mieć swoje pięć minut.

Biedni wolontariusze

Gdy stróż prawa udał się wlepiać mandat groźnym przestępcom, ja uciekłem do pobliskiej knajpki na herbatę. Wtedy pierwszy raz poczułem, że komuś jest mnie żal. Kelnerka musiała bardzo współczuć mi, że marznę, że nic z tego nie będę miał, że stoję tyle godzin – gdy kazała mi zapłacić 6 złotych za głupi dzbanuszek herbaty. Frajer – tak też mogła pomyśleć, ale raczej sprawiła, że zacząłem zastanawiać się znów nad sensem swojego działania. Tym razem z innym skutkiem. W lokalu z bankomatem pozbyłem się znamienia, które nie pozwalałoby mi spokojnie przejść po mieście – białej koszulki. Opuściłem swój posterunek i oczywiście towarzyszyły mi wyrzuty sumienia. Ale tylko przez pierwsze 15 sekund. Potem skupiłem się już tylko na jedzeniu i spaniu. Wszak moja obecność tam była zbędna. Utwierdził mnie w tym przekonaniu mail, którego otrzymałem już kilka dni później. A w nim podziękowania i zapewnienia, że przysługuje nam za to bilet na lodowisko. I wszystko jasne! Od początku chodziło tylko o to, by wolontariuszy zostawić…na lodzie.

PAWEŁ KLAPIŃSKI

MŁODZI – OBURZENI

W maju tego roku specjaliści komentujący sytuację w Hiszpanii oceniali ruch młodych M-15 jako słabo zorganizowaną formację z niejasno określonymi postulatami, w przypadku której trudno mówić o stałości. Dziś fala protestów Oburzonych ogarnia wiele państw, a postulaty wypowiada się z rosnącym przekonaniem. Do światowego protestu doszło 15 października w tysiącu miast na całym świecie.

Od wieków jest tak, że za całe zło tego świata odpowiada jakiś system. To przeciw niemu należy się sprzeciwiać. Tak społeczeństwo funkcjonuje, że w którymś momencie mówi się kategoryczne „nie” – uroki demokracji. Sprzeciw jest domeną ludzi młodych. Protest Oburzonych to nie nowość, choć jego organizacja odbywa się z wykorzystaniem nowych środków komunikacji i przekazu. Portale społecznościowe jako narzędzie jednoczenia i mobilizacji ludzi o podobnych poglądach podziałały doskonale podczas rewolucji w Egipcie. Sprawdziły się i u Oburzonych. Według socjologów platformy Facebook i Twitter pełnią ogromną rolę w formowaniu się ruchów społecznych, porównywalną z… rolą kościoła w czasach narodzin Solidarności.

Nie bez powodu podkreśla się lewicowy charakter haseł protestujących, choć sami demonstranci nie posługują się żadnymi emblematami partyjnymi i nie identyfikują się z opcjami politycznymi. Główną przyczyną protestów jest nierówność społeczna, chciwość i skorumpowanie bankierów oraz bezradność rządów wobec kryzysu gospodarczego. Nie popadając w skrajności można stwierdzić, że krytyka kapitalistycznej rzeczywistości oraz braku relacji klasy politycznej z klasą społeczną to cechy charakterystyczne dla wszystkich znanych nam z ostatnich pięćdziesięciu lat przewrotów.

Moim zdaniem kapitalizm to bomba z opóźnionym zapłonem, nie tylko dla ludzi, ale też dla naszej planety. Nasz dobrobyt jest finansowany ze szkodą dla innych państw, a EBC reprezentuje ten niesprawiedliwy i zabójczy system. – mówi 27-letni Tobias protestujący we Frankfurcie nad Menem. Protest nie jest wymierzony w sam kapitalizm, ale w sposób, w jaki ów kapitalizm funkcjonuje.

Lech Wałęsa popierający protesty na Wall Street, w jednym z wywiadów, stwierdził „Kapitalizm wytwarza coraz więcej pieniędzy, ale nie zauważa ludzi. To coraz większy problem na całym świecie”. Problem ten dostrzeżono w 82 krajach. W ponad 950 miastach na świecie młodzi ludzie wyszli na ulice i choć media oceniają, że akcja zakrojona na tak szeroką skalę powinna zgromadzić więcej uczestników, warto mieć na uwadze, jak ciężko dzisiaj zmobilizować młodzież do uczestnictwa w takich wydarzeniach. Jeśli wierzyć zapowiedziom organizatorów, fala protestów nie jest jednorazowa. Protesty trwają nadal w Nowym Jorku, Amsterdamie i Frankfurcie. W większości miast mają charakter pokojowy, choć w Rzymie za sprawą chuliganów przeistoczyły się w uliczne zamieszki. Doszło nawet do profanacji jednego z kościołów w Lateranie. Władze Rzymu szacują straty na miliony euro. Inaczej rzecz miała się w Nowym Jorku. Demonstranci w iście amerykańskim stylu urządzili pikniki, koncerty i połączyli protest z zabawą.

W warszawskich protestach 15 października wzięło udział kilkaset osób. Wśród nich znaleźli się m.in. Wanda Nowicka z Ruchu Palikota oraz Ryszard Kalisz z SLD. W marszu wzięło też udział trzech Hiszpanów, którzy w maju okupowali madrycki plac Puerta del Sol. Przed rozpoczęciem manifestacji odczytali oni list, w którym podkreślili, że najważniejsze „jest rozbudzenie społecznej świadomości, wyzwolenie się ze strachu przed tym, co jest, oraz pozyskanie siły, by walczyć z niesprawiedliwością i nadużyciami”.

 Paulina REZMER

 Fot. Joanna Arent z Nowego Jorku   Fot. Joanna Arent z Nowego Jorku   Fot. Joanna Arent z Nowego Jorku   Fot. Joanna Arent z Nowego Jorku

PO WYBORACH…

Na ulice wyjdziemy później…

Wybory Anno Domini 2011 za nami. Po wyjątkowo jałowej kampanii, wątło okraszonej nawet przez hamującego Palikota i jego egzotyczną drużynę z urn wyborczych wyłoniła się triumfująca Platforma Obywatelska. Wygrali po raz drugi i w tym wymiarze przechodzą do historii polskiego parlamentaryzmu. Największym przegranym jest SLD. Media otrąbiły sukces Ruchu Palikota, lecz tak naprawdę kolejnym wygranym jest PSL, który uwiarygodnił swoją pozycję solidnego koalicjanta. Dla każdego…

Tuskowi zabrakło kilkunastu mandatów do pełni szczęścia. Pełnia szczęścia to dla każdej partii politycznej w polskim parlamencie bezwzględna większość głosowań. Trzeba się więc będzie wdzięczyć do potencjalnego partnera. W PO mówiło się głośno już pod koniec wieczoru wyborczego: To będzie partia Pawlaka. Ów, z charakterystyczną dla siebie, niespieszną manierą zbierania myśli oświadczył: Trzeba rozważyć wszystkie warianty koalicji. To co jest grane? – zapytacie zapewne. Zagrane może być wszystko, z wyjątkiem rzecz jasna POPiSu. Ludowcy byli już w przeszłości w koalicji z wszystkimi ugrupowaniami, które zasiądą teraz na Wiejskiej. Z wszystkimi oprócz Palikota. Rzecz w tym, że to ugrupowanie traktowane jest przez pozostałych jako źródło dostarczania mandatów. A więc – dezintegracja? Oprócz samego Palikota jasno widzą to wszyscy przywódcy partyjni.

Można teraz spekulować, a i tak skończy się na powtórce z poprzedniej koalicji, z tym, że trudniej będzie ją zawiązać, bowiem ludowcy chcą kilka ministerstw więcej. Przed Donaldem Tuskiem trudne zadanie – musi solidnie przewietrzyć swoje szeregi – zbyt wiele tam bałaganu i prowizorki. Łatwo nie będzie, wygrana jest na tyle wyrazista, że do sejmu wejdzie większość „jedynek”, „dwójek” i „trójek” z poszczególnych list, a to zapewnia już na starcie ostrą konfrontację pomiędzy przyszłymi posłami.

Powtórka z wygranej to dla Platformy duży sukces. Nie od rzeczy pytanie, czy to sukces gwarantujący rządy na kolejne cztery lata? Nieco w to wątpię. Donaldowi Tuskowi – jak zauważył prof. Wawrzyniec Konarski z Uniwersytetu Jagiellońskiego – przyjdzie się rozliczyć z obietnic przedwyborczych i to nie tylko z aktualnych ale i tamtych sprzed czterech lat. Nie jestem pewien czy PO może już teraz ogłosić gotowość do takich rozliczeń. Jeśli nie zrobi tego w przeciągu najbliższego roku, scenariusz przedterminowych wyborów jest prawdopodobny.

A co teraz z nami? Nadal będziemy jeździć najlepszymi kolejami w Europie, po polskich drogach podziwianych przez wszystkich cudzoziemców i cieszyć się będziemy statusem zielonej wyspy na czerwonej mapie Europy. Na ulicę wyjdziemy później. Może za dwa, może za trzy lata…

Tomasz DYMACZEWSKI