Wszystkie wpisy, których autorem jest Paulina Zych

Dziennikarka prasowa. Autorka wielu reportaży i felietonów.

MINUTA CISZY

Rotmistrz Pronaszko zaklął; ostroga zaplątała mu się beznadziejnie w zbyt obszernym kapciu.

– Ot, jak się pokićkało ścierwo – mamrotał próbując oswobodzić nogę.

– Podnieś pan! – zagrzmiał major Róg-Podleski – No, jeszcze wyżej!

Pronaszko posłusznie podniósł nogę i stał przez chwilę jak monstrualny bocian. Nagle zamachał rękami i zwalił się ciężko na podłogę.

– Trzebaż było opuścić nogę – irytował się major. Szczęśliwym trafem oporny kapeć odplątał się z ostrogi.

– Dziękuję, panie majorze, dziękuję! – krzyczał uszczęśliwiony rotmistrz.

– Panowie, panowie… – powiedział z przyganą kustosz i odwróciwszy się otworzył bogato zdobione drzwi. Wtłoczyliśmy się za nim do środka.

Oślepiła nas biel sedesu. Nad spłuczką wisiała tabliczka z groźnym ,,NIE DOTYKAĆ EKSPONATÓW.

– Tutaj właśnie srywał pan Marszałek – powiedział uroczyście kustosz. Kontemplowaliśmy w milczeniu. – Bywało – ciągnął dalej kustosz – że pan Marszałek tutaj i kilka godzin przesiedział. Nagle wychodzi i buch, gotowa genialna koncepcja militarna.

– Buch i gotowa! – powtórzyliśmy w zachwycie.

– O, tu! Patrzcie panowie, tu na dole. Widzicie? – zawołał triumfalnie kustosz. Pochyliliśmy się nad drzwiami.

– Brzydkie słowo, jak Boga kocham! – wykrzyknął rotmistrz Pronaszko – Brzydkie słowo wydrapane osobiście przez pana Marszałka!

Staliśmy wzruszeni. Sierżantowi Wiarusowi spływały po sumiastych wąsach łzy.

– Za takiego człowieka krew i życie! – krzyknął z emfazą major Róg-Podleski.

– Panowie, pomnijcie gdzie jesteście – strofował nas kustosz. Nie mogliśmy się uspokoić. Złapało nas coś za grdykę i długo nie chciało puścić.

– Baczność! – zakomenderował piskliwie pułkownik Powidz. Zamarliśmy. Pułkownik szarpnął za rączkę spłuczki. Wśród bulgotu spływającej wody staliśmy minutę w milczeniu.

Andrzej NICZYPEROWICZ

WARSZAWA DA SIĘ LUBIĆ, CZYLI WOJSKA JERZEGO HOFFMANA NADAL W FORMIE

Mój dziadek, historyk, najlepszy nauczyciel, jakiego miałam i – mimo upływu lat – najmądrzejszy mężczyzna, z jakim przyszło mi obcować, mawia, że z filmów i książek fabularnych historii uczyć się nie podobna. W karierze zawodowej najbardziej bolało go, że zgodnie z „jedyną słuszną linią”, swego czasu musiał wykładać uczniom fałszywą historię.

Najnowszy obraz Jerzego Hoffmana „Bitwa Warszawska 1920” nie jest wystarczającym materiałem źródłowym do czerpania wiedzy historycznej. Jest jednak, podobnie jak wszystkie pozostałe filmy mistrza, kompozycją prawdziwa i zamkniętą.

Obsada filmu jest skończenie doskonała. Na ekranie pojawiają się aktorzy zarówno starego, jak i młodego pokolenia. Nie brakuje też tych z pokolenia „średniego”. Wszyscy zatrudnieni przez reżysera odtwórcy ról otrzymali jednakowo dobrą szkołę. Dzięki ich doskonałej dykcji i sztuce aktorskiej nie trzeba domyślać się kto co w danej chwili mówi i jakie emocje przekazuje. Postaci historyczne odzwierciedlone są tak dobrze, że trudno nie kupić Michała Żebrowskiego w roli premiera Grabskiego albo Daniela Olbrychskiego w roli Józefa Piłsudskiego. Nawet epizodyczne role zostały obsadzone aktorami najwyższej klasy, co uzasadnić można dbałością Hoffmana o każdy szczegół. W roli de Gaulle’a obsadzono Wiktora Zborowskiego, choć pojawia się na ekranie przez kilka sekund.

Fabuła filmu nie zaskakuje widza. W historyczne wydarzenia wpleciona jest dramatyczna historia żołnierza, Janka i artystki kabaretowej, Oli. Janek pada ofiarą wielu dziwnych, choć charakterystycznych dla tamtych czasów zbiegów okoliczności. Ola finalne rusza na wojnę nieść pomoc rannym w bitwie.

Godzien uznania jest most jaki Hoffman rozciąga między widzem starszego i młodego pokolenia. Bitwa Warszawska jest przedstawiona w taki sposób, w jaki mogliby ją opowiedzieć sami jej uczestnicy. Jest okrutna i brutalna, ale przenika się z elementami codzienności. Wojna trwa, ale w Warszawie lat dwudziestych jest miejsce na kabaret, dobroczynność, piękne kobiety, wódkę i żołnierską fetę. Ola, postać odtwarzana przez Nataszę Urbańską, uwodzi polskiego widza dobrze znanymi piosenkami patriotycznymi. Jest swoistym odbiciem mitologii Marusi na stałe wpisanej w polską kinematografię. Choć historia nie jest wyszukana, widza nie razi stereotypowe zakończenie filmu utrzymane w tonie „i żyli długo i szczęśliwie”, bo powszechnie wiadomo, że Jerzy Hoffman jest raczej zwolennikiem szczęśliwych, a przynajmniej estetycznych zakończeń.

Na uwagę zasługuje świadomy (?) ukłon autorów scenariusza w stronę młodego pokolenia, któremu ustami aktorów wyjaśniono trudne pojęcia (np. takie jak czekista) oraz przedstawiono najważniejsze postaci (takie jak Stalin, gdyby ktoś nie rozpoznał). Najważniejsze fakty historyczne też zostały podane jasno i przejrzyście i szkoda tylko, że Marszałek nie przeklina tak jak przeklinał w rzeczywistości.

Muzyka i udźwiękowienie produkcji nie pozostawiają nic do życzenia. I nawet jeśli komuś nie przypadł do gustu pomysł z ukazaniem Bitwy Warszawskiej w trójwymiarze, powinien dziękować, że to Jerzy Hoffman, a nie kto inny skroił pierwsze polskie 3D.

Platon dopuścił się stwierdzenia, że tylko ci, którzy ponieśli śmierć w walce, widzieli koniec wojny. Ci, którzy poszli na „Bitwę Warszawską 1920” widzieli wojny fragment. Nie nauczyli się przez to historii. Ale jeśli dzięki pracy czołowych polskich aktorów i filmowców ludzie zechcą zajrzeć do podręczników celem odświeżenia i poszerzenia wiedzy o własnym kraju, to znaczy, że kino Hoffmana nadal jest nam potrzebne.

Paulina REZMER

INAUGURACJA

Podczas Inauguracji roku akademickiego 2011/2012  Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych, która odbyła się w Teatrze,  pięć naszych dziennikarek uroczyście otrzymało legitymację dziennikarską ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Gościem specjalnym był redaktor naczelny TVN, Kamil Durczok. Wygłosił on krótki wykład.

 

DOBRE MANIERY

 

Po powrocie z wizyty u sąsiadów Karol został surowo napomniany przez żonę za to, iż był na tej wizycie bez krawata. Wobec tego wziął z szafy brązowy, w niebieską kratkę krawat, zapakował go i wysłał do sąsiadów z listem: „Pozwoliłem sobie złożyć państwu godzinną wizytę bez krawata. Posyłam wobec tego ten brakujący szczegół garderoby, który bądźcie uprzejmi kontemplować przez godzinę, a następnie odesłać go pod wskazany adres”.

Ewa BIELAWA