STOCH TRYUMFUJE W PREDAZZO

Po latach doczekaliśmy się polskiego mistrza świata w skokach. W czwartkowych zawodach, Kamil Stoch, podobnie jak przed laty Adam Małysz, w pięknym stylu zajął pierwsze miejsce w Dolinie Val di Fiemme.

Fot. PAP/Grzegorz Momot
Fot. PAP/Grzegorz Momot

Nasz skoczek, od początku zawodów na dużym obiekcie pokazał swą znakomitą dyspozycję- pierwszą serię zakończył z dobrym zapasem punktowym. Druga seria to już koncertowe skakanie. Wylądował na 131. metrze- odległości, która była nie do osiągnięcia dla rywali. Zanotował ponad 6. punktów przewagi.

Nowy mistrz, przed konkursem zapowiadał nastawienie na sukces. Zawody na średniej skoczni nie należały do udanych, stąd prawdopodobnie pełna koncentracja i żądza medalu. Kamil Stoch nie ukrywał, że jest poważnie zainteresowany złotem. Jak zapowiedział, tak zrobił. Bezkonkurencyjny tryumf.

Warto zaznaczyć, że kiedy oddał skok na odległość 131,5 m, otrzymał notę „20”- jedyną jaka padła w tej serii. Na podium wyprzedził Słoweńca Prevca i Norwego Andersena Jacobsena.

Mięła dekada od ostatniego zwycięstwa Małysza w Predazzo. Nasz były mistrz stawiał Stocha w roli faworyta. Skoczek poniósł ciężar odpowiedzialności i presję- wykonał zadanie znakomicie. Z konkursu na konkurs Kamil skacze coraz lepiej. Jego pozycja w klasyfikacji cały czas się umacnia.

Chyba nadchodzi już czas na następcę Małysza. Czy przychodzi pora Stochmanii?

Trzymajmy kciuki za Kamila i pozostałych skoczków!

SZLACHETNOŚĆ McDONALDS NIE ZNA GRANIC – ROZDAJE KSIĄŻKI DZIECIOM

Źródło: http://booklips.pl/newsy/mcdonalds-rozda-9-milionow-ksiazek-dla-dzieci/
Źródło: http://booklips.pl/newsy/mcdonalds-rozda-9-milionow-ksiazek-dla-dzieci/

Z czym kojarzy wam się McDonald? Tak, z kanapkami, colą i frytkami. A dla najmłodszych co oznacza ta sieć? Jest to chyba jedna z pierwszych „restauracji”, które odwiedzają samodzielnie. A zestawy Happy Meal są dla nich prawdziwą frajdą – do kanapki zabawka!

Oskarżany o otyłość młodego pokolenia fastfood postanowił w końcu zadbać nie tylko o własną reputację, ale także o przyszłość dzieci. Dlatego na początku roku ogłosił, że do zestawów dla najmłodszych dodawane będą… książki. Na razie tylko w Anglii, ale to już coś.

Co będzie można przeczytać? Najmłodsi dostaną zarówno bajki, jak i książki naukowe – o zwierzętach, czy planetach. Dla niektórych dzieci będą to zapewne pierwsze książki w życiu, poza podręcznikami.

Pomysł próbowano wprowadzić w życie już pod koniec 2012 roku. Była to jednak tylko chwilowa zmiana, którą wyparła fala krytyki, głównie ze strony rodziców i ich pociech, które domagały się powrotu zabawek. Dla nich Happy Meal to właśnie zabawka. Firma przemyślała jednak sprawę i podejmuje kolejną próbę. Zabieg ten ma na celu nie tylko zwiększenie czytelnictwa, co walkę z otyłością – skoro zestaw dla najmłodszych kojarzony jest z gadżetem, jego popularność może spaść przez dodawanie do niego książki, dzięki czemu dzieci mniej chętnie zawitają do fastfoodów.

Czy pomysł jest aby na pewno dobry? Okaże się pewnie już niedługo. McDonald chce rozdać 15 milionów lektur dla najmłodszych, czekamy na rezultaty.

ACHLUOFOBIA NIE TYLKO DLA PAŃ

    Na pewno wiecie, o kim dzisiaj chcę Wam powiedzieć. Jak byłam mała to wyobrażałam sobie, że to jest taki bardzo gruby i zły pan, który zasłania Słońce z czystej złośliwości. No i że jest w zmowie z rodzicami, którzy kazali mi przestać się bawić, pakowali do wanny a potem w piżamkę pajacyka ( wiecie, co przeżywało małe dziecko, które musi lecieć w te pędy do ubikacji i jest przyodziane w taką piżamkę? Jak nie to się kurde przekonajcie i nie torturujcie tak własnych dzieci! Apeluję! ) no i do łóżeczka. A Jeszcze gorsze w tym wszystkim było to, że oni wcale się nie kładli spać! Nigdy mi nie chcieli tego wytłumaczyć. Jak tego, że gdy sobie polali frytki ketchupem a mnie te frytki zostawili w spokoju ( ketchup miałam obok na talerzyku ) to że niby dlatego, że one się w brzuchu sklejają! Serio? A im to nie? Zawsze wtedy próbowali zmienić temat. Przecież największa przyjemność z jedzenia frytek to nie ta związana z walorami smakowymi a możliwością ubrudzenia się! Ale wróćmy do tematu, bo jeszcze się źle zrozumiemy i co wtedy?

     Noc ma to do siebie, że z największego twardziela jest w stanie w mgnieniu oka ( dosłownie ! ) przeobrazić w trzęsącą się osikę. Osobiście znam taki przypadek, który to był zmuszony do spania z kijem baseballowym pod łóżkiem. Więc co ma do powiedzenia drobna blondynka? No ja się pytam? Mnie nikt w takie przyrządy nie uzbroił! Co najwyżej to mogę sobie światło zapalić. Ale nie mam pstryczka oświetlającego cały dom.

  To, że każdy się boi nocy to my o tym bardzo dobrze wiemy. Nie każdy się do tego przyzna ale tak już jest i nie ma co się kłócić. Na chusteczkę oglądamy paskudztwa przeróżne wyprodukowane w Hollywood? Ewentualnie historyjki zasłyszane przez mojego ulubionego żulika Staśka spod warzywniaka? Bo my uwielbiamy się bać! Tak! Prawda jest taka, że horrory zostały wyprodukowane głównie z myślą o świeżo związanych ze sobą parach, party pidżamach no i chyba w sumie tyle. A dlaczego? No, to ja już śpieszę z wyjaśnieniami.

    W jaki sposób ( najprościej, najszybciej i najtaniej ) bez konsekwencji wtulić się w wybrankę/ka naszego serca ( ewentualnie później coś więcej. Wiecie, tak, na koniec filmu ) z którym to jesteśmy świeżo zadeklarowani? Oczywiście każdy zna to uczucie kiedy chciałby zrobić to i owo ale nie ma odwagi bo przecież dopiero co są razem ( ja tam osobiście nie mam oporów przed przytuleniem się do mojego mężczyzny, kiedy tylko na to mam ochotę – nawet na początku związku ). I czekają na wdechu na pierwszy ruch partnera. Dlatego taki film grozy to całkiem sensowny pomysł. Gdzie tam gierki, patrzenie sobie głęboko w oczy. Jak się wystraszy jak należy, to zaraz się schowa w naszych objęciach! A co? Mądrzejsza jednostka, nie będzie czekała na straszny fragment filmu, a zaraz się za to zabierze.

Chcesz nastraszyć koleżanki? Mieć z nich ubaw? Sypać na szkolnym korytarzu anegdotami jak z rękawa o Stasi Asi Srasi i tak dalej? Nie ma nic prostszego! Weź ze sobą na party pidżamę horror, który znasz już na pamięć. Jedyne co musisz zrobić, to postarać się nie zasnąć i dyskretnie obserwować gości dzisiejszej nocy. A potem zanotować szybciutko najzabawniejsze sytuacje.

Grupa znajomych oglądała pewien film na takimże to właśnie spotkaniu. Gdy nastąpił bardzo przerażający moment, jeden z uczestników zaczął piszczeć z przerażenia – przy tym marcujące się koty, to mięta z bubrem.

Która to!? – krzyknął jeden z chłopców. Na co oczywiście dziewczyny zareagowały z oburzeniem. Nikt nie będzie im wmawiał, że zachowują się jak baby, no Święci Pańscy!

No.. to byłem ja – przyznał się do winy niechętnie kolega X.

Morał z tego taki, że nie tylko panie potrafią wydobywać ze swojej krtani słowicze trele godne marcujących się kotów.

PRZED KONKLAWE – STRACH SIĘ BAĆ

http://fakty.interia.pl/raport/abdykacja-papieza/news/papiez-benedykt-xvi-abdykuje,1891746,8289
http://fakty.interia.pl/raport/abdykacja-papieza/news/papiez-benedykt-xvi-abdykuje,1891746,8289

Decyzja Benedykta XVI o abdykacji wywołała burzę wśród wierzących. Poruszeni są także ludzie, którzy w Boga nie wierzą. Co dalej? Spekulują nawet ci, którzy na co dzień nie oglądają wiadomości – abdykacja w szybkim tempie rozprzestrzeniła się też w Internecie – szaleje i Facebook i kwejk., Nawet w wirtualnym świecie zapanowała świadomość, że strach się bać.

Jak będzie się nazywać Benedykta XVI – papieżem seniorem? A może w ogóle powróci do nazwiska rodowego… I kto to ureguluje? Ustępujący biskup Rzymu? Jego następca? Kolegium kardynalskie? Sprawa w zasadzie jest bezprecedensowa, bowiem Celestyn V po abdykacji powrócił do klasztoru a Jana XXIII zmusił do abdykacji sobór powszechny w Konstancji (zresztą Baltazara Cossę uznaje się za antypapieża, stąd kardynał Roncalli przyjął imię Jana XXIII po raz drugi). Benedykt XVI będzie natomiast po abdykacji rezydentem. Co z tym począć? Strach się bać.

Benedykt XVI podjął decyzję, jaką podjął – ok, ale teraz to bukmacherzy są w swoim żywiole. W końcu mogą przyjmować zakłady i zakładziki. Obstawiać, czy przepowiednie o czarnoskórym papieżu się sprawdzą. Jedni są temu przeciwni i mówią stanowczo „nie!”- ze strachu co będzie dalej, inni nie mają własnego zdania i ślepo wierzą we wszystko co im się powie. Ja uważam, że ludzie powinni przestać bawić się w gierki i obstawiać. To nie są wybory prezydenckie, by robić sondaże, kogo najczęściej typuje się na biskupa Rzymu, a tym bardziej żadna kampania medialna, bo zadecyduje 118 panów we fioletach. Chociaż to nie ma znaczenia, kto będzie nowym papieżem, jednak strach się bać.

W Kościele od dawna roiło się od afer, konfliktów. Księża już nie są tacy jak dawniej i często nie przywiązują wagi do swojego zadania. Nie kierują się chyba już tymi samymi normami co wcześniej. Skończył się czas walki z komuną, z Zachodu nie przychodzą paczki do parafii, trzeba klepać biedę razem z owieczkami. Niektórzy znaleźli sobie inne pole do popisu – ile razy słyszało się o molestowaniu seksualnym nieletnich przez księży czy złym traktowaniu dzieci przez siostry zakonne, a kary kościelne to tylko ostateczność…

W dzisiejszych czasach nie spotykamy już takich księży jak Ojciec Mateusz z Sandomierza czy Karol Wojtyła, ludzi z powołaniem, otwartych na problemy parafian. Ksiądz to zawód jak każdy inny – choć nie powinien być tak traktowany. A słynny ksiądz Natanek? Można wytknąć mu wiele błędów np. głoszenie poglądów niezgodnych z nauką Kościoła, nieposłuszeństwo w stosunku do kardynała Stanisława Dziwisza, jego nauki zaczynające się od tych samych słów „Jeżeli Twoje dziecko… wiedz, że coś się dzieje”. Idąc dalej – Ojciec Rydzyk, jego media i inwestycja geotermalna. To nie zalicza się w żaden sposób do posługi księdza. Nie zapominajmy jeszcze o pomniku Chrystusa w Świebodzinie – gdzie z wiary robi się atrakcje turystyczne (wszystko kręci się wokół pieniądza aż strach się bać).

Swego czasu mówiło się, że Jan Paweł II zapełnił wiernymi place i ulice, po Benedykcie XVI oczekiwano, że zaprowadzi te rzesze do kościoła. Zamiast tego doszło do konfliktu papieża z Kurią. Może to tylko plotka, chociaż w każdej plotce jest odrobina prawdy. Konklawe i jego wybór może Kościoła nie zjednoczyć. Przeciwnie, może być początkiem poważnego konfliktu w Kościele. Strach się bać co z tego wszystkiego wyniknie.

Izabela GÓRECKA

INTERES NA FACEBOOKU

Czy wiecie, że profil na portalu Facebook może mieć realną wartość ?  Od jakiegoś czasu profile na portalu społecznościowym stworzonym przez Zuckerberga są towarem na sprzedaż.

www.facebook.com
www.facebook.com

Zapewne część z was zdziwiła się, że profil na popularnym Facebook może mieć jakąkolwiek wartość. Zapewniam jednak, że ma i to całkiem niemałą. Zwykle cena takiego profilu, w zależności od ilości fanów, to kilka tysięcy złotych. Do tej pory najwyższą ceną za fanpage to trzynaście tysięcy złotych. Przyznacie, że to niezła suma za coś wirtualnego. Czy zatem trzeba być szaleńcem, żeby coś takiego kupić?

Dla przeciętnego internauty Facebook to miejsce, gdzie może podzielić się swoimi zdjęciami i przemyśleniami, a także odnaleźć dawnych znajomych. Może też polubić zdjęcia i statusy innych. A także ulubione produkty i marki. Dzięki temu Facebook stał się także narzędziem marketingowym. Czyli służy firmom to promowania swojego wizerunku, produktów, czy też usług. Takie rozwiązanie jest tańsze, niż reklama w tradycyjnych mediach, a do tego często bardziej skuteczne. Jeżeli Firma trafi do odpowiednio dużej ilości odbiorców, przełoży się to w realny sposób na jej zyski.

Jak to działa? Na pewno większa część z Was spotkała się z tym mechanizmem. Zauważacie, że jeden z waszych znajomych udostępnił zdjęcie. Niestety, widzicie tylko miniaturkę, a podpis w rodzaju: „Szok! Jak ona to zrobiła!” Jeszcze bardziej was intryguje. Klikacie zatem w obrazek i jesteście kierowani do innej strony internetowej. Nie widzicie jednak od razu swojego obrazka. Musicie najpierw polubić stronę, a i często udostępnić na swoim profilu określone treści. Dopiero po tym możecie zobaczyć swój obrazek. Strona zdobywa kolejnego fana. Za jakiś czas – może nawet nie zwrócicie na to szczególnej uwagi – zobaczycie na swojej stronie zdjęcia i obrazki z profilu, którego nigdy nie „polubiliście”. To znaczy, że trafiliście do farmy fanów, a poprzednia strona została sprzedana.

W podobny sposób działają też niektóre aplikacje, również opierające się na ciekawości internautów. Swego czasu bardzo popularna była aplikacja, dzięki której osoby zarejestrowane na Facebook mogły zmienić kolor swojej „skórki” na Facebook. Wystarczyło jedynie kliknąć „Lubię to” i podać kolor, w jakim chce się skórkę. Osobiście nie znam nikogo, kto miałby nowe barwy na tym portalu społecznościowym.

Należy również uważać na różnorodne konkursy, które nie mają jasnego regulaminu i nie są prowadzone, przez znane i zaufane strony, firmy, czy osoby. Szerokim echem odbiła się na Facebook akcja rozdania 500 Iphone’ów, które rzekomo nie nadają się do sprzedaży. Internauci szybko jednak zwietrzyli podstęp, dodatkowo na wielu profilach pojawiły się żarty na ten temat.

Warto zatem zastanowić się, zanim następnym razem klikniemy „Lubię to”. Jeżeli pojawia nam się okno, które niejako zmusza nas do „polubienia” strony, której jeszcze nigdy nie widzieliśmy – warto po prostu zamknąć okno i wrócić do swojego profilu. Jeżeli chcecie wziąć udział w konkursie, bacznie przyjrzyjcie się takiemu profilowi. Czy jest tam regulamin? Czy wyniki poprzednich konkursów zostały opublikowane? Jak bardzo są urozmaicone zarówno posty, jak i komentarze do nich? Jeżeli coś wzbudza wasze podejrzenia, nie bierzcie w tym udziału. Dzięki temu będziecie mieli pewność, że na waszych profilach pojawią się niepożądane treści. Wasz „lajk”, czy też udostępnienie nie stanie się wtedy również produktem na sprzedaż. Pamiętajcie również, że tego typu profile są niezgodne z regulaminem tego portalu społecznościowego. Każdy użytkownik ma możliwość zgłoszenia przypadku pogwałcenia regulaminu.

Jesteśmy ciekawi  co wy sądzicie na ten temat? Jak  bardzo często spotykacie się ze stronami, który wymuszają kliknięcie w „lubię to”? Czy jest to dla was uciążliwe? A może chcielibyście stanąc po drugiej stronie i stworzyć profil idealny na sprzedaż? Jesteśmy ciekawi waszej opinii, zatem zachęcamy do komentowania

POBIEDZISKA: ZABITY OWCZAREK! POMÓŻ ZNALEŹĆ SPRAWCĘ!

Zdjęcie ze strony Facebooka.
Zdjęcie ze strony Facebooka.

Dnia 22 lutego br. nad jeziorem Dobry w Pobiedziskach znaleziono zmasakrowanego psa. Był to owczarek niemiecki. Obrażenia wskazują na to iż pies, został zabity. Był duszony, uderzany w głowę. Tak pozostawiony na mrozie skonał.

Zdarzenie zostało zgłoszone na policję. Teraz władze Pobiedzisk starają się odnaleźć oprawcę. Apelują również na stronie www.facebook.pl, aby mieszkańcy zorientowali się czy na którymś z pobliskich potwórz nie brakuje owczarka niemieckiego, który był tam zwykle obecny. Za pomoc w odnalezieniu i zidentyfikowaniu winnego przewidziana jest nagroda.  Osoby mające jakieś informacje istotne dla sprawy moją kontaktować się z policja pod nr 618 413 040 lub też pod 693 804 512.

Przyłączamy się do poszukiwań winnego. Przyłącz się i Ty! Jesteś z Pobiedzisk lub okolic? Masz znajomych w tej miejscowości?

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=616917791668499&set=a.171929836167299.48215.143286249031658&type=1&theater

Możesz udostępnić ogłoszenie władz i pomoc. Może wspólnymi siłami uda nam się znaleźć sprawcę!

LEONARD COHEN W ŁODZI

Fot. pochodzi z: http://i.telegraph.co.uk
Fot. pochodzi z: http://i.telegraph.co.uk

W piątek, 19 lipca 2013 w łódzkiej „Atlas Arenie” wystąpi na jedynym koncercie w Polsce ten wybitny artysta, półkrwi Polak (jego ojciec wyemigrował z Polski w okresie międzywojennym). Kariera Leonarda Cohena trwa już prawie sześć dekad. W lipcu po raz kolejny ten pisarz, pieśniarz i poeta pokaże nam Polakom, że pomimo nie tak dawnej piętnastoletniej przerwy w występach na żywo, wcale nie stracił ani odrobiny swojej dawnej energii. Wciąż, w każdym miejscu i na całej właściwie planecie fani czekają stale na nowe jego koncerty.

Leonard Cohen – życiorys

Narodziny:

Urodził się w 1934 roku w Montrealu w Kanadzie jako Leonard Norman Cohen, syn Mashy i Nathana Cohenów. Byli oni średniozamożną żydowską rodziną (ojciec pochodził z Polski, a matka z Litwy). Mały Leonardek otrzymał solidną edukację na poziomie średnim i rozpoczął studia na anglojęzycznym McGill University w rodzinnym mieście. Choć był przeciętnym studentem, jeszcze w czasie studiów zdobył prestiżową nagrodę „McNaughton Prize” za osiągnięcia literackie. 5 października 1955 roku ukończył studia na Uniwersytecie McGill z tytułem bakałarza, czyli najniższym stopniem naukowym nadawanym przez uniwersytety anglosaskie („Bachelor of Arts”). W maju 1956 roku wydał swój pierwszy tom poezji „Let Us Compare Mythologies”. Na przestrzeni następnych lat pisał i publikował poezję oraz wydał dwie powieści „The Favorite Game” w  1963 oraz „Beautiful Losers” – 1966.

Kariera muzyczna

Leonard Cohen zaczął śpiewać, gdyż trudno mu było wyżyć z pisania. Często opowiada o tym w wywiadach. Biografowie natomiast nieco inaczej przedstawiają jego życie w tamtym okresie. Honoraria literackie, rządowe granty oraz dochody z rodzinnego przedsiębiorstwa wystarczały na wygodne życie. Leonard Cohen w tym czasie dużo podróżował, prowadził intensywne życie towarzyskie i erotyczne.

Choć nauczył się grać na gitarze w wieku trzynastu lat, a wcześniej zaczął pisać piosenki, początkowo traktował muzykę w sposób czysto rekreacyjny i nie zamierzał zostać piosenkarzem. Nigdy też nie był wybitnym instrumentalistą. Przypadkową sławę przyniosła mu piosenka  „Suzanne”, której profesjonalną wersję nagrała folkowa piosenkarka Judy Collins. Utwór ten stał się radiowym przebojem roku 1965. Judy Collins wprowadziła Leonarda w środowisko muzyki folk. Pierwszy jego publiczny występ jako piosenkarza miał miejsce 30 kwietnia 1967 roku w „Town Hall” w Nowym Jorku, na koncercie charytatywnym na rzecz organizacji domagającej się zaprzestania prób z bronią jądrową. W tym samym roku został wydany album „The Songs of Leonard Cohen”. Odniósł on wielki sukces. Kolejne płyty utwierdzały tylko pozycję artysty. Przełomowym albumem był tu „Death of a Ladies’ Man” wydany w 1977 i wyprodukowany przez Phila Spectora. W wyniku zastosowania spectorowskiej ściany dźwięku, muzyka z tego albumu stała się pełniejsza instrumentalnie lub – jak nieraz twierdzą krytycy – przesadnie barokowa. Obok ostrzej grającej sekcji rytmicznej, elektrycznych gitar i instrumentów klawiszowych, aranżacje obejmowały także sekcję instrumentów smyczkowych. Album ten już na zawsze podniósł rolę innych niż gitara prowadząca instrumentów w twórczości Leonarda Cohena. Na płycie „I’m Your Man” natomiast syntezatory całkowicie zdominowały całe instrumentarium (tytułową piosenkę wykonał później, w roku 1997, Bogusław Linda w filmie „Sara”). Trzy utwory z następnego albumu „The Future” zostały wykorzystane w filmie „Urodzeni mordercy”.

Popularność w Polsce

Leonard Cohen stał się tu znany w latach osiemdziesiątych, bardziej nawet niż w rodzinnej Kanadzie, z powodu popularyzatorskiej działalności Macieja Zembatego, jego (wspólnych z Maciejem Karpińskim) tłumaczeń tekstów piosenek i wykonań polskich coverów. Gdy w 1985 Leonard Cohen przyjechał na trasę koncertową do Polski, występował przy pełnej widowni w największych halach koncertowych: w naszej poznańskiej „Hali Arena”, w „Hali Ludowej” (obecna nazwa „Hala Stulecia”) we Wrocławiu, w „Domu Muzyki i Tańca” w Zabrzu i w warszawskiej „Sali Kongresowej”. Podczas tego pobytu w Polsce Leonard Cohen spotkał się z Lechem Wałęsą oraz wygłosił szereg prosolidarnościowych oświadczeń. Wskutek tych działań jego piosenki przez wiele miesięcy nie były emitowane w Polskim Radiu.

Zen

W latach 1994–1999 Cohen przebywał w Centrum Zen na Mount Baldy w okolicach Los Angeles. Wstawał o 2.30, przygotowywał posiłki dla swojego mistrza zen – Roshiego, a potem medytował. W ciągu pięciu lat – jak to sam później ocenił – stał się innym człowiekiem. Roshiemu poświęconych jest wiele wierszy z tomu „Księga Tęsknoty”. Wówczas, po nieomal dziesięciu latach braku aktywności artystycznej, Leonard Cohen wydał album „Ten New Songs”. Najbardziej znanym utworem z tej płyty jest piosenka „In My Secret Life”.

24 października 2003 Leonard Cohen otrzymał z rąk gubernatora generalnego Kanady, Adrianne Clarckson, „Order of Kanada”, najwyższe odznaczenie kanadyjskie, przyznawane za wybitny wkład w rozwój kanadyjskiej kultury.

Po Zen

W 2005 okazało się, że artysta został pozbawiony środków na funduszu emerytalnym. Jego była przyjaciółka i jednocześnie menedżerka, Kelley Lynch, sprzeniewierzyła ponad 5 milionów dolarów, zostawiając jedynie 150 tysięcy. Suma ta nie wystarczała artyście nawet na opłacenie należnych podatków. W marcu 2006 Leonard Cohen wygrał sprawę sądową z byłą menedżerką, uzyskując sądowy nakaz zwrotu dziewięciu milionów dolarów, jednak możliwość faktycznego odzyskania utraconych funduszy jest mało prawdopodobna.

W 2006 arysta został uhonorowany członkostwem w „Canadian Songwriters Hall of Fame”. Natomiast 24 listopada tego samego roku do polskich kin wszedł film dokumentalny „Leonard Cohen: I’m Your Man”, w którym o wpływie Leonarda na swoją twórczość mówią m.in. „Bono”, muzycy zespołu „U2” oraz Nick Cave. Sam Leonard Cohen zaś opowiada w filmie o swoim życiu i marzeniach.

13 stycznia 2008 roku Leonard Cohen zapowiedział swoją pierwszą od 15 lat trasę koncertową. Pierwszy występ, w ramach zapowiedzianej trasy, odbył się 11 maja 2008 roku w Fredericton w Kanadzie. Na początku jesieni tego roku artysta wystąpił w Polsce na dwóch koncertach: we Wrocławiu i w Warszawie. Przez następne dwa lata Leonard Cohen kontynuował swoją największą trasę koncertową. 10 października 2010 wystąpił na warszawskim Torwarze, a przed koncertem spotkał się znowu z Lechem Wałęsą.

10 marca 2008 przyjęto go do „Rock and Roll Hall of Fame” w Cleveland, w Ohio w USA.. Lou Reed powiedział wtedy: „Nie ulega najmniejszym wątpliwościom, że mamy do czynienia z najważniejszym i najbardziej wpływowym współczesnym piosenkarzem, postacią, której twórczość zyskała z czasem niespotykaną głębię i tajemniczość.”

12 sierpnia 2012 w Gandawie rozpoczęła się kolejna trasa koncertowa Leonarda Cohena, promująca jego najnowszy album „Old Ideas”. Koncerty zaplanowano m.in. w Belgii, Danii, Norwegii, Finlandii, Niemczech, Irlandii, Włoszech, Wielkiej Brytanii, Turcji, Rumunii, Francji, Hiszpanii i Portugalii, a następnie w USA i Kanadzie.

Bilety:

W cenie od 115 do 365 złotych do nabycia w Centrum Biletów „Atlas Areny”, na www.paradam.pl, Ticketportal.pl, ticketpro.pl, oraz w sieci salonów Empik.
Sprzedaż ruszy od piątku 1 marca 2013, od godziny 10:00.

BALLADY O FOTORADARACH CIĄG DALSZY

Fotoradary. Temat obrzydliwie nudny, znienawidzony i powszechnie przeklęty przez ogół kierowców. O ile nikt nie lubi o nich słuchać, o tyle sytuacja zmienia się natychmiast kiedy odbieramy list polecony, którego nadawcą jest Straż Miejska, Gminna, lub Inspekcja Transportu Drogowego…

… wtedy to zaczynają się gorączkowe poszukiwania wszelkich informacji na temat zdjęć z fotoradarów. Najczęściej w wyszukiwarce pojawia się fraza: „fotoradar mandat jak uniknąć”. Nie ma w tym nic dziwnego. Nikogo mile nie zaskoczy dodatkowa fotografia znad morza, na której to widać wyraźnie, że pedał gazu nieco bardziej niż zwykle zapadł się w podłogę auta. Taka przyjemność może nas kosztować nawet 500 zł i 10 pkt karnych. Każdy zatem stara się znaleźć sposób na uniknięcie płacenia mandatu. Jeśli kosztowny list przysłała nam Inspekcja Transportu Drogowego raczej odradzam lawirowanie w gąszczu paragrafów, no chyba że ktoś na takich sprawach zjadł trzecie zęby, a kodeks wykroczeń zdarza mu się czytać do śniadania. W przypadku kiedy nasza (prowadzącego pojazd) twarz jest widoczna, ciężko doszukiwać się możliwości ucieczki od kary. Sytuacja natomiast nie jest przesądzona gdy na zdjęciu uwieczniony został tył auta i nie widać twarzy prowadzącego.

Jeden błysk takiej lampy może nas kosztować nawet 500 zł // fot. Agencja Gazeta

W takich przypadkach największym powodzeniem cieszą się bajeczki typu: „auto służbowe, jest wielu kierowców”, „jechało nas pięciu i zmienialiśmy się nawzajem, nie wiem kto prowadził”, „samochód przeznaczony na sprzedaż, prowadzili potencjalni klienci”. Każdy z owych scenariuszy jest racjonalny i prawdopodobny, jednakże strażnicy już chyba poznali się na sprawie i nie wykazują większej wyrozumiałości na takie sytuacje. Najczęściej kończy się to namolnymi prośbami o wskazanie kierującego, ponagleniami do zapłaty a w ostateczności straszeniem sądem. No właśnie, zakładając że padliśmy już ofiarą niesławnego fotoradaru i nie zamierzamy poddać się karze, jakie konsekwencje mogą nas spotkać? W przypadku odmowy zapłaty mandatu, sprawa zostaje skierowana do sądu, jednakże aby sąd rozpatrzył wniosek, oskarżyciel (czyli w tym wypadku Straż Miejska lub Gminna) musi podać nasze miejsce zatrudnienia. Jeżeli takich informacji nie posiada, sąd oddala wniosek o ukaranie. Wtedy najprawdopodobniej (tak było w moim przypadku), dostaniemy kolejny list z siedziby Straży Miejskiej zawierający formularz do wypełnienia, gdzie to mamy podać swoje miejsce zatrudnienia, w miarę dokładnie określone dochody brutto/netto, stan  cywilny a także ilość osób na utrzymaniu, czyli jednym słowem ukręcić na siebie bat. W przypadku gdy wypełnimy formularz oczywistością jest, że możemy spodziewać się wezwania do sądu. Kiedy zaś zdecydujemy się odmówić zeznań, warto jest odpowiadać listownie (choć można to robić również poprzez korespondencję elektroniczną) i za każdym razem sporządzać kopię listu. Warto również zwrócić uwagę czy pod wezwaniem do podania miejsca pracy podpisał się strażnik czy referent. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że strażnicy powołując się na art. 65 KW § 2 będą nas straszyć grzywną w wysokości do 5000zł co oczywiście nie jest adekwatne do popełnionego czynu. Gdy upierając się dalej przy swoim, odmówimy podania żądanych informacji, najprawdopodobniej sprawa zostanie skierowana do sądu i wyłącznie od nas zależeć będzie jak się zakończy. Tutaj najczęściej spotykane są 2 kierunki rozwoju wydarzeń.  Dostajemy wyrok nakazowy z sądu, rozprawa odbywa się bez udziału stron. Mamy 7 dni na napisanie sprzeciwu, wtedy sąd ustala normalny termin rozprawy, zostaniemy wezwani w charakterze obwinionego. Możliwość druga jest taka, że od razu zostajemy zaproszeni do sali rozpraw. Jeśli wykroczenie popełniliśmy w innym województwie, rozprawa odbędzie się również tam.  Jeżeli nie uda nam się przekonać sądu co do swojej argumentacji dlaczego nie podaliśmy informacji o które prosili strażnicy, powinniśmy się liczyć z grzywną. Nie będzie ona zapewne wysoka, to raczej coś w rodzaju kary porządkowej. W moim przypadku skończyło się na 150 zł grzywny i 50 zł kosztów sądowych (co biorąc pod uwagę fakt, że mandaty opiewały na kwotę 500 zł i tak nie jest najgorszym rozwiązaniem) Teraz nasuwa się zasadnicze pytanie: czy gra jest warta świeczki? Z tym bywa różnie. Jeżeli mandat opiewa na kwotę 100 zł, wiadomo że takie kombinacje opłacalne nie są. Szkoda zarówno czasu jak i nerwów. Gdy zaś chodzi o kwotę np. 500 zł (jak było w moim przypadku) sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Mandatu w takiej wysokości nikt już chętnie płacić nie zechce. Oczywiście w tym artykule opisany jest jeden konkretny przypadek i nie  ma gwarancji , że wszystkie inne wyglądać będą tak samo. Wszelkie decyzje podejmujemy na własne ryzyko.

Tylko od nas samych zależy więc czy jesteśmy na tyle zdesperowani i mamy tyle czasu oraz energii aby tułać się po sądach, czy wolimy sprawę odpuścić i grzecznie zapłacić. No chyba, że korci nas ciekawość i chcemy zobaczyć jak funkcjonuje machina napychająca grubą kasą budżety poszczególnych gmin.

SPOTKANIE INTERNETOWE

Fot. pochodzi ze strony "Arsenału".
Fot. pochodzi ze strony „Arsenału”.

W Galerii Miejskiej „Arsenał”, która znajduje się, jak pewnie wiemy, na Starym Rynku w Poznaniu, na samym jego środku – pod numerem 6 (tel. 61 852 95 01 lub 02), jest taki cykl spotkań „MOJE W INTERNECIE. Kulturowe debaty o własności intelektualnej”. W czwartek, 14 marca 2013, o godz. 18.00, odbędzie się kolejne zatytułowane: „Nowa @konomia polityczna”. Gościem, a w pewnym sensie nawet gwiazdą, spotkania będzie aktywista Marek „Sancho” Piekarski, a poprowadzą je: dr Magdalena Kamińska, Tomasz „QLHEAD” Kułdo i Bogna Błażewicz. Wstęp wolny, jak to na wszystkie arsenałowe spotkania.

Koordynacja spotkania: Bogna Błażewicz.

Ze względu na to, że Internet rozwija się z szybkością lecącego samolotu ponaddźwiękowego, nastąpiło także przesunięcie kontroli nad kapitałem w stronę internetowych użytkowników. Jednostka stała się pierwszy raz od lat podmiotem, a nie już bezdusznym przedmiotem w sporze o prawo własności z korporacją, która notabene  jest też bardziej ludzka. Konsekwencją tego stanu rzeczy są jego  próby regulacji prawnej (m.in. głośna ostatnio sprawa ACTA). W tej chwili zaczynają się formować oddolne formy samoobrony. I o tym będzie dyskusja w „Arsenale”.

ZA SEKRTNYMI DRZWIAMI W GABINECIE MASAŻYSTY

Fot. pochodzi z: http://www.masaze.grupasalveo.pl
Fot. pochodzi z: http://www.masaze.grupasalveo.pl

Jakiś już czas temu na portalu gazeta.pl opublikowany został artykuł pt. „Tajniki zawodów: co ukrywają przed nami masażyści?”. Jest to wywiad z pewną panią fachowiec (fachowczynią?) z fachowego gabinetu masażu. Tekst ten wywołał swego rodzaju burzę – chociaż możliwe, że jest to zbyt mocne słowo – na portalu Serwis-Masażysta.pl. Jego administrator, Rafał Urywaj, postanowił, po nieudanych próbach uzyskania zgody na przedruk, napisać coś podobnego, tyle że odpowiadającym na pytania byłby on sam. Ja zaś zdecydowałam się zrezygnować z formy wywiadowczej, zastosować zwykłą opisowo-reportażową i napisałam coś jeszcze innego, bo temat naprawdę jest ciekawy.

Początki

Jako, że sam masaż stanowi w pewnym sensie niebezpieczeństwo – zwłaszcza ten niewłaściwy – często może dla nas stanowić niejakie zagrożenie. Jednak nic to w porównaniu z masażystą nieumiejętnie nas masującym. Jakie wobec tego kwalifikacje zawodowe winien posiadać masażysta? Mówią, że minimum tych kwalifikacji to technikum masażu. Jest jednak bardzo wielu masażystów po studiach licencjackich albo i magisterskich na kierunku fizjoterapii. Takie wykształcenie to w dużej mierze podstawy teoretyczne, czyli wiedza z anatomii, fizjologii, patofizjologii, diagnostyki, a także, choć niekoniecznie, z ratownictwa medycznego. Należy za każdym razem pytać się o kwalifikacje terapeutów i tym samym rezygnować już na wstępie z osób jedynie po kursach masażu. Należy zawsze być czujnym – chodzi przecież o nasze zdrowie, nasze ciało i nasze dobre samopoczucie – tak psychiczne, jak i fizyczne. To przecież leży w naszym interesie, aby trafić w jak najlepsze ręce. Trzeba więc nie bać się pytać i zasięgać opinii osób trzecich.

Podczas pierwszej wizyty, i aby nie zrobić krzywdy pacjentowi/klientowi dobry terapeuta pyta przede wszystkim o to czego oczekuje się od masażu, jaki jest aktualny stan zdrowia, samopoczucie, przebyte choroby, urazy, schorzenia, wcześniejsze dolegliwości, przyjmowane leki, nowotwory, zakrzepy i choroby układu krążenia danej osoby. Zresztą sam jest w stanie zdiagnozować wiele schorzeń lub też tylko ich domniemywać. Nie należy więc dziwić się ani mieć za złe, jeśli terapeuta odmówi wykonania zabiegu z powodu swoich obaw o stan zdrowa pacjenta/klienta. W tym wypadku jest on właśnie po to aby edukować osoby korzystające z jego usług. Jest to wyraz ogromnego profesjonalizmu i troski o ich bezpieczeństwo. Pierwsza rozmowa, jaką masażysta/profesjonalista odbywa z pacjentem/klientem powinna przebiegać jak swobodna pogadanka – w pewnym sensie wypada nawet, żeby zawiązała się tu jakaś taka nić porozumienia, a może nawet przyjaźni. Zresztą każdej osobie masażysta/profesjonalista musi wręcz poświęcić odpowiednią ilość czasu na rozmowę przed i po zabiegu. W wielkich salonach SPA, a już na pewno w przychodniach rehabilitacyjnych NFZ właściwie jest to niemożliwe, bo praca tam przypomina tę z fabryki na taśmie. Niestety.

 Środki

A jak wyglądają sprawy z estetycznego punktu widzenia? Z przykrością stwierdzić należy, że czynnik estetyczny odgrywa tutaj rolę przeogromną, bo masaż ma być komfortowy zarówno dla osoby masowanej jak i dla masażysty. Przede wszystkim pacjent/klient – zawsze musi być on czysty i pachnący – przy czym wcale nie oznacza to od razu perfum Chanel nr5, chodzi o zwykłą bezwonną przyzwoitość. Dobrym wyjściem są prysznice, z których pacjenci/klienci mogą skorzystać bezpośrednio przed masażem. Natomiast konflikty, które zdarzają się pomiędzy nimi a terapeutą wynikają tak naprawdę z braku określonych reguł na samym początku współpracy. Należy właściwie i do końca określić wzajemne oczekiwania i skutki, które nastąpią w przypadku ich niespełnienia. Wzajemny szacunek dla siebie, dla czasu drugiej osoby, konstruktywny dialog w przypadku jakichś obiekcji – wszystko przeprowadzone w przyjaznej atmosferze – będzie powodowało, że konflikty zdarzać się nie będą. Wyjściem zawsze jest rozmowa – stanowi ona pomoc i klucz w każdej właściwie dziedzinie życia.

Jest jeszcze pewna bardzo istotna rzecz z „środkiem” związana. Coraz częściej pojawiają się reklamy mówiące o masażach odchudzających, mówiące np., że 5 zabiegów to 5 kg mniej. Powiedzmy jednak prawdę: zabiegi odchudzające nie działają, nigdy nie działały i pewnie nigdy działać nie będą. Relaksują, to fakt, ale nie odchudzają. Masaż jeśli odchudza, to tylko i wyłącznie masażystę. Aby schudnąć należy zrobić dwie podstawowe rzeczy: wykonywać ćwiczenia aerobowe, które wspomagają spalanie tłuszczów i zbilansować dietę. Masaż w tym całym procesie jedynie pełni rolę wspomagającą i może tylko współistnieć w całym procesie odchudzania. Można nim zdziałać cuda, lecz kilogramów nie straci się nigdy – czas skończyć się oszukiwać. To zwykły chwyt marketingowy, na który, co niestety jest smutne, nabiera się wciąż wiele osób. Inaczej jest z cellulitem, choć profesjonalista nigdy nie da gwarancji, że masaż usunie skórkę pomarańczową. Już sama ilość przyczyn powodujących cellulit wymaga wielopoziomowego podejścia. Masaż jest częścią procesu, który może pomóc przywrócić prawidłową cyrkulację limfy (drenaż limfatyczny), modelować i poprawić odżywienie tkanek. Jednak w wielu przypadkach, jeśli nie w większości, cellulit spowodowany jest zaburzeniami hormonalnymi, brakiem aktywności fizycznej, stresem bądź też po prostu złym stylem życia.

Końcówki

Na koniec zostały nam same wisienki na torcie, mowa bowiem będzie o masażu czekoladą i miodem. Jeśli chodzi o masaż miodem to na pewno warto tu przypomnieć o walorach miodu, szczególnie naszego rodzimego gryczanego. Badano go specjalnie w oddziale pszczelnictwa w Puławach i wykazał duże działanie antybakteryjne. Zawiera także znaczne ilości rutyny pozytywnie wpływającej na naczynia krwionośne, a także liczne witaminy i minerały.

Natomiast jeśli chodzi o czekoladę, to tylko prawdziwe masy czekoladowe stosowane do masażu, które na pewno nie posiadają konserwantów, bo zrobione są z prawdziwej czekolady sporządzonej z ziaren kakaowca, mają korzystne działanie.  Zawierają one flawonoidy, które według naukowców mogą obniżyć ryzyko zachorowania na raka skóry, Witaminy B6, B2, A, E, B3, B12, kwas foliowy i kofeinę, a co za tym idzie korzystnie wpływające na wygląd i odżywienie skóry. Jednak mówimy tu tylko o działaniu zewnętrznym a wiemy na pewno, że jest ono ograniczone. Dlatego po takim masażu, który jest nieocenionym balsamem dla duszy i zmysłów, warto w codzienną dietę włączyć miód gryczany albo prawdziwą gorzką czekoladę, choć ich niewielkie ilości. Zdarzają się także masaże owocami, np. arbuzem.