PRAKTYCZNA STRONA ELEGANCJI – OBRUSY PLAMOODPORNE HAFT SA

Obrusy plamoodporne cieszą się coraz większą popularnością. Wygoda ich stosowania idąc w parze z wysoką estetyką sprawia, że są one doskonałym rozwiązaniem dekoracyjnym stołu zarówno podczas spotkań rodzinnych, przyjęć urodzinowych dla dzieci czy też plenerowych imprez. Obrusy plamoodporne marki HAFT SA to niezwykle szeroki wybór nieszablonowych wzorów energetyzujących intensywnych kolorów, spośród których każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Warto zatem odkryć praktyczną stronę elegancji w naszym domu i na tarasie.

Fot. www.twoje-wiesci.pl
Fot. www.twoje-wiesci.pl

Plamoodporne obrusy marki HAFT SA to doskonała alternatywa dla tradycyjnych obrusów. Satynowa, welurowa oraz ozdobna dzianina, z której wykonano najnowsze produkty w ofercie firmy HAFT SA, jest odporna na niszczące działanie uciążliwych do usunięcia zabrudzeń. Rozlane wino, kawa czy napoje gazowane, zamiast wnikać w głąb tkaniny zbiorą się na jej powierzchni w postaci kropelek, które wystarczy zebrać suchą szmatką. Z pewnością tak praktyczne nakrycie stołu sprawdzi się w codziennym użytkowaniu, jak i podczas oficjalnych przyjęć, które wymagają odpowiedniej oprawy. Bogactwo wzorów i stylizacji, w jakiej utrzymane są obrusy plamoodporne marki HAFT SA pozwoli każdemu wybrać model spełniający jego estetyczne wymagania.

W akompaniamencie bieli

www.haft.com.pl
www.haft.com.pl

Zwolenników klasycznych aranżacji z pewnością zainteresuje model prostokątnego obrusu plamoodpornego marki HAFT SA o sygnaturze 85 – 0718. Uniwersalna biel materiału oraz aż 5 dostępnych rozmiarów stwarzają szerokie możliwości aranżacyjne. Ciekawym urozmaiceniem tego projektu jest wypukły kwiatowy wzór. Delikatne, regularnie rozmieszczone na całej powierzchni delikatne aplikacje nadają kompozycji wyrafinowanej elegancji, która podkreśli styl domowej jadalni lub odświętny charakter przyjęć na tarasie. Wartym uwagi jest również model obrusu plamoodpornego marki HAFT SA o sygnaturze 1530. Fakturę materiału zdobią tu delikatne, pokrywające całą powierzchnię tkaniny, białe groszki. Tak subtelna w wyrazie dekoracja stołu z pewnością sprawdzi się, jako codziennej nakrycie, które efektownie będzie komponować się z bukietem świeżych kwiatów lub elegancką zastawą. Obrus ten dostępny jest w 4 różnych kształtach – owal, kwadrat, prostokąt i koło – co umożliwi efektowne zaaranżowanie zarówno dekoracji niewielkiej kawowej ławy, stolika na tarasie czy dużego, rodzinnego stołu. Równie interesującym wariantem obrusu plamoodpornego w ofercie marki HAFT SA jest model o sygnaturze 20068 dostępny w 3 uniwersalnych rozmiarach. Aksamitnie gładka tkanina, kremowa barwa oraz precyzyjne wykończenie krawędzi materiału sprawiają, że obrus ten będzie idealnym akompaniamentem dla wystawnej kolacji. Propozycją dla ceniących praktyczne i jednocześnie eleganckie rozwiązania jest serwetka plamoodporna marki HAFT SA o sygnaturze 11234. Jej uniwersalne wymiary: 30×30 cm – sprawiają, że z powodzeniem może ona zastąpić obrus na niskiej ławie lub niewielkim stoliku tarasowym. Fantazyjne, geometryczne wzory gęsto pokrywające tkaninę wyraźnie wyróżnią zdobną serwetę na tle gładkiej drewnianej powierzchni blatu. Wprowadzając taki akcent dekoracyjny do wnętrza mamy pewność, że odpowiednio zaakcentujemy walory pomieszczenia.

Orzeźwiająca moc koloru

www.haft.com.pl
www.haft.com.pl

Nakrycie stołu nie zawsze musi być stonowane i utrzymane w klasycznym charakterze. Budząca się do życia wiosna zachęca do eksperymentowania z kolorami. Ciekawa faktura obrusów plamoodpornych drukowanych marki HAFT SA pozwoli spragnionym wyrazistych aranżacji na wprowadzenie do wnętrza domu optymistycznych akcentów. Amatorzy wyrazistych aplikacji z pewnością docenią projekt obrusu plamoodpornego marki HAFT SA o sygnaturze 20130b dostępnego w 3 rozmiarach. Widoczne na tkaninie polne kwiaty w kolorze czerwieni i fioletu kontrastując z białym tłem prezentują się niezwykle efektownie. Takie rozwiązanie aranżacyjne zwłaszcza w pomieszczeniu o minimalistycznym, klasycznym wystroju dobrze komponować będzie się w duecie z wzorzystymi zasłonami. Zwolennicy pikników i posiłków spożywanych na tarasie z pewnością docenią model o sygnaturze 20077B dostępny w 3 rozmiarach. Utrzymana w słonecznej kolorystyce tkaninę zdobią tu pojedyncze, nieregularnie rozmieszczone na całej powierzchni materiału pąki kwiatów. Niezwykle energetycznym modelem jest dostępny w 3 rozmiarach obrus plamoodporny w kolorze limonki o sygnaturze 20139C. Estetyczne wykończenie brzegów materiału podkreśla precyzję wykonania i dbałość o najmniejsze szczegóły. Intensywna barwa gładkiej jednobarwnej satynowej tkaniny z pewnością na nowo zdefiniuje wnętrze domu lub taras, nadając mu bardziej odważny i nowoczesny charakter.

Elegancko nakryty stół to wyznacznik dobrego gustu domowników. Aby efekt dekoracyjny był jak najbardziej długotrwały warto sięgnąć po nowoczesne rozwiązania aranżacyjne. Ujmujące bogactwem wzorów i jakością wykonania obrusy plamoodporne marki HAFT SA pozwolą odkryć praktyczną stronę elegancji zarówno podczas uroczystych przyjęć rodzinnych, jak i pierwszych wiosennych spotkań z przyjaciółmi w ogrodzie.

Fabryka Firanek i Koronek HAFT SA (www.haft.com.pl)

ANIMUZA + ANIMATOR = ANIMACJA!!!

Fot. http://www.madeinchicago.pl/var/upload/aktualnosci/animator-2012415432223/animator-2012415432223.jpg
Fot. http://www.madeinchicago.pl/var/upload/aktualnosci/animator-2012415432223/animator-2012415432223.jpg

„Animuza” to spotkania z animacją w poznańskim kinie „Muza” (adres: ul. Św. Marcin 30 – tel. 61 852 34 03), tą polską i tą światową. Najbliższe z nich miejsce będzie miało dziś, 28 marca 2013, o godz. 19.00. „Animator” zaś to po prostu  Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych, którego 6-ta już edycja odbywać się będzie w Poznaniu od 13 do 16 lipca 2013. I co jeszcze?

1. „ANIMUZA”

Jest to swoista Animowana Kronika Filmowa. Prezentuje ona filmy polskich twórców kilku pokoleń, które w przewrotny sposób dokumentują otaczającą nas rzeczywistość. Czwartkowa projekcja potrwa ok. 60 minut, a potem będzie, jak zwykle, prelekcja.

Cykl został zapoczątkowany wraz z pojawieniem się w Poznaniu Międzynarodowego Festiwalu Filmów Animowanych „Animator”. Na celu ma edukację publiczności, jej przygotowanie i swoistą „rozgrzewkę” przed świętem animacji, które opanowuje miasto Poznań na początku lipca.

czwartek, 28 marca 2013, godz. 19.00.

kino „Muza” – Poznań, ul. Św. Marcin 30.

Cena biletu: 5 zł.

2. „ANIMATOR” 2013, czyli 6. MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL FILMÓW ANIMOWANYCH

Poznań 13 – 18 lipca 2013

„Animator” istnieje już od lat i na pewno usadowił się na dobre na mapie najważniejszych festiwali filmów animowanych na świecie. Świadczy o tym już sam fakt, że redaktorzy poświęconej festiwalom książki „Coming Soon to a Festival Near You: Programming Film Festivals” uznali właśnie „Animatora” za jeden z dwóch festiwali filmów animowanych godnych osobnego zaprezentowania (obok tego odbywającego się w Hiroszimie).

Tegoroczną nowością na Festiwalu jest konkurs filmów pełnometrażowych. Innowacja ta  na pewno zwiększy jeszcze atrakcyjność „Animatora”. Natomiast głównym wydarzeniem tego roku, jest – oczywiście poza konkursami – szeroko zakrojona prezentacja animacji kanadyjskiej. Więcej informacji na: www.animator-festival.com.

MARIA PESZEK PO RAZ PIERWSZY NA SCENIE WOODSTOCKU

Zapraszamy na wyjątkowy koncert! Piątek, 2 sierpnia, drugi dzień Przystanku Woodstock, zakończenie koncertów na dużej scenie, a na niej artystka charyzmatyczna, wraz ze swoim mistrzowskim zespołem. Po raz pierwszy w swojej historii gościem Przystanku Woodstock będzie Maria Peszek.

Fot. http://muzyka.wp.pl/title,Jezus-Maria-Peszek-znow-na-zywo,wid,669687,wiadomosc.html?ticaid=1104f3
Fot. http://muzyka.wp.pl/title,Jezus-Maria-Peszek-znow-na-zywo,wid,669687,wiadomosc.html?ticaid=1104f3

Artystka promować będzie swój najnowszy album „Jezus Maria Peszek”. Jest to płyta niepokorna i takie też są koncerty – żywiołowe i bezkompromisowe. Jesienna trasa promocyjna spotkała się z entuzjastycznym odbiorem. Kilkanaście koncertów zobaczyło ponad 10 tysięcy ludzi. „Wiedzieliśmy, że nowy materiał ma w sobie fantastyczny potencjał, ale okazało się, że Jezus to koncertowa petarda! To niesamowite uczucie, gdy stoisz na scenie i widzisz takie żywiołowe reakcje, kiedy ludzie śpiewają głośniej niż ty. Taki emocjonalny odbiór publiczności pokazuje, że to, co robię, ma sens. Jeśli otrzymuję tak olbrzymi odzew z tamtej strony, to wiem, że warto było się narażać, znosić ataki i iść własną drogą”.

Żeby w pełni doświadczyć emocji, jakie wyzwala płyta, która w Polsce wywołała burzę i o której sama Maria mówi, że jest dla niej najważniejsza, trzeba być na koncercie. Bo Marię Peszek można kochać albo nienawidzić, ale nie można pozostać obojętnym. To po prostu trzeba zobaczyć.

I jest ku temu okazja. Pod sceną Przystanku Woodstock zgromadzi się kilkaset tysięcy ludzi. Będzie to z pewnością koncert, który zarówno Artystka, jak i jej fani, zapamiętają na długo.

Przystanek Woodstock to największy w Polsce i jeden z największych w Europie festiwali muzycznych. Organizatorem imprezy jest Fundacja Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która w ten sposób pragnie podziękować polskiej młodzieży za jej zaangażowanie w zimowy Finał WOŚP.

Od dziewięciu lat Festiwal organizowany jest w Kostrzynie nad Odrą (woj. lubuskie). W czasie tegorocznej edycji festiwalu (1,2,3, sierpnia) na 2 scenach zaprezentuje się prawie 60 wykonawców z Polski i wielu krajów na świecie. Swój występ potwierdzili już m.in. Anthrax, Ugly Kid Joe, Emir Kusturica, Farben Lehre, Hunter, Danko Jones czy Gooral, który wystąpi z Zespołem Pieśni i Tańca „Mazowsze”.

W ramach Akademii Sztuk Przepięknych odbędą się spotkania z wybitnymi osobistościami świata kultury, polityki, sportu. W tym roku spotkamy się m.in. z Kubą Wojewódzkim i Piotrem Metzem. Uczestnicy Festiwalu będą także mogli brać udział w różnych formach warsztatów artystycznych oraz angażować się w szereg inicjatyw społecznych i obywatelskich. W czasie Przystanku Woodstock zaprezentują się liczne organizacje pożytku publicznego, realizowanych będzie cała gama projektów edukacyjnych oraz sportowych.

RZEŻUCHA I JEJ ZBAWIENNE MOCE

Fot. pochodzi z: http://na100latkowo.blogspot.com/2013/03/rzezucha-jako-zrodo-witamin.html
Fot. pochodzi z: http://na100latkowo.blogspot.com/2013/03/rzezucha-jako-zrodo-witamin.html

Na świeżą rzodkiewkę czy chrupiącą sałatę prosto z ogródka trzeba jeszcze poczekać. Można kupić sałatę owiniętą folią, która już nie będzie smakować tak jak ta prosto z ogródka czy rzodkiewkę wcześniej przechowywaną w chłodni, która pozbawiona została właściwości odżywczych. W czasie, gdy za oknem wciąż zima można wzbogacić codzienną dietę o rośliny zawierające pełno witamin i mikroelementów. Do takich roślin z pewnością można zaliczyć od dawna znaną i nieco zapomnianą rzeżuchę.

Rzeżucha z wyglądu niepozorna, delikatna kryje w sobie dużo dobroczynnych właściwości i ma nieco ostry smak. Dodana do kanapek i sałatek doskonale uzupełni niedobór wielu witamin i mikroelementów. Spożywanie rzeżuchy zalecane jest osobom cierpiącym na osteoporozę, gdyż zawiera dużo wapnia. Dietetycy zwracają uwagę na jej doskonałe działanie na osoby cierpiące z powodu anemii. Sprawdza się również przy zaburzeniach krążenia czy przy schorzeniach reumatycznych. Rzeżucha zawiera sporo cennych soli mineralnych oraz żelazo i magnez. Oprócz tego zawiera witaminy PP, K, A, B a także C. Osoby spożywające rzeżuchę regularnie spostrzegają u siebie poprawę kondycji włosów, cery i paznokci za sprawą siarki, która się w niej znajduje.
Hodowanie roślinki jest niebywale proste. Ziarenka z paczki należy rozsypać na wilgotnej ligninie i pilnować, aby podłoże bez przerwy było wilgotne ale nie mokre! Ścinamy rzeżuchę, gdy będzie miała ok 5-7 cm wysokości. SMACZNEGO!

BIZNESOWY SAVOIR VIVRE

Na terenie całej Polski organizowane są często kursy dotyczące odpowiedniego zachowania się np. w biznesie. Znajomość obowiązujących w danej grupie zwyczajów, manier, reguł i form towarzyskich określa się mianem savoir-vivre. Znajomość zasad obowiązujących w biznesie świadczy o pozycji i statusie danej osoby.

Fot. pochodzi z: http://www.logo24.pl/Logo24/1,125389,9005781,Etykieta_na_etacie.html
Fot. pochodzi z: http://www.logo24.pl/Logo24/1,125389,9005781,Etykieta_na_etacie.html


Strój w biznesie


Zarówno kobiety jak i mężczyźni chcąc sprawić pozytywne wrażenie i pokazać swoją pozycję muszą stosować zasady savoir vivre. Po pierwsze w przypadku kobiety jak i mężczyzny należy unikać strojów wyzywających i odsłaniających sporą część ciała, co już nie będzie postrzegane jako niegrzeczne ale także jako wulgarne. Strój przede wszystkim powinien być dostosowany do wieku osoby a także okoliczności w jakich się znajduje. Kobiety mimo upalnych dni zobowiązane są zakrywać ramiona, inaczej strój nie będzie uznany za poważny. Spódniczka może być lekko za lub lekko przed kolona. Rajstopy najlepiej gdyby były w kolorze cielistym, bez żadnych wzorków, dopuszczalne są również rajstopy w kolorze czarnym. Nie noszenie ich w ogóle może zostać źle odebrane. Dużo osób wychodzi z założenia, że im mniej dodatków tym lepiej. Dotyczy to także malowania paznokci na krzykliwe kolory a także ubioru w podobnych barwach. Do kolorów najbardziej eleganckich należy czerń, grafit i granat. Wbrew pozorom brąz uznaje się za nieelegancki. Mężczyźni chcąc być traktowani poważnie w biznesie, często zakładają koszule w kolorze białym lub błękitnym, są to głównie koszule gładkie. Najlepsze koszule to te nie posiadające kieszeni z lewej strony z usztywnionymi podwójnymi mankietami, bez pagonów. Do koszuli konieczne jest noszenie krawatu (granat, bordo, czerń, odcienie szarości). Krawat powinien być w kolorze jednolitym bez wzorów (ewentualnie delikatne). Jego długość powinna sięgać sprzączki. Konieczna jest marynarka spod której powinny lekko wystawać mankiety od koszuli. Pasek musi zawsze być! Alternatywą dla niego są tylko szelki.
Przywitanie się
Po pierwsze, kiedy witają się dwie osoby tej samej płci powinno się delikatnie wstać jeśli akurat siedzimy. Podczas podania dłoni należy starać się nie patrzeć w dół jak to zwykle ludzie czynią, tylko wzrok skierować wprost na osobę, z którą się witamy. Na kursach z savoir vivre szkoleniowcy często odpowiadają na pytania odnoszące się do rangi osoby, z którą się witamy. Otóż, będąc w pracy stajemy się jak gdyby osobami będącymi w danym środowisku dłużej, dlatego gdy przychodzi np. spóźniony pracownik, nasz kolega to osoba, która jest już na miejscu decyduje o tym czy poda rękę czy nie. Jeśli chodzi o te same stanowiska płeć nie ma znaczenia. Podobna sytuacja, gdy wita się przedstawiciela innej firmy będącego wyżej rangą, także w tym wypadku rękę podają te osoby, które przyjmują danego przedstawiciela ponieważ to one są gospodarzami. W przypadku mijania się na korytarzu z szefem ‘dzień dobry’ jako pierwsza mówi osoba niższa stopniem natomiast jeśli wchodzimy do pomieszczenia, w którym ktoś na nasz czeka to osoba wchodząca mówi ‘dzień dobry’ nawet jeśli jest to prezes. Istnieje także zasada zakładająca, że w momencie podania dłoni, osoba której wierzch dłoni jest na górze ma przewagę.
Co na koniec?
Na koniec każdego spotkania biznesowego najczęściej dochodzi do wymiany wizytówek. Również w tym wypadku jest kilka zasad, które pomogą nam być lepiej postrzeganymi. Po pierwsze, jeśli nasz rozmówca wręczy nam wizytówkę zazwyczaj położy ją na stole, a my nie powinniśmy jej przy rozmówcy chować. W dobrym guście jest skomplementowanie otrzymanej wizytówki. Za nieodpowiednie uważa się wciskanie wizytówki bez wstępnego poproszenia ze strony rozmówcy, dlatego lepiej zainicjować wymianę danych kontaktowych. Kiedy już dochodzi do wymiany podajemy wizytówkę treścią do rozmówcy, gdyż odpowiednia wizytówka drukowana jest tylko z jednej strony.

Zachowania często świadczą o naszej pozycji, wychowaniu czy ogładzie. Czasem sztywne reguły dla jednych są postrzegane jako pozytywne a dla innych mogą być elementem tzw. ‘sztywniactwa’ i nie bycia sobą. Może jednak czasem ubiegając się o pracę czy o kontrakt warto się do tych zasad dostosować, może dzięki temu zostaniemy zauważeni a to już połowa sukcesu.

BRODKA W OŚMIU SMAKACH

Początek marca, dokładnie dzień szósty. Tego dnia pogoda nas rozpieszczała, słońce muskało twarze swoimi gorącymi promieniami. W małym klubie w Poczdamie ma wystąpić wieczorem „Polens Stern“. Niemcy przechodzą obojętnie wobec wiszących przy każdej ulicy plakatów, nawet nie zerkają na ciemnowłosą, młodą dziewczynę w dziwacznym stroju, które wiszą tam pewnie od dłuższego czasu. Nadszedł wieczór, przed klubem czeka około dwieście osób. Jedni mówią po polsku, inni po niemiecku. Wszyscy przybyli na koncert. Jako support – no właśnie. Do dziś nie potrafię określić co to było. Ludzie przyjęli dziwacznego DJ’a z obojętnością, nikt się nim nie przejmował. Kilka minut po dwudziestej rozbrzmiewają instrumenty, które grają pierwsze nuty piosenki „W pięciu smakach“, a publiczność w dzikim krzyku wita na scenie Monikę Brodkę. Po niesamowitym koncercie Artystka udzieliła nam ostatniego wywiadu przed wylotem do USA. Czas tykał na naszych plecach niczym bomba, która ma za chwilę wybuchnąć, bo przecież samolot nie będzie czekał, ale Brodka powiedziała o tym, co dla niej najważniejsze. Jesteście ciekawi?…

Plakat: Maciej Zielinski.
Plakat: Maciej Zielinski.

Maciej Zielinski: Zacznijmy od początku… Monika Brodka, lat 16. Jakie wspomnienia nasuwają się na słowo „IDOL”?

Monika Brodka: Szczerze mówiąc, to niewiele pamiętam z tego okresu, minęło w końcu 10 lat, byłam wtedy bardzo młoda. Na początku mojej muzycznej drogi kompletnie nie wiedziałam jak moja kariera się potoczy, co się wydarzy… Dopiero uczyłam się obycia ze sceną, poznawałam ten biznes z pozytywnej strony, jak również tej mniej przyjaznej, w której rządzą układy i niesprawiedliwość. Stopniowo dochodziłam do wniosków, co chciałabym robić w życiu, jak chciałabym żeby moja kariera wyglądała, jaką muzykę chciałabym tworzyć. Mówiąc szczerze, to prawdziwe i świadome bycie artystą na scenie poczułam dopiero w 2010 roku, czyli z wydaniem płyty GRANDA. Myślę, że to drugi, tym razem trzeźwy etap mojej kariery.

Maciej: Pochodzisz z Twardorzeczki. Tęsknisz za wsią? Przecież to w niej się wychowywałaś, uczyłaś grać na skrzypcach, poznawałaś świat…

Monika: Za wsią jako taką to nie. Tęsknię za moim regionem, za górami, lasami, za moją rodziną, która tam cały czas mieszka i staram się ją odwiedzać jak najczęściej mogę. Z Warszawy jest to jednak kawałek drogi, ale staram się przyjeżdżać do Twardorzeczki w wolnych chwilach. Nigdy nie sądziłam, że zostanę w niej na dłużej, że będę tam żyła. Myślę, że to miejsce było dla mnie tylko na okres dzieciństwa. Wspomnienia o górach wciąż tkwią w mojej głowie, przypominam sobie różnego rodzaju obrazy, np. kiedy jako mała dziewczynka zbieram świeże truskawki z ogródka, zrywam z drzewa słodkie jabłka. Wspominam to niesamowicie sentymentalnie i fajnie.

Maciej: Jako dziecko chciałaś stać na scenie, być piosenkarką- udało się. A co dziś jest Twoim marzeniem?

Monika: Zawsze chciałam grać poza granicami Polski. Marzenie się spełnia, ponieważ ten rok to koncerty w dużej mierze właśnie zagranicą. Uwielbiam odkrywać nowe miejsca, nową publiczność. Zarówno ja, jak i mój zespół staramy się aplikować na różne festiwale, zgłaszamy chęć wystąpienia na ciekawych eventach. Moja managerka często wysyła zgłoszenia za moimi plecami, a kiedy zostaniemy zaproszeni na daną imprezę, mówi mi o tym niespodziewanie. To dla mnie niesamowita frajda i niespodzianka. Poza tym organizujemy mini trasy koncertowe w Niemczech, Ameryce… Druga połowa roku będzie czasem odpoczynku, wyciszenia. Wtedy powoli zacznę zastanawiać się nad kolejną płytą, w głowie zaczną rodzić się kolejne, świeże pomysły. Tak wyglądają moje plany na najbliższe miesiące, nie wybiegam w przyszłość za daleko, nie myślę o tym, co się wydarzy za parę lat, moim marzeniem są podróże i granie w tym roku zagranicą, na razie do szczęścia potrzeba mi tylko tyle.

Maciej: Ukończyłaś Akademię Fotografii. Komu, lub czemu najchętniej robisz zdjęcia?

Monika: Na chwilę obecną jestem totalnie pochłonięta robieniem zdjęć na aplikację, która nazywa się Instagram, jestem jej superfanką. Od pewnego czasu prowadzę tam swój oficjalny profil, staram się dokumentować to, co dzieje się w moim życiu na co dzień. Od bardzo zwykłych sytuacji, jak wyjazd na koncert w busie z moim zespołem, czy poranne śniadanie, po ciekawe podróże, sytuacje które nie chcę żeby mi umknęły i chciałabym żeby zostały w mojej pamięci na długo, dlatego je uwieczniam na fotografiach. Moją bardziej profesjonalną kamerę wyciągam zazwyczaj na czas wakacji, dalekich podróży, kiedy to mam szansę sfotografować coś bardziej egzotycznego. Głównie posługuję się iPhonem i właśnie nim robię zdjęcia. Jestem uzależniona od utrwalania ulotnych i zwykłych chwil, które czasami są bardzo ważne, a późniejsze oglądanie ich wzbudza we mnie miłe wspomnienia.

Maciej: GRANDA to majstersztyk, nasz towar eksportowy, muzyka jest żywa, prawdziwa, oryginalna, natomiast EPka LAX jest zupełnie inna, przepełniona sztucznymi dźwiękami. Skąd tak przeciwstawne nurty? Do czasów GRANDY Twoje płyty były spójne, teraz- dwa przeciwstawne bieguny.

Monika: Uwielbiam eksperymentować, bawić się muzyką, bo to przecież o to, w moim przekonaniu w niej chodzi. GRANDA była pewnego rodzaju odcięciem się od muzyki, którą tworzyłam wcześniej, postanowiłam najzwyczajniej w świecie nagrać coś, co przede wszystkim mnie się spodoba i co ja czuję. Co nie znaczy, że z wcześniejszymi albumami się nie utożsamiam…

Maciej: Skąd zamiłowanie do Berlina i Nowego Jorku? Co je łączy? Co dzieli? Co Cię w nich fascynuje?

Monika: W Berlinie czuję się najzwyczajniej w świecie swobodnie. Nikt mnie w nim nie rozpoznaje, mogę spacerować spokojnie ulicami. Podoba mi się klimat Berlina, jestem zafascynowana jego zakamarkami oraz żyjącymi w nim ludźmi, albo inaczej…ich stylem życia. Nie mogę oprzeć się wszelkiego rodzaju „flomarkom”. Zazwyczaj przyjeżdżam do Berlina w weekendy, a wtedy staram się wyszperać niesamowite rzeczy do swojego mieszkania, albo chociaż jakieś pamiątki, które nasycone są tajemniczą historią. Bardzo lubię berlińskie knajpy, restauracje, których jest ogromna ilość w zasadzie na każdym rogu ulicy, a w każdej z nich niepowtarzalne i często oryginalne smaki. Mam nadzieję, że Warszawa będzie kiedyś takim drugim Berlinem i ten klimat się nam choć trochę udzieli, bo przecież patrząc na mapę, jesteśmy bliskimi sąsiadami. Mogę powiedzieć, że w Warszawie powoli czuć namiastkę Berlina, przynajmniej ja ją czuję. Jeśli chodzi o Nowy Jork to nie będę oryginalna. Fascynuje mnie w nim mix wszystkich możliwych kultur, ras, smaków. To miasto, które jest mieszanką całego świata. Jest potęgą.

Maciej: Wiem, że uwielbiasz gotować, a jeszcze bardziej jeść… Jakie jest Twoje popisowe danie?

Monika: Chyba nie mam popisowego dania, w kuchni bardzo dużo eksperymentuję . W zależności od zawartości mojej lodówki i zasobów kuchennych są to bardzo różne smaki, często ciekawe i zaskakujące. Jeżeli chodzi o jedzenie, to nie jestem wybredna. Wybredną staję się jedynie wtedy, kiedy danie jest niedobre. Nie mam tak, że nie lubię jakichś składników, albo ich nie zjem, uwielbiam próbować bardzo różnych, na pozór dziwnych rzeczy, nawet tych, do których nie jestem na początku przekonana, a najbardziej złości mnie to, kiedy coś jest po prostu źle ugotowane i niesmaczne.

Maciej: Wolisz na ostro, czy na słodko?

Monika: Na słodko…

UKRAINA ZDOBYWA STADION NARODOWY

Nie tak wyobrażał sobie powrót do kadry bramkarz reprezentacji Polski, Artur Boruc.
Nie tak wyobrażał sobie powrót do kadry bramkarz reprezentacji Polski, Artur Boruc.
Źródło: wprost.pl

Na ten mecz czekaliśmy od połowy października poprzedniego roku. Wtedy to na Stadionie Narodowym reprezentacja Polski zremisowała 1:1 z faworyzowaną Anglią, co dało nadzieję na dobre wyniki w kolejnych meczach eliminacyjnych do Mistrzostw Świata 2014 w Brazylii.

W międzyczasie nie działo się jednak najlepiej – porażki z Urugwajem (1:3) i Irlandią (0:2) po słabych występach oraz dwie nic nie znaczące wygrane po 4:1 – z Macedonią i reprezentacją ligi rumuńskiej. Prawdziwym sprawdzianem, w zasadzie meczem o pozostanie w grze o awans na mundial, miał być mecz z naszymi wschodnimi sąsiadami – Ukrainą. Polacy zapomnieli chyba, że zwycięstwo w tym spotkaniu miało jeszcze większe znaczenie dla naszych rywali, gdyż mieli oni na koncie tylko dwa punkty – o trzy mniej od biało-czerwonych. Przylecieli więc do Warszawy bardzo zmotywowani, chociaż przed spotkaniem nie było tego widać – chętnie rozdawali autografy, fotografowali się z kibicami, a w dniu meczu wyszli nawet na krótki spacer, mimo mroźnej pogody. Niektórzy z nich nie mieli bowiem okazji na zwiedzanie naszego kraju (Ukraina wszystkie mecze w czasie EURO 2012 rozgrywała u siebie, a skład od poprzedniego meczu w Łodzi jednak trochę się zmienił).

Wydawało się, że Polacy są równie bojowo nastawieni. W stolicy Polski pojawili się już w poniedziałek i do dnia spotkania mieli okazję przeprowadzić kilka treningów pod okiem Waldemara Fornalika, który na zgrupowanie powołał m.in. Artura Boruca, Radosława Majewskiego, Bartosza Salamona i Jakuba Koseckiego. Na Narodowym nasi piłkarze jeszcze nie przegrali, Lewandowski strzela gola za golem w Bundeslidze, w kadrze pojawiła się młoda krew, którą miał motywować charakterny Marcin Wasilewski – wszystko przemawiało na korzyść Polaków. W dodatku reprezentacja Ukrainy, w której nie gra już najlepszy piłkarz z tego kraju, Andrij Szewczenko, dopiero od niedawna ma nowego trenera – brązowego medalistę Igrzysk Olimpijskich 1976 w Montrealu, Mychajła Fomenkę, a kilka dni przed przylotem do Warszawy z kadry z powodu kontuzji wypadł jeden z najlepszych obecnie zawodników rywali – Jewhen Konoplanka, który strzelił gola w meczu eliminacyjnym z Anglią. To Ukraińcy zatem powinni bardziej martwić się o swoją formę, zwłaszcza, że w europejskich pucharach nie ma już drużyn z tego kraju, a Szachtar Donieck odpadł w Lidze Mistrzów po rywalizacji z Borussią Dortmund (2:2, 0:3).

Ci, którzy postanowili obejrzeć to spotkanie w domu i o 7 minut za długo otwierali chipsy, schodzili do sklepu po piwo lub przebierali się w narodowe barwy mogli być zdziwieni, gdy wreszcie wygodnie rozsiedli się przed telewizorem. W tym czasie biało-czerwoni przegrywali już 0:2 po dwóch szybkich ciosach od Andrija Jarmołenki i Ołeha Husiewa. Brak koncentracji? Umiejętności? Zlekceważenie rywala? Zapewne wszystkie te czynniki spowodowały, że polscy piłkarze rozpoczęli ten mecz tak fatalnie. Ponad 55 i pół tysiąca fanów naszej kadry na stadionie również nie dowierzała. Mecz skończył się zanim tak naprawdę się zaczął. Ciekawe, co czuł prezydent Bronisław Komorowski oglądając spotkanie obok swojego odpowiednika na Ukrainie, Wiktora Janukowycza… Wracając do przebiegu meczu, Polacy obudzili się dopiero prawie po kwadransie gry, kiedy to postanowili wreszcie pobiegać i ruszyć na bramkę Ukraińców, czego efektem była wspaniała akcja Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka, który ostatecznie efektywnie wykorzystał podanie Kuby i umieścił piłkę w siatce w 18. minucie meczu. Tym samym dołączył do Lewandowskiego i właśnie Błaszczykowskiego, którzy pokonali Pjatowa w meczach pucharowych przeciwko Szachtarowi. Na trybunach radość, podobnie w lożach komentatorskich i wśród kibiców przed telewizorami. Biało-czerwoni zwietrzyli szansę i próbowali wyrównać stan meczu, ale Andrij Pjatow nie dał się pokonać po raz drugi. Świetnie interweniował po strzałach Sebastiana Boenischa (jeszcze przy stanie 0:2) i Macieja Rybusa (z rzutu wolnego). Za to bramkarz Southampton, Artur Boruc, kilka chwil przed zejściem na przerwę do szatni, musiał po raz trzeci wyciągać piłkę z bramki. Tym razem pokonał go Roman Zozula, którego nie upilnował w polu karnym Piszczek.

Na drugą połowę za Macieja Rybusa wszedł Jakub Kosecki, ale nic to nie zmieniło. Ukraińcy chcieli jeszcze szybko dobić naszych reprezentantów. Znakomitej okazji nie wykorzystał jednak Husjew strzelając z powietrza nad poprzeczką polskiej bramki. Kilka minut później, chwilę po wejściu na murawę w miejsce Daniela Łukasika, za wszystkie negatywne komentarze na temat swojej gry mógł się zrehabilitować Ludovic Obraniak, ale stojąc sam naprzeciwko Pjatowa, trafił piłką w ukraińskiego bramkarza. Warto odnotować jeszcze chytre strzały Koseckiego i Lewandowskiego oraz Rotania po stronie Ukrainy, ale po żadnym z nich piłka nie wpadła do bramki. Wynik pozostał bez zmian. Dokładnie taki sam, jak we wrześniu 2000 roku w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Korei i Japonii. Tylko że wtedy gospodarzami byli nasi sąsiedzi, a reprezentacja Polski miała w swoich szeregach takich graczy jak Hajto, Kałużny, Świerczewski czy Olisadebe, którzy zostawiali serce na boisku. W tym spotkaniu tego nie było widać, o czym świadczą statystyki – 5 żółtych kartek dla reprezentantów Ukrainy przy jednej dla naszych piłkarzy. Nasi rywale do końca gryźli trawę (Moroziuk został ukarany już w 94. minucie spotkania) i dlatego mogli w dobrych nastrojach opuszczać nasz kraj.

Sytuacja w grupie H trochę się skomplikowała, ponieważ swoje mecze wygrali Czarnogórcy (1:0 w Mołdawii) oraz, co było do przewidzenia, Anglicy (8:0 w San Marino) i mają już odpowiednio: 13 i 11 punktów. Polska po przegranej spadła na 4. miejsce i ma na koncie tyle samo oczek, co Ukraina – 5. We wtorek Polacy zmierzą się z outsiderem naszej grupy – San Marino, dzięki którym możemy pochwalić się dwucyfrowym wynikiem w meczu międzypaństwowym (1 kwietnia 2009 roku biało-czerwoni rozgromili w Kielcach przybyszów z malutkiej republiki aż 10:0). Ukraina uskrzydlona zwycięstwem w Warszawie podejmie u siebie Mołdawię, ale prawdziwy hit szykuje się w Czarnogórze, gdzie gospodarze rozegrają mecz z Anglikami.

STEREOTYP GŁUPIEJ BLONDYNKI OBALONY!

http://i1.kwejk.pl/site_media/obrazki/2011/11/1791c1d5acdcdde671bca73f1e89899f.jpg?1321697240
http://i1.kwejk.pl/site_media/obrazki/2011/11/1791c1d5acdcdde671bca73f1e89899f.jpg?1321697240

Światem rządzą stereotypy. Polacy piją i kradną, Anglicy mają dziwne poczucie humory, Amerykanie są grubi i głupi zaś Żydzi mają żyłkę do biznesu no ale są bardzo skąpi. Z czym jest to związane? Moim zdaniem z brakiem wystarczających informacji odnośnie narodowości wyżej wymienionych, na ten przykład. Jasne, że to irytujące i nie ma w tym krzty sensu. Tak czy inaczej, nad tymi przykładami rozwodziła się nie będę i powiem, co uważam na temat najbardziej idiotycznego ze znanych mi stereotypów – rzekoma głupota blondynek.

Wystarczy zrobić ankietę, której to celem byłoby poznanie opinii na temat jasnowłosych kobiet. Założę się, że znalazły by się takie teorie, jak to, że są płytkie, niezbyt bystre a z edukacją to one mają na bakier. I przede wszystkim ta rozbrajająca głupota, którą się im zarzuca. Potwierdzeniem moich słów jest użycie przez Ciebie, drogi czytelniku, magii wyobraźni. Zamknij oczy… Zamknąłeś? Czy zamknęłaś? Pewnie nie no ale mniejsza. Wyobraź sobie tak zwaną ” słodką idiotkę „. Z pewnością przed oczami pojawi Ci się atrakcyjna blondynka o głupawym wyrazie twarzy.

Ten stek bzdur został zapoczątkowany wizytą Pameli Anderson w naszym rodzimym kraju. Pamcia miała wyraźne problemy ze skleceniem paru zdań, których sens byłby głębszy aniżeli pojemność łyżki od herbaty. Co więcej, nikt nie kazał jej wyrecytować po polsku Pana Tadeusza ( od tyłu, stojąc na głowie ) a miała jedynie porozmawiać z wiernymi fanami.  W języku angielskim.

Kto by pomyślał, że taki mały incydent, będący już światową anegdotką, zaważy na losach biednych blondynek. Uważam to za spisek brunetek oraz mężczyzn, których zaloty zostały odrzucone przez te jasnowłose kobiety. Poza tym, głupotę przypisuje się głównie tlenionym paniom ( efekt tego zabiegu można porównać do „anielskiego blondu” ) . A zgodnie z utlenianie składników barwnych włosa ten efekt jest najlepszy w przypadku włosów ciemnych i bardzo ciemnych. Podsumowując- nazywając blondynki osobami głupimi, określa się tym samym wszystkie kobiety. Proste i logiczne na co wskazuje opisana przeze mnie powyżej reakcja chemiczna.

FUTBOLOWE PIEKIEŁKO

Afera goni aferę. Każdego roku słyszymy o skandalach w piłkarskim świecie. Dzisiejsza piłka ma problemy nie tylko z powodu korupcji- erozja światowych federacji wpływa na jakość rozgrywek.

Fot. GETTY IMAGES
Fot. GETTY IMAGES

Nastały trudne czasy dla piłki nożnej. Jest to dyscyplina sportowa, która od lat skupia bodaj największą rzeszę kibiców. Piękno, które miliony ludzi dostrzega w piłce kopanej zawiera się w grze zespołowej, emocjach po zdobytych i straconych golach i chwale, którą zawodnicy zdobywają w reprezentowanym klubie, lub reprezentacji. Tymczasem, mamy sytuację, w której tradycją stały coroczne ujawnienia oszustw finansowych w poszczególnych ligach piłkarskich. Zawodnicy, szkoleniowcy, czy działacze nie szczędzą sobie krytyki, a walka o piedestał popularności niesie ze sobą ciosy poniżej pasa.

Europol prowadzi obecnie dochodzenie w sprawie sprzedaży spotkań w wielu krajach. Prześwietlane są rozgrywki na najwyższym szczeblu. Sukcesywnie wytaczane są procesy, a lista oskarżonych rośnie z dnia na dzień. Niejednokrotnie padały głosy, że losowania grup i par międzynarodowych turniejów, nie są dziełem przypadku. Fala krytyki spadła na ostatnie losowanie par ćwierćfinałów LM. Za główny powód potencjalnych „ustawień” podawana była ilość kibiców i wpływy medialne wynikające finału turnieju rozegranego np. przez Barcelonę i Real Madryt. Nie ma oficjalnych doniesień, by udowodniono coś w tym zakresie.

Wrzawa nastąpiła jednak w przypadku ostatnich wyborów na trenera 2012 roku. Głównym bohaterem stał się nie kto inny jak „The Special One”- czyli słynny szkoleniowiec Realu Madryt, Jose Mourinho. Na łamach portugalskich mediów oskarżył on oficjalnie FIFA o to, że dopuszczono się oszustwa, w wyniku którego został pozbawiony tego wyróżnienia. Laur zwycięstwa przypadł trenerowi Reprezentacji Hiszpanii- Vincente del Bosque. Mourinho przyzwyczaił wszystkich do podobnych zachowań, i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie informacje z hiszpańskiej prasy, które spekulowały, iż trener „Królewskich” wywierał presję na swoich zawodnikach odnośnie typowania laureata. FIFA, zgodnie ze swoją polityką, wydała komunikat dementujący wszelkie pogłoski o potencjalnym wpływie na głosowanie. Zaprzeczają temu stanowiska kilku graczy i trenerów, którzy twierdzili, iż oddane przez nich głosy nie są zgodne z tymi, które pojawiły się na stronie FIFA.

W głosowaniu wzięło udział 500 osób, na podium znaleźli się: Vincente del Bosque(34%), Jose Mourinho(20%),
Pep Guardiola(13%)

Wiele krzyku i złych emocji, które może mają służyć jedynie większej popularności określonych osób..?

WROCŁAW JAKO MIASTO WIELOKULTUROWE

http://kolumber.pl/photos/show/place:31424/page:80
http://kolumber.pl/photos/show/place:31424/page:80

Czym jest wielokulturowość? W obecnych czasach to modne hasło wśród społeczeństw dzisiejszego Wschodu. Jest to pewnego rodzaju zjawisko, które cały czas narasta. Jednak stereotypy w kwestii wielokulturowości są bezlitosne. Według nich ludzie nie powinni przebywać zbyt często z osobami o innym kolorze skóry, z innych narodowości oraz wyznań. To stwierdzenie jest z całą pewnością niedorzeczne. Walka ze stereotypami w Polsce trwa od lat, trudno ją wygrać. Na szczęście coraz więcej ludzi nie zwraca na nie uwagi i podejmuje się kontaktów wielokulturowych na własną rękę. Przebywanie z ludźmi innych kultur sprawia, że wzrasta w Nas poziom tolerancji oraz szacunku. Takie „osoby z innego świata” są w stanie przekazać taką wiedzę, której wcześniej nie posiadaliśmy. Obca kultura, obce postrzeganie świata, inne zwyczaje to kwestie, które warto poznać. Polska ma dużo do zaoferowania, ale dlaczego by nie poszerzać polskich horyzontów w stronę światowych? Zamknięcie się tylko w jednej, swojej kulturze nie jest czymś dobrym. Trzeba oczekiwać od świata czegoś więcej, otworzyć się na ludzi i na cały świat.

Przykład Wrocławia pokazuje jak społeczeństwo potrafi żyć w zgodzie z wieloma kulturami. Czy Wrocław jest miastem wielokulturowym? Z całą pewnością jest! To jest takie miasto, gdzie czuje się więź napływową z różnych stron. Występuje w nim pomieszanie różnych kultur. Większość mieszkańców twierdzi, że we Wrocławiu panuje inna atmosfera. Po prostu chce się tu być. Wielokulturowość Wrocławia wynika z faktu przybycia do Wrocławia ludzi z całej Polski, a zwłaszcza ze Wschodu. W ostatnich 20 latach Wrocław zaczął się potężnie rozwijać. Przyjeżdża tam wiele osób nie tylko z Polski, Południa, ale i również z Hiszpanii, Niemiec. Przybywają oni nie tylko w celach turystycznych, ale i w celach biznesowych. We Wrocławiu znajduje się cała sieć rozwoju przemysłu elektrotechnicznego. To nadaje miastu dużej dynamiki i wartości. Wrocław jest specyficzny, a nawet magiczny głównie z powodu ludzi młodych ze Wschodu.

Wielokulturowość jest z całą pewnością „na czasie”. Widok cudzoziemca nie budzi już takiego zdziwienia, jak dawniej. Jednak jeszcze nie wszystkie miasta całkowicie „otwarły się” na życie wielokulturowe. Stereotypy, niepochlebne komentarze polityków, nieprawdziwe artykuły w gazetach warto się od tego wszystkiego zdystansować. Kontakt z innym człowiekiem jest niezbędny w naszej egzystencji. A osoby z innych kultur mogą sprawić, że nasze życie stanie się bardziej kolorowe i wartościowe.