„BASTARD” – RAP PO TATUSIU

Współczesny rap trawi franca zwana sztampą. Czy to w produkcjach amerykańskich, polskich czy angielskich, undergroundowych czy przeznaczonych dla radia (w tych zresztą szczególnie), wszędzie królują powtarzane od lat schematy. Nawet jeśli pojawi się ktoś z nieco odmiennym stylem, błyskawicznie jest kopiowany i rynek zalewa fala produkcji opartych na jego pomysłach.

Fot. http://calvinpollak.files.wordpress.com/2011/05/bastard-tyler-the-creator.png
Fot. http://calvinpollak.files.wordpress.com/2011/05/bastard-tyler-the-creator.png

Tyler Okonma, lider kolektywu Odd Future Wolf Gang Kill Them All, znany jako Tyler, The Creator, ubiera skarpetki do kolan, szatkuje schematy na małe kosteczki i pożera je zagryzając szynką ukradzioną z Walmartu.

Płyta „Bastard” (2009) jest początkiem niedokończonej trylogii, w skład której wchodzą „Goblin” i niewydany jeszcze „Wolf”. Płyta zrealizowana jest na podstawie rozmowy Tylera z jego psychoterapeutą, tajemniczym doktorem T.C., który w niektórych utworach prowadzi dialog ze swoim pacjentem, w niektórych zaś jego rola sprowadza się do wygłoszenia introdukcji. Raper zwierza się doktorowi z nienawiści do ojca, który go opuścił (stąd nazwa płyty) i zaburzeń osobowości, powodujących zwielokrotnienie jaźni.  Niektóre utwory rapuje jako Tyler, inne jako Ace, Tron Cat, czy Wolf Hayley – psychopatyczny biały seryjny morderca w zielonej masce.

Trudno zakwalifikować produkcję Tylera do któregoś z podgatunków rapu. Mimo iż płyta tworzy spójną całość, każdy utwór jest nieco z innego świata. Wita odbiorców melancholijnym samplem pianina, potem atakuje piszczałkami z syntezatora, by w końcu zmęczyć mózg mrocznym, ciężkim jak dowcip Strassburgera bitem. Jedno jest pewne, trudno jest się przyzwyczaić do nietypowych, nieraz irytujących dźwięków używanych przez Tylera (który samodzielnie produkuje podkłady do swoich płyt, jak i do wielu innych ze stajni OFWGKTA). Nie jest łatwo przejść obok tej płyty obojętnie, gdyż albo powali cię świeżością i zatopisz się w jej poschizowanym klimacie, albo pozbędziesz się jej szybciej niż zużytego kondoma.

Co do strony lirycznej, płyty nie można brać całkiem serio. Tyler żongluje tematami, od klasycznego braggadacio po wulgarne opisy imprez organizowanych w supermarketach, w międzyczasie wspominając swoją nieszczęśliwą miłość, którą najchętniej by… zjadł. Wszystkie utwory skąpane są właśnie w takim humorystyczno-paranoidalnym sosie, posypane szczyptą brutalności i garścią ignorancji. Flow i konstrukcja linijek znajdą zarówno przeciwników jak i zwolenników. Raper czasem wypada z pętli, niekiedy pomija rymy, czasem po prostu mówi pod bit. Niewielu jest raperów, którym to pasuje (vide Małolat), ale moim zdaniem dodaje to jeszcze większego uroku choremu światu pana Okonmy.

Jak odbierać „Bastard”? Jeśli chcesz, żeby twoja przygoda z muzyką OFWGKTA potrwała dłużej niż trzydzieści sekund każdego utworu, musisz zaopatrzyć się w sporo dystansu, chęci i tolerancji. Albo twardych narkotyków, jeśli chcesz iść na skróty. W każdym razie warto. Posłuchać.

 Grzegorz BOŻEJEWICZ

NA NIEMCA

Fot. http://niemcy.blox.pl/html
Fot. http://niemcy.blox.pl/html

Wsiadam do pociągu relacji Zielona Góra – Warszawa, zajmuję miejsce w przedziale i… „Dzień dobry, jak Euro w Poznaniu?”. „Świetnie” odpowiadam panu w t-shircie z nadrukiem Host City Warsaw „u nas podobno najlepiej. Ale wie pan co, tak sobie myślę, że wszędzie dobrze, jak się nie tłuką na stadionach”. „A pewnie” zgadza się, bo co ma się nie zgodzić? „To kto dzisiaj?” „Hiszpania. Będą grać w finale, zobaczy pani”. „Z Niemcami”. „A pewnie. Po tym co wczoraj zrobili!” Kiwam głową i kończę rozmowę aktem włożenia słuchawek. Myślę sobie, że Euro łączy ludzi i przerzucam się na Boba Dylana.

Przekonanie o jedności ponad podziałami mąci najczęściej zadawane mi ostatnio pytanie. Jak możesz być za Niemcami? – słyszę od światłych znajomych. (Wszak innymi się nie otaczam). A jak mogę nie być? Przed dworcem grupa niemieckich kibiców macha mi na powitanie. Uśmiechają się. Nie tak jak Włosi zaprogramowani na podryw. Normalnie, z sympatii. Wznoszą kubki z kawą w porannym toaście. Odpowiadam tym samym. Go Germany. Nawet dawno niewidziana rodzina nie wykazuje takiego entuzjazmu na mój widok, jaki wykazywali nowopoznani w czasie Euro niemieccy znajomi (płci obojga). A każdej pannie życzę, aby usłyszała choć połowę tych komplementów, które padły w moim kierunku  z niemieckiej strony i w bardzo niemieckim stylu. Proszę mi łaskawie wskazać Polaka, który odważnie i publicznie powie, że kobieta po to jest, aby o nią dbać i żeby jej sprawiać przyjemność. Nie. Polak powie, że miejsce baby jest w kuchni. Owszem, poniesie ciężką torbę, ale nie omieszka przy tym rzucić uwagi na temat równouprawnienia i parszywych feministek. Niemiec zdziwi się, że kobiecie w ogóle przyszło do głowy w obecności mężczyzny taką ciężką torbę podnieść z ziemi.
Jak mogę być za Niemcami, którzy wygrywają mecze? Jak mogę być za Niemcami, którzy podczas meczu otwarcia zdarli gardła śpiewając „Polska, biało-czerwoni” głośniej niż ja? Jak mogę być za Niemcami, którzy codziennie do śniadania dodawali, że jestem piękna, mądra i nie mam sobie dać wmówić, że jest inaczej? Jak mogę być za Niemcami, którzy zachwycili się Polską, chociaż przecież kryzys mamy, a po Euro wszystko szlag trafi? No jak ja mogę być za Niemcami, którzy cieszą się życiem, nie dlatego, że mogą, ale przede wszystkim dlatego, że potrafią, podczas gdy nasz, polski entuzjazm sprowadza się do krótkiego „kurwa” po przegranym meczu.
Dowcipy o tym, że Danzig był odpowiednim miejscem dla Niemców, bo oni od ’39 roku wiedzą jak się tam walczy nie bawią Niemców. Bawią nas, Polaków. Ze wstydem przyznaję, że mnie również. Śmiejemy się z tego, ale w duchu wierzymy, że tak jest właśnie. Że oni mają nad nami jakąś mityczną przewagę, są lepsi, mądrzejsi, bardziej zaradni. I za to chcemy ich nie lubić, nie za język (piękny!), czy przywary narodowe (takie na przykład jak punktualność, czy obowiązkowość). Chcemy ich nie lubić za to właśnie, że się im udaje.
Sami sobie strzelamy w kolano takimi oryginalnymi dowcipami. Co zrobią Niemcy po wygranym meczu w Gdańsku? Skoczą na pocztę. Ha-ha. Proszę bardzo. My nadal jesteśmy Tamtymi Polakami, których Tamci Niemcy napadli, zrabowali, oszukali i pomordowali. Oni już dawno nie są Tamtymi Niemcami. Nie są dumni z powodu tego, co zaczęło się trzy ćwierćwiecza temu. Obudźmy się. Polską wódkę, czy niemieckie piwo może pić tylko równy z równym. A oni chcą z nami pić wódkę. Kawę. Coca-colę. Cokolwiek.
Musi być jakiś dzień meczowy, bo Hendrik przychodzi ubrany w żółte spodnie, czerwoną koszulkę i czarny blezer. Spodnie sprowadził sobie z Californii, bo w Niemczech podobno nie robią żółtych jeansów dla chłopaków. Mówi, że gdyby wiedział, że może takie kupić w Polsce, nie wysyłałby euro za ocean. Mówię mu, że gdyby w takich chodził w Polsce, zaraz zostałby mianowany gejem, nieważne, że nim nie jest. Bawi go to. Mnie jakoś nie. Kładzie przede mną foliowy worek z termicznie zapakowanymi bułkami. „Zobacz jak śmiesznie. Jem tradycyjne niemieckie bułeczki maślane oflagowane jako produkt francuski. W wiesz gdzie zrobione? W Polsce!” I jak ja mam nie być za Niemcami?
PaulinaREZMER

„DE MONO” FAMILIJNIE

Źródło: http://reymont.pl/koncerty_archiwum.php?mode=time&time=2008-07
Źródło: http://reymont.pl/koncerty_archiwum.php?mode=time&time=2008-07

Przez całe UEFA EURO2012TM w Strefie Kibica na Placu Wolności w Poznaniu można było uczestniczyć w przeróżnych koncertach przeróżnych zespołów. Przed mistrzowskim finałem, w którym zagrają Hiszpania i – dość niespodziewanie – Italia,  w niedzielę, 1 lipca 2012, o godz. 18.00 w cyklu „Koncertów Familijnych” na strefowej scenie wystąpi znany wszystkim polski zespół „De Mono”. Wstęp wolny.

„De Mono”

Jest to, jak wiadomo, jeden z najpopularniejszych i najczęściej nagradzanych zespołów muzycznych w Polsce. Pomimo wielu zmian członków grupy, istnieje już od ponad 25 lat i gra do dziś. Największe przeboje „De Mono” znają i śpiewają w zasadzie wszyscy Polacy. Podczas tegorocznej Gali „Fryderyków” zespół otrzymał Nagrodę Specjalną. Zresztą ostatnie miesiące to czas wielu wyróżnień: nominacja do „Tele Kamer” „Tele Tygodnia” w kategorii „Zespół Roku” oraz  do nagród Telewizji Publicznej – „Super Jedynek”. Poza tym „De Mono” było gościem specjalnym festiwalu „Top Trendy” w Sopocie.

„No stress”

Taki odstresowujący tytuł nosi najnowsza płyta zespołu. Faktycznie jeszcze jej nie ma, a już zdążyła zaowocować kolejnymi hitami, które przez długie tygodnie nie schodziły z czołówek list przebojów. Przebój promujący płytę – „Póki na To czas” – był najczęściej granym utworem w polskich rozgłośniach radiowych w ostatnim roku. Piosenka długo nie schodziła  z czołówek list przebojów Radia „RMF FM” i Radia „ZET”  zdobywając tytuł „Radiowego hitu roku”. Na dodatek remix „Póki na To czas” jest  w tej chwili hitem klubowym, co świadczy tylko o tym, że również młodzież słucha De Mono. Ponadto na płycie duet z Andrzejem Krzywym zaśpiewała piosenkarka-debiutantka Anna Dereszowska – „De Mono” znane jest przecież z promocji młodych talentów wokalnych. Zresztą na koncertach piosenka ta była  śpiewana za każdym razem z inną osobą – jesienią zespół wraz z Anią Dereszowską jeszcze raz przeanalizuje wszystkie występy i nagrodzi najlepsze wykonanie wspólnym nagraniem singla. Płyta to połączenie nowoczesności ze starymi brzmieniami. Jesteśmy przekonani o tym, że jest to nasza najlepsza płyta –  zapewnia zespół. Na krążku nie brakuje romantycznych ballad, ale są także piosenki o przemijaniu. To chyba najbardziej dojrzała płyta w całej karierze zespołu. Andrzej Krzywy, lider zespołu „De Mono” mówi: Kiedy stuka czterdziestka zaczynamy inaczej myśleć, inaczej czuć. Stajemy się nostalgiczni, świadomie kochamy, wiemy czego szukamy, wiemy jak się bawić, zaczynamy interesować się swoimi pasjami. To taki dziwny moment w życiu, gdy dochodzimy do wniosku, że nie ma się już co stresować i należy po prostu żyć . Premiera płyty „No Stress” planowana jest na początek sierpnia.

„De Mono” – pełny i aktualny skład:

  • Andrzej Krzywy – wokal;
  • Piotr Kubiaczyk – gitara basowa;
  • Paweł Pełczyński – saksofony, instrumenty perkusyjne;
  • Paweł Dampc – instrumenty klawiszowe;
  • Tomasz Banaś – gitary;
  • Zdzisław Zioło – gitary;
  • Marcin Korbacz – perkusja.

Strefowa końcówka UEFA EURO 2012TM w Poznaniu

Później, już jako definitywne zamknięcie Strefy, o 23.15 – po meczu finałowym – będzie mieć miejsce jeszcze jeden koncert w cyklu FAN ZONE. Zagrają DJ’e grający muzykę dance, pop i house.

KWIATY DLA FAITH NO MORE

Biuro prasowe Malta Festival Poznań poinformowało dziś o specjalnym życzeniu muzyków zespołu Fatih No More. Kalifornijska legenda chce, aby na scenie rozciągał się dywan z kwiatów. Organizatorzy koncertu uczynią muzykom zadość, ale to dodatkowa okazja dla fanów, którzy mogą wykazać się ułańską fantazją.

Materiał prasowy.
Materiał prasowy.

Wielbiciele Pattona mogą dostarczyć rośliny we własnym zakresie. Co ważne, mogą to być wszelkiego autoramentu wiązanki okolicznościowe, kwiaty cięte lub w doniczkach. Jeśli ktoś akurat wziął ślub, obronił pracę dyplomową albo zwyczajnie nie ma co zrobić z pozostałościami po imieninach, niech poczuje się zachęcony do udziału w tym florystycznym recyklingu. Im więcej kwiatów na maltańskiej scenie, tym bardziej uradowany będzie amerykański zespół.

Żeby kwiaty znalazły się w otoczenie muzyków, trzeba je przynieść w dniu koncertu między 18:00 a 20:00 do punktu zbiórki przy festiwalowym parkingu rowerowym. Punktów ów znajdować się będzie na ul. Wiankowej nad Jeziorem Malta. Być może Faith No More chce w ten sposób uczcić amerykański dzień niepodległości. Być może zamierza potem ową żywą martwą naturę rozrzucać ze sceny. Mike Patton zaskakiwał swoich fanów już nie raz. Co przewidział dla fanów, którzy przybędą do Poznania? Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać.

PaulinaREZMER

„JA NIE MUSZĘ PRZEPRASZAĆ” – WIELKA SMUT(D)A

Minął ponad tydzień, a we mnie wciąż zbiera się złość. Jakby tego było mało, w ujarzmieniu dzikich emocji, nie pomógł wywiad Franciszka Smudy, udzielony Jackowi Kurowskiemu w studiu Telewizji Polskiej. Zapowiadany jako „spowiedź trenera”, rozdrażnił mnie do reszty, a moją złość przeobraził w zażenowanie zmieszane z przygnębieniem.

Fot. Karol Stadnik.
Fot. Karol Stadnik.

Wspaniały sen o Euro 2012, zakończył się dla polskich piłkarzy koszmarem, a dla kibiców ogromnym kacem(przede wszystkim emocjonalnym). „Balon” oczekiwań napompowany do granic możliwości, unosił się 16-tego czerwca nad stadionem we Wrocławiu. Gdy zabrzmiał ostatni gwizdek arbitra w meczu z Czechami, runął niemiłosiernie o glebę, wraz z polskimi piłkarzami, kibicami i wielkimi nadziejami. Mit sprzed czterech dni o „zwycięskim” remisie przeciwko „Sbornej”, upadł. Cała Polska nagle poczuła się oszukana. W świadomości milionów ludzi, piłkarze Smudy przepotwarzyli sie z herosów w bandę tchórzy i to zaledwie w 90 minut. Jeden mecz sprawił, że z bohaterów narodowych przerobiliśmy ich w impotentów piłkarskich. W sumie już mnie to nie dziwi, bo przecież Polacy nie mają stanów pośrednich. Jak byliśmy fenomenalni po meczu z Rosją, tak po meczu z Czechami wszystko jest do wymiany. Po części się zgodzę, ale chciałbym się skupić na wywiadzie, który Smuda wyrządził mi jako kibicowi polskiej reprezentacji.

Na ogólne pytanie dziennikarza TVP. – Co pan zrobił dobrze, a co źle podczas EURO 2012? Smuda odpowiedział że, nic by nie zmienił, jakby miał szanse cofnąć czas, zrobiłby wszystko dokładnie tak samo. To ja czegoś tutaj nie rozumiem. Cel – czyli wyjście z grupy – nie został osiągnięty, a pan Franciszek jakby dostał prezent od wróżki i mógł cofnąć czas z doświadczeniem zdobytym na turnieju, chciałby ponownie ponieść klęskę? Czyli wychodzi na to, że pracę wykonał idealnie, tylko my kibice czegoś nie rozumiemy. Każdy człowiek jak coś spieprzy, to zazwyczaj mówi, że jakby mógł, to zrobiłby daną rzecz jeszcze raz, ale inaczej. Moim zdaniem mógł zrobić wiele rzeczy w inny sposób, zaczynając od taktyki na poszczególne mecze, po zestawienie pierwszej 11-tki, na motywacji kończąc. Nie przemawiają do mnie(a wręcz śmieszą) tłumaczenia, że nie mógł sie komunikować(wrzeszczeć) z zawodnikami podczas meczów, bo przeszkadzała mu głośna wrzawa na trybunach. A co mają powiedzieć trenerzy innych zespołów? Oni też mieli hałas tysięcy kibiców za sobą, ale ich drużyny stać było na wyjście z grupy. A wcześniejsze pojękiwania Smudy o tym, że ma mało czasu na zgranie zespołu i wytrenowaniu taktyki, pozostawię bez komentarza.

W kolejnych minutach wywiadu, pojawiło się pytanie o zmiany(i ich brak) podejmowane przez trenera podczas meczów. Prowadzący wywiad podał przykłady, że w innych zespołach, nowo wprowadzeni piłkarze poprawiali jakość drużyny. Na to niezłomny Franz odparł. –Ja uważałem, że w tym zespole nie trzeba było nic zmieniać.

Następnie przyszły ex-trener potwierdził tylko moje przypuszczenia, o tym że raczej nie stąpamy po tej samej ziemi i w tej samej rzeczywistości. – Ja nie muszę nikogo przepraszać, oczywiście że czuje zawód, że nie awansowaliśmy do ćwierćfinału – odpowiedział na pytanie o kilka słów do zawiedzionych sympatyków. Tylko chyba w tym zdaniu zapomniał, że podczas EURO nie prowadził prywatnej drużyny, tylko reprezentację narodową, której kibicowała cała Polska! Ta cała zawiedziona teraz, niecałe 3 lata temu wymusiła na PZPN-ie, decyzję o mianowaniu go selekcjonerem, a teraz on zamyka sie w swojej upartej przestrzeni. Mimo tego nie chce przeprosin, bo do niczego mi one nie są potrzebne. Życzę sobie natomiast, aby już wymęczony TRENER Franciszek Smuda abdykował, a na jego miejsce przyszedł SELEKCJONER z mocną osobowością.

PO CO NAM EURO?

„Nic dwa razy się nie zdarza” i nigdy nie musiała informować nas o tym Wisława Szymborska, bo tak naprawdę wiemy to wszyscy i od urodzenia. Podskórnie wyczuwamy, że żadna sekunda nie będzie nam dana ponownie. Ale czy to rozumiemy?

Fot. http://cdn13.se.smcloud.net/t/photos/thumbnails/172679/euro_2012_dziewczyny_na_stadionach_640x480.jpg
Fot. http://cdn13.se.smcloud.net/t/photos/thumbnails/172679/euro_2012_dziewczyny_na_stadionach_640x480.jpg

Magia igrzysk od wieków polega na tym samym. Już kiedy Rzymianie budowali Circus Maximus robili to w jednym celu – dostarczyć ludziom taką ilość rozrywki, żeby na chwilę mogli zapomnieć o prozie życia. Sukcesu rzymskich budowniczych nie powtórzą nawet Chińczycy przygotowujący polskie autostrady na Euro2012, ale jedno jest pewne – drugiej takiej imprezy w Polsce nie będzie już nigdy. Owszem, są prognozy, że wraz z ostatnim gwizdkiem meczu finałowego w Kijowie wszystko się posypie, a powrót do rzeczywistości sprzed turnieju będzie bardziej bolesny, niż ustawa przewiduje. Owszem, istnieje niebezpieczeństwo, że Leo Beenhakker wróci na miejsce Franza, a prezes Lato będzie trwać na wieki. Jednak jeszcze przez najbliższe kilka dni to wszystko nie ma znaczenia. Bo trwa piłkoszał.

Chleba naszego powszedniego.

Poznański piłkoszał skończył się, kiedy miasto opuścili Irlandczycy. Zaraz po ich odjeździe specjaliści od budowania domków z kart…onów i poliestru zabrali się za rozbieranie przystadionowej infrastruktury, z Bułgarskiej zniknęły kontenery oflagowane logo UEFA, w ekspresowym tempie rozebrano centrum medialne i broadcastingu. Teraz to samo dzieje się pod Stadionem Narodowym w Warszawie. Po EURO2012 pozostały tylko ślady na murach. Choć turniej dobiegł końca, na jednym z poznańskich przystanków PST nadal widnieje smutne graffiti przedstawiające dwa kościotrupy i świnie z ostrymi kłami. Jeden ze szkieletów ma piłkę zamiast brzucha i zwraca się do drugiego tekstem umieszczonym w komiksowym dymku: „Wolałbym chleba, zamiast igrzysk”. Brudnoszare plakaty zapowiadające ogólnopolską demonstrację wymierzoną przeciw EURO będą stanowić smutny element krajobrazu tak długo, jak długo nie spłucze ich deszcz albo nie zabiorą się za nie służby porządkowe. Chociaż Polskę ominęła planowana i gorąco nagłaśniana akcja działaczek organizacji Femen, i bez tego przeciwników turnieju nie zabrakło. I dobrze. Bo po to także jest EURO.

Wydarzenie organizowane na taką skalę musi prędzej, czy później, wywołać społeczny ferment. Podobnie jak w wielkich rodzinach nie ma małych kłótni, tak i wokół wielkich przedsięwzięć nie ma banalnych sporów. Bo demonstracja, w której używa się argumentów odwołujących się do chleba i ludzkiej godności za banalną uznana być nie może. Do samego przeprowadzenia meczów w Poznaniu UEFA zaangażowała 600 wolontariuszy, z czego każdy kosztował federację równowartość solidnego, firmowego uniformu Adidasa i  trzytygodniowego wyżywienia. Żeby turniej wyglądał jak należy i żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, federacja musi zatrudnić sztab ludzi, którzy zarabiają adekwatną do wykonanej pracy ilość euro. Na piłkarzach też nikt nie oszczędza. Jeśli wierzyć doniesieniom prasy, zarobki piłkarzy polskiej reprezentacji w trakcie meczu wynoszą od 500 (Kuba Błaszczykowski) do 150 (Rafał Murawski) euro. Na minutę.

Cena radości.

Tuż po celnym strzale Balotellego w meczu półfinałowym Włochów z Niemcami internet obiegły zdjęcia piłkarza z trzema niebieskimi paskami na plecach. Na forach internetowych pojawiły się pytania o to, czy piłkarz Italii stal się nową twarzą, czy też raczej nowymi plecami Adidasa. Wcześniej to Nike płaciło mu za reklamę obuwia. Włoską drużynę sponsoruje Puma. Ściągnięcie koszulki na warszawskiej murawie nie było przypadkowe. I jakkolwiek zabrzmi oficjalna informacja w tej sprawie, trzy niebieskie paski przyklejone na plecach gracza Azzurri nie były z pewnością plastrami na otarcia. Nawet tak zbuntowany piłkarz jak Mario Balotelli wie, że zdjęcie koszulki na meczu kosztuje żółty kartonik. Co więc zadecydowało o tak odważnym kroku? Eurodolary? Czas pokaże.

Niezależnie od tego, ile na turnieju zarobili drobni przedsiębiorcy, otwierając okolicznościowe kluby go-go, a ile straciły gigantyczne firmy budowlane, EURO2012 to nie tylko zyski i straty. To przede wszystkim niepowtarzalne emocje. Które, owszem, można sprzedać. Ale ich wycena jest bardzo trudna i nieobiektywna. Uśmiechnięte lub zapłakane twarze kibiców, odpowiednio sfilmowane i doprawione nastrojową muzyką, posłużą w przyszłości (dalekiej i niedalekiej) do sprzedania kolejnych elementów gry związanej z najpopularniejszym na starym kontynencie sportem. Czy jednak emocje są przez to mniej prawdziwe?

Każdy zgromadzony w dobrej wierze tłum odrealnia rzeczywistość. Pozwala zapomnieć o codzienności. Irlandczycy biegający po poznańskim Starym Mieście nie tylko uszkodzili zabytkową fontannę, ale przede wszystkim wyzwolili pokłady szczerej radości. Włosi nie tylko zgłaszali nieustanne pretensje, ale też schlebiali polskim dziewczętom w sposób wielce wiarygodny. Niemieccy kibice śpiewali polskie piosenki z entuzjazmem godnym naszych rodaków. Hiszpańscy kibice kibicowali Portugalczykom, Chorwaci przybijali piątki ze zwolennikami drużyny czeskiej. Poza kilkoma incydentami, które zostały nagłośnione w mediach, a na które UEFA miała baczenie, misja Respect została wykonana. Nie trzeba wymieniać się koszulkami, aby zamanifestować pozytywne postawy międzykulturowe.

Igrzysk i igrzysk.

Czym jest organizowany przez szwajcarską firmę, dopięty na ostatni guzik turniej piłkarski? Za cztery lata weźmie w nim udział nie szesnaście, a dwadzieścia drużyn. Głównie po to, aby kibice zostawili w kasach stadionowych więcej gotówki. Ale nie tylko. Więcej drużyn to więcej wrażeń, dłuższe rozgrywki, więcej nadawanych w telewizji transmisji meczowych. I więcej ludzi. Więcej nowych, bezcennych znajomości, uśmiechów i uścisków dłoni wymienionych na ulicach między obcymi sobie ludźmi. To też więcej okazji do wznoszenia protestów. I dobrze. Bo zarówno protesty, jak i płynące zewsząd strumienie coca-coli nakręcają gospodarkę. Każde na swój sposób.

PaulinaREZMER

NOWY REZERWAT ARCHEOLOGICZNY W POZNANIU

Rezerwat-budynek_fot_Kateriny Zisopulu-Bleja
Rezerwat-budynek_fot_Kateriny Zisopulu-Bleja

Uroczyste otwarcie nowego Rezerwatu Archeologicznego – „Genius Loci – Przekrój Poznania” – na Ostrowie Tumskim w Poznaniu (ul. Ks. I. Posadzego 3) odbędzie się 29 czerwca 2012, o godz. 11.30. Rezerwat ten jest to po pierwsze „miejsce dobrych pomysłów”, do których inspirację stanowią oryginalne umocnienia Poznania z okresu średniowiecza i renesansu, a poza tym i po drugie również miejsce owoczesne i wyposażone w przeróżne multimedia. Oficjalnie „Genius Loci – Przekrój Poznania” otwarty będzie dla wszystkich zainteresowanych archeologią i historią od 30 czerwca 2012.

Funkcjonowanie obiektu.

W Rezerwacie połączono tradycję z nowoczesną technologią. Jest tam sala kinowa w technologii 3D, relikty monumentalnych wałów sprzed tysiąca lat, obraz holograficzny i multimedialne kioski, które pomogą w pełniejszym zrozumieniu funkcjonowania systemu fortyfikacyjnego Poznania.

Wewnątrz „Genius Loci – Przekrój Poznania” wyznaczono ponadto przestrzeń do prezentowania wystaw czasowych. Będą to naprawdę różne gałęzie nauki, które dotyczyć będą zarówno techniki z inżynierią, jak i kultury ze sztuką. W ten właśnie sposób powstanie innowacyjne centrum edukacji historycznej, w którym będzie królować przeszłość z jednej strony przyciągająca ludzi otwartych i kreatywnych, a z drugiej strony stanie się ona inspiracją dla przyszłości.

Nazwa Rezerwatu.

Genius Loci znaczy z łaciny „Duch opiekuńczy” i nawiązuje do tradycji szczęśliwych, wybranych miejsc, posiadających swego ducha opiekuńczego. Skupia się w tym wyjątkowy charakter Ostrowa Tumskiego, który od ponad1000 lat nieodłącznie związany jest z historią naszego kraju i miasta. Prowadzone od 2008 roku na tej wyspie wykopaliska odsłoniły świetnie zachowane, niezwykle ciekawe założenia konstrukcyjne wałów obronnych. Dzięki badaniom wiadomo, że w X wieku wyspa tętniła życiem politycznym, gospodarczym, a także religijnym. To na niej zapadały najistotniejsze decyzje, dotyczące ogólnego charakteru kształtującego się organizmu państwowego. Geniusz miejsca – wyspy Ostrów Tumski – sprawił, że to właśnie na niej skupili się ludzie obdarzeni wielką charyzmą, potrafiący wcielać w życie wspaniałe idee, skupiać innych wokół szczytnych celów i „zarażać” ich dobrymi pomysłami.

(SALE)ŃSTWO ZAKUPÓW

… czyli jak żyć, gdy kobiecemu oku zabierze się możliwość oglądania (poczynań) Cristiano Ronaldo, Cesca Fabregasa, Fernando Torresa i całej rzeszy męskich, umięśnionych ciał.

Fot. http://smokesignalbycarolina.blogspot.com/2011/01/sale.html
Fot. http://smokesignalbycarolina.blogspot.com/2011/01/sale.html

Piłkarskie emocje wchodzą w szczytową fazę. W to, że są to emocje naprawdę ciężkiego kalibru przekonało się w tym roku również wiele pań. I to niekoniecznie dlatego, że ich partnerów, braci czy ojców pochłonęła  Strefa Kibica. Wiele z nas z większym lub mniejszym zainteresowaniem, chcąc czy nie chcąc zasiadło przed telewizorami. Ba, niektórym z nas udzielił się nawet mistrzowski klimat i przeżywałyśmy potyczki biało-czerwonych z większym entuzjazmem niż panowie. Jednak niezależnie od tego, jak bardzo każda z nas byłaby pochłonięta piłką nożną, to kobiecej natury oszukać się nie da. Tak jak panom na zabicie smutków po porażkach Polaków wystarczy piwo, dwa, ewentualnie siedem, tak z nami nie jest już łatwo. Jednak rynek nie pozostaje obojętny na potrzeby sfrustrowanych kobiet – w końcu koniec czerwca to początek wyprzedaży. Przyznać trzeba, że tegoroczne wyprzedaże zdecydowanie wpasują się w klimat. Zakończenie EURO a co za tym idzie koniec piłkarskich emocji, wyjazd zagranicznych kibiców z Polski czy chociażby irytacja, że mistrzem został ten, kto nie powinien to tylko kilka przykładów „posportowej” chandry. Dodatkowo pewnie wiele studentów (a zwłaszcza studentek) będzie szukało pocieszenia po nieudanej sesji w ramionach nowej kurtki czy koszulki po promocyjnej cenie. Jakby tego było mało, wielkimi krokami zbliżają się wakacje. Pogoda póki co nie rozpieszcza, więc zapewne więcej uczniów zdecyduje się na aktywny wypoczynek w galerii handlowej niż na osiedlowych boiskach.

Nie da się ukryć, że czas wyprzedaży to wyższy poziom aktywności fizycznej niż standardowe, cotygodniowe wycieczki z wózkiem między regałami hipermarketu. Daleko im jednak do obrazów przedstawionych w skeczu „Otwarcie supermarketu” przez kabaret Ani Mru Mru, gdzie to rozentuzjazmowany tłum krzyczy pod drzwiami „Ołpeeen de dor!”. Tak wyglądają jedynie poświąteczne wyprzedaże w Wielkiej Brytanii czy Czarny Piątek w USA, no i pewnie paru innych krajach. Czy u nas zatem jest spokojnie? Trudno powiedzieć. Kto miał okazję chociaż raz być na wyprzedaży doskonale wie, jak to wygląda.

Porozrzucane ubrania, buty nie do pary, spodnie wśród bielizny, walające się po podłogach metki i poplątane swetry a wśród tego wszystkiego tłum oszalałych kobiet i kilometrowe kolejki do przymierzalni. Znalezienie czegoś interesującego w tej panującej tam dziczy jest nie lada wyzwaniem, natomiast znalezienie tego czegoś w swoim rozmiarze, dosłownie graniczy z cudem.

Zadacie więc sobie pewnie pytanie, co w tym fajnego. Nie dość, że trzeba nieźle się namęczyć, rozpychać łokciami, czekać godziny w kolejkach a jeszcze to wszystko po nic? Zasadniczo tak to wygląda. Jednak kiedy wśród tego całego bałaganu uda nam się znaleźć choć jedną perełkę, wszystkie te wysiłki zostają nagrodzone. Możliwość kupienia czegoś, co przy normalnej cenie pozostawało poza naszym zasięgiem finansowym jest nie lada radością. A kiedy przy okazji uda się jeszcze kupić nowe sandałki, czy bluzkę za 15 zł, to szczęście jest podwójne. I nawet strata Cristiano Ronaldo w nowych spodniach boli jakby trochę mniej…

Natalia KRAWCZYK

DOKUMENTALNY LIPIEC 2012 NA ZAMKU

Źródło: http://webhosting.pl/Historii.ciag.dalszy.film.dokumentalny.o.Wikileaks.w.Sieci.Skuteczny.atak.na.Amazon
Źródło: http://webhosting.pl/Historii.ciag.dalszy.film.dokumentalny.o.Wikileaks.w.Sieci.Skuteczny.atak.na.Amazon

„DOKUMENT W DOBRYCH RĘKACH” – taką nazwę otrzymał lipcowo-filmowy zamkowy cykl spotkań o twórczości wybitnych dokumentalistów polskich. Będą one za każdym razem połączone z pokazami filmów. Cztery spotkania poprowadzi Piotr Pławuszewski z Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu, a odbywać się one będą w Centrum Kultury „Zamek” przy ul. Św. Marcin 80/82 w Poznaniu, w tamtejszej Sali Pod Zegarem, zawsze w środy: 4, 11, 18 i 25 lipca 2012, o godz. 19.00. Wstęp wolny.

1. Środa 4 lipca

Spotkanie o twórczości Marcela Łozińskiego.

Marcel Łoziński to urodzony 17 maja 1940 w Paryżu, jeden z największych mistrzów polskiego kina dokumentalnego: reżyser, scenarzysta, aktor i montażysta. Jest absolwentem wydziału reżyserii PWSFTV i T w Łodzi z roku 1971. Nominowany był do Oscara w roku 1994 za film dokumentalny „89 mm od Europy „. Jego filmografia to kilkadziesiąt tytułów:, przy czym niejeden z nich zasługuje na miano arcydzieła. Marcel Łoziński z równą uwagą i przenikliwością przygląda się Polsce, wysłanym do nieba listom, różnym odcieniom starości, jak i samotnemu człowiekowi. Często wykorzystuje wątki autobiograficzne, aby opowiedzieć historię wykraczającą poza krąg rodzinny. Jego twórczość jest obowiązkową lekcją dokumentu.  Marcel Łoziński prowadzi także działalność pedagogiczną – wykładał kiedyś w Paryskiej Szkole Filmowej „FEMIS” oraz w Instytucie Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Prowadził warsztaty filmu dokumentalnego w Marsylii. Od 2003 kieruje kursem dokumentalnym w Mistrzowskiej Szkoła Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy . Poza tym prowadził międzynarodowe warsztaty filmu dokumentalnego „Dragon Forum”.

Prywatnie pochodzi z rodziny żydowskiej. Ma trzech synów: Pawła – również reżysera, Mikołaja – pisarza i Tomasza – studenta Wyższej Szkoły Mediów i Komunikacji w Paryżu.

2. Środa 11 lipca

Spotkanie o twórczości Pawła Łozińskiego.

Paweł Łoziński to syn Marcela, który urodził się w Warszawie i, jak wiemy, jest również reżyserem i scenarzystą.  W 1992 r. ukończył Wydział Reżyserii PWSFTviT w Łodzi. Przygodę z filmem rozpoczął, co oczywiste, od asystowania ojcu. Był także asystentem Krzysztofa Kieślowskiego przy filmie „Trzy kolory. Biały” (1993). W oparciu o pomysł tego guru reżyserskiego zrealizował polski odcinek serii „Sto lat kina…”. Jednak zajmuje się też produkcją, zdjęciami i filmowym dźwiękiem. Począwszy od wstrząsającego filmu – „Miejsca urodzenia”, poprzez i cierpką, i krzepiącą „Taką historię”, aż po poruszenie, które wywołuje  „Chemia”, dokumentalna twórczość Pawła Łozińskiego rozpina się daleko między tematami, które dają się zamknąć w kilku prostych zdaniach. Jego świat dokumentów jest po prostu niepokojąco-fascynujący. W roku 2011 był w jury festiwalu „Integracja, Ty i Ja”.

3. Środa 18 lipca

Spotkanie o twórczości Jacka Bławuta

Jacek Bławut urodził się w 1950 roku w Zagórzu Śląskim. Jest operatorem, reżyserem filmów dokumentalnych, a także wykładowcą w szkołach filmowych w Polsce i za granicą. Ukończył studia na wydziale operatorskim na PWSFTviT w Łodzi. Od połowy lat 80. realizuje przede wszystkim własne filmy dokumentalne. Jest laureatem wielu nagród – otrzymał m.in.: nagrodę Ministra Kultury i Sztuki „Laterna Magica”(1992), Paszport Polityki (1993), nagrodę „wielkiego FeFe” przyznaną podczas Festiwalu Filmowego „FeFe Felliniada” w Warszawie (2006). Jacek Bławut nigdy nie uciekał od najtrudniejszych nawet tematów: niepełnosprawności, alkoholizmu czy mierzenia się z mroczną przeszłością. W jego filmach właściwie zawsze mamy jednak przebłyski nadziei. I to w mistrzowskim filmowym wydaniu. Najbardziej znany jest z dramatu obyczajowego „Jeszcze nie wieczór”, ale również z „Dnia czekolady”, czyli poetyckiej baśni będącej zresztą adaptacją opowiadania Anny Onichimowskiej pod tym samym tytułem, opowiadającej o tym, jak trudno jest być dzieckiem w świecie dorosłych.

Jacek Bławut sformułował kiedyś dziesięć zasad dotyczących własnej twórczości. Jedna z nich brzmi tak: Robię filmy, żeby innym sprawiać radość, przywracać nadzieję.

4. Środa 25 lipca

Spotkanie o twórczości  Tomasza Wolskiego

Tomasz Wolski to dokumentalista młodszego pokolenia, z niepodrabialnym już jednak stylem.  Jest reżyserem, scenarzystą, operatorem, dźwiękowcem i montażystą filmów dokumentalnych. Urodził się 25 listopada 1977 roku w Gdyni. Studiował dziennikarstwo na UJ, ale ukończył także Mistrzowską Szkołę Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Wziął udział w warsztatach filmowych „Berlinale Talent Campus”. Był stypendystą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Stypendium „Młoda Polska” – oraz Twórczego Stypendium Miasta Krakowa. Jego filmy dokumentalne: „Klinika”, „Złota rybka”, „Aktorzy” i „Szczęściarze” uzyskały bardzo wiele nagród na krajowych i międzynarodowych festiwalach filmowych. Cechą charakterystyczną Tomasza Wolskiego jest cierpliwe przyglądanie się światu i dostrzeganie w nim zdarzeń i miejsc, które nagle i nierzadko dość nieoczekiwanie potrafią zafascynować. Bohaterowie jego dokumentów są na ulicy najczęściej anonimowi i „jedni z wielu”, natomiast przed kamerą Tomasza Wolskiego zasługują na coś znacznie więcej: choćby moment skupionej uwagi. Najbardziej znany z filmu dokumentalnego „Lekarze”. Do którego, oprócz reżyserowania, napisał też scenariusz.

UWAGA BONUS:

Wakacyjna Poradnia Filmowania

W każdy poniedziałek lipca w godz. 17.00-19.00 (pok. 240) wszyscy miłośnicy filmowania mogą skorzystać z indywidualnych i bezpłatnych porad. Oferowany zakres poradnictwa to:

  • sprzęt wideo,
  • zaawansowane funkcje kamer,
  • język filmu,
  • zasady montażu.

Prowadzenie: Janusz Piwowarski i Paweł Zabel.

FOTOGRAFIE Z AFRYKI – ZWYCZAJNY NIEZWYCZAJNY KAPUŚCIŃSKI

Gdyby cała Afryka… tak Kapuściński zatytułował jedną ze swoich książek, będącą zbiorem zapisków i reportaży z czasów wielkich rewolucji na czarnym lądzie. Gdyby cała Afryka wyglądała tak jak wygląda na jego fotografiach…

Plakat.
Plakat.

„Fotografie z Afryki” to wybór 65 zdjęć będących częścią wystawy „Ludzie, których spotkałem” zaprezentowanej w warszawskim Zamku Królewskim, tuż po śmierci pisarza. Do końca czerwca można je oglądać w galerii 2PiR w poznańskiej WSNHiD przy ul. Kutrzeby 10. Autorką projektu jest Karolina Wojciechowska.

Istotą pracy Ryszarda Kapuścińskiego był człowiek. Zostało to powiedziane już tyle razy, że w innych okolicznościach brzmiałoby jak truizm. Nie w tym przypadku. Bo u Kapuścińskiego człowieka nie da się strywializować, upowszednić, ucodziennić. Mimo przedstawień w najzwyklejszych okolicznościach, każdy z bohaterów jego zdjęć jest nieprzeciętny, niepowtarzalny. Nie wiadomo, jak mają na imię, skąd pochodzą, ile mają lat i jakiego są wyznania. To nieistotne. Istotne, że są.

Zawiedzie się ten, kto od wystawy „Fotografie z Afryki” oczekuje powalającego artyzmu, wyrafinowania i fotograficznego nowatorstwa. Nie takie są prace Kapuścińskiego. Są proste, zwyczajne. Wykonane jakby od niechcenia. Pstryk – tu matka z dzieckiem przy pracy, pstryk – tu grupa mężczyzn skupionych na rozmowie, pstryk – tu młody mężczyzna odwrócony tyłem do obiektywu. Pstryk – tu znudzone dzieci podpierające ścianę. Czy ktoś odważy się nazwać te fotografie niezwykłymi? Oryginalnymi? Cóż niezwykłego w pracy w ogrodzie? Cóż oryginalnego w jedzeniu, spacerze, pracy, modlitwie, kąpieli w rzece? Nic. A jednak nie da się odejść od zdjęć Kapuścińskiego bez poczucia ubogacenia.

Czy wszystko, co robi człowiek musi nosić znamiona unikatu? Czy to, czym się zajmujemy musi z założenia być sztuką, aby stało się godne uwagi? Kapuściński wielokrotnie udowodnił, że nie. Pochylanie się nad jego fotografią nie sprawia odbiorcy przyjemności dlatego, że obcuje on z wyszukanym artyzmem, ale właśnie dlatego, że styka się ze zwyczajnością. Zwyczajnością, która jest niepowtarzalna i której nie sposób na nic zamienić. Spośród wszystkich rzeczy pięknych na końcu wybiera się te najprostsze.

 PaulinaREZMER