POLACY BEZ WYOBRAŹNI – DLACZEGO ICH DZIECI TONĄ W RZEKACH?

Od maja w Polsce utonęły już 352 osoby. Toną nie tylko dzieci, ale i dorośli. Skutek braku wyobraźni czy świadomości zagrożenia?

Wakacje powoli dobiegają końca, dla jednych pozostawią niezapomniane wspomnienia, dla innych z kolei ból i cierpienie po stracie najbliższych osób.  Coraz więcej odnotowuje się tragicznych zdarzeń nad polskimi rzekami. Jak podają policyjne statystyki, od maja utonęły 352 osoby. To przerażający wynik.  Wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego tak  się dzieje? Ile jest w tym winy rodziców? A może wina tkwi w braku oznakowania niebezpiecznych terenów wodnych? A jeśli już są oznakowane, to czy plażowicze respektują je?

Fot. http://wroclaw.naszemiasto.pl/artykul/940977,wroclawianie-lamia-zakaz-kapieli-na-gliniankach-ratownicy,id,t.html
Fot. http://wroclaw.naszemiasto.pl/artykul/940977,wroclawianie-lamia-zakaz-kapieli-na-gliniankach-ratownicy,id,t.html

Z przestrzeganiem zakazów bywa różnie. Niektórzy pozostają wierni dewizie „zakazany owoc smakuje najlepiej”, jednak czy ta adrenalina jest warta tego, by narażać najbliższych na strach, a nawet cierpienie?

Pani Beata, 36 – letnia mieszkanka jednej z wsi położonej w woj. Lubuskim, zgodziła się opowiedzieć anonimowo o tragedii, którą przeżyła trzy lata temu. Wyciągnęła zdjęcia 6 – letniej dziewczynki o promiennym uśmiechu. Blond loki opadały na roześmianą buzię. Wyglądała na grzeczną dziewczynkę, która nie sprawia problemów wychowawczych.

Chciałyśmy miło spędzić czas

Pamiętam ten dzień, w którym odprowadziłam Karolinkę po raz ostatni przed wakacjami do przedszkola. Zakończenie roku szkolnego i wakacyjny szał. Już w drodze powrotnej do domu planowałyśmy, co zrobimy najpierw. Byłam samotnie wychowującą matką, więc praktycznie sama musiałam zadbać o atrakcje dla mojej córeczki. Ojciec Karolinki pojawiał się raz w miesiącu, zawsze obiecywał jej wtedy mnóstwo rzeczy, których w efekcie i tak nie realizował. No, może spełnił jedną obietnicę na dziesięć. Pewnie kochał ją, ale rzadko to okazywał, poza tym ułożył sobie życie z inną kobietą i potem nie miał już czasu. Chciałyśmy miło spędzić czas, obiecałyśmy sobie, że to będą niezapomniane wakacje. I były… lecz nie tak, jak sobie to zaplanowałyśmy.

Karolinka już od dłuższego czasu chciała abym poszła z nią nad pobliską rzekę. Znajduje się ona około 1000 m od naszego domu. Chodziły tam wszystkie dzieci od nas ze wsi. Większość bez nadzoru rodziców, co mnie dziwiło. Nie było tam do końca bezpiecznie, ponieważ w jednym miejscu było bardzo płytko, a dwa korki dalej już głębia i wir, który wciągał. Wszyscy wiedzieli, gdzie znajdują się te niebezpieczne miejsca i postanowili je omijać.

Podświadomie odwlekałam spacer nad wodę, chyba czułam, że tam może zdarzyć się coś nieprzyjemnego. Zadzwoniłam do byłego męża i zaproponowałam mu, abyśmy złożyli się na pół i kupili basen naszej córce. Taki basen w ogrodzie jest zawsze bezpieczniejszy.

Basen nie zdał egzaminu

Wreszcie kupiliśmy Karolince basen. Niestety już po pierwszym dniu znudzona oznajmiła mi, że chce iść nad wodę, bo tam chodzą wszystkie jej koleżanki. Pomyślałam sobie, że może faktycznie pójdę tam z nią, żeby dziecko miało przez wakacje kontakt z rówieśniczkami. Jednak nadal odwlekałam wycieczkę nad rzekę. Pozwoliłam córce zaprosić koleżanki do siebie do ogrodu na basen. Tak zrobiła. Zaprosiła nawet kolegów z przedszkola. Jedni przyszli z rodzicami, drudzy ze starszym rodzeństwem. Ja z rodzicami tych dzieci piłam kawę w domu. Już po godzinie Karolinka przyszła do mnie zapłakana powiedzieć, że ktoś przebił basen i schodzi powietrze. Nikt nie chciał się przyznać do tego, jak to dzieci. Kolejnego dnia znowu pojawiły się prośby o wspólne pójście nad wodę. Nie mogłam już dłużej zwodzić mojej córki. Może powinnam wtedy po prostu powiedzieć, że nie pójdę z nią, bo tam jest niebezpiecznie? Może powinnam też zakodować w jej umyśle fakt, że tam jest niebezpiecznie?

Rzeka porwała moje dziecko

Było nawet dosyć upalnie. Już rano Karolinka przyszła do mojej sypialni obudzić mnie i przypomnieć, że dziś idziemy nad rzekę. Podczas gdy ja szykowałam nam śniadanie, ona układała w swoim małym plecaczku ręczniki i kocyk. Nawet zaśmiałam się do niej, bo widziałam z jakim zapałem pakuje te rzeczy. Pomyślałam sobie, że nie będę jej spuszczać z oczu, a do wody będzie wchodziła tylko ze mną. Po śniadaniu umyła jeszcze ząbki, wyrzuciła szczoteczkę w kąt i już stała przy drzwiach wyjściowych na znak tego, że jest gotowa na wycieczkę. Była to jej pierwsza wycieczka nad rzekę, pierwsza i ostatnia… Po drodze nuciłyśmy piosenkę „słoneczko nasze rozchmurz się…”, śpiewała tak głośno, że ptaszki odlatywały z drzew. Jej śpiew przypominał radosny pisk. Momentami nawet podskakiwała. Zadała mi pytanie, które mnie zdziwiło:

-Mamusiu, ty umiesz pływać? – pokiwałam na to przecząco głową – to kto mnie uratuje w razie czego? – przeszły mi po plecach dreszcze i chciałam szybko wracać do domu. Jednak nie mogłam pokazać dziecku, że stchórzyłam. Odpowiedziałam jej ze spokojem, że do wody będzie wchodziła tylko ze mną i będę ją trzymać za rączkę. Nie może sama wchodzić do wody. Zawsze była posłusznym dzieckiem. Nigdy nie robiła niczego bez mojej zgody.

Doszłyśmy na miejsce, rozłożyłyśmy duży koc. Karolina od razu ciągnęła mnie za rękę i wołała, żebym poszła z nią do wody. Ścisnęłam bardzo mocno jej rączkę. Tak, jakbym się czegoś bała. Weszłyśmy do wody, mimo, że przy wjeździe widniał zakaz kąpieli. Wszyscy się tam kąpali, to dodawało innym odwagi. Karolinka pochlapała mnie lekko wodą, ja ją też. Ochłodziłyśmy się lekko, ale ona chciała popływać. Nie bała się już wody tak jak rok wcześniej. Pozwoliłam jej popływać tylko przy brzegu i w mojej obecności. Potem wyszłyśmy na brzeg, poleżeć na kocu. Posmarowała mi plecy balsamem na moją prośbę. Po chwili położyłam się na brzuchu, a ona leżała tuż obok mnie. Nie zauważyłam kiedy oddaliła się. Zauważyłam to dopiero, gdy poprosiłam o ponowne posmarowanie mi pleców. Ku mojemu zdziwieniu córki przy mnie nie było. Wstałam zdenerwowana i pobiegłam w stronę rzeki. Nagle jakiś mężczyzna poderwał się krzycząc „Dziecko tonie! Czy ktoś umie pływać?!!! Tam, tam!!! Ratujcie ją!” Zakręciło mi się w głowie, nogi zrobiły mi się jak z waty. Serce zaczęło mocno pukać. Widziałam tylko jak wir wciągał moją małą córeczkę. Jej rączki, które nie miały w sobie na tyle sił, aby odpychać się nimi. Dwóch mężczyzn wskoczyło szybko do wody a ja za nimi. Niestety sama zaczęłam się topić. Jakaś kobieta wyciągnęła mnie z wody. Wpadłam w szał, nie pamiętam jak udało im się wyciągnąć moją córeczkę z wody. Gdy już położyli ją na brzegu, była martwa. Krzyczałam do niej. Z jednej strony czułam złość, na siebie i na nią. Na nią dlatego, że nie posłuchała mnie, a na siebie za to, że w ogóle poszłam tam z nią. Moje życie zamieniło się w koszmar. Wszystko mi ją przypominało. Szczoteczka do zębów rzucona w kąt, zabawki  i przebity basen… Moje życie ogarnęła pustka. Gdybym mogła tylko cofnąć czas… Wiele razy pytałam samą siebie, dlaczego tak się stało. Obwiniałam się i katowałam w myślach. Byłam pod stałą opieką psychologa. Często w nocy śniłam o niej. Jednak nigdy już nie uzyskam odpowiedzi, dlaczego to zrobiła? Dlaczego poszła do wody bez mojej zgody? Moja mała Karolinka zawsze pozostanie w mojej pamięci. Dziś zastanawiam się, kim by była w przyszłości gdyby żyła. Opowiedziałam moją historię, ponieważ chciałabym zaapelować do rodziców innych dzieci, aby nie zabierali swoich pociech w zakazane miejsca, szczególnie, gdy widnieje tabliczka z zakazem kąpieli. Trzeba mieć na tyle wyobraźni, by wiedzieć, czym to się może zakończyć.

KIBOL KIBICOWI NIE JEST RÓWNY

Sport to jedna z ulubionych rozrywek Polaków. Nawet, jeśli aktywnie w nich nie uczestniczą, z przyjemnością śmigają na mecze siatkówki, piłki ręcznej, nożnej czy chociażby turnieje szachowe ( wbrew pozorom, internet twierdzi, że to również dziedzina sportu! ).  Dobrze, że nie dość, iż możemy pochwalić się naszymi osiągnięciami, to ponadto mamy więcej punktów stycznych z rodakami.

Fot.  weheartit.com
Fot. weheartit.com

Obcokrajowcy zazdroszczą nam nie tylko zwycięstw sportowych (… a może nie mamy się czym chwalić?! Siatkówka, proszę bardzo! O, albo kolejny przykład! Vive Targi Kielce – piłka ręczna ! ) ale przede wszystkim uważają, że jesteśmy zagorzałymi kibicami i nikt jak my, nie potrafi  podtrzymywać ducha walki ( podobno Anglicy wzorują się na naszych kibicach wspierających kluby piłki nożnej ). Pewnie gdy czytacie moje wypociny, prychacie ze zdumieniem, że tak zachwalam naszych „kiboli”. Przecież to przestępcy! Łobuzy! Mało to się słyszy o ich bójkach? Dewastacjach stadionów, miast? Tylko, widzicie, jest pewna różnica między kibicem a kibolem.

Cóż złego jest w miłości do konkretnego klubu sportowego, chodzenia na mecze, dopingowania ich oraz trwania w miłości do niego w dobrych i tych złych chwilach? Ja tam nic w tym gorszącego znaleźć nie mogę. Co więcej – uważam, że to powinno się chwalić! Nie ma nic złego w ich wyjazdach, koszulkach, szalikach, przesiadywaniu w pubach w których  to można obejrzeć ostatni mecz. W sumie dla kobiet, których mężczyźni mają ku temu zapędy, jest to pewnego rodzaju wygodą. A niech idzie na ten mecz, ona może wtedy zaprosić przyjaciółki i obgadać rudą z naprzeciwka. Urodziny ma? Z prezentem też nie będzie wielkich problemów. A gdy chce obejrzeć mecz w domu to owszem, proszę bardzo, a my w tym czasie pójdziemy się upiększać u kosmetyczki ( istnieje wówczas prawdopodobieństwo, że nie będzie narzekał na brak gotówki w portfelu ). Sama wygoda!

Przypadek opisany powyżej jest ewidentnym przykładem kibica. Kibol zaś, no tutaj różnica jest kolosalna. Moim skromnym zdaniem, kibol to osoba, która wykorzystuje mecze do rozwiązania porachunków z innymi osobnikami, za wykorzystaniem przemocy fizycznej. Pomijam docinki i wyzwiska – cóż, tego uniknąć się nie da, idioci są wszędzie. A ten inteligentniejszy zignoruje bezpodstawne zniewagi. Trudniej o lepszą sytuację aniżeli to w trakcie widowisk sportowych. Tłumy ludzi, zamieszanie – można pokusić się o stwierdzenie, że jest się w trakcie takiej sytuacji niewidzialnym. Jestem zdania, że wtedy właśnie zgraje wykorzystują zamieszanie do załatwiania porachunków. Później zaś, w gazetach widnieją dramatyczne nagłówki ” Kibice to a kibice tamto”.

Zgadzacie się ze mną? Kibic to osoba, która dobrze życzy danemu klubowi sportowemu czy też osobie, wskutek czego śmiga na rozgrywki i dopinguje ich z całego serca. Kibol, pseudokibic, chuligan – jak zwał tak zwał – to osoba, która wykorzystuje tego typu sytuacje do załatwiania swoich niecnych występków. A nawet jeśli takie indywiduum mówi dumnie o sobie, że jest kibicem – cóż, w każdej społeczności możemy spotkać wybryki.

AWARIE PRZEMYSŁOWE – GDZIE ZDARZAJĄ SIĘ NAJCZĘŚCIEJ?

Czy wiesz, które zakłady i obiekty budowlane są szczególnie narażone na ryzyko wystąpienia awarii przemysłowej? Wszystko wskazuje na to, że są blisko domu każdego Polaka. To jeszcze nie powód do paniki, ale warto zaznaczyć, że niebezpieczeństwo jest tam, gdzie… pozornie go nie ma.

Awarie przemysłowe budzą grozę społeczeństwa i zdobywają spore nagłośnienie w mediach. Zdarzają się na tyle rzadko, że szybko potrafią stać się tematem dnia i zniechęcić wielu odbiorców do inwestycji w ogóle. Prawda jest jednak taka, że praktycznie nie da się obejść bez obiektów przemysłowych. Kto zatem czuwa nad naszym bezpieczeństwem?

 Strzeżonego, Seveso strzeże

W Polsce zakłady, które uznane są za niebezpieczne zaliczyć można do grupy o zwiększonym ryzyku wystąpienia awarii (ZZR), albo do grupy o dużym ryzyku wystąpienia awarii (ZDR). Są to tzw. zakłady sevesowskie a swą nazwę wzięły od Dyrektywy Seveso II. O zaliczeniu konkretnych obiektów do którejś z tych kategorii decyduje rodzaj oraz ilość znajdujących się w nich substancji chemicznych określonych w specjalnych kryteriach. Zakłady, które spełniają te kryteria zostają objęte restrykcyjnymi normami w zakresie bezpieczeństwa i są pod kontrolą straży pożarnej. – Nasza aktualna siedziba zakwalifikowanym jest jako ZZR, podobnie będzie z naszą nową inwestycją w Janikowie. Działamy na rynku od wielu lat, dzięki przestrzeganiu wysokich norm bezpieczeństwa nie mieliśmy żadnej poważnej awarii. – mówi Dagmara Chmielecka z Działu Inwestycji firmy BROS. Według danych prezentowanych w raporcie Państwowej Inspekcji Pracy w 2008 roku zakładów zakwalifikowanych do grupy zwiększonego lub dużego ryzyka awarii było w sumie 356. Ich liczba stale wzrasta. Jak wykazała kontrola PIP, w większości przebadanych zakładów stosowano się do przepisów i podejmowano działania, które miały zmniejszyć ryzyko ewentualnych awarii.

Fot. creandi.pl
Fot. creandi.pl

Skryte ryzyko

W myśl przepisów, potencjalnymi sprawcami poważnych awarii nie są tylko zakłady z grup zwiększonego lub dużego ryzyka (ZZR oraz ZDR). Obok nich funkcjonują przecież zakłady, zwane niesevesowskimi, które posiadają substancje niebezpieczne, ale w mniejszych ilościach niż wskazują ustalone progi. Z raportu PIP wynika też, że w tego typu zakładach występuje średnio więcej nieprawidłowości z zakresu BHP niż w zakładach ZZR i ZDR! Podobne wnioski płyną z Centralnego Instytutu Ochrony Pracy – według niego, wskaźnik awaryjności zakładów niesevesowskich jest 2,5-krotnie wyższy niż w w zakładach zwiększonego lub dużego ryzyka. Dlaczego? Zakłady niesevesowskie nie są zobowiązane do spełnienia szeregu wymogów bezpieczeństwa jakim muszą sprostać zakłady o podwyższonym lub dużym ryzyku awarii. W rezultacie są statystycznie bardziej niebezpieczne.

Niebezpieczny przemysł spożywczy?

Gdzie można spotkać zakłady tego typu? Dane CIOPO zwracają uwagę, że dominująca liczba zakładów niesevesowskich zagrażających poważną awarią występuje w przemyśle spożywczym – 450 zakładów (57% wszystkich niesevesowskich obiektów przemysłowych). W tej spożywczej grupie dominują zakłady z branży mleczarskiej, przetwórstwa owocowo-warzywnego, przemysłu mięsnego. Niebezpieczeństwo stwarzają także niesevelowskie obiekty magazynowe – 39% z nich stanowią magazyny paliw płynnych a odpowiednio 18 i 14% obiekty posiadające gaz propan butan oraz chłodnie.

(źródło: creandi.pl)

„GIVE AWAY!” – JACEK WALKIEWICZ MÓWI O ŻYCIU NA PEŁNYM GAZIE

Autor książki „Pełna MOC życia” oraz bohater zaledwie dwudziesto-minutowego przemówienia TEDxWSB. Jacek Walkiewicz – psycholog , mówca, trener. Jest członkiem Profesjonalnego Stowarzyszenia Mówców.  Nie tylko napisał książkę, ale też posiada własną księgarnię – co jak sam przyznaje – było kiedyś jego marzeniem, które spełnił, gdy nadarzyły się ku temu sprzyjające okoliczności.  Rozgłos zyskał dzięki konferencji TEDxWSB. Jego występ liczył 20 minut, znalazł się na Youtobe, gdzie spotkał się z dużą oglądalnością. Celem konferencji amerykańskiej TED oraz lokalnych TED x events ( w Polsce organizowane co roku w Poznaniu, Warszawie, Wrocławiu, Szczecinie, czy Krakowie) jest prezentowanie idei, które warto rozpowszechnić . Również pan Jacek pisze w swojej książce „Give away!” – „Podaj dalej!”

Fot. https://www.facebook.com/pages/Jacek-Walkiewicz/343474209094
Fot. https://www.facebook.com/pages/Jacek-Walkiewicz/343474209094

Autor podkreśla, że książka opisuje jego spojrzenie na życie, a czytelnik nie musi się z nim zgadzać. Może się jednak wiele nauczyć. Istnieje nawet przekonanie, że uczymy się o wiele więcej od ludzi o odmiennych poglądach niż nasze. Pan Jacek jako psycholog umiejętnie rozkłada rzeczownik „życie” na czynniki pierwsze. Nie rzadko analizuje swoje (jakże ciekawe!) doświadczenia życiowe; powołuje się na znane „życiowe prawdy” – czasem się  z nimi zgadzając, czasem nie; odwołuje się do autorytetów. Nie braknie przy tym odrobiny humoru, dystansu.

Poprzez analityczny opis swojego życia, codzienności, przeszłości, teraźniejszości ukazuje uniwersały. Na bazie tych obrazów budowane są wnioski.  Jest to bardzo bogate spojrzenie na rzeczy uniwersalne poparte przykładami z życia jednego człowieka. Ale przede wszystkim jest to spojrzenie jakby przez różowe okulary. Bardzo ciekawe jest patrzeć przez nie na takie nieodzowne elementy życia jak strach, stres, czy presję. Mówiąc o strachu ( również w przemówieniu) opowiada żart: „Puk! Puk! – Strach puka do drzwi; otwiera mu Odwaga, a tam – nikogo nie ma.”  Tytuł książki to „Pełna MOC życia”, przemówienia na portalu youtobe.com zajdziemy pt.:  „ Pełna moc możliwości”, „Pełna moc odwagi”. Już one same błyszczą optymizmem, brzmią jak dobre rady, przyjazne słowa, a całość to pokrzepienie pełne energii. Słuchając, czy czytając słowa pana Jacka, wręcz nie wypada, nie czuć tej pozytywnej energii jaka z nich płynie. Są to słowa układające się w niesamowite historie, pełne przygód, posiadające drugie dno, tzn. sens przekazu; autor ze słów tworzy pomocną dłoń, dłoń która lekko dotyka pleców człowieka, by zrobił krok do przodu. Na samej okładce „pełnej MOCy życia” czytamy: „ Statki w portach są bezpieczne, ale rolą statku nie jest stać w porcie.” A marzenia? „Spełnij!” – powiedziałby Pan Jacek. Rozmówca zadrwiłby pewnie: „Jakie to proste! Spełnij!”. W książce znajdujemy też rozdział o marzeniach. Jest to jeden jeden z tych podstawowych elementów życia. Każdy marzy. Autor rozbudowuje prostą odpowiedz „Spełnij!”. Ale nie oczekuj czytelniku złotego środka podanego na tacy. Może poczytać o naturze marzeń, a potem znaleźć swój własny, osobisty złoty środek!

Książka o nakładzie bliskim stworzeniu liczby z czterema zerami, przemówienia, wywiady – przekazują to co warte przekazania. Człowiek to istota społeczna. Dlatego bez względu na stopień utożsamiania się z czyimiś poglądami, warto się z nimi zapoznać, chociażby by poznać inny punkt widzenia; w najgorszym przypadku można nauczyć się tolerancji, czy poćwiczyć cierpliwość.