ZWIERZENIA FARBOWANEJ

Kobieta chce się zrelaksować przy zmianie koloru,
przy strzyżeniu, przy zwykłym modelowaniu włosów. Czy daje im to szczęście?

 

Świat koloru.

Moja mała kawalerka, parę metrów na pokój, kuchnia otwarta zaraz obok,
plus malutka łazienka z prysznicem. Na tym niewielkim metrażu jest też magiczne miejsce wszystkich przemian. Sześć kwadratowych luster przytwierdzonych
do ściany, przypominających brylant, plus stare krzesło i stolik z tymi wszystkimi specyfikami, a całość na klimatycznym poddaszu. Tutaj znajduje się miejsce,
w którym wszystkie moje panie chętnie siadają i oprócz tego, że pięknie chcą wyglądać, mogą mi opowiedzieć o swoich sekretach, nieudanych związkach, problemach rodzinnych i tych – mniej poważnych – sprawach codziennych. Czasami przychodzą tylko porozmawiać, wypić drinka, prowadzić żywą konwersację
o wszystkim i o niczym… a ja, jak taki psycholog, kolor nakładam, kawkę
z ciasteczkami proponuję, wysłuchuję i jak trzeba przytulę, bo to takie ludzkie,
tak trzeba jeśli kobieta płacze. Kryje się w tym trochę prawdziwej psychologii.
One chcą się przecież zrelaksować przy zmianie koloru, przy strzyżeniu,
przy zwykłym modelowaniu włosów. Nie ma żadnych zasad, chce zapalić papierosa- proszę bardzo, chce się napić piwa czy drinka, proszę bardzo, zdarza się też,
że z bardziej psychoaktywnymi mieszankami tytoniowo-konopnymi przychodzą;
i co ja na to? – Proszę bardzo, bo im wszystkim zazwyczaj wizyta u fryzjera kojarzy się prawie, jak z wizytą u ginekologa, gdzie stres spina ją całą, a decyzje o zmianach przychodzą trudniej, rozmowa nie uwalnia endorfin, a zmiany są miałkie i czasem zupełnie na siłę, bez sensu. Moja szczerość bezustannie im pomaga, nigdy nie chce źle dla kobiet, one przecież są bardzo podatne na kompleksy, pewność siebie nie jest zawsze ich atutem. Daje im szczęście? Jakkolwiek to brzmi.

Maria i 10,23.

10,23 to blond, piękny, jasny odcień miodu z lekkim refleksem słomianym,
a profesjonalnie nazywany bardzo jasny blond opalizująco złocisty. To jest kolor Marii. Mówię na nią Mery i w sumie do tego jest też przyzwyczajona.
Jak ją poznałem, od razu wiedziałem, że ta szczupła 25letnia dziewczyna jest bardzo specyficzna. I zmiana jaką u niej przeprowadziliśmy wyszła jej bardzo na dobre.
Jak przyszła pierwszy raz, na głowie miała ciemny brąz, który przy jej delikatnej jasnej cerze wyglądał banalnie i przygnębiająco:

Musimy koniecznie zrobić blond!

Ale jak to blond? – odpowiedziała Mery.

Normalnie, zobaczysz swoją twarz, zobaczysz swoje oczy i ładny kształt ust, wystarczy?

Po 5 godzinach żmudnej przemiany miała na głowie piękny blond.

Fot. Michał Maliszewski.
Fot. Michał Maliszewski.

Powinienem za każdym razem robić zdjęciach waszych min po takich zmianach, bo reakcje mnie zupełnie satysfakcjonują – gdy zobaczyłem tą dziwną mieszankę zachwytu z niedowierzaniem na jej twarzy.

Widywaliśmy się dość często w sumie, bo mamy z Mery wspólnych znajomych. Za każdym razem jak ją spotykałem, zauważałem jak z tej zwykłej ciemnowłosej dziewczyny wychodzi prawdziwa kobieta. Bardzo szczupła, z małym kształtnym biustem, ale piękna i coraz bardziej nieskazitelna.

Mam nadzieję, że dzisiaj wyjdę równie podjarana jak ostatnie kilka razy – powiedziała na „dzień dobry” przy kolejnej wizycie.

Dzisiaj robiliśmy odrost.

Co się ze mną dzieje to ja nie wierzę. Pominę to, że znalezienie pracy okazało się w porównaniu z wcześniejszymi poszukiwaniami, jak wyjście po mleko. Ale uwierz mi, że ostatnio sporo przesadzam.

Wiedziałem, że znając ją, będzie to coś godnego uwagi.

– Pamiętasz jak się widzieliśmy w sobotę w klubie.

Pamiętam.

– Pamiętasz jak bardzo pijana byłam?

– Owszem.

Pominę mój stan, później wylądowałam, zupełnie nie wiem jak w gejowskim klubie. Wiesz, że szukam faceta, może nie interesuje mnie za bardzo związek, ale po tak długim okresie zupełnej posuchy seksualnej, miałam ochotę na czysty, zdrowy, niezobowiązujący seks. Przypomnę, że to był klub gejowski! Impreza była w sobotę, a ja wróciłam do domu w poniedziałek o 6 rano, wykąpałam się i poszłam do pracy na 8.

Zaraz, zaraz, gdzie się podziała niedziela?

– Właśnie… To jest zagadka, o której musisz usłyszeć…

Mery poznała chłopaka, z tego co opowiadała, to już dość długo się znają,
a że wyprzystojniał, ona była pijana i rozochocona, nie odpuściła. On równie zainteresowany, całą niedzielę robił tak, by posucha, o której wręcz marudziła,
nie dawała się więcej we znaki.

Czym sobie zasłużyłem na takie zwierzenia? Do końca nie wiem, ale widocznie kobiety też lubią mieć chwilowy problem z alkoholem, albo raczej to alkohol ma problem z nimi? Żeby było jeszcze ciekawiej, po trzech tygodniach zadzwoniła,
żeby porozmawiać. Tak jej się spodobało w tym klubie, że kolejne weekendy właśnie tam spędzała i również nie próżnowała.

Natalia i 7,44.

Zaufała mi w 100%. Natalia jest moją rówieśniczką. Pojawiła się zupełnie
z zewnątrz, zdobywając numer od jakiejś koleżanki, jak to zwykle bywa.
Pani menager w dużej firmie odzieżowej z niesamowitym potencjałem przywódczym, który wiele razy przekłada na życie codzienne.

Początkowo widziałem w niej ogromny dystans, ale postarałem się by taka reakcja odeszła w niepamięć. Pierwsze strzyżenie i od razu bardzo się polubiliśmy, dawałem jej jasno do zrozumienia, że nie musi się obawiać zupełnie niczego. Pamiętam jej naturalnie ciemne, lecz niestety bardzo cienkie włosy. Stwierdziłem poznając
ją bliżej, że śniada cera, ciemna oprawa oczu i dominujący charakter, powinny być podkreślone kolorem 7,44. Odcień intensywnie rudy, wręcz palący, profesjonalnie blond intensywnie miedziany, będzie odpowiedni dla niej. Wystarczyło,
że w pewnym etapie naszej znajomość zaproponowałem zmianę,
bez wahania się zgodziła, a po tygodniu zjawiła się z pół litrową butelką wódki, gotowa na eksperymenty. Wspomnę, że nawet nie wiedziała jaki to będzie kolor, stwierdziła, że i tak wiem lepiej, więc mi ufa i chce mieć niespodziankę.

To co? Małego rozchodniaczka na start? – zaproponowała. Pierwszy, drugi, trzeci kieliszek i farba już zaczynała wydobywać kolor. Natalia jest zawsze stylowo ubrana, zauważyłem też, że nierozłącznym elementem jej ubioru jest jakiś szal lub apaszka. Dowiedziałem się, że nosi je bo ma tak duży biust, że stara się go jakoś ukryć. Skromnie jednak stwierdzę, że nie powinna…

No to widzę, że pojechałeś po bandzie – stwierdziła widząc, że na głowie zaczyna się tworzyć kolor przypominający ogień.

Po kolejnych kieliszkach zaczęła mówić więcej. Kiedyś była bardzo zakochana, długi związek, plany na przyszłość. Coś jednak nie wyszło. Od 2 lat jest sama.
Nie chciałem jej dopytywać co się stało, bo widziałem po jej minie, że to nie jest temat, o którym chętnie by rozmawiała. Pomyślałem jedynie, że taka osoba powinna być bardzo szczęśliwa, bo na to zasługuje.

Obawiam się, że od jakiegoś czasu mam problem z alkoholem.

Nie wiem jaka była moja mina, ale na pewno mocno zdziwiona.

Muszę Ci o czymś opowiedzieć. Po moim rozstaniu 2 lata temu mam uraz.

Każdy po długim związku ma długi okres leczenia.

– Tu już nie chodzi o leczenie. Zaczęłam pić zaraz po rozstaniu, bo nie wiedziałam, jak sobie poradzić z sytuacją. Kiedy już wiedziałam, że jest ze mną wszystko dobrze, doszła do mnie inna kwestia. Alkohol chyba mi w tym pomógł. Przespałam się z moją przyjaciółką. Nie pamiętam już, jak do tego doszło, ale teraz wiem, że już mnie nie pociągają faceci.

Byłem tak zaskoczony, że aż mnie zamurowało. Nigdy w życiu nie spodziewałem się, że może to spotkać właśnie ją.

Alkohol dalej towarzyszy mojemu życiu, bo wiem już na pewno, że jestem lesbijką, a piję, bo boję się jak zareagują moi znajomi i przyjaciele.
Najbardziej obawiam się reakcji mojej mamy, która jak sam dobrze wiesz,
jest po operacji. Czuje się dobrze, ale może to jedynie pogorszyć jej stan.
Słyszałam już różne opinie na temat homo wśród moich znajomych i nie były zawsze pochlebne. Mam z tym problem i tylko alkohol pomaga mi zagłuszyć myśli do tego stopnia bym mogła spokojnie zasnąć.

Nie wiedziałem co mam powiedzieć, miałem kompletną pustkę w głowie.

Natalia powiem ci tak. Jak dla mnie nie masz się czym przejmować.
twoje życie, twoja sprawa. Nikt nie ma prawa wchodzić ci z butami do sypialni.
A poza tym, jeśli twoi przyjaciele lubią cię za to jaka jesteś i akurat to miało by zmienić ich podejście do ciebie to znaczy, że tak naprawdę nie zasługują na twoje oddanie. To nie jest choroba, żyj tak jak żyłaś, spełniaj się tak jak sobie zaplanowałaś. A mamie jeszcze nie mów, dla świętego spokoju. Jak to się mówi „mniej wie, będzie dłużej żyć”.

Natalia tylko się uśmiechnęła. Wypiliśmy po kieliszku, przytuliła się do mnie
i podziękowała.

Jak już zmyliśmy farbę z głowy, ułożyliśmy włosy, wypiliśmy resztę wódki, spojrzała w lustro i z uśmiechem na twarzy powiedziała:

Wiem kim jestem, jaka jestem i nikt mi tego nie odbierze, a teraz do tego wyglądam tak, jak powinnam wyglądać zawsze.

Polecam się.

Jestem dla tych kobiet zupełnie obcą osobą. Nie wymagam, by się zwierzały. Nie chcę wychodzić na kogoś ciekawskiego, na fryzjerkę plotkarkę. Ale wiem,
że jeśli mogą mi opowiedzieć o swoich mniej lub bardziej skomplikowanych problemach, zawsze będą chciały do mnie wrócić. Bo oprócz tego, że wychodząc wyglądają zjawiskowo, mogą zawsze na mnie liczyć, a co ja mówię na pożegnanie?

Polecam się na przyszłość.

Michał MALISZEWSKI

(Fot. główne pochodzi z http://www.dourody.pl/farbowanie.html)

DAWID VS GOLIAT

 

Jeden – niski, szybki, z niesamowitym czuciem piłki i przeglądem pola. Potrafi współpracować z kolegami i nie jest showmanem, ale rzemieślnikiem, w genialnym tego słowa znaczeniu. Drugi – atleta, gwiazdor, indywidualista, którego kochają tłumy, media nie mogą się od niego odkleić, ale przy tym również bardzo dobry piłkarz. Bądź tu mądry i wybierz jednego. A może by tak obu? Nie! Musi być jeden i kropka.

Fot. blog.heatspring.com
Fot. blog.heatspring.com

Od zawsze ze sobą porównywani, chociaż tak zupełnie odmienni.  Kiedy widzę ich obok siebie, mam obraz dwóch zawodników, którzy są w niemal identycznym punkcie piłkarskiej kariery, ale podążali do niego zupełnie innymi drogami. Zaraz, zaraz, ale ja chyba zapomniałem dodać, o kim jest ten artykuł. Ale czy to konieczne? Dla tych mniej zorientowanych w światowej piłce nożnej/reklamach telewizyjnych/gwiazdorskich plotkach (niepotrzebne skreślić) być może to będzie ciekawszy artykuł, bo bardziej tajemniczy, pełen zagadek.

Wracając do obu panów, to jeden wygląda mi na zawodnika, który karnet na siłownię otrzymał wraz z przyjściem na ten świat. No i do każdego takiego podarunku, dorzucano jeszcze gratis od firmy w postaci kilogramowego opakowania z żelem do włosów. Drugi przy narodzeniu otrzymał piłkę, którą przyklejono mu do stopy, no i tak pozostało przez następne 25 lat jego życia. Ogromny talent, który w połączeniu z dobrym prowadzeniem ze strony trenerów wydał na piłkarski świat geniusza. Czyli mamy oto pojedynek: geniusz vs pracuś. To oczywiście duże uproszczenia i skróty myślowe, bo pracuś bez talentu nie może zrobić niczego i na odwrót.

Jak już wspomniałem, jeden miał o wiele trudniejszą drogę do sukcesu, sam o swoim dążeniu do celu mówił: „W Funchal jedliśmy, piliśmy i oddychaliśmy futbolem na placykach, skwerach i ulicach” albo o swoich trikach piłkarskich: „Nauczyłem się tego na ulicy.” Tak właśnie wskoczył na piedestał, zarówno medialny jak i stricte piłkarski. Jego drogą na szczyt była ulica, która go wychowała, nauczyła pokory, a teraz to zaprzepaścił?  Ze skromnego, prostego chłopaka z ulicy, dla którego piłka to było całe życie (wspólny mianownik obu zawodników). A teraz słyszę wypowiedzi tego samego człowieka i zastanawiam się: Kto podmienił zawodników?

Ludzie mnie nienawidzą, bo jestem bogaty, przystojny i świetnie gram w piłkę.”

„Kiedy słyszę, że nie gram dobrze z wielkimi drużynami, nie złości mnie to, bo wiem, że i tak jestem najlepszy.”

„Po prostu zostałem zmuszony do bycia gwiazdą.”

Takich słów nigdy nie usłyszymy z ust tego drugiego, mniej medialnego, bardziej koleżeńskiego, który lubi współpracować na boisku z kolegami, nie musi zabierać im piłek, żeby pokazać, jak wielkim jest piłkarzem. Oczywiście ma łatwiej. Od dziecka gra w tym samym klubie, w którym chuchano i dmuchano na niego i jego zdrowie, które nie zawsze było perfekcyjne. Klub go wspierał i wspiera. Nie musi stąd odchodzić. Ale może podobnie jak Guardiola powinien odejść z raju, żeby pokazać, że podobnie jak jego konkurent do „Złotej Piłki” potrafi sobie poradzić w różnych ligach i w każdej trudnej sytuacji. Zatem ma dylemat podobny jak jego jeszcze niedawny trener. Odejść czy nie odejść? Oto jest pytanie.

Krzysztof NALEPA

RDZA? JESTEM ZA!

Rdza. Niejednolita warstwa produktów utleniania żelaza i jego stopów m.in. stali. Składa się głównie z wodorotlenków i tlenków żelaza. Taki proces niszczenia metali nazywany jest korozją.

Najlepiej kierowcy zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo nieestetyczne potrafią być efekty korozji. Najczęściej zaczyna się od małych „pryszczy” pod warstwą lakieru a kończy nawet dziurą w karoserii. Ale czy widzicie sens w celowym doprowadzaniu do korozji? Nie? Są tacy którzy robią to z nieskrywaną przyjemnością. Odmian tuningu jest wiele. Jedni kładą nacisk na niskie zawieszenie i przykuwający uwagę lakier, innych interesuje wyłącznie tuning mechaniczny bez większej ingerencji w zewnętrzny wygląd auta (tzw. Sleeper’y). Ostatnimi czasy coraz bardziej na popularności zyskuje dość innowacyjna by nie powiedzieć kontrowersyjna forma tuningu, mianowicie Rat Style, określany także jako kult rdzy.

Audi A6 Avant Ra-Style / fot. autokult.pl
Audi A6 Avant Ra-Style / fot. autokult.pl
Polega na celowej dewastacji karoserii, najczęściej za pomocą papieru ściernego oraz wody z solą. Starcie warstwy ochronnej powoduje zwiększenie prawdopodobieństwa wystąpienia korozji, natomiast woda z solą jeszcze bardziej ją przyspiesza. „Goła” blacha potraktowana takim roztworem pokrywa się rdzą w bardzo krótkim czasie. Auto zostaje zdewastowane jedynie z zewnątrz. Wnętrze przeważnie jest w wspaniałym stanie, silnik również w doskonałej kondycji, choć często mocniejszy od oryginalnego. Generalnie auto jest w każdym calu sprawne, jedynie karoseria zostaje celowo pokryta rdzą.

Mercedes W140 Rat-Style/ fot. autokult.pl
Mercedes W140 Rat-Style/ fot. autokult.pl
Opinie co do takiej idei tuningu są podzielone, dla jednych to najzwyklejsza w świecie dewastacja i bezsens, inni zaś widzą w niej coś zupełnie nowego, powiew świeżości w tematyce modyfikacji . Niewątpliwie jest to jednak temat wart uwagi, ponieważ kreowanie auta w stylu Rat nie wymaga od właściciela mniejszej dbałości o szczegóły niż w przypadku klasycznego tuningu polegającego na położeniu nowej, innej warstwy lakieru, czy oklejeniu auta folią. Rzekłbym nawet , że wymaga większego zaangażowania , z tego względu iż tradycyjna lakiernia nie podejmie się pokrycia auta rdzą. Istnieje także bliźniaczy wręcz styl modyfikowania (a może raczej dewastacji?) auta, zwany Rost, lecz to już nieco bardziej rozwinięta forma, polegająca na demontażu poszczególnych elementów karoserii, odważniejszych uszkodzeniach, a także instalacji dodatków z epoki.

(Fot. główne pochodzi z http://motoryzacja.interia.pl/samochody/tuning/news/rdza-jest-trendy,808330,1135)

ANTY – MIR


1.

Fot. http://www.boanda.pl/
Fot. http://www.boanda.pl/

Kolejny, rześki poranek jesieni rozpoczął się zapachem czarnej, palonej kawy. Jej aromat działał na podświadomość PiDżeja tak intensywnie, ze zaraz po przebudzeniu mężczyzna narzucił na siebie szlafrok i bez zbędnych ceregieli wyszedł w chłód przed posesję. Pomimo wczesnej pory sąsiedzi już nie spali. Karvaljo – ten z naprzeciwka, wyprowadzał właśnie z garażu terenową Hondę, a starsza pani z bliźniaka obok rozsuwała okiennice. PiDżej sugestywnie wciągnął chałst powietrza i pewnym krokiem ruszył w kierunku sąsiadującej z jego domem willi. Dziarsko otworzył furtkę i nie ukrywając zadowolenia, podśpiewując coś pod nosem, po kilku szybkich krokach stał już przed drzwiami zaprzyjaźnionego małżeństwa. Klamka jak zwykle nie stawiała oporu, nie mówiąc o krótkim korytarzu łączącym wiatrołap z kuchnią. Gdy się w niej znalazł, z satysfakcją stwierdził, że szklane naczynie pod serwisem zapełnia się gorącym, bulgoczącym płynem. Na stole obok, stały trzy porcelanowe filiżanki. PiDżej nalał do jednej z nich dopiero co zaparzoną kawę i właśnie miał pójść przywitać się z domownikami, gdy w aromatyczne opary wdarł się dźwięk irytującego dzwonka. Wyjrzał przez kuchenne okno, ale z tej perspektywy nie mógł nikogo dostrzec – doszedł go jednak charakterystyczny zgrzyt otwieranych drzwi i jakieś niezrozumiałe strzępy rozmowy. Chciał udać się do salonu, gdy nagle w progu kuchni pojawiła się Stella, właścicielka willi. Jej rozczochrane włosy opadały na flanelowy szlafrok, ale szybko się z nimi uporała, a na widok zaskoczonego mężczyzny, przejętym głosem oznajmiła:

– PiDżej, przyszli.. Panowie z „Im Picz Mentu” chcą się z tobą widzieć.

Dopiero po kilku sekundach ciszy zorientował się, że tak trzymana, pełna filiżanka musi parzyć. Wyślizgnęła mu się z dłoni właśnie gdy chciał ją odstawić na kuchenny blat. Rozpryskujące się na wszystkie strony gorące krople nie zaintrygowały go bardziej, niż wypowiedziane przed chwilą słowa kobiety. Ruch za jej plecami uświadomił mu, ze na ucieczkę jest już za późno.

2.

To, codziennie po pracy robił Teodor Hiacynt było już rytuałem. Od samego rana myślał tylko o jednym: jak najszybciej przeżyć dzień i zająć się tym, co naprawdę lubił. Dokładnie o 19 każdego dnia spuszczał metalową kratę na okno wystawowe sklepu, w którym pracował, siadał na rower i co sił w nogach pędził do ulubionej, czynnej jeszcze przez dwie godziny księgarni. Kiedy był już na miejscu, z podręcznej, przewieszonej przez ramę kolarzówki siatki, wyciągał czarną gruba szarfę, by po chwili przepasany aksamitem stanąć pomiędzy zapchanymi książkami półkami. Po krótkiej rekomendacji księgarza, wybierał te pozycje, których finał był tragiczny, często krwawy, brutalny. Ale nie stronił też od tragedii innego zgoła rodzaju – z uwagą czytał historie o nieuleczalnych chorobach, nagłych, naturalnych zgonach, czy też bardzo przypadkowych śmierciach. Zaraz po lekturze popadał w smutek, a traumę spowodowaną zejściem fikcyjnego bohatera, przeżywał w żałobie przez kolejne dwadzieścia cztery godziny.

Tego dnia, punktualnie zamknął sklep. Poprawił marynarkę, wsiadł na rower i ruszył do centrum. Jak zwykle rozsadzało go podniecenie, nie mógł doczekać się chwili, gdy sam na sam stanie w szranki z kolejną, tak bardzo absorbującą go tragedią. Lecz nie sam stan, którego doświadczał gdy bohater książki ginął, tak bardzo go pobudzał. Ważniejsze było to, co miało miejsce później – smutek, żal, żałoba.. Kiedy przypiął rower do frontowego stojaka, jak zwykle sięgnął po szarfę. „To już tyle lat..” – pomyślał z rozrzewnieniem i zostawiwszy przed budynkiem zabezpieczoną maszynę, wszedł do księgarni. Skinął na przywitanie księgarzowi, a gdy ten bez słowa wskazał odłożone na biurku książki, odmachnął zadowolony ręką jeszcze raz i ze „świeżym” materiałem udał się do czytelni.

Zauważył ICH, w momencie gdy przecierał jelonkiem okulary. Jeden z nich, sugestywnie oparł swoją dłoń na jego ramieniu; drugi, zaszedłwszy od przodu, zupełnie beznamiętnie spytał:

– Teodor Hiacynt? Jest pan zatrzymany przez „Im Picz Ment”.

3.

Wszystko, co najlepsze dla Gaurosa Opata, zaczynało się po nastaniu nocy. Za dnia, jego czas wypełniony był tradycyjnymi czynnościami, takimi jak praca czy zwykłe obowiązki i mało znaczące przyjemności. Dopiero gdy zapadał zmrok, mężczyzna wiedział, że tak naprawdę żyje. W oczekiwaniu na zasłużony odpoczynek, a co z tym się wiąże – także na swoją największą pasję, Gauros przeglądał popołudniowe gazety, zatrzymując swój wzrok od czasu do czasu głównie na wiadomościach sportowych. Automatycznie przerzucał stronice na tę opatrzoną numerem szóstym, gdzie w dziale kryminalno-obyczajowym, „Im Picz Ment” regularnie podawał informacje o nowo zatrzymanych. Tym razem jego wzrok przykuła wzmianka o dwóch przypadkach z poprzedniego dnia, które zakwalifikowane zostały jako „ewidentne ostrzeżenie dla innych”. Zgodnie z powszechnie obowiązującym prawem, za jego naruszenie (w zależności od stopnia przewinienia), odpowiednie służby pozbawiały sprawców „przestępstw” możliwości robienia tego, co najbardziej w swoim życiu lubili. Działo się tak na podstawie informacji, które specjalna służba „Im Picz Ment” pozyskiwała w różnorodny sposób – od ankiety wypełnianej jeszcze przez rodziców w różnych stadiach dojrzewania ich dzieci, poprzez wywiady środowiskowe i donosy agentów, aż do nowoczesnych technologii, pozwalających „badać” obywateli na podstawie ich wszelkich preferencji. Dzisiaj, na swoje potrzeby zaprzęgnęli nawet chemię i współczesną farmakologię. Gauros Opat czytał więc w popołudniówce o niejakim PiDżeju, który za złamanie prawa został pozbawiony swojej pasji, którą było picie kawy o wczesnym ranku u jednego ze swoich sąsiadów. Jak dowodził autor notatki, winowajca popadł z tego powodu w depresję i oczekiwał na rozpatrzenie wniosku o umieszczenie w specjalnym ośrodku leczniczym. Drugim ze skazanych poprzedniego dnia był Teodor Hiacynt, miłośnik przeżywania traumy wywołanej śmiercią fikcyjnego bohatera. Jak donosiła prasa, pozbawienie Hiacynta ulubionego rytuału nie spowodowało na razie większych ubytków na jego zdrowiu. „Tak..” – westchnienie Opata może byłoby nawet wymowne, gdyby ktokolwiek je usłyszał. Ale on dopiero co wskoczył w nowiutką pidżamę i przygotowywał się właśnie do snu w swojej kawalerce. Już za kilkadziesiąt minut w jego życie miała się wkraść niepohamowana pasja, coś co wypełniało sens jego bytu, podniecało i fascynowało. „Całe szczęście, że to nie ja jestem bohaterem tych szmatławców” – pomyślał z satysfakcją, a przed pójściem do łóżka poszedł jeszcze umyć zęby.

4.

Wszystko wskazywało na to, że walki rozpoczną się lada moment, a Marketa Zazvorkova ciągle wyglądała pięknie. Jakby w ogóle nie przejmując się nadciągającą z północnego zachodu ofensywą Ormian, stała z mikrofonem w centrum Baku i nienaganną angielszczyzną relacjonowała gorące nastroje mieszkańców tego ponad dwumilionowego miasta. Przywiana z portu bryza świeżego powietrza na chwilę rozwiała jej długie, czarne włosy, ale reporterka nie przejmując się tym, szybko odgarnęła kruczoczarne kosmyki z czoła i kontynuowała relację. Na chwilę przerwała, zapewne dosłyszawszy odgłos nieodległej kanonady, ale gdy ta znów na moment ustała, ponownie skierowała swój wzrok w obiektyw kamery.

Uwielbiała pracę korespondenta wojennego i przede wszystkim z tego powodu (ale także sporych umiejętności, odwagi i dziennikarskiego nosa), kolokwialnie rzecz ujmując „nosiło ją po świecie”. Kosowo, Irak, Afganistan, a teraz rozpoczęty na nowo konflikt o Górny Karabach, który za chwilę miał się zamienić w całkowitą okupację Azerbejdżanu przez wojska ormiańskie, dumnie wypełniały resume czeskiej dziennikarki, Markety Zazvorkovej.

Gdy Gauros Opat po raz pierwszy ujrzał Marketę w czeskiej „jedynce” ĆT1, nie mógł przestać o niej myśleć. Ale pozostawił tę praską piękność, tak ekstrawagancko prezentującą swoją powierzchowność (a było na czym zawiesić oko!) na odpowiedni moment, do którego intensywnie się przygotowywał. I właśnie teraz nadeszła ta odpowiednia chwila, kiedy kładąc się spać nieco wcześniej niż zwykle, zamarzył aby stało się to właśnie tej nocy. Postanowił spotkać piękną i atrakcyjną Marketę Zazvorkovą w swoim śnie i po raz kolejny poddać się swojej nieokiełznanej i wyjątkowej pasji. Poprawił poduszkę, wypił szklankę wody i położył się do łóżka. Dzięki darowi, którego istoty funkcjonowania nie był w stanie pojąć, miał spędzić pełną ekscytujących wrażeń noc, a potem powrócić na jawę z wrażeniem obecności czarnowłosej Czeszki u boku.

5.

Była piąta nad ranem, kiedy dźwięk dochodzący z łazienki wybudził Gaurosa ze snu. Opat najpierw machinalnie przetarł dłońmi oczy, by po chwili sięgnąć po zegarek i upewnić się co do czasu. Prysznic ciągle był włączony, para wydostawała się na zewnątrz szparą z łazienki wprost na niewielki korytarz. Obok łóżka na podłodze leżały w nieładzie rzeczy: t-shirt i sztruksowe spodnie Gaurosa; dżinsy oraz koszula dziewczyny, które od razu rozpoznał. Zupełnie jakby widział ją w telewizji, ubraną po reportersku, z wiszącą na pasku między piersiami akredytacją, w obcisłych spodniach i sportowym obuwiu. A teraz.. Teraz się kąpała, by za chwilę wrócić choć na moment do łóżka, a po czułym pożegnaniu z kochankiem znów być na tej swojej wojnie w pieprzonym Azerbejdżanie.. Na samo wspomnienie jej ciała, Gauros odczuł to przyjemne napięcie i przewróciwszy się na drugi bok, przymknął oczy w oczekiwaniu na dotyk i zapach skóry dziewczyny. Pod powieki wmieszał się sen, przywodząc ze sobą upojne objęcia, pocałunki, pieszczoty..

Szarpnięcie niczym uścisk żelaznych szczypcy, niemalże wywichnęło ramię Gaurosa ze stawu. Nagłe przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych, tym bardziej że pierwsze co zobaczył, to pochylone nad nim twarze dwóch, może nawet trzech ubranych na czarno mężczyzn. Nienagannie skrojone garnitury, nie pozostawiały jakichkolwiek wątpliwości.

– Ale.., za co?! – zdążył jeszcze w zdumieniu wykrzyczeć, zanim dwie lub trzy pary rąk bezpardonowo wyciągnęły go z posłania, prosto na zimną podłogę.

– Gauros Opat? – pytanie było raczej retoryczne – Nie stawiać oporu! Pozostaje pan do dyspozycji „Im Picz Mentu”!

6.

Po dwóch dniach przesłuchań i niemalże całkowitego odosobnienia, Gauros Opat w fatalnym nastroju wracał do swojego mieszkania. Nieogolony, ogólnie nieświeży, przebijał się przez tłum podążających do pracy ludzi, raz po raz ocierając się o wszędobylskich reklamo – dawców, którzy pod byle pretekstem szukali najmniejszego kontaktu fizycznego, dotyku z przechodniem, aby za pomocą tego intymnego momentu przesłać skondensowany pakiet nikomu niepotrzebnych informacji. Zazwyczaj robili to przy powitaniu, ale w tych warunkach trudno było o rzeczowy uścisk dłoni, więc do perfekcji opanowali ocieractwo. Po kilku minutach, ubranie Opata pełne było ofert i „zachwalaczy”, wszelkiego chłamu na który nawet przez chwilę nie zwrócił najmniejszej uwagi.

Ale najgorsze było coś zupełnie odmiennego. Bezduszna, biurokratyczna machina odebrała mu to, co było sednem jego życia. Nagle i brutalnie wdarła się w jego świat, wysysając esencję bytu – wszystkiego co kochał, pożądał i chronił. Teraz, jedyną refleksją która tliła się w jego głowie i miała dla niego jakikolwiek sens, było pytanie: „dlaczego?!?”. Ktoś szturchnął go w ramię i o mało się nie zatoczył. Nie obchodziło go to. Wciąż myślał o nocy, którą spędził w swoim śnie z reporterką. Wciąż czuł więź, którą w tamtych chwilach stworzył w swojej głowie pomiędzy nim, a kobietą, którą incydentalnie pragnął. I nie mógł uwolnić się od koszmaru, który z coraz większym natężeniem uświadamiał mu, że być może przeżył takie chwile już po raz ostatni.

7.

„KAŻDA PRÓBA ZREALIZOWANIA SWOJEJ PASJI SPOTKA SIĘ Z NATYCHMIASTOWĄ REAKCJĄ IM PICZ MENTU!”. O każdej, pełnej godzinie snu, Gauros budził się z potwornym bólem głowy, spowodowanym pulsującym, intensywnym hukiem złowieszczych słów, prawie rozrywającym bębenki w uszach. A na dodatek ten upiorny pogłos – sączące się jak jad sylaby, które nie wiadomo czym tak naprawdę były: dźwiękiem, symbolem graficznym, a może wiadomością odbieraną za pomocą zupełnie innych, niezidentyfikowanych do końca bodźców. Pierwszy tydzień był koszmarem, spędzonym całkowicie w brutalnym półśnie. Nie pomagały żadne środki, jakiekolwiek tabletki, czy proszki. Sygnał pojawiał się punktualnie, z dokładnością co do sekundy. Po tych siedmiu dniach, Opat doszedł do wniosku, że musi zmienić swój tryb życia. Będzie spał w dzień, a noce postara się jakoś w miarę normalnie przeżyć. Bez snu, chwili ukojenia, w ciągłym stresie i bólu.

8.

Zważywszy na nowy, nocny tryb życia, Opat zaczął odkrywać rzeczy i miejsca dotychczas mu nieznane. Takim miejscem był „Rasputin”, całodobowy sklep muzyczny, do którego nigdy wcześniej nie zaglądał, nie mówiąc już o ewentualnych wizytach, o tak egzotycznej porze. Trafił tam przez zupełny przypadek, kojąc ból po kolejnym nocnym sygnale w możliwie jak najdalej położonym od jego mieszkania pubie, do którego dotarł. Gdy z niego wyszedł był już podchmielony i szedł prosto przed siebie bez jednego, konkretnego celu. Kompakty, winyle i rzadko spotykane już pocztówki grające, świadczyły o nieco konserwatywnym a na pewno hobbystycznym podejściu do nośników dźwięku, które bez wątpienia w tym miejscu było hołubione. Raczej od niechcenia przechadzał się pomiędzy półkami, od czasu do czasu wybierając coś z bogatego asortymentu i po pobieżnej lustracji odkładając z powrotem na miejsce. Doszedł jednak do wniosku, że to ustronie miało jeden, zdecydowany walor. Muzykę. Wypływała z głośników delikatnie, nastrojowo i.. nocnie. A co dodatkowo go cieszyło, to fakt, że o tej porze klientów było jak na lekarstwo.

Nieco znudzony sięgnął po jeden z albumów, może dlatego, że jego wzrok przykuła dość oryginalna koperta. Okładka była czarno-biała, a w centralnej części, na samym środku znajdowało się zdjęcie, na które zwrócił uwagę. Były na nim dwie nagie kobiety, zrośnięte biodrami i ramieniem. Czteronogi, dwugłowy i dwuramienny okaz (wydatne piersi tych prawdopodobnych bliźniaczek, na pierwszy rzut oka mogły nawet wzbudzić pewną dozę podniecenia), siedział na podwójnym, bujanym fotelu, którego płozy powodować musiały ruchy w bok, a nie tradycyjnie – do przodu i tyłu. Głowy obydwu kobiecych istot płonęły, a wyraz ich twarzy oddawał niczym nie zmąconą ekscytację. Jednak to, co spowodowało że Opat zdecydował się wziąć album ze sobą i podążyć z nim do kasy, miało także wiele wspólnego z jego tytułem. Dla Gaurosa był to impuls, tląca się gdzieś w oddali iskra nadziei, że być może kiedyś, znowu.. „NIC SZOKUJĄCEGO” – tak, ten tytuł bez wątpienia oddawał wszystko to, co w tej chwili „siedziało” w zmarnowanym i umęczonym człowieku, którym był już tylko z definicji.

9.

Stała za ladą, wpatrując się w ekran laptopa, a kiedy ją spostrzegł, momentalnie poczuł że koniec jego męczarni jest jeszcze odleglejszy, niż przed wstąpieniem do sklepu. Ukojenie oddalało się od niego z prędkością światła, a tymczasem ubrana w czerwoną sukienkę dziewczyna, usilnie majstrowała coś przy komputerowej kasie. Zanim zdążył się opanować, doszedł go jej głos:

– Chce pan najpierw odsłuchać, czy jest już zdecydowany?

Zdecydowany? Tak, był już zdecydowany. Złamać wszelkie konwencje i zakazy, z uporem przeciwstawić się niesprawiedliwej, brutalnej sile. Wiedział, że nie ma już innego wyjścia, bo pohamować w tak nienaturalny sposób swoje najgłębsze pasje było cholernie trudno. A Gauros Opat był w stanie oddać za nie całe swoje, tak niewiele warte już życie.

10.

Kiedy zorientowali się, że próbuje ICH oszukać? Prawdopodobnie od samego początku byli przygotowani na taki wariant, w końcu mieli niemałe doświadczenie; nie bez powodu „Im Picz Ment” uważany był za bardzo skuteczną instytucję. Gdy tylko Gauros zaczął w dzień zasłaniać okna długimi, ciemnymi kotarami i praktycznie do zapadnięcia zmroku nigdzie nie wychodził, czujność śledczych zdecydowanie wzrosła. Z pewnością prewencyjnie zaaplikowali mu kilka nieregularnych sygnałów, ale przygotowany na taką okoliczność, pomimo bólu starał się je ignorować. Chciał odpędzić od swoich myśli tę natarczywą refleksję, sprowadzającą się do wniosku, z którego tak dobrze zdawał sobie sprawę. Kiedy w końcu wyparł z siebie ten problem, zaczął brać silne środki nasenne, w efekcie nie pozwalające mu na normalne, dzienne funkcjonowanie. A od tego było już blisko do permanentnego zapadania w długi i coraz mocniejszy (z dnia na dzień) sen. A nocami.. Nocami myślał o NIEJ. Dziewczynie w czerwonej sukience, która jak mantrę w marzeniach Opata powtarzała: „czy jest pan zdecydowany?”.

Do sklepu z płytami już nie chodził, bo jaki miałoby to sens? W żadnym stopniu nie polepszyłoby to jego sytuacji, a on, jak uzależniony, mógł brać ciągle więcej. I oczekiwać, że zawsze będzie miał TEGO pod dostatkiem, a żeby tak było, musiał się spełnić. Brać, brać coraz więcej, aby osiągnąć rozkosz i w końcu się spełnić..

Wszystko zaplanował dokładnie, a przynajmniej taką miał nadzieję. Leki, mocny alkohol i zdobyte z niemałym trudem dwa gramy czekały na chwilę, której od dawna nie mógł się doczekać. Przestał myśleć o swoich „oprawcach”, skupiając się przede wszystkim na zbliżającym się wielkimi krokami dniu i dziewczynie, którą w swoich imaginacjach przewrotnie nazwał Lady Sweet Dream.

11.

Zasłony były rozsunięte, a przez szparę pomiędzy nimi, do pokoju wdzierały się promienie popołudniowego słońca. Zanim Gauros rozbudził się na dobre, wydało mu się, że z niedaleka dochodzi dźwięk muzyki. Przeciągnął się i uświadomił sobie, że ktoś jest w pomieszczeniu obok, na korytarzu lub w kuchni i prawdopodobnie kombinuje coś przy sprzęcie grającym, to raz ściszając, to znowu regulując głośność prawie maksymalnie. Dopiero po chwili do jego świadomości doszło, że osobą „buszującą” w jego mieszkaniu jest nie kto inny, a TA, dla której wszystko to przygotował. A przynajmniej miał taką nadzieję.. Pomyślał jeszcze, że tylko na chwilę przymknie powieki, by zaraz potem zerwać się z łóżka i pobiec szczęśliwy do dziewczyny, gdy przy muzyce niezwykle gitarowego kawałka znowu odpłynął w sen. Na ustach ciągle czuł jej smak, nieodzownie kojarzący się z czerwonymi jak sukienka Lady Sweet Dream poziomkami. Delikatnie rozgryzał owoce, delektując się tą specyficzną leśną słodyczą przy dochodzących go już jak zza mgły, charyzmatycznie wyśpiewywanych słowach: „And you stare at me In your Jesus Christ Pose..”. I nagle, jak za szybkim pstryknięciem palców, wszystko zniknęło – muzyka, zapach i poziomki, które momentalnie zgniły, stały się paskudne, pokryły się zielonym osadem pleśni. Zapanowała ogarniająca wszystko ciemność, a oczekiwany, dźwięczny i przyjemny głos dziewczyny, zastąpiony został ostrym, momentami do bólu piskliwym krzykiem:

– Złamałeś zasady, Opat! W imieniu „Im Picz Mentu” skazuję cię na antytezę twoich pasji!

12.

Czarna, świeża smuga ciągnęła się po podłodze od łóżka aż do korytarza. Niknęła w progu, ale tylko dlatego, że z tej perspektywy Gauros nie był jej w stanie dalej dojrzeć. Mógł jedynie się domyślać, że to, co początkowo wziął za wytwór swojej wyobraźni, nie kończy się w przedsionku, ale znaczy zimne, podłogowe płytki także dalej, być może nawet w kuchni lub łazience. Ocknął się w środku nocy, nie gnębiony jakimikolwiek sygnałami, które momentalnie urwały się w dniu, kiedy ponownie zatrzymał go „Im Picz Ment”. Mógł więc sypiać normalnie bez względu na porę i dlatego powrócił do swoich zwyczajów. Ale nie wszystko było w porządku.. Praktycznie w tej samej chwili, gdy dostrzegł to dziwne zjawisko na podłodze, zorientował się, że pościel w której leży jest mokra i zbroczona tą samą substancją. Teraz także dodatkowo ją czuł – była wilgotna i lepka, a zapach który wydawała był lekko mdły, ale jednak do końca nieokreślony. Wstał i o mało się nie poślizgnął na mokrej posadzce. Zaklął i ruszył śladem smugi, najpierw na korytarz, a zaraz potem do kuchni. W półmroku dojrzał pod oknem kopiec, ale gdy podszedł bliżej, z kopca zrobiła się sterta ubrań, różnego rodzaju części garderoby, równie mokrych i posklejanych ze sobą, jak pościel w której jeszcze przed chwilą spał. Palce podążyły machinalnie w stronę kontaktu, a gdy naraz oślepiające światło rozeszło się po pomieszczeniu, pierwszym obrazem który ukazał się jego oczom, był odcisk jego dłoni na suwaku kontaktu i białej ścianie. Ten kolor go przeraził. Ciemno-czerwone odbicia znaczyły nie tylko ścianę, ale także pidżamę i ciało Gaurosa. Momentalnie spojrzał na stos pod oknem, który teraz parował i w rzeczywistości był kupą pokrwawionych spodni, bluzek, majtek i pończoch. Pierwotnie dojrzana smuga kończyła się na tym drastycznym znalezisku. Z trudem powstrzymywany odruch wymiotny, wyciągnął go z powrotem na korytarz, nakazując załatwienie tej nagłej, fizjologicznej potrzeby w miejscu najbardziej do tego odpowiednim – łazience. Całkowicie oszołomiony wpadł do niej, zahaczając stopami o leżący na jej podłodze przedmiot i w ostatniej chwili zapanował nad równowagą. Gdy ponownie włączył światło, nie miał już najmniejszych wątpliwości, czym było to, co tym razem ujrzał. Jedne przy drugim, przykryte poplamionymi od krwi prześcieradłami, leżały na posadzce ciała. Na każdym z nich, znajdował się jakiś przedmiot. Opat z przerażeniem rozpoznał wśród nich identyfikator prasowy Markety Zazvorkovej, płytę kupioną w sklepie u Lady Sweet Dream, a także fikuśną spinkę do włosów sąsiadki z piętra niżej. Wśród tych rzeczy znajdowała się także obroża dalmatyńczyka jego ulubionej, hinduskiej gwiazdy Bollywood. W jednej, okrutnej chwili zrozumiał, jaki wymyślny los zgotowali mu ludzie z „Im Picz Mentu”. Od tego momentu miał regularnie, co noc budzić się w koszmarze i odnajdywać w swoim mieszkaniu zmasakrowane zwłoki kobiet, które dotychczas były jego pasją.

KONIEC

(Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone, kopiowanie tekstu zabronione)

DYKTATOR, CZYLI HISTORIA SŁODKIEGO UCISKU

Na naszych oczach upadają dyktatury, rewolucję mamy jak nigdy dotąd podaną na talerzu… satelitarnym. I co? I nic. Nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Przejął się Sacha Baron Cohen. Scenariusz „Dyktatora” został zainspirowany bestsellerem „Zabibah and The King” autorstwa Saddama Husseina. Ale równie dobrze mógł go napisać sam Grock z dowcipu o najsmutniejszym klaunie świata.

Fot. http://1.fwcdn.pl/po/42/57/614257/7450340.3.jpg?l=1334586657000
Fot. http://1.fwcdn.pl/po/42/57/614257/7450340.3.jpg?l=1334586657000

Nikt, jak Amerykanie nie potrafi zdystansować się do rzeczywistości. Zwłaszcza tej kreowanej przez media. „Dyktator” to zabawna dykteryjka o  przygodach tyrana, który nie chce dopuścić do zdemokratyzowania fikcyjnego państwa zwanego Wadiya (kosmiczna odmiana). Nowo tworzona rzeczywistość uciśnionego kraju przeplata się z perypetiami dyktatora Aladeena, który, chociaż wszechwładny i najpotężniejszy, niczym w piosence Maryli Rodowicz, szuka wciąż miłości. Znajduje ją paradoksalnie nie w ramionach Megan Fox, ale w sklepie z ekologiczną żywnością. Zaślepiony miłością zarządza w swym kraju pokój i zaprowadza demokratyczny porządek. Tu można by było rzec amen albo raczej bismillah. Ale „Dyktator” jest jak cebula. Albo jak ogry. Wszystko jedno, ważne, że ma warstwy.

Warstwę muzyczną ma na przykład, gdzie szlagiery REM są przerobione na wersję arabską, a tematyczny utwór dzwoni w uszach długo po wyjściu z kina. Fakt, że jest wykonywany w niezrozumiałym dla ogółu ludzkości języku jest dowcipem Barona Cohena, z tym że Errana. Znaczenia ukryte w tekstach są zapewne kolejną warstwą. Kto wie, czy nie tą najbardziej zabawną.

Warstwa kulturowa to kolejny poziom, nad którego rozgryzieniem trzeba się mocno natrudzić. Najbardziej jawne są nawiązania do zamachów na WTC, ataków terrorystycznych na izraelskich sportowców podczas igrzysk w Monachium, czy historia związana z zabójstwem ibn Ladena. Mogę się założyć, że film stanie się doskonałym materiałem do zabawy w znajdź różnice  kulturowe na kolejne tygodnie – jeśli w dobie globalizacji jeszcze ktoś się w to bawi.

Wrażliwym i nieodpornym na dowcipy o wydalaniu, rodzeniu i mordowaniu polecam w odpowiednich momentach zamknąć oczy, bowiem pod warstwą tego płytkiego dowcipu kryje się coś więcej. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że kryje się pytanie o sens współczesnej demokracji. Dlaczego? Bo w granicach fantastycznego państwa Wadiya po przemianowaniu dyktatury na najdoskonalszy z ułomnych ustrojów nic się nie zmienia. Sacha Baron Cohen przeglądający się w obliczu Ameryki (nie tylko na plakacie) to już nie cichy wyrzut. To stanowcze, okraszone szyderczym śmiechem pytanie o sens rewolucji.

MÓJ TEATR – REPERTUAR NA CZERWIEC

Ostatni akt”

Scenariusz: Marek Zgaiński

Reżyseria: Robert Mirzyński

Obsada: Wiesław Krupa, Piotr Zawadzki

Chyba każdy przynajmniej raz w życiu pomyślał sobie – A może by tak raz a dobrze z tym wszystkim skończyć? Poszukać jakiejś porządnej gałęzi, albo wsadzić głowę do piekarnika kuchenki gazowej, albo najzwyczajniej łyknąć dwie garści tabletek nasennych i już nigdy się nie obudzić.

Ostatni akt” jest bardzo czarną komedią o sprawach ostatecznych. Transcendentalna reżyseria Roberta Mirzyńskiego i nieśmiertelne kreacje Piotra Zawadzkiego w roli śmierci i Wiesława Krupy w roli jej petenta sprawiają, że spektaklu nie powinni oglądać widzowie o słabych nerwach i miłośnicy komedii romantycznych rodzimej produkcji.

Terminy:

1 VI g. 20.00

2 VI g. 19.00

17 VI g. 18.00

24 VI g. 18.00

30 VI g. 19.00

Arka, czyli dwoje na kanapie”
scenariusz i reżyseria Marek Zgaiński
obsada: Katarzyna Terlecka i Wiesław Krupa

Może jest to historia pary dorosłych, wykształconych ludzi, mieszkających wspólnie, nie posiadających dzieci. Skoro nie mają dzieci, to może powinni mieć psa? Albo jakieś inne zwierzę, albo parę innych zwierząt? Może jest to przewrotna gra konwencją teatru w teatrze, gdzie do końca nie wiadomo, czy ogląda się scenę żywcem jak z telewizyjnego serialu, czy podsłuchuje prywatne rozmowy aktorów. Może wynika z tej sztuki jakaś głęboka prawda, a może nie.

Terminy:
3 VI g. 18.00

22 VI g. 20.00

23 VI g. 19.00

29 VI g. 20.00

Zastępstwo”
Scenariusz: Artur Beling, Marek Zgaiński, reżyseria Marek Zgaiński
W roli głównej Tadeusz Falana

To sztuka kameralna. Następuje w niej pewna gra konwencją, a dynamicznie zmieniająca się sytuacja na scenie, wciąga widza w ciąg zdarzeń momentami paradoksalnych.

Terminy:
31 V g. 20.00

16 VI g. 19.00

21 VI g. 20.00

Bilety (w cenie 25 zł, dla studentów 20 zł) w teatrze przed

spektaklem, rezerwacja:
biuro@mojteatr.pl, tel. 668 85 64 44

Strefa wolna od Euro

Czy nie mają Państwo wrażenia, że gdy na początku czerwca otworzycie własną lodówkę, to wypadnie z niej piłka futbolowa? Ja jestem o tym przekonany, skoro już teraz trudno się przed Euro schronić. Każdy próbuje się jakoś pod ten piłkarski festyn podłączyć i swoje ugrać. Mój Teatr oczywiście też nie może przegapić takiej koniunktury, ale zamiast wystawić na scenie telebim, polewać piwo i wpuszczać za biletami na transmisje piłkarskich zmagań, stanie się w czasie mistrzostw Strefą wolną od Euro. Ani słowa o piłce nożnej, nawet śmianie się z naszej reprezentacji będzie surowo zakazane z powodów etyczno- moralnych. Będzie „Recital pieśni niepoważnych” w wykonaniu Ewy Trynki (sopran) występ Artura Belinga (współautora „Zastępstwa”) który, jak Koło gospodyń wiejskich „tańczy, śpiewa, recytuje…” i przede wszystkim znakomicie bawi publiczność. Pojawi się gościnnie teatr Dwa teatry z Wrześni ze spektaklem „Uliczka pana Miłosza”, który jest satyrą na tak zwane obchody oficjalne rożnych ważnych rocznic. Ares Chadzinikolau zaprosi na wieczór greckich pieśni, a grupa bluesowa Zjeżyc z rewelacyjnym gitarzystą Mateuszem Rychłym przeniesie słuchaczy w klimat odległej delty Missisipi i mniej odległej Odessy, wykonując standardy bluesowe z całego świata. Szczegółowe informacje wkrótce na www.mojteatr.pl

PAULO COELHO – GENIUSZ SŁOWA

Brazylia. Rio de Janeiro. Miasto w południowo-wschodniej części kraju, nad Atlantykiem. Położone na skraju wyżyny, wśród wzgórz nad Zatoką Guanabara.

Fot. http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Paulo_Coelho_nrkbeta.jpg&filetimestamp=20090216160052
Fot. http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Paulo_Coelho_nrkbeta.jpg&filetimestamp=20090216160052

24 sierpnia 1947 roku. Po dziewięciu miesiącach Ligia urodziła syna, przyszedł na świat kolejny obywatel Brazylii. Ligia zajmowała się domem, a jej mąż, Pedro, był inżynierem. Dziecku nadali imię Paulo. W wieku 7 lat chłopiec rozpoczął naukę w szkole Jezuitów. Tam zdobył swoja pierwsza nagrodę w konkursie poetyckim. Jednak rodzice chcieli, aby syn poszedł w ślady ojca i został inżynierem. Paulo nie podporządkował się woli rodziców. Ojciec uznał jego bunt jako objaw choroby psychicznej w wyniku czego chłopiec trzykrotnie znalazł się w klinice psychiatrycznej. Próby „wyleczenia” go ze zdolności i chęci pisarskich zakończyły się fiaskiem. W krótkim czasie Paulo podjął radykalne i zdecydowane decyzje: rzucił studia, stworzył grupę teatralna i rozpoczął działalność dziennikarską. Był to początek jego działalności. Dalej Paulo napisał ponad 60 tekstów do piosenek Raula Seixas, które okazały się sukcesem. Z ich sprzedaży młody poeta zdobył pierwsze pieniądze wynikające z tego działalności twórczej. Mężczyźni kontynuowali współprace. Tymczasem w kraju panowała dyktatura. Paulo został zatrzymany za rozpowszechnianie ulotek nawołujących do większej wolności. Znalazł się w więzieniu, na następnie ośrodku tortur. Prawdopodobnie udało mi się przeżyć dzięki pobytom w szpitalu psychiatrycznym w przeszłości. Po tych zajściach zdecydował się wieść spokojne życie. Podjął posadę w wytwórni płytowej, poznał przyszłą żonę, po czym wraz z nią wyprowadził się do Londynu w roku 1977, gdzie kupił pierwszą maszynę i zaczął pisać.

Tak wyglądały długoletnie „narodziny” wybitnego pisarza Paulo Coelho. W 1947 roku nikt nie wiedział, że na świat przyszedł geniusz głowa. Musiał walczyć o swoje powołanie. Kiedy był chłopcem, chodził do szkoły Jezuitów. Nie przepadał wtedy za religijnymi tradycjami swojej szkoły. Dziś czytając jego książki odnajdujemy wiele wątków religijnych: dylematy związane z tym tematem, jak i same przypowieści, czy fragmenty Pisma Świętego. Jego dalsze rogi życiowe również były kręte. Pisarz wrócił do swojej ojczyzny. Poślubił inna kobietę. Jednak jedno pozostało bez zmian: w jego duszy mieściły się słowa, które musiał i chciał przelewać na papier. Szczytowy punkt jego twórczości przypada na lata 1982 – 2011. W tym okresie napisał i opublikował około 30 książek.

Paula ŚLIWIŃSKA

OWOCOWY SZAŁ

Czy wiesz, że pestki moreli, wiśni czy śliwek zawierają trujący kwas pruski, trujący dla naszego organizmu? Czy wiesz, że niektóre kwaśne owoce zawierają zasadotwórcze związki, które neutralizują nasze soki trawienne i pomagają nam w trawieniu? Czy wiesz, że świeże owoce obfitują w odżywcze substancje i w zasadzie zawierają ich najwięcej spośród innych składników naszej kuchni? Wiosna w pełni, a sezon na owoce i warzywa właśnie się zaczyna. W sklepach i na bazarach można już dostać tegoroczne truskawki, młode ogórki i ziemniaki. Warto wiedzieć, jak ważną rolę w naszej codziennej diecie odgrywają te kolorowe rośliny i co pozytywnego dzięki nim możemy zdziałać dla naszego organizmu. Przyjrzyjmy się kilku podstawowym, sezonowym owocom.

Fot.  http://www.banzaj.pl/pictures/lifestyle/fitness_sport/jedzenie/owoce.jpg
Fot. http://www.banzaj.pl/pictures/lifestyle/fitness_sport/jedzenie/owoce.jpg

TRUSKAWKI – są nie tylko pyszne w smaku i pięknie pachną, ale też mają działanie odtruwające nasz organizm. To przede wszystkim źródło witaminy C, witaminy A oraz witamin z grupy B. Oprócz wachlarzu witamin posiadają inne bardzo cenne składniki i minerały, takie jak żelazo, potas, magnez, czy wapń. Truskawki wspomagają funkcjonowanie nerek, ponieważ działają moczopędnie oraz pomagają redukować i trawić tłuszcz, co przyda nam się na nadchodzące wakacyjne dni spędzone na plaży. Gdy mamy zły nastrój, sięgnijmy po truskawki. Poprawa humoru gwarantowana!

WIŚNIE – chronią nas przed chorobami układu krążenia, zawierają cenne minerały, np. jod, wapń, błonnik. Bardzo korzystanie wpływają na naszą skórę. Dzięki swoim składnikom i właściwością chronią nasz organizm przed powstawaniem komórek nowotworowych. Zalecane dla niejadków -poprawiają apetyt, osobom cierpiącym na reumatyzm – polecam dodać kilka kropel soku do kąpieli, a w przypadku zapalenia spojówek – trzeba przemyć delikatnie oczy naparem z tych magicznych owoców. Ważne jest, by starannie wydłubywać pestki, kiedy przygotowywujemy przetwory z tych owoców. Są bowiem one trujące.

MALINY – nie od dziś wiadomo, że maliny pomagają przy przeziębieniach. Sprawiają szybsze przyswajanie przez nas żelaza, zawierają w sobie mnóstwo witaminy C. Herbata malinowa pita w ostatnim trymestrze ciąży złagodzi bóle porodowe, a owoce jedzone na świeżo pomogą nam oczyścić się z toksyn, zwalczą niestrawność. Polecane są również kobietom, które planują w najbliższym czasie zostać mamami.

BRZOSKWINIE – te duże i soczyste owoce obfitują w beta-karoten, który poprawia wygląd naszej skóry. Są bardzo lekkostrawne, więc możemy się delektować ich smakiem, póki są w zasięgu naszej ręki. Walczą z trującymi toksynami naszego organizmu i pomagają nam się z nich oczyścić. Brzoskwinie zawierają mnóstwo mikroelementów i witamin, które są niezbędne w każdej diecie, w szczególności w diecie wegetarian i rekonwalescentów.

GRUSZKI – są to owoce dosyć kaloryczne, ale za to obniżają ciśnienie krwi. Gruszki pobudzają trawienie, są także moczopędne, więc diety osób cierpiących na kamienicę nerkową, bądź mających problemy z zapaleniem dróg moczowych powinny obfitować w te owoce. Nie zaleca się spożywania gruszek osobom, które mają problemy z niestrawnością, ponieważ małe ziarenka, które zawiera gruszka mogą drażnić błonę śluzową naszych jelit oraz powodować wzdęcia. Po te owoce mogą sięgać osoby, które nie odchudzają się i nie liczą kalorii, gdyż są one wysokokaloryczne.

ŚLIWKI – poprawiają humor, polecane są osobom zestresowanym, gdyż pomagają ukoić nerwy. Jednak nadmierna ilość zjedzenia tych owoców może powodować biegunki, więc trzeba powoli delektować się ich smakiem. Śliwki w diecie kobiety powinny zajmować dosyć wysokie miejsce, ponieważ ich składniki pozwalają na zachowanie młodości i jędrnej skóry. Systematycznie jedzone znacznie opóźniają proces starzenia się. Zapobiegają chorobom serca.

Warto jeść sezonowe owoce, bo znikają szybciej, niż się pojawiają. Korzystajmy więc z uroków wiosny i delektujmy się nimi. Pokrojone truskawki i maliny dodajmy do musli, na drugie śniadanie weźmy brzoskwinie, a na deser zróbmy małą sałatkę owocową. Pamiętajmy, że dziennie powinniśmy zjeść dwa duże owoce, a w przypadku tych mniejszych równowartość dwóch szklanek pełnych owoców, ale nie przesadzajmy z objadaniem się nimi – zawierają one dużo cukru, który w przesadnych ilościach nie wpływa dobrze na nasz organizm.

Katarzyna MICHALSKA

KOCHAMY NASZE MAMY!

Za co je kochamy? Czy potrafimy robić to przez cały rok?

Fot. Paulina Zych.
Fot. Paulina Zych.

Mama – kobieta pełna empatii, zatroskana, oddana. Kocha swoje dziecko miłością czystą i bezgraniczną, a dziecko? Czy ono też potrafi tak kochać? Z tą miłością bywa różnie.
Wszystko zaczyna się w momencie, gdy dziecko przychodzi na świat. Mama wstaje do maleństwa, zarywa nocki, a w ciągu dnia patrzy na swoją pociechę podkrążonymi oczami. W tym okresie najważniejsza jest bliskość mamy z dzieckiem. Słowo „tata” przychodzi nieco później. Ta mała istotka zmienia pusty dom w radość i wesołe miasteczko. Porozrzucane zabawki, pieluszki, śmiech i stukot poobijanego chodaka, to synonimy macierzyństwa, które z czasem zamienia się w obowiązek i odpowiedzialność.
Bardzo często pociechy w okresie dojrzewania dają się we znaki swoim rodzicom. To czas buntu i słowa „nie”, które obejmuje każdą prośbę, nawet błahą, dotyczącą wyniesienia śmieci lub wyprowadzenia psa na dłuższy spacer. Mimo wszystko, mama zawsze wybacza, chroni swoje dziecko, często też przed odpowiedzialnością za występki. Czy jednak ta nadmierna miłość nie jest szkodliwa? Przekraczamy ramy dobrego wychowania, gdy uczymy dziecko kłamać w obecności jego mentora. Komu z nas nie udało się namówić rodziców, by pozwolili nam nie pójść do szkoły? Co wtedy napisać dziecku w usprawiedliwieniu? „Córka była chora..” a może „Córka miała wizytę u okulisty…”? Niby niewinne kłamstwo, a motywuje dziecko do kolejnego, bardziej wyrachowanego kłamstwa, czasem nawet do fałszowania podpisu pod kolejnymi nieobecnościami, o których rodzice dowiedzą się dopiero na wywiadówce. A co potem? Co w dorosłym życiu? Jak dorosła już osoba „wymiga” się w pracy od obowiązków? Nie napisze sama sobie zwolnienia, będzie prosić o to znajomych lekarzy.
Jak zatem odróżnić miłość od nadgorliwości? Przede wszystkim budować fundament dobrego rozwoju na uczciwości i ponoszeniu odpowiedzialności za swoje czyny. Jeśli w szkole udowodnią, iż twoje dziecko narozrabiało, nie kłóć się z nauczycielami, przyjmij z pokorą uwagi. Kochaj dziecko nadal, ale wspieraj je w tym, by więcej nie popełniało tych samych błędów.
Te wszystkie wzloty i upadki w okresie dojrzewania wzmacniają więź między mamą a dzieckiem. Po latach ten mały brzdąc przyjdzie z bukietem róż w Dniu Matki, by powiedzieć, że kocha i dziękuje za wspaniałe wartości, które pozwalają mu założyć własną rodzinę.
Dzieci kodują zachowania swoich rodziców. Z pokolenia na pokolenie przenoszą do swoich rodzin pewne normy czy zasady. Dobrze zatem, aby wynieśli to, co najważniejsze: miłość do najważniejszej kobiety życia, szacunek wobec najbliższych i świadomość odpowiedzialności za czyny.
Jak to się ma do miłości? Nasze mamy kochać powinniśmy przez cały rok, bez względu na wszystko i wszystkich. To one chroniły nas przez całe życie i nawet jeśli wydawało się nam, że nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka, tak wcale nie było. Dzień Matki, jest tylko takim szczególnym dniem, w którym należy zwolnić i poświęcić więcej czasu najważniejszej kobiecie, której wiele zawdzięczamy. Dziś mamy prawo popaść w refleksję, przypomnieć sobie, jak smakuje sernik naszej ukochanej mamy i ile wysiłku włożyła w to, by wychować nas na porządnych ludzi, bo przecież „najlepsze u mamy jest to, że ją mamy, a mama ma właśnie nas”.

Ze szczególną dedykacją dla mojej mamy Danuty Zych, którą bardzo kocham, nie tylko za poprawność językową!

Paulina ZYCH

SZPONY CODZIENNOŚCI

Od dłuższego czasu słupek rtęci w naszych termometrach nie spada poniżej 25°C w ciągu dnia. Można by powiedzieć istny raj dla urlopowiczów. Jedyne co teraz przychodzi do głowy, to porzucić wszystkie swoje dotychczasowe obowiązki, niedokończone zadania, pracę…

Fot. pochodzi z http://naamah69.w.interia.pl/blog/szpony.jpg
Fot. pochodzi z http://naamah69.w.interia.pl/blog/szpony.jpg

Chciałoby się ot tak, po prostu rzucić się w wakacyjny wir zabawy. Beztrosko, nie myśląc o niczym i o wszystkim zarazem. Zwyczajnie zawołać och, gdzie jesteś wolności moja? Czy nie rozumiesz, że teraz właśnie Cię potrzebuję?

Za chwilę jednak, z szybkością geparda dopada nas refleksja. Nie…Przecież nie mogę…Za dużo jest do stracenia…Przecież muszę zrobić to, tamto.. i jeszcze tamto i jeszcze inne. I tak oto mija kolejnych kilka dni. Uwikłani w długich, ostrych jak brzytwa szponach snobistycznego świata. Jesteśmy jak ziarenko kukurydzy, wtłoczeni pomiędzy innych, takich jak my. Prażymy się w mikrofali, imitującej otaczającą nas rzeczywistością. Temperatura rośnie, 30, 40, 50 stopni. To już za chwilę, już za moment, nie wytrzymam, pękać zaczynam…

I nagle cios… Coś wyrywa mnie z tego potrzasku. To telefon. Dzwoni kumpel, dzwonią znajomi. Za chwilę wyjdę, przewietrzę się. Trochę odżyję… Nieważne, że jutro muszę iść do pracy, nieważne że jutro wstaję na 8 rano na uczelnię. Przecież życie jest tylko jedno. Trzeba umieć, i przede wszystkim chcieć, z niego korzystać.

Przecież nie można życia brać zbyt poważnie, bo w końcu okaże się, że nim się obejrzymy, życie bezczelnie przecieknie nam przez palce.

Póki co, prognozy na najbliższe dni nie zwiastują drastycznego pogorszenia pogody, dlatego motywujcie przyjaciół, kolegów, organizujcie się na facebooku, twitterze i innych portalach. Pamiętajmy, że każdy zmarnowany dzień, to jeden dzień mniej!

Na koniec, na podbudowanie samopoczucia, zespół Golden Life i piosenka „Oprócz błękitnego nieba”

http://www.youtube.com/watch?v=uCmjyt7ZmWc

Rafał PAKUŁA