Wszystkie wpisy, których autorem jest Radosław Kubina

W MASAŻU SIŁA

Mając od pewnego czasu okazję do podglądania jak wygląda praca z maluchami i wcale nie chodzi o zasłużonego dla polskiej motoryzacji Fiata 126p, mój pogląd na to ile potrzeba wysiłku, chęci, determinacji aby zapewnić małemu człowiekowi dobry start w życie bardzo się zmienił.

Do tego momentu uważałem, zapewne jak większość tej brzydszej połowy populacji, że wystarczą pieluchy, mleko w buteleczce no i jakoś to będzie. Nie wygląda to jednak w taki prosty sposób. Pomijając wszelkiego rodzaju badania, ubranka, wózki i masę innych rzeczy zaciekawił mnie bardzo pewien sposób, który w zasadzie nic nie kosztuje, a przynosi zdecydowanie niewymierne korzyści. Mowa o masażu Shantala.

Shantala była ubogą hinduską kobietą, siedzącą gdzieś na ulicy. Miała sparaliżowane nogi, więc jedynym sposobem na zapewnienie swojemu maleństwu odrobiny szczęścia i lepszego przygotowania do życia było masowanie go. Robiła to z ogromną miłością i uczuciem.

Masaż Shantala polega na masowaniu całego ciała dziecka. Celem wykonywanych działań jest zapewnienie maleństwu lepszego snu, poprawy krążenia, oddychania, wpływa również na poprawę trawienia. Wzrasta więź miedzy dzieckiem a rodzicem, a maluch poznaje czym jest dotyk pełny rodzicielskiej dobroci i miłości.

Zapraszam do przeczytania krótkiego wywiadu z Karoliną Bochenek, certyfikowaną instruktorką masażu Shantala, która zajmuje się masażem zawodowo.

Jak duża jest popularność masażu Shantala na świecie i jak sprawa wygląda w naszym kraju?

Największa popularnością Shantala cieszy się w USA i Kanadzie. W Europie masowanie dzieci jest szczególnie popularne w Holandii, skąd praktyka ta została sprowadzona do Polski, gdzie zdobywa coraz więcej zaufania wśród młodych mam.

Skąd moda na tego typu masaż?

Powracamy do metod najprostszych, masowanie jest jedną z nich. Młode matki często wpadają w panikę kiedy wracają ze szpitala do domu i ich dzieci są głośne, płaczliwe, nie śpią, mają kolki itd. Wówczas najprostszym antidotum jest delikatny dotyk. To nieskomplikowane oddziaływanie potrafi odmienić życie całej rodziny: uspokaja i leczy dzieci, uodparnia je na stresy, modeluje ich postawy, a jednocześnie zaspokaja potrzebę bliskości, pogłębia więzy pomiędzy rodzicami a dzieckiem, spaja ich jako rodzinę. W wielu miejscach można znaleźć kursy, w Poznaniu np. w Opener Klub Mam na ul.Piątkowskiej do którego serdecznie zapraszam.

Czy każdy może wykonywać masaż, ile czasu trwa nauka techniki?

Masaż Shantala jest prosty do nauczenia, każdy może się go nauczyć w stosunkowo krótkim czasie. Rodzice często wykonują masaż instynktownie. Podczas masowania wytwarzają się endorfiny zarówno u matki jak i u dziecka oraz tworzy się więź między masującym a masowanym, dlatego masaż powinni wykonywać rodzice lub opiekunowie. Rodzicom optymalnie wystarcza 8 spotkań z instruktorem.

Jak dużej wiedzy i praktyki wymaga masowanie maleństwa?

Najlepiej wziąć udział w kursie z instruktorem gdyż wówczas poznamy tajniki masowania, siłę masażu, tempo masażu oraz kilka istotnych elementów których nie nauczymy się z filmów instruktażowych. Nie masujemy dzieci chorych. Nie masujemy bioderek kiedy nie było jeszcze wykonane usg. Masujemy mniej więcej ok 1,5h po i przed jedzeniem. Nie musimy wykonywać zawsze całościowego masażu, ważne aby był on przyjemny dla dziecka. Ja uczyłam się kilka miesięcy ale wcześniej ukończyłam już kurs masażu klasycznego. Musimy zachować wszelkie zasady niezbędne do masowania, czyli: chęć dziecka, temperatura pomieszczenia, spokój i cisza, nie może być biegających dzieci, hałasujących, najlepiej mama i dziecko lub tata i dziecko. Odpowiedni czas zarówno ilość jak i pora dnia, przygaszone światło, łagodna muzyka.

Jakie korzyści czerpie dziecko, a jakie osoba masująca?

Regularne masowanie dziecka co najmniej 3-4 raz w tygodniu daje naprawdę wiele korzyści. Dla dziecka to przede wszystkim regulacja snu, poprawa trawienia, wyciszenie czy uspokojenie. To korzyści zdrowotne. Poza tym masaż wzmaga równie ważne więzi z rodzicem, dziecko czuje dotyk, oswaja się. Korzyści odczuwają także rodzice. Poprawa pewności siebie, świadomość wiary we własne umiejętności opieki nad dzieckiem czy poznanie ciała dziecka, jego potrzeb czy reakcji na bodźce zewnętrzne to główne korzyści dla rodzica lub opiekuna.

Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.
Fot. Radosław Kubina.

Masaż Shantala jest więc znakomitą formą kontaktu z dzieckiem, przy której korzyści czerpią obie strony. Mając okazję przyjrzeć się jak w praktyce wygląda masaż, nie mogłem wyjść z podziwu zarówno dla wykonującej masaż, ale także podziwiając reakcję małego dziecka. Uśmiech i pozytywna reakcja malucha jest największą rekomendacją do spróbowania własnych sił w tej formie kontaktu z pociechą.

COŚ CO NAS PODNIECA

Jest takie wydarzenie, które w życiu kibica piłkarskiego sieje zamęt – przewraca życie do góry nogami, sprawia, że właśnie w tym jednym dniu priorytety zostają odwrócone. To dzień meczu derbowego, czyli takiego w którym najczęściej dochodzi do spotkania ulubionej drużyny z tą nazwijmy to delikatnie niezbyt lubianą. 

Mecze derbowe to pojedynki na murawie...Żródło www.desmarcados.com
Mecze derbowe to pojedynki na murawie…Źródło www.desmarcados.com

Spotkania derbowe to pojedynki drużyn z jednego miasta, regionu, ale też mecze pomiędzy zwaśnionymi drużynami nie związanymi ze sobą w żaden sposób położeniem geograficznym.

Mecz derbowy to święto. Święto dla ludzi żyjących piłką ale i nie tylko. To okazja to konfrontacji mieszkańców jednego miasta, jednego regionu. Wygrana w derbach to powód do dumy dla jednych, ale i powód do spuszczenia głowy dla drugich. Wynik meczu wskaże tych, którzy będą „rządzić” w mieście aż do następnego spotkania.

Także na trybunach dzieje się sporo - Źródło wp.pl
Także na trybunach dzieje się sporo – Źródło wp.pl

Anglia czyli derby tu i tam

Najbardziej znane derby to spotkania Manchesteru United z City. Fani obu drużyn nigdy za sobą nie przepadali, a trwająca do niedawna dominacja Czerwonych Diabłów(United) tylko potęgowała wściekłość fanów „The Citizens”. Obecnie to ekipa z Etihad Stadium(City) gra lepiej, więc fani mają okazje do rewanżu.

Inne pojedynki derbowe w Anglii to poza spotkaniami Liverpoolu z Evertonem, które budzą jednak mniejsze emocję wśród publiki, dzieją się głównie w stolicy „Synów Albionu”. Mecze pomiędzy Arsenalem, Chelsea czy Tottenhamem, stoją zwykle na bardzo wysokim poziomie sportowym ale i kibicowskim. Z uwagi jednak na wielkość metropolii i zróżnicowanie kulturowe wyniki meczów pomiędzy tymi zespołami nie działają tak samo na mieszkańców jak choćby w Manchesterze czy Liverpoolu. W Londynie żyje się trochę inaczej, a piłka to często dodatek, a nie główne danie.

Włochy modą stoją

W lidze włoskiej to miasto mody czyli Mediolan jest miejscem najgorętszych meczów piłkarskich. Pojedynki pomiędzy Interem a Ac Milan są solą i esencją tego co we włoskiej piłce najlepsze – od znakomitej atmosfery na trybunach, świetnych opraw kibicowskich, skończywszy na najwyższym sportowym poziomie, bo oba zespoły od lat stanowią ścisłą czołówkę europejskiej piłki.

Hiszpania czyli Derby Europy

Real i Barcelona, to tak jakby napisać czerń i biel. Oba kluby tyle samo dzieli co te dwa skrajne kolory. Zarówno Real jak i Barcelona stanowią kluby instytucje skupiając wokół siebie miliony kibiców na całym świecie. To właśnie ich mecze nazywane są Gran Derbi, czyli wielkie derby, czy też Derby Europy. Od zawsze pomiędzy klubami istniały spore różnice dotyczące spojrzenia na piłkę, na sposób prowadzenia drużyny, zarządzanie finansami. Real to zespół opierany na gwiazdach, sprowadzanych za grube miliony. Barcelona stara się te gwiazdy tworzyć sama, szkoląc swoich piłkarzy od najmłodszych lat. Real to klub ekskluzywny, z bogatej dzielnicy Madrytu. Fc Barcelona jest bardziej przyziemna, a to stanowi magnes przyciągający kibiców. To właśnie jeden z punktów zapalnych, który dodatkowo buduję napięcie i tak stojące już na wysokim poziomie. Mecze obu zespołów to absolutny światowy top, a poziom prezentowany przez piłkarzy jest najwyższy z możliwych. Gran Derbi to święto – święto wszystkich fanów futbolu.

Polacy nie gęsi

W naszym pięknym Państwie także odbywają się mecze o podniesionym poziomie adrenaliny. Główne polskie derby to pojedynki Górnika Zabrze z Ruchem Chorzów. To mecze o panowanie na Górnym Śląsku, a Ślązacy jak mało kto cenią sobie zwycięstwo nad lokalnym rywalem.

Derby Krakowa to okazja do konfrontacji dwóch zwaśnionych klubów. Wisła z Cracovią nienawidzą się jak pies i kot, a dzieląca oba stadiony niewielka odległość tylko dodaje „smaczku” rywalizacji w Grodzie Kraka. Rywalizacja pod Wawelem zawsze jest zacięta i nasiąknięta emocjami. Nie zawsze jednak wszystko kończy się na boisku, a „dogrywka” pomiędzy kibicami kończy się często tragicznie.

Często w mediach słyszymy o tzw. Derbach Polski. Obecnie tym mianem określa się spotkania Lecha Poznań z warszawską Legią. Mecze te to pole do popisu dla kibiców, oba kluby od zawsze darzą się nienawiścią i obustronną niechęcią. Podobnie z kibicami.

Wcześniej mecze Legii z Widzewem wzbudzały wielkie emocje, teraz z uwagi na słabszy poziom łódzkiej drużyny, mecze pomiędzy tymi zespołami przechodzą bez większego echa.

Co do niedawnego meczu między Legią, a Lechem trudno nie oprzeć się wrażeniu, że niestety z roku na rok poziom tych spotkań jest co raz słabszy. Patrząc na zawodników Lecha w tunelu prowadzącym na murawę powinienem zobaczyć 11 nastawionych na walkę, zdeterminowanych sportowców. A zobaczyłem? Coś pomiędzy metroseksualnymi modelami, a chłopcami spotykającymi się by pokopać sobie piłkę w ramach wolnego czasu. Tak nie można. Jeśli to są profesjonalni sportowcy i tak wykonują swoją pracę, to ja powoli wysiadam z jadącego tempem drezyny pociągu o nazwie polska piłka. Jaka piłka takie derby. Niestety.

ŚWIAT WIDZIANY INACZEJ

Po powieść Marka Haddona pt.”Dziwny przypadek psa nocną porą” sięgnąłem bardzo przypadkowo, mając w planach wypożyczenie czegoś kompletnie innego. Przypadek ma to do siebie, że często zmienia wiele w naszym życiu. Czy ta książka coś zmieniła w moim?

Czy chłopiec odkryje prawdę? - źródło wikimedia.org
Czy chłopiec odkryje prawdę? – źródło wikimedia.org

Fabuła skupia się na młodym chłopcu, dotkniętym jedną z odmian autyzmu, mieszkającym gdzieś w niewielkim, brytyjskim miasteczku. Christopher Boone, bo tak nazywa się główny bohater żyje na pozór normalnie, jak przeciętny 15-latek – chodzi do szkoły, ma swoje zainteresowania. Jednak jego życie jest zgoła odmienne.

Chłopiec mieszka z ojcem, który nie do końca radzi sobie z wymagającym opieki synem. Matka według ojca nie żyje, a Chris musi wierzyć ojcu na słowo. Pasją chłopca jest matematyka, liczenie przychodzi mu z dużą łatwością, to liczby pomagają mu w postrzeganiu świata. Chris unika ludzi, obawia się kontaktu fizycznego, często reagując wtedy agresją.

Próbując klasyfikować książkę w jakiejś kategorii, na pewno wypada zaznaczyć kryminalna i psychologiczna. Wątek śledztwa przebiega w sposób bardzo oryginalny, a ciekawość co będzie dalej jest niepohamowana. Widzimy zapiski chłopca, plany ulic, miasta, często bazujące na jego wyobraźni. Książkę czyta się wręcz ekspresowo, a kolejne wątki do których docieramy są co najmniej zaskakujące. Czy matka chłopca faktycznie nie żyje? Kto zabił psa sąsiadki? Jak chłopiec zniesie podróż metrem? Te pytania nie dadzą Wam spokoju:)

Obraz świata przedstawiony z perspektywy cierpiącego na autyzm jest inny, różny od świata widzianego przez większość. Zwykłe czynności są kłopotliwe, budzą przerażenie. Jest to obawa wynikająca z pewnością po części zetknięcia się z czymś nowym, ale pewnie wynika też z samej psychiki chorego chłopca. Można zastanowić się czy autor książki opisuje czyjeś doświadczenia, a może własne? W każdym razie jestem skłonny sądzić, że wizja świata przedstawiona w książce nie jest wymysłem i fikcją, ale oparta została na czyimś doświadczeniu.

Naprawdę warto sięgnąć po to niewielkie objętościowo dzieło, ale zawierające sporo oryginalnej treści. Nie ukrywam, że książka wywarła na mnie spore wrażenie i następnym razem 2 razy dłużej zastanowię się nad oceną innych ludzi, ich odmienności.

JAKIE SZANSE W SOCZI?

Już w piątek 7 lutego zapłonie znicz XXII Zimowych Igrzysk Olimpijskich – tym razem na rosyjskiej ziemi w Soczi. Zmagania potrwają do 23 lutego. Jak przedstawiają się szanse Polaków, których w kraju naszych sąsiadów wystartuje rekordowa ilość 59?

soczi
Maskotki Igrzysk Olimpijskich Soczi 2014 – źródło polskieradio.pl

Szanse medalowe naszych reprezentantów są spore. Poza oczywistymi faworytami polskich kibiców – Justynie Kowalczyk i Kamilu Stochu, w innych dyscyplinach także nie jesteśmy bez szans. Nasze panczenistki i panczeniści także mają apetyt na medal, czy reprezentantki biatlonu, gdzie wypada wymienić chociażby Krystynę Pałkę czy Monikę Hojnisz. Przed tego typu imprezami zawsze dmuchamy balon, który najczęściej ciśnienia nie wytrzymuje i pęka. Tym razem nie widać gigantycznej presji medialnej na naszych faworytów, więc pozostaje nam kibicować, a zawodnikom skupić się na zadaniu. A jakie to zadania?

Justyna Kowalczyk swoich szans upatruje głównie na biegu 10km stylem klasycznym. Biorąc pod uwagę kontuzję stopy naszej „Królowej Śniegu”, należy spodziewać się mniejszego poświęcenia w biegu sprinterskim i postawienia wszystkiego na jedną kartę w klasyku.

Kamil Stoch z kolei po dwóch ostatnich zwycięstwach w Willingen, jest głównym kandydatem nawet do olimpijskiego złota. Trzeba pamiętać natomiast, że tych faworytów jest przynajmniej dziesięciu, więc o medale na pewno nie będzie łatwo. Ja osobiście wierzę w dwa medale o dowolnych kolorach skoczka z Zębu.

Skoki to także nasza drużyna, która wymieniana jest wśród czterech najlepszych zespołów. Wydaje się jednak, że szanse naszych w walce z Austriakami, Słoweńcami i Niemcami nie są największe, natomiast przy dobrych skokach naszych reprezentantów i odrobinie szczęścia może zdarzyć się wszystko.

Nasze biatlonistki to natomiast wielka zagadka. Panie dysponują sporym potencjałem, więc bieg sztafetowy, ale też starty indywidualne mogą być emocjonujące. Biatlon to jednak sport bardzo nieprzewidywalny, więc może dojść do kilku niespodzianek, w czym również należy upatrywać szans biało-czerwonych.

Podobnie sprawa ma się z ekipą łyżwiarek i łyżwiarzy szybkich, których aby powalczyć o medale będą musieli wspiąć się na wyżyny swoich możliwości.

W innych dyscyplinach musi wydarzyć się cud, porównywalny z tym którego sprawcą był pan w długich włosach blisko 2000 lat temu. Także szanse naszych w innych dyscyplinach sa naprawdę niewielkie, żeby nie powiedzieć, że nie ma ich w ogóle.

Wielkie emocje już niedługo, więc życzę wszystkim kibicom owocnego trzymania kciuków za Polaków na rosyjskiej ziemi i pozytywnych emocji.

SMARZOWSKI ZNÓW LEJE W MORDĘ

Wojciech Smarzowski przyzwyczaił widzów do mocnego uderzenia. Jego obrazy biją widza w twarz, uderzają bezpośrednio w słabe punkty polskiego społeczeństwa. Sam reżyser powiedział kiedyś, że nigdy nie nakręci filmu w którym nie będzie lał się alkohol – do tej pory słowa dotrzymuje, a jego najnowsze dzieło jest w tej kwestii przodownikiem spośród wszystkich dotychczasowych. Jak zatem wypada „Pod Mocnym Aniołem”?

Scenariusz filmu to głównie wyznania w klubie AA -źrodło  film.onet.pl
Scenariusz filmu to głównie wyznania w klubie AA -źrodło film.onet.pl

Poprzednie obrazy Smarzowskiego oglądało się poniekąd jak komedie, która za każdym razem przechodziła w dramat, kończąc się często w sposób bliski horrorom. Może poza „Różą”, w której powodów do śmiechu nie było w ogóle. Tym razem jest podobnie, choć bez tak wyraźnego podziału. Film nie ma dokładnie zarysowanej linii fabularnej, to co oglądamy to przenikające się wątki z życia kilku bohaterów, więc momenty humorystyczne występują na początku filmu, ale tez pod koniec.

To co uderza widza tym razem, to dość powszechny w naszym kraju problem alkoholizmu. Można się spierać czy reżyser tym razem koloryzuje i przerysowuje kwestię picia w naszym kraju – moim zdaniem niestety nie, choć surrealizm bijący z niektórych scen może być dla niektórych niezrozumiały. To co widzimy na ekranie dzieje się często wokół nas, jest zwierciadłem części polskiego społeczeństwa.

Film jest mocny, a jakże! Oglądanie niektórych scen może odpychać tych mniej wytrzymałych. Reżyser w sposób realistyczny przedstawia reakcje organizmu alkoholika – od płynów fizjologicznych po padaczkę alkoholową. Nie do końca wiemy czy pewne przedstawione sceny dzieją się naprawdę, czy to tylko wytwór wyobraźni chorych organizmów. Smarzowski alkoholizmu nie wybiela, nie upiększa. Przedstawia chorobę w sposób brutalny, pozbawiając czasem chorych resztek człowieczeństwa, pokazując ich upodlenie w sidłach alkoholu. Opary C2H5OH aż biją z ekranu. W filmie piją wszyscy – wieśniak, ksiądz, pisarz, kierowca tira.

Aktorzy to znów zaufana grupa Smarzowskiego – jest więc Jakubik, Dziędziel, Kinga Preiss, czy Marcin Dorociński. Główna rola tym razem przypadła Robertowi Więckiewiczowi.

Jego rola w filmie to klasa światowa! Gdyby film nakręcono w Stanach Zjednoczonych, nominacja do Oskara byłaby pewnie formalnością. Podobnie Arkadiusz Jakubik, który jest zdaje się największym odkryciem Smarzowskiego, a jego poprzednie role – Notariusza z „Wesela”, Środonia z „Domu Złego” czy policjanta z „Drogówki” zdecydowanie zapisały się w pamięci polskiego widza. Tym razem gra mniejszy epizod, spisując się równie dobrze, co w rolach pierwszoplanowych.

Musze przyznać, że wybierając się do kina spodziewałem się czegoś więcej – film jest godny polecenia, aczkolwiek czegoś zabrakło. Być może formuła Smarzowskiego powoli staje się nudna, wyczerpuje się. Znalazł on doskonały „silnik” tworzenia filmów, w który wrzuca różne historie, a jego kolejne dzieła mogą być powoli trudne do odróżnienia. Maszynka w którą reżyser wrzuca kolejne historię, tym razem nieco się zużyła. Gdyby „Pod Mocnym Aniołem” było pierwszym, bądź drugim dziełem reżysera, piano by z zachwytu. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że tym razem brakuje trochę świeżości. Mimo tego zdecydowanie polecam obejrzeć i być może przemyśleć to co reżyser chce nam przekazać.

Apeluję jednak zwłaszcza do młodych widzów – nie idziecie na komedię, więc proponuję odpuścić sobie seans, a wasz śmiech czy raczej jego brak zdecydowanie pomoże w odbiorze filmu widzom o wyższym IQ.

JERZY POKAZAŁEŚ JAJA!!!

Po długim i dramatycznym spotkaniu pierwszej rundy wielkoszlemowego Australian Open, Jerzy Janowicz pokonał reprezentanta gospodarzy Thomsona – w 5 setach. Polak zajmujący 20 miejsce w rankingu ATP bardzo długo męczył się z będącym na…319 miejscu Australijczykiem.

Charakter Janowicza tym razem mu pomógł - źródło polskieradio.pl
Charakter Janowicza tym razem mu pomógł – źródło polskieradio.pl

Mecz miał dramatyczny przebieg. Polak zmagając się z kontuzją lewej stopy często zaciskał zęby i tylko on sam wie dlaczego nie zszedł z kortu, walcząc do końca, przede wszystkim z samym sobą. Po 2 pierwszych setach sensacyjnie wygranych przez 19-letniego Australijczyka w stosunku 6:1 i 6:4 wszystkie znaki na niebie wskazywały na rychłe pożegnanie się Polaka z krajem kangurów.

Polak pokazał jednak z jakiej gliny jest ulepiony. Wyszło na to, że z bardzo solidnej. Po kolejnych gemach walki, Polak zaczął zyskiwać przewagę nad debiutantem, pokazując kilka klasowych zagrań, pomimo ciągłego grymasu na twarzy. Ostatecznie polski tenisista wygrał kolejne 3 sety w stosunku 6:4, 6:2 i 6:1 deklasując młokosa i pokazując różnicę klas dzielących obu tenisistów.

Niewielu jest tenisistów, którzy dograliby ten mecz do końca. Jerzy pokazał charakter, choć kontuzja nie rokuje zbyt optymistycznie na kolejne mecze. Jednak za samą postawę, wolę walki i charakter w tym spotkaniu Janowiczowi należą się gratulację i szacunek.

LEWY BAYERN

Robert Lewandowski podpisał pięcioletni kontrakt z Bayernem Monachium i od 1 lipca stanie się piłkarzem klubu z Bawarii. Podczas gry w Bayernie zarobi ok.130 mln złotych.

Kto przyzwyczai się szybciej - kibice czy piłkarz? Źródło - Futbol.pl
Kto przyzwyczai się szybciej – kibice czy piłkarz? Źródło – Futbol.pl

Polityka bawarskiego klubu jest znana od lat. Polega na „odbijaniu” swoim największym rywalom, najlepszych zawodników – Goetze, teraz Lewandowski z Dortmundu czy Neuer z Schalke. Nie jest do to końca fair, ale przecież kto bogatemu zabroni?

Pamiętam jak w roku 2008 Lewandowski jako młody, nieopierzony chłopak przychodził do Lecha, grając wcześniej w Zniczu Pruszków. Już wtedy określano go mianem wielkiego talentu, ale chyba tylko wróżbita Maciej mógł przewidzieć aż taki rozwój kariery „Lewego”. Z roku na rok mężniał, nabierał siły fizycznej, tak potrzebnej środkowemu napastnikowi.

W Dortmundzie był bożyszczem, w Bayernie będzie jednym z wielu, podobnie jak Goetze, który nie potrafi odnaleźć się w naszpikowanym gwiazdami monachijskim Mannschafcie. Wyzwania, które stawia się rokrocznie przed Bayernem są zdecydowanie wyższe niż w Borussii – tam mógł, teraz będzie musiał. Presja związana z jego występami będzie zatem o wiele większa.

Co zatem czeka Lewandowskiego? Albo przebije się i zostanie gwiazdą absolutnie światowego formatu, albo będzie żałował przenosin do Monachium, grając mniej, powoli tracąc pewność siebie. Osobiście życzę mu mimo wszystko jak najlepiej, choć kibicem Bayernu na pewno nie zostanę.

MNIEJ PAJACOWANIA WIĘCEJ SKAKANIA

Piotr Żyła po poprzednim sezonie stał się ulubieńcem kibiców – głównie dzięki świetnym występom na światowych skoczniach, ale też poprzez swoją otwartość, naturalność. Polscy kibice momentalnie pokochali zawsze uśmiechniętego skoczka. Ale…

Ta mina mówi wszystko o ostatnich skokach - źródło sport.interia.pl
Ta mina mówi wszystko o ostatnich skokach – źródło sport.interia.pl

W obecnym sezonie po kilku bardzo dobrych występach i wysokiej pozycji w Pucharze Świata(do niedawna 11 miejsce), nadszedł kryzys, którego apogeum był brak kwalifikacji do drugiego konkursu Turnieju Czterech Skoczni w Ga-Pa. Dopiero 52.miejsce skoczka z czołówki jest niepokojącym sygnałem. Niepokojącym z uwagi na pewną dużą nieprzewidywalność skoczka z Wisły, co w perspektywie konkursu drużynowego na IO w Soczi może martwić.

Apeluję więc o skupienie się na tym co Pan naprawdę potrafi – na skokach. Sprawy pozasportowe należy zostawić na boku, choć zdaję sobie sprawę – tam gdzie sukces tam i pieniądze. Udział w reklamach zapewne przyniósł spore dochody, gdzieś przewinęła się też wizyta u Kuby Wojewódzkiego, a i od udzielania często kontrowersyjnych wywiadów Pan nie stroni. Nie zawsze należy informować ile się wypiło podczas Świąt, bo to sportowcom nie do końca przystoi…

Za dużo znamy przykładów, choćby z piłki nożnej, w których to pieniądze i tzw.”sodówka” zakończyła bardzo szybko, ciekawie zapowiadające się kariery, więc mając choć trochę zdrowego rozsądku, proponuję spojrzeć na swoją karierę od podstaw – najpierw trening, dobre skoki, a na splendory i laury przyjdzie czas. Bo brak tych pierwszych spowoduje oczywisty spadek popularności i wtedy charakterystyczny śmiech będzie tylko doskonałą okazją do drwin.

Życzę więc Panu w Nowym Roku przemyślenia pewnych spraw i szybkiego powroty do formy – bo szkoda byłoby stracić tak wielki talent.

KTOŚ TU JEST NIEMĄDRY?

Tegoroczne Tour de Ski, czyli jedna z najważniejszych imprez w kalendarzu biegów narciarskich odbywa się bez Justyny Kowalczyk. Największa gwiazda tej pięknej dyscypliny powiedziała STOP. Organizatorzy mogą pożałować tej decyzji nie tylko w tym sezonie.

Komu ta decyzja odbije się czkawką? Źródło polsatsport.pl
Komu ta decyzja odbije się czkawką? Źródło polsatsport.pl

Powodem wycofania się pani Justyny z zawodów było zastąpienie biegu na 10 km stylem klasycznym, sprintem techniką łyżwową. Od lat wiadomo, że pierwszy to ulubiony bieg Polki. Organizatorzy postanowili uprzykrzyć jej życie, ułatwiając jednocześnie największym rywalkom sięgnięcie po zwycięstwo – sprint nie jest najmocniejszą stroną polskiej biegaczki.

Nie przewidzieli jednak, że miarka się przebrała i Polka powie dość faworyzowaniu Norweżek, Niemek i innych zawodniczek mocnych na krótkim dystansie.

Taka decyzja polskiej biegaczki budzi kontrowersje i z punktu widzenia sportowca często jest nie do przyjęcia. Być może należało zakasać rękawy i walczyć. W tym momencie szanse na zdobycie Kryształowej Kuli maleją prawie do zera, a i przygotowania do Igrzysk Olimpijskich zostaną mocno zachwiane. Miejmy nadzieję, że przez tą decyzję sezon nie będzie stracony.

Wycofanie się Kowalczyk to wielce prawdopodobny „samobój” organizatorów TdS. Spadek oglądalności wśród polskiej publiczności z pewnością odbije się na przyszłorocznych wpływach od sponsorów, a sama impreza już straciła na wartości. Jednak na zmianę decyzji już za późno. Co kieruje organizatorami, układającymi trasę biegu pod konkretne zawodniczki? Czy rywalizacja sportowa, duch fair play zniknął już całkowicie, a kluczowe decyzje zapadają przy zielonym stoliku?

Niestety ale chyba czas się z tym pogodzić, patrząc także na inne dyscypliny sportu. Polecam spojrzeć na noty przyznawane podczas skoków narciarskich Austriakom(Morgenstern, Schlierenzauer) czy Szwajcarowi Ammanowi i porównać je do mniej znanych skoczków, lądujących często w lepszym stylu, a otrzymujących od poszczególnych sędziów po 2 pkt mniej…

Należy zatem pogratulować głupoty, bo kto jak kto, ale kibice są bardzo czuli na wszelkiego rodzaju przekręty, a kłamstwo, jak wiadomo, ma niezbyt długie nogi.

ŚLEDZĄC TYRANA

Już jakiś czas temu, może pół roku wstecz, obejrzałem przejmujący obraz pt.”Pola śmierci” ze wspaniałą rolą między innymi Johna Malkovicha. Film opowiadał o przewrocie politycznym w Kambodży i krwawych rządach Czerwonych Khmerów. Tematyka filmu zainteresowała mnie całkiem niedawną tragiczną historią jednego z najbiedniejszych państw na ziemi.

www.timeturk.com
www.timeturk.com

Zacząłem czytać, przeglądać internet, w celu poznania niektórych faktów. W gruncie rzeczy to jeden człowiek stoi za jednym z największych ludobójstw XX wieku. Mowa o Pol Pocie.

Zainteresowany historią Kambodży sięgnąłem po książkę polskiej autorki – Moniki Warneńskiej pt.”Śladami Pol Pota”.

W czasie rządów Saloth Sara(dopiero po objęciu władzy stał się Pol Potem) zginęło ok.2.5 miliona ludzi spośród liczącej wówczas 7.5 miliona Kambodży. Mordowano wszelką inteligencję, zakładając, że to chłopi i wieś będą motorem napędowym Kambodży – pracując w obozach, które rzadko kto był w stanie przetrwać. Delikatne dłonie, posiadanie okularów, czy książki było wystarczającym powodem zgładzenia człowieka.

Autorka przedstawia genezę tragicznych wydarzeń, przedstawiając nam postać Pol Pota, opisując jego dzieciństwo, czasy studiów w Paryżu(!), działań partyzanckich, aż do objęcia władzy i śmierci.

Czytając dzieło pani Moniki czułem, że faktycznie podążam jego śladami. Opisy miejsc w których mieszkał, opinie rodziny, o której później zapomniał – „Rewolucja nie zna sióstr i braci”, czy opis zmieniającej się z roku na rok stolicy Kambodży – Phnom Penh zapadają w pamięć, dając dużo do myślenia.

Książka została napisana bardzo przystępnym językiem, czyta się ją łatwo jeśli mowa o stylu – sama tematyka jednak sprawia, że często nie dowierzamy w to co czytamy. Opisy torturowania więźniów, ich smutnego końca sprawiają, że książka zdecydowanie nie jest dla każdego. Bo to w jaki sposób „radzono” sobie z rzekomymi przeciwnikami Pol Pota i jego doktryny, wymyka się często ludzkiej wyobraźni…Piekło na ziemi, trudne do zrozumienia.

Autorka bardzo mocno wartościuje postać Pol Pota, nie mogło być chyba inaczej. Przedstawia go jako bojaźliwego człowieka, bojącego się własnego cienia. Jej opisy są bardzo treściwe, nie pozostawiające złudzeń co do obojętności świata zewnętrznego i braku reakcji na dziejącą się rzeź. Czyżby w Kambodży nie było ropy?

„Byliśmy jak dzieci uczące się chodzić, walczyłem nie po to, aby mordować ludzi, naszą walkę prowadziliśmy, by zapobiec wietnamizacji Kambodży, moje sumienie jest czyste” – Pol Pot.

Polecam książkę osobom interesującym się niedawną historią, tą o której nie mówi się zbyt wiele, a w szkołach się nie uczy. Według programu nauki historii lepiej wiedzieć jak działał handel w XII – wiecznej Anglii niż o tym co działo się 35 lat temu…O tej tragedii zapomnieć nie wolno.

Polecam przeczytać i dowiedzieć się jak to możliwe, że jeden szaleniec i jego wizja przynoszą tak tragiczne w skutkach konsekwencje. Nie pierwszy zresztą raz w historii.