3D CHILI – WIĘCEJ NIŻ DIETA I ODCHUDZANIE

Najczęstszą przyczyną otyłości jest brak wiedzy na temat racjonalnego odżywiania oraz niekompetencja w tym zakresie, a przede wszystkim złe nawyki żywieniowe. 

Od dziecka byłam szczupłą dziewczyną. W dzieciństwie nazywano mnie nawet pieszczotliwie „szczypiorkiem”. Jeszcze w gimnazjum nosiłam wąskie portaski, a klasowi koledzy wołali na mnie „deska”. Wtedy marzyłam, by przytyć, stać się dojrzałą kobietą o pięknych kształtach. Niegdyś podczas spaceru z moją najstarszą siostrą Agnieszką oznajmiłam jej:

Chciałabym przytyć, wyglądam jak szkielet.

Lepiej nie chciej. 

Odpowiedziała siostra chichocząc pod nosem. Wiedziała co mówi. Odziedziczyłyśmy figurę po jednym z rodziców. Mamy ładne figury, ale też tendencję do tycia. Przede wszystkim szerokie uda. Siostra zawsze dba o siebie i wciąż pięknie wygląda mimo wieku i dwóch porodów. Ja niestety odkąd poszłam na studia, zaczęłam tyć. Z roku na rok, po każdej zimie przybierałam na wadze.  Życie studenckie wygląda przeważnie tak samo: zupka chińska, batony, cukierki, KFC, MC, byle zapchać się na kilka godzin. Udręką było również codzienne błąkanie się po sklepie z myślą „Co mam jeszcze kupić, żeby zapełnić lodówkę co najmniej na cztery dni?”. Chciałoby się wówczas mieć nakryty stół tuż po całym dniu wykładów i męczących zajęć. Nie ma tak dobrze! Trzeba umieć dbać o siebie i swój pusty żołądek.

Nie szukałam jej, ona znalazła mnie

Wracając do mojego problemu, chyba najgorszą zbrodnią, jaką mogłam uczynić na własnym organizmie było nocne podjadanie. Paskudny zwyczaj zabierania słodyczy do łóżka skończył się nadmiarem cellulitu i wzrostem wagi. Moja waga niemal przekraczała mój wzrost. Ciuszki zrobiły się ciasne, a w niektórych już nawet nie mogłam się dopiąć. Nosiłam rozmiar M, jednak ledwo się w nim mieściłam. A jak już dopięłam się w ulubionych dżinsach z dziurami, wylewały się z nich paskudne boczki i wisiał kawałek brzuszka. Nie byłam rekordowym grubaskiem, ale dało się zauważyć nadmiar tłuszczyku. W pewnym momencie wstydziłam się zakładać bluzeczki na ramiączkach, ponieważ cellulit wkroczył nawet na ramiona. Wciąż powtarzałam sobie, że muszę schudnąć, ale nie miałam na to pomysłu i właściwie nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Pewnego dnia natknęłam się na nagranie Saruni na YT. Wysłuchałam nagranie do końca. Dziewczyna opowiadająca o diecie 3D chili, brzmiała bardzo wiarygodnie. Natychmiast wyszukałam w google oficjalną stronę 3D chili, wypełniłam ankietę dotyczącą mojego trybu życia i kupiłam menu na całe 28 dni. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego śniadania, które wypadło 1. lipca 2013 r. Miałam skrzywioną minę, gdy jadłam kefir z bananem i cynamonem. Herbata z imbirem nieźle paliła, ale początkowo po prostu za dużo wsypywałam przypraw. Z dnia na dzień nabierałam w tym temacie „ogłady”. Dieta okazała się być fenomenem nie tylko dla mnie, również dla innych kobiet borykających się z nadwagą.

Grupa wsparcia 3D chili lepsza od przyjaciela

Banany w gorzkiej czekoladzie z chili, ulubiona potrawa "Papryczek"/ Fot. Paulina Zych.
Banany w gorzkiej czekoladzie z chili, ulubiona potrawa „Papryczek”/ Fot. Paulina Zych.

Na Facebooku powstała grupka wsparcia dziewczyn odchudzających się na 3D chili. Spotkałam się tam z naprawdę ogromną życzliwością, czego nie doznałam wśród większości przyjaciół. Oni bowiem twierdzili, że odchudzanie zawróciło mi w głowie. Może i tak było, ale to normalne, gdy dieta skutkuje a człowiek emanuje radością. Na grupce wsparcia, administratorka, Sylwia, jako doświadczona już osoba stosująca wcześniej inne diety, zawsze świetnie doradza w kwestii przygotowania różnych potraw. Wszystkie wzajemnie się tam wspieramy i wymieniamy fotkami  przedstawiającymi nasze popisy kulinarne (tutaj możecie nas znaleźć: https://www.facebook.com/groups/330568730410132/).

Czym tak naprawdę jest 3D chili?

3D chili to fenomen wśród wszystkich diet, ponieważ nie ma żadnych głodówek. Dieta polega głównie na cudownym działaniu świeżych przypraw, takich jak: bazylia, oregano, zioła prowansalskie, cynamon, imbir, chili, pieprz czarny, kardamon. Dodaje się je prawie do każdej potrawy. Jest pięć posiłków. Na przykład:

– śniadanie: omlet z otrąb pszennych z cynamonem,

– pierwsza przekąska: pomarańcza z cynamonem,

– obiad: makaron razowy ze szpinakiem,

– przekąska druga: kawa z kardamonem,

– kolacja: twarożek wiejski z papryką.

Każdą potrawę spożywa się kolejno co 3 godziny. Między posiłkami nie można podjadać. Ostatni posiłek powinien być zjedzony nie później niż o 19:00. Najfajniejszym pozytywem w tej diecie są różnorodne dania, które łatwo można przyrządzić i które nie wymagają wielkiego wysiłku.  Po prostu jesz i chudniesz. Zastanawiam się czy 3D chili w ogóle nazwać dietą, ponieważ dieta kojarzy się z wyrzeczeniami i głodówkami. Tutaj po prostu je się mądrze i zdrowo.

Moje pierwsze efekty z 3D chili

Na pierwsze efekty wcale nie musiałam długo czekać. Już po trzech dniach brzuszek zrobił się płaski, a ja miałam uczucie lekkości. Z dnia na dzień waga pomalutku spadała. Stopniowo zaczęłam wciskać się w różne ciuszki, które leżały bezczynnie w szafie z wiadomego powodu. Jejku, jaką radość sprawiło mi dopięcie się w sukience po mojej szczuplejszej siostrze. Coś niesamowitego. Mała rzecz a jak cieszy! Przede wszystkim zmniejszył mi się również cellulit i poprawiła się cera. Skóra stała się jędrniejsza i poprawił się jej koloryt. Mam również mnóstwo energii i emanuję radością. Przed dietą byłam śpiochem i lubiłam dłużej sobie pospać. Na diecie zaczęłam wcześniej wstawać i już chyba rytuałem stało się to, że tuż po przebudzeniu pędzę do WC, a potem staję na wadze, by podzielić się efektami z koleżankami z grupy 3D chili. Dieta zmienia tryb życia na lepszy, sprawia, że zaczynamy dbać o „higienę odżywiania i snu”. Tak, snu. Sen jest bardzo ważny podczas odchudzania. Niewypoczęty organizm odczuwa większy apetyt i trawi w spowolniony tempie. Należy przesypiać co najmniej 7, 8 h, aby waga spadała z dnia na dzień, nie wspominając już o tym, że nie należy dojadać w nocy.

Dziś jest mój ostatni dzień diety. Jakie rezultaty? 6,5 kg mniej, 3 cm mniej w talii i 7 cm mniej w biodrach. Zamierzam zrobić sobie 3 dniową przerwę, ale wcale nie na słodycze. Nadal będę się zdrowo odżywiać, jeść 5 razy dziennie, lecz używać mniejszej ilości przypraw, natomiast od 1 sierpnia znowu zacznę ściśle stosować się do menu, by zrzucić jeszcze choć 3,4 kg, tyle mi wystarczy do pełni szczęścia.

Uprzedzę Wasze pytania i podam Wam od razu link do oficjalnej strony 3D chili, gdzie możecie kupić menu na całe 28 dni, wypełniając uprzednio ankietę dotyczącą Waszego trybu życia: http://www.dieta3d.pl/

Tutaj znajdziecie fanpage 3D chili, gdzie umieszczono moje zdjęcie przed dietą i tuż po: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=698148636866929&set=a.565473710134423.153095.525491887465939&type=1&theater

BEZDOMNI Z CAŁEGO ŚWIATA ZAGRAJĄ W PIŁĘ W SIERPNIU NA MALCIE

Fot. pochodzi z: http://czestochowa.gazeta.pl/czestochowa/1,35271,13849162,Pilka_nozna_wkroczyla_na_plac_Bieganskiego__Zagrali.html
Fot. pochodzi z: http://czestochowa.gazeta.pl/czestochowa/1,35271,13849162,Pilka_nozna_wkroczyla_na_plac_Bieganskiego__Zagrali.html

Tegoroczne Mistrzostwa Świata Bezdomnych w ulicznej piłce nożnej odbywać się będą w dniach: od 10 (sobota) do 18 (niedziela) sierpnia na Torze Regatowym Malta, który znajduje się, jak zapewne wiemy, w Poznaniu na ul. Wiankowej 3. Będzie to 11. już edycja tych zawodów. Wezmą w nich udział – w konkursach męskich i kobiecych – 64. państwa, a prawdziwą wisienką na torcie będzie tu drużyna mieszana z Irlandii Północnej.

PierwszMistrzostwa Świata Bezdomnych w piłce nożnej ulicznej odbyły się w roku 2003. Od tej pory corocznie organizuje się je w różnych krajach. Zwykle zawody  trwają tydzień, a każdy osobny mecz zabiera 14 minut i odbywa się na niewielkim boisku, najczęściej wyznaczonym na ulicy (nad Maltą przypuszczalnie nie będzie to faktyczna ulica). Drużyna składa się z: 4 zawodników, bramkarza i 4 graczy rezerwowych, przy czym mamy tu pewne takie „obostrzenia”: otóż zawodnikiem może zostać tylko ta osoba, która ukończyła 16 lat i co najmniej od roku nie ma domu.

Twórca i prezydent Mistrzostw Świata Bezdomnych, Mel Young, twierdzi, że w pierwszym rzędzie mają one na celu zakończenie problemu bezdomności. I to naprawdę działa – na przestrzeni 10 lat w zawodach uczestniczyło ponad 100 tysięcy bezdomnych ludzi, a ponad 70% z nich zmieniło swoje życie na lepsze. Gra w piłkę po prostu pomogła im zerwać z dotychczasowym życiem, bo np. na 64 osoby, które grały w reprezentacji Polski od 2003 do 2010 roku, tylko trzy wróciły do nałogu i domów pomocy, reszta z bezdomności wyszła – mają swoje prace, mieszkania i rodziny.

Jeśli natomiast chodzi o sukcesy – bo są i takie – to w 2006 roku reprezentacja Polski Bezdomnych wywalczyła medal brązowy, a aż dwa razy, bo w latach: 2005 i 2007, zawodnicy z Polski zostali vicemistrzami Mistrzostw Świata. Ponoć bezdomni grają w piłę z takim zaangażowaniem, że niejedna zawodowa drużyna – zwłaszcza ta polska – mogłaby im pozazdrościć.

Aby dowiedzieć się więcej, również na temat zespołów w imprezie uczestniczących, wystarczy kliknąć tutaj.

WYBRAŁEŚ KIERUNEK STUDIÓW? ZOBACZ ILE PO NIM ZAROBISZ

Tysiące maturzystów aplikują właśnie na wymarzone kierunki studiów. Dyplom podobno pracy nie daje. No chyba, że jest to dyplom.. no właśnie – które uczelnie rokują najlepiej? Czyim absolwentom powodzi się szczególnie dobrze? Sprawdź zanim odbierzesz indeks!

Fot. Creandi.pl
Fot. Creandi.pl

Dobry start w życie zawodowe jest marzeniem wielu młodych. Tym bardziej warto zwrócić uwagę na to, która instytucja nada nam zawodowy tytuł licencjata, magistra czy inżyniera. Wyniki badań wskazują, że najlepsze zarobki osiągają absolwenci zaledwie kilku polskich uczelni. Które to?

Polibudy tworzą bogaczy?

Według badań Sedlak&Sedlak na najwyższe zarobki mogą liczyć świeżo upieczeni absolwenci Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (mediana zarobków 3,5 tys zł brutto). Dalej mamy Politechnikę Warszawską (3 380 zł brutto), Politechnikę Gdańską (3 200 zł brutto), Szkołę Górniczo-Hutniczą w Krakowie (3 000 zł brutto) oraz Politechnikę Wrocławską (3 000). W pierwszej piątce uczelni wypuszczających najlepiej zarabiających absolwentów mamy zatem aż trzy politechniki. Wyniki nie pozostawiają wątpliwości – techniczne kierunki otwierają przed studentami drogę do intratnych posad i sutych wypłat.

Inżynier awansuje

Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń średnia pensja osób po studiach inżynierskich wynosi 3 tys. złotych brutto. A przecież może jeszcze rosnąć wraz z nabywaniem kolejnych umiejętności. Nowe kompetencje są często przepustką do prawdziwej, nawet międzynarodowej kariery. – Wykształcenie poparte doświadczeniem owocuje dobrymi zarobkami– mówi Dariusz Jarczyński dyrektor operacyjny PrimeSoft Polska firmy znanej w branży IT. – Kariera w branży informatycznej jest kusząca dla wielu osób – nie tylko ze względu na zarobki i możliwości awansu, ale też przez obcowanie z najnowszymi trendami w zakresie technologii – dodaje Jarczyński.

Pracodawcy ich szukają

Badania Antal International wskazują, że wynagrodzenia w sektorze technologi informacyjnych należą do wysokich a zarazem stabilnych. Jest więc o co walczyć. Dobra wiadomość dla tegorocznych maturzystów? Rynek nie jest jeszcze nasycony, a firmy mają trudności ze skompletowaniem odpowiedniej załogi. Jak dowodzi raport „Niedobór talentów” problem ten dotyczy 1/3 polskich pracodawców. Do najbardziej poszukiwanych zawodów należą m.in. inżynierowie, technicy, pracownicy działów IT. – Popyt na specjalistów i menadżerów nadal trwa, ponieważ obserwujemy dynamiczny wzrost zapotrzebowania na nowe rozwiązania z zakresu IT – komentuje Dawid Nowicki z firmy Neptis S.A. Osoby, które właśnie przymierzają się do obrania ścieżki kształcenia powinny wziąć to pod uwagę i ….zacząć pracować nad atrakcyjnymi pozycjami w CV. Skończenie trudnego, technicznego kierunku na prestiżowej uczelni to dobra wróżba na przyszłość.

(Źródło: creandi.pl)

NAWIGACJA, Z KTÓRĄ ZAOSZCZĘDZISZ!

Papierowe mapy wożone w schowkach odchodzą już do lamusa. Na popularności coraz bardziej zyskują samochodowe nawigacje. Nic w tym dziwnego biorąc pod uwagę, że dedykowane urządzenia czy aplikacja nawigacyjna coraz częściej oferują nam coś więcej niż tylko poprowadzenie z jednego punktu do drugiego. Sprawdź, jak jeszcze zaoszczędzisz dzięki nawigacji.

Fot. Creandi.pl
Fot. Creandi.pl

Kierowcy wymagają więcej

Nawigacja ma nie tylko pomóc w jak najszybszym dojechaniu pod wskazany adres, ale również wspierać kierowcę podczas trasy. Pokazać, gdzie warto zatrzymać się, by odpocząć i posilić się podczas podróży. Wskazać, gdzie w razie problemów znaleźć najbliższy warsztat oraz gdzie opłaca się zatankować, by zaoszczędzić. Kwestię oszczędzania wziął sobie do serca producent polskiej aplikacji nawigacyjnej Yanosik. Już od kilku lat wspiera polskich kierowców w kwestii ostrzegania ich o sytuacji na drodze, pomagając uchronić ich portfele od kosztownych mandatów. Aplikacja poza otrzymywaniem ostrzeżeń oferuje również nawigację, wyznaczającą trasę w oparciu o aktualne dane o natężeniu ruchu na drogach. Szybszy dojazd na miejsce nie jest tutaj jedyną formą oszczędzania. W ostatnim czasie w aplikacji wprowadzono także możliwość podglądu i edycji cen na stacjach benzynowych, dając kierowcom możliwość najkorzystniejszego zatankowania oraz zupełnie nowy rodzaj punktów POI w postaci… prezentów.

ZaPREZENTuj się

Po kliknięciu w ikonę prezentu pojawią się oferty i zniżki przygotowane specjalnie dla użytkowników. Z nowej możliwości mogą korzystać już posiadacze aplikacji na Androidzie, wkrótce zostanie ona wprowadzona także na pozostałe systemy. –Yanosik początkowo był przede wszystkim legalną alternatywą dla antyradaru, ale obecnie pełni już rolę asystenta kierowcy, który nie tylko uchroni go od mandatu, ale poprowadzi go także najszybszą trasą pod podany adres i zaoferuje dodatkowe korzyści. – mówi Dawid Nowicki, Członek Zarządu, NEPTIS S.A. – Dzięki pozyskiwaniu kolejnych partnerów, będziemy stale wzbogacać aplikację o oferty dedykowane dla naszych użytkowników.– dodaje Nowicki. Aplikacja jest bezpłatna, ale jej twórcom nie przeszkadza to we wprowadzaniu kolejnych funkcjonalności mających na celu maksymalne ułatwienie podróżowania
i oszczędzenie pieniędzy kierowców.

Chroń portfel

Coraz częściej wymaganą od nawigacji funkcją jest uchronienie kierowcy od przykrych konsekwencji jakimi są mandaty oraz punkty karne. Baza fotoradarów obecna jest w większości nawigacji samochodowych. Przy czym trzeba tutaj uważać, by mieć pod ręką jak najbardziej aktualną bazę. Aplikacja ma pod tym względem tę przewagę, że dane jakimi dysponuje są stale aktualizowane online. – Obecnie w systemie Yanosik znajduje się 1 545 masztów fotoradarowych oraz 580 miejsc częstych kontroli drogowych. – mówi Dawid Nowicki, Neptis S.A. – Oprócz tego użytkownicy są informowani na bieżąco o aktualnie odbywających się kontrolach policyjnych i ITD, wypadkach i pojazdach nieoznakowanych, znajdujących się w okolicy. – dodaje. Bez konieczności kupowania dodatkowych urządzeń, a jedynie przy użyciu telefonu, kierowcy mogą zyskać wielofunkcyjnego asystenta podróży. Biorąc pod uwagę, że telefony typu smartfon stale zyskują w naszym kraju na popularności, tendencja do szukania tanich rozwiązań nawigacyjnych na te urządzenia, będzie prawdopodobnie rosła.

(źródło: creandi.pl)

„JOHN PORTER BAND” NA ZAMKU W POZNANIU

http://muzyka.interia.pl/alternatywa/news/john-porter-mam-dosc-polskich-producentow,1618965,45
http://muzyka.interia.pl/alternatywa/news/john-porter-mam-dosc-polskich-producentow,1618965,45

W środę, 17 lipca 2013, o godz. 21.00 na Dziedzińcu Zamkowym Centrum Kultury „Zamek” na ul. Święty Marcin 80/82 w Poznaniu (tel. 61 64 65 200) miejsce mieć będzie koncert zespołu pod wodzą rodowitego Walijczyka, od 1976 roku mieszkającego w Polsce muzyka, kompozytora i autora tekstów, Johna Portera. Od roku 2003 jest on członkiem Akademii Fonograficznej ZPAV, a to oznacza, że zdobył wtedy „Fryderyka”, gdyż nowych laureatów wybierają zawsze ci którzy nagrody te już posiadają.

John Porter

Urodził się 15 sierpnia 1950 roku w Lichfield w Anglii. Studiował politologię na University of Sussex, co nie przeszkadzało mu grać na gitarze i występować w klubach muzycznych czy pubach. Po hippisowskiej rewolcie, wyjechał zagranicę jak wielu mu współczesnych, tych raczej młodszych Brytyjczyków. Mieszkał i pracował w Berlinie Zachodnim, a także w Australii (tam notabene pozostał jego brat). On natomiast wyjechał do Polski, gdzie związał się z Aleksandrą, swoją pierwszą żoną i zaczął tworzyć, komponować i robić karierę jako wykonawca.

Kariera

W roku 1977 poprzez jazzmana Tomasza Piesiewicza poznał Korę i Marka Jackowskiego. Stworzyli trio o nazwie „Maanam-Elektryczny Prysznic” –  pierwowzór znanego nam od lat „Maanamu”. Razem współpracowali przez około 2 lata, a John Porter grał tam głównie na gitarze akustycznej i czasami  razem z Markiem Jackowskim towarzyszył wokalnie Korze. Jednak w maju 1979 ich trio się rozpadło – Kora i Marek nie pojawili się na umówionym koncercie we Wrocławiu, więc John Porter poznał tamtejszych muzyków i założył z nimi „Porter Band” (gitarzysta: Aleksander Mrożek, basista: Kazimierz Cwynar i perkusista: Leszek Chalimoniuk).

„Porter Band” miał swój debiut podczas Muzycznego Campingu w Lubaniu dwa miesiące później, w lipcu roku 1979. W roku następnym natomiast zespół wydał swoją pierwszą płytę „Helicopters”. Jest ona dziś uznawana za kluczową dla polskiego rocka lat 80’.

Płyty

John Porter wydał w sumie i w różnych konfiguracjach 17 płyt. Jednak my jesteśmy na razie w roku 1980. 14 września zarejestrowano wtedy w poznańskim klubie koncert „Porter Bandu” – miał to być materiał na kolejną – drugą już – płytę. Wydano ją dopiero dwa lata później, kiedy „Porter Band” już nie istniał, bo ówczesna cenzura nie pozwoliła na wydanie płyty pt. „Mobilization”, a John Porter nie chciał z tytułu zrezygnować. Wkrótce potem zaczęły ukazywać się solowe albumy artysty: najpierw „China Disco” z muzyką inspirowaną jazzem i funky. Niestety nagrana w 1983 roku akustyczna płyta „Magic Moments” była klęską z powodu złej promocji – pomimo dobrego w sumie materiału przeszła właściwie niezauważona. Przez kolejnych dziesięć lat pojawiło się kolejnych pięć płyt z piosenkami Johna Portera: „One Love”, „Wings Inside”, „Life After Sex”, „It’s A Kid’s Life” i „Incarnation”. Natomiast zupełnym powrotem do elektrycznych brzmień stała się płyta „Right Time” z 1991. John Porter pomieszkiwał wtedy w Londynie, a płyta powstała częściowo tam, a częściowo w Warszawie na magnetofonie czterośladowym. W międzyczasie razem z Maciejem Zembatym zaczął grać koncerty z piosenkami Leonarda Cohena. Obaj artyści szukali po prostu pomysłu na to, jak dać ludziom trochę otuchy w tak trudnych czasach transformacji ustrojowej. Potem była przerwa.

Powrót do głównego nurtu

John Porter powrócił, niespodziewanie dość, płytą „Alexandra”, na której grali: Sebastian Wojnowski – bas, Piotr Domiński – gitara, Wojciech Morawski – perkusja, Neil Black – skrzypce i John Porter – gitara i śpiew. W 1999 roku  światło dzienne ujrzał album „Porter Band ’99”, na którym, oprócz Johna, muzycznie udzielali się też: gitarzysta Krzysztof Zawadka, basista Marek „Bruno” Chrzanowski, perkusista Piotr „Posejdon” Pawłowski, a gościnnie wystąpił Marcin Żabiełowicz, gitarzysta zespołu „Hey”. „Porter Band ’99” okazał się najlepszą elektryczną płytą artysty od czasów „Helicopters”, a szczególnie udanymi utworami na krążku były: „Leather Skirt” i „Season”. Nowy zespół, zresztą tak jak inne, rozpadł się po wspólnych występach na festiwalach „Przystanek Woodstock” i im. Ryśka Riedla. Było to w roku 2001.

Anita

Swój największy chyba sukces – na pewno komercyjny – John Porter odniósł w duecie z Anitą Lipnicką, niegdysiejszą wokalistką zespołu „Varius Manx”. Na początek spróbowali jednego utworu. Utwór „For Sou” zarejestrowano w lutym 2002 i miał on się ukazać na płycie zespołu „Porter Band” pt. „Psychodelikatesy”. Nieoczekiwanie losy Johna Portera i Anity Lipnickiej splotły się na dłużej. Najpierw przez ponad rok nagrywali swoją pierwszą wspólną płytę. Materiał powstawał w Londynie i ostatecznie został on wydany całkowicie po angielsku w listopadzie 2003 pod tytułem „Nieprzyzwoite piosenki”. Pierwszy utwór, który promował płytę („Bones of Love”) nie schodził z I miejsca listy przebojów „30 Ton, RMF FM”, a także innych podobnych przez kilkadziesiąt tygodni. Mimo jednego tylko teledysku i dwóch singli (drugim był „Then and Now”) Anita Lipnicka i John Porter osiągnęli niebywały sukces. Sprzedano ponad 100 tys. płyt, zdobyli, o czym już wiemy, Fryderyka 2003 w kategorii „Najlepszy album”, specjalną nagrodę telewizji Polsat i wiele, wiele innych nagród. Poza tym artyści zostali parą również w życiu osobistym. W roku 2005 została wydana ich druga płyta „Inside Story”. Była o wiele surowsza i trudniejsza w odbiorze niż pierwsza, co bynajmniej nie przeszkodziło jej stać się złotą. Zajęła poza tym 5. miejsce na Festiwalu „TOP TRENDY”, a promowały ją takie single jak „Hold on”, „Death of a Love”, „Tell Me” i „Such a Shame” – do pierwszych dwóch powstały teledyski. W tym też roku John Porter został uhonorowany medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Jednak to nie wszystko z albumem „Inside Story” – wydano też mini album pt. „Other Stories”, który stanowi swoiste jego uzupełnienie. Znajduje się na nim zbiór nieznanych wcześniej utworów, a wśród nich cover „Chelsea Hotel No.2″ Leonarda Cohena, koncertowa wersja „Bones of Love”, nagrany na żywo cover „Love Song” zespołu „The Cure” oraz dwie kompozycje Johna Portera (również w wersjach koncertowych): „For You” i „Flame”. Całość uzupełnia pochodzące z albumu „Inside Story” nagranie „Such a Shame”. W roku 2006 wydano 4-płytowy zestaw podsumowujący dotychczasowe dokonania duetu. Znalazły się w nim 2 albumy: „Nieprzyzwoite piosenki” i „Inside Story”, uzupełnione o „Other Stories”. Szczególną atrakcję stanowi tu płyta DVD zawierająca 4 teledyski i film przedstawiający artystów od strony kulis. Na początku tego – 2006 – roku, 23 lutego, urodziła się corka Anity i Johna, Pola. W roku 2008, 22 lutego, artyści wydali trzecią i zarazem ostatnią wspólną płytę :Goodbye”. Nagrywana ona była w Polsce razem z muzykami towarzyszącymi duetowi na koncertach. Promowały ją single „Old Time Radio” i „Lonesome Traveller”. Ten album również uzyskał status złotej płyty.

Filmografia

John Porter udzielał się również w przemyśle filmowym. Najczęściej komponował piosenki do filmów i seriali, czasami też je śpiewał. Jednak tego nie było mu mało – zagrał Grzech w odcinku „Klasy na obcasach” w roku 1998, niewidomego muzyka z Egiptu w serialu „Siedem życzeń” i Juliena Crabsa w „Miłości z listy przebojów” też z roku 1984. Skomponował też całą muzykę do filmu „Trochę wielkiej miłości”.

Bilety na koncert w „:Zamku”: 30 zł – ulgowy i 40 zł – normalny.

UWAGA!

21 lipca 2013 w niedalekich Szamotułach na tamtejszym Wirydarzu dawnego klasztoru odbędzie się koncert duetu Anita Lipnicka i John Porter.

KORA L!VE

Artystka? Ten wyświechtany w dzisiejszych czasach przydomek, przypisuje sobie każdy, kto wydobędzie z siebie jakikolwiek dźwięk na scenie. Często nie liczy się fakt, że ten dźwięk był fałszem. „Artystą” jest dzisiaj każdy.

Fot. Jacek Poremba.
Fot. Jacek Poremba.

KORA. Ona jest tylko jedna. Wzbudza skrajne emocje, od nienawiści po uwielbienie, bo przecież Polacy tylko tak potrafią oceniać.
Pod koniec czerwca miałem przyjemność uczestniczyć w koncercie KORY, który odbył się na deskach gorzowskiego amfiteatru. Siedziała za mną grupa starszych kobiet, które już pół godziny przed koncertem niczym naprężone struny zacięcie komentowały całą sytuację związaną z koncertem. „Spóźni się, mówię wam”, druga dorzuciła- „Wiadomo! Pewnie się pudruje. Już nie te lata”, inna z kolei- „Powinna już sobie dać spokój. Zamknąć się w tej swojej willi i z niej nie wychodzić. Zapewne z playbacku poleci”. Któraś jeszcze wspomniała o Ramonce i całym tym zamieszaniu, że pewnie razem biorą teraz działeczkę. Żenujące.
KORA faktycznie się spóźniła… ok. 6 minut. To aż taki wielki grzech w momencie, kiedy większość muzyków spóźnia się na swój koncert ponad godzinę?

W jednej chwili dźwięk gitary i perkusji rozlał się na całe miasto. Prawdziwy rock, bez żadnych półśrodków. Dreszcze przebiegały kolejno po karku, rękach kończąc na nogach. Po wspaniałym intro wchodzi pewnym krokiem Kobieta w czarnych okularach. Nikt nie ma wątpliwości kim jest. Niesamowicie seksowny i chrypliwy głos sprawił, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Uszu również. Podczas swojego półtoragodzinnego koncertu KORA zaśpiewała największe przeboje zespołu MAANAM jak również utwory ze swojej solowej płyty zatytułowanej PING PONG. Wielkim zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że KORA nie poszła na łatwiznę odgrywając znane wszystkim hity, lecz nadała im nowe życie, ubierając słowa piosenek w świeże, bardziej współczesne i niesamowicie wysmakowane aranżacje. Świadczy to o tym, że nie chce stać w miejscu, podąża za współczesnością, lubi wyzwania. Usłyszeć na żywo „Cykady na Cykladach”, „Szare miraże”, „Raz dwa, raz dwa”, czy choćby „Lucciolę”, to niesamowite przeżycie. „Oddech szczura” potwierdził, że KORA ma niesamowitą dykcję, której w dzisiejszej muzyce ze świecą szukać. Warto uczestniczyć w tak ważnym wydarzeniu, bo przecież te kompozycje zmieniły muzykę rockową w naszym kraju, na naszym.

Ludzie nie zawsze doceniają, że stoi przed nimi żywa legenda i należy, albo chociaż wypada schować w kieszeń swoje uszczypliwe komentarze, które nijak nie odnoszą się do głosu KORY i atmosfery, którą buduje w interakcji z publicznością. Sukcesu MAANAM jak i jej frontmenki nie mamy prawa podważać, ilość sprzedanych przez nich płyt tylko potwierdza wyjątkowość ich muzyki i stawia zespół na jednej z najwyższych półek. Podczas koncertu między przeboje zespołu wplatane były utwory z solowej płyty KORY. Wykrzyczała, że „Nie jest biała i nie jest czarna”, sprzedała słuchaczom swój „Przepis na szczęście” i podrzuciła wysoko piłeczkę w „Ping Pong’u”. Na koniec dodała, że „Jedno słowo wszystko zmienia”. Po gromkich brawach publiczności i osłupieniu tych Pań siedzących za mną śmiem twierdzić, że wszystko zmieniło nie tylko jedno słowo, ale całe zdanie, jakie chciała nam przekazać KORA swoim scenicznym ruchem, głosem, tekstem, światłem i muzyką. Artystka.

POPLOTKUJMY SOBIE O „PLOTECZCE”

Kolaż: Natalia Mikołajska.
Kolaż: Natalia Mikołajska.

Miejsce: Klub Seniora „Brzozy” na jednym z osiedli w dzielnicy Poznań Nowe Miasto. Czas: środa, 26 czerwca 2013, godz. 11.00. Sytuacja: grupa osiedlowych, znających się od lat seniorów, dusz artystycznych spędza czas oddając się sztuce – malują na szkle. Jest ich w sumie czwórka – dwie seniorki: Halina Tkawska i Krystyna Jemioła, a także dwóch seniorów: Jerzy Sosnkowski  i mąż Haliny, Bogusław. Jeden z nich, Jerzy, opowiada reszcie o swoim nowym odkryciu – kawiarni przyjaznej seniorom, która nazywa się „Ploteczka” i znajduje się na osiedlu obok.

Jerzy: Powiem wam, że to wcale nie jest miejsce tylko dla staruszków, ale tak naprawdę, knajpa dla wszystkich – oni napisali o tych seniorach na szyldzie, bo chcieli podkreślić to, że seniorzy są tam mile widziani.

Bogusław (zawsze i do wszystkiego nastawiony sceptycznie): Jurek, a ty skąd to niby wiesz? Może powiesz, że takie rzeczy opowiadają kelnerzy „Ploteczki” zaraz po wejściu do lokalu. Hę?

Jerzy: Zacznijmy od tego, że kiedy ja tam byłem, była tylko jedna kelnerka, płci żeńskiej, Monika. Ona pokazała mi książki, gry, świeżą prasę – codzienną, a także gazety kolorowe – tygodniki, miesięczniki i inne, wszystko dla nas. Dosyć duży wybór. Powiedziała też, że będą co jakiś czas organizować spotkania autorskie i są otwarci na sugestie swoich gości, więc kawiarnia będzie się zmieniać zależnie od nas, a to godne zauważenia. Przecież normalnie, kiedy my widzimy nową knajpę, to z reguły tam nie wchodzimy myśląc, że oczekują głównie ludzi młodszych. Tak zresztą jest na Starym Rynku i właściwie na całym Starym Mieście. Niestety… Tymczasem tu obok, na os. Czecha, z dala od centrum, jest inaczej. Chociaż prawda jest też taka, że ostatecznie „Ploteczka” to, jak już mówiłem, knajpa dla wszystkich, bo np. dla młodzieży mają tam dostępny Internet bezprzewodowy. Zresztą w przyszłości…

Krystyna: Kiedy?

Jerzy: Gdzieś może za jakieś dwa tygodnie. Powstanie kawiarniana strona internetowa. Na razie dostępny jest tylko kawiarniany e-mail.

Bogusław: To dla dzieci i wnuków, którzy chcieliby pozbyć się z domu swoich staruszków. Napiszą tam, zawiozą nas i chata wolna.

Halina: Może to i prawda. Ale co się dziwisz? Każdy potrzebuje odrobiny samotności. Nawet Ty… Właśnie! Chociażby po to, żeby pochodzić sobie spokojnie po Internecie… Dziesiątki razy powtarzałam Ci, że powinieneś się wreszcie tego nauczyć.

Bogusław: Powiedziała mistrzyni serfowania. Zapytam tylko po co? I tak niedługo umrę… Ale właściwie pozostało mi jeszcze z dziesięć lat życia, więc może rzeczywiście powinienem się nauczyć.

Halina: Jarek mówił, że ma wolny tydzień po sesji. Potem wyjeżdża.

Krystyna: Jurek, a skąd się wzięła ta kawiarnia?

Jerzy: To knajpa pewnego śpiewaka i jego żony, Bartka Kuczyka i Agnieszki Wawrzyniak, również śpiewaczki , solistki Teatru Muzycznego w Poznaniu. On jest tenorem i właśnie skończył w operetce pracować. Ona to sopran i wciąż śpiewa… Wiecie, to te koncerty z cyklu „Piosenki stare jak świat”. Pamiętacie? Zresztą udało mi się kiedyś – byłem tam dwa razy – trafić na pana Bartka i trochę rozmawialiśmy. Powiedział mi, że wymyślił kawiarnię dla seniorów na wzór takich samych obserwowanych przez niego zagranicą, bo naoglądał się ich wyjeżdżając z różnymi koncertami. Mówił też, że zawsze szczególnie lubił seniorów i cały czas ma do nich szacunek, może pewną taką estymę, bo są oni taką prawdziwie barwną grupą społeczną. Barwniejszą od innych. Wszyscy tyle już przeżyli i mają tyle wspomnień, że można ich słuchać, słuchać i słuchać, a człowiek się nie znudzi.

Bogusław: Chyba że senior ma sklerozę i opowiada wciąż o tym samym… Ale fakt, nie wszyscy tacy jesteśmy, więc należy go za to pochwalić. Za kawiarnianą inicjatywę też. Ale mówiłeś, że to tenor, więc pewnie marzył kiedyś o byciu jednym z włoskiej Trójki Wielkich Tenorów.

Jerzy: Nie, raczej nie. Zresztą nigdy nie traktował siebie jako prawdziwego artystę, tylko raczej jako rzemieślnika. Przynajmniej tak mówi. Zresztą wielu artystów tak mówi.

Halina: A Ty skąd taki znawca artystycznej duszy?

Jerzy: No wiesz, jak pracowałem, obracałem się często w ich środowisku.

Krystyna: A powiedz jeszcze jaka duża jest ta kawiarnia?

Jerzy: Kawiarenka ma 6 stolików pod dachem. Pan Bartek wynajął pomieszczenie, które znał z dzieciństwa – on wychował się na os. Czecha – i w ogóle upatrzył je sobie od początku. Znajduje się ono przy końcu bloku, prawie w piwnicy, ale jeszcze na tyle wysoko, że są okna. Za rok ma powstać też ogródek z dwoma stolikami w takim miejscu z boku budynku, całkowicie zacienionym, które znajduje się tuż obok wejścia do „Ploteczki”, ale tylko jeśli władze spółdzielni i Rada Osiedla Czecha wyrażą na to zgodę.

Krystyna: No, to akurat jest normalne. Zgody zawsze trzeba mieć. Dlaczego od razu przybierasz takie dziwne tony?

Jerzy: Tak, to prawda. Tylko ja nie wiem, co się stanie z atmosferę.

Krystyna: Jaką atmosferą?

Jerzy: Na ścianach kawiarni wiszą zdjęcia starego Poznania, takie około 90-letnie. Poza tym stoją tam dwa piękne stare rowery, które dopełniają tylko atmosfery, a znalazły się w knajpie na skutek pasji  pana Bartka. Mają one, jak zdjęcia, około 90-ciu lat, a on sam je odrestaurował.

Bogusław: Tak, tak, na pewno. A on tak w ogóle śpiewa czy raczej zajmuje się mechaniką?

Jerzy: Zgoda, zgoda. On śpiewa, ale doprowadził do ich odrestaurowania. I powiem wam jeszcze, że w menu nie ma alkoholu. Żadnego… Poza tym, kiedy tak sobie rozmawialiśmy z właścicielem, do naszej rozmowy wtrąciła się jedna klientka, taka raczej już starsza. Ona była „Ploteczką” zachwycona i w ogóle mówiła o niej w samych superlatywach, tylko ochy i achy. Zresztą pan Bartek powiedział, gdy wspomniałem mu o naszym Klubie Seniora, że w żadnym wypadku nie chce robić konkurencji żadnemu okolicznemu klubowi seniora. Chce za to współpracy, bo jest ona zawsze lepsza niż taka niezdrowa konkurencja.

Bogusław: Ta… Każdy tak mówi na początku.

Jerzy: Oj! Boguś, przestań widzieć świat tylko w czarnych kolorach! Pan Bartek mówi, że kawiarnia nazywa się „Ploteczka” i chce, żeby ludzie dowiadywali się o niej plotkując.

Krystyna: Jak my teraz?

Jerzy: Jak my teraz. Zresztą na otwarcie pan Bartek wspólnie z żoną zorganizowali specjalny koncert operetkowy. Było to prawie półtorej godziny, choć wspólnie mogą zorganizować występ, który by trwał i pięć godzin, a wszystkie piosenki śpiewane by były tylko po jednym razie.

Halina: A czy ten właściciel bywa w ogóle w kawiarni tak na co dzień? A może Ty miałeś niesamowite szczęście, że na niego trafiłeś?

Jerzy: Nie, aż tak szczęśliwy nie jestem. Pan Bartek bywa w „Ploteczce”. Mówi, że prawie codziennie przychodzi sobie herbatkę wypić. Kawy nie może pić ze względów zdrowotnych. Jak mi mówił o tym, to wyglądało to tak, jakby bardzo cierpiał z tego powodu. Pewnie był bardzo zapalonym kawiarzem i wytrawnym znawcą kawy.

Krystyna: Jurek, a jak Ty to robisz, że wszystko zapamiętałeś?

Jerzy: Wszystko jest interesujące, mnie, a Was też interesować powinno. A poza tym jestem emerytowanym dziennikarzem i zapamiętywanie informacji do artykułu mam we krwi.

 

Dane statystyczne

Kawiarnia „Ploteczka”:

Os. Czecha 89a Poznań,

Czynne codziennie od 11.00 do 19.00,

Kontakt: 606 330 752, e-mail: kawiarnia.ploteczka@gmial.com.

 

P.S. Zbieżność nazwisk jest całkowicie przypadkowa.