DODA BOGU NIE DODA

Wśród wielu zadań mediów w ogóle, w tym prasy w szczególności, jest wpływanie na opinię odbiorców. Opiniotwórczość to nic innego jak prowokowanie ludzi do wyrabiania sobie zdania  na zadany temat przy użyciu starożytnego mechanizmu zwanego myśleniem.

Właśnie do tego na przestrzeni ostatniego tygodnia zmusiły mnie szanujące się i szanowane polskie tytułu prasowe. A zmusiły mnie zajmując się tematem gwiazdki polskiego show-biznesu, która może i ma prawo nosić koszulki z nadrukami Mensy, ale taktu i pomyślunku pozbawiona jest na wieki wieków, amen.

Pan Ryszard Nowak, szef Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami, niesłusznie złożył w Generalnej Prokuraturze zawiadomienie o obrazie uczuć religijnych Polaków. Siląc się na pełne treść i niosące jakże konstruktywną krytykę słowa o „naprutych winem i palących zioła autorach Pisma Świętego” Dorota Robaczewska, znana wszystkim jako Doda, nie obraziła bowiem niczyich uczuć religijnych. Zwyczajnie wykazała się najpospolitszą w świecie głupotą. (Niestety o głupocie nie można złożyć doniesienia, bo żadna instancja nie zajmuje się wykroczeniami w tej materii. A szkoda. Byłaby to intratna instytucja). Zanim ktoś  zarzuci mi obrazę majestatu pani Robaczewskiej, spieszę wyjaśnić moje stanowisko.

Dorota Rabczewska/http://polki.pl/uroda_styl_gwiazd_artykul,10012230.html/Fot. Mateusz Stankiewicz / AF PHOTO
Dorota Rabczewska/http://polki.pl/uroda_styl_gwiazd_artykul,10012230.html/Fot. Mateusz Stankiewicz / AF PHOTO

Po pierwsze i najważniejsze, według doktryny chrześcijańskiej autorami Pisma Świętego są ludzie do spółki z Duchem Świętym. Pani Robaczewska, deklarując wiarę w Stwórcę Nieba i Ziemi oraz przynależność do społeczności katolickiej, musi zatem mieć świadomość, że ów Duch Święty stoi na równi ze Stwórcą, a więc Bogiem Ojcem.  W skrócie autorami Biblii są: człowiek i Bóg. Choćby się pani Robaczewska bardzo starała, temu ostatniemu swoim czczym gadaniem nie jest w stanie niczego ująć, ani tym bardziej niczego dodać. Doda szargająca reputację Absolutu – też coś. Poza tym każda religia w kwestii bluźnierstwa (bo tego właśnie z punktu widzenia religii dopuściła się pani Robaczewska) sama rozdaje kary i potępieńcze razy.

To jedna strona medalu. Druga jest taka, że nie trzeba być wyznawcą religii Księgi (islamu, chrześcijaństwa, czy judaizmu) aby, znać wartość świętych ksiąg (Biblii, Tory, Koranu). W oderwaniu od kontekstu religijnego są to dzieła cenne kulturowo i historycznie. Są doskonałymi utworami literackimi i źródłem wiedzy. Kto dogłębnie poznał historię Pisma Świętego, kto umie je szczegółowo zinterpretować na poziomie symbolicznym, kulturowym i konstrukcyjnym, przed tym czapki z głów. Ja znam niewielu takich ekspertów. Pani Doda zna jednego – siebie. A jednak idę o zakład, że gdyby ją i Nergala umiejscowić na planie popularnego niegdyś teleturnieju i kazać odpowiedzieć na pytanie „Co to jest Pięcioksiąg Mojżeszowy?”, to właśnie Doda okazałby się najsłabszym ogniwem.

Mówi się, że społeczeństwo informacyjne (którego Doda jest stety-niestety, elementem) wyróżnia wysoki poziom skolaryzacji. Podstawowa wiedza z dziedziny „religioznawstwo” nie jest jednak udziałem pani Robaczewskiej. Widać gwiazda polskiego show-biznesu musiała mieć niedoinformowaną katechetkę, uciekać z lekcji religii albo na chwilę zamienić się z kimś na rozumy. Roztrząsanie jej kolosalnie absurdalnych poglądów na glinianych nóżkach artystowskiego buntu nie jest obrazą uczuć religijnych. Po prostu ubliża zwykłej ludzkiej inteligencji.

Na wypadek, gdyby za tydzień okazało się, że Doda wyznaje buddyzm, informuję, że tam też są księgi, które można spróbować zbrukać.

Paulina REZMER

(NIE)PEŁNOSPRAWNY SYSTEM PRAW

Niepełnosprawność . Prawo do czego? Do niczego!

Rodzice dzieci niepełnosprawnych, pozornie pogodzeni z chorobą dziecka, tak naprawdę nigdy jej nie akceptują. Mijają lata, mały Jaś staje się Janem, Niepełnosprawnym Janem, a jego rodzice nadal zadają sobie setki pytań, na które wciąż nie znajdują odpowiedzi. Przyczyn chorób, które powodują niepełnosprawność jest tak wiele,że właściwie trzeba nad nimi przejść do porządku dziennego, bo nadmiar rozmyślań jeszcze pogarsza sytuację.

Co zatem zrobić, żeby przestać się zadręczać i żyć w miarę normalnie? Metod zapewne jest wiele, każdy musi wybrać tę, która go najbardziej wycisza i daje uczucie spokoju. Niektórzy rodzice zrzeszają się tworząc koła, organizacje, stowarzyszenia, związki… Kontakt z ludźmi chorymi, z rodzicami dzieci niepełnosprawnych powoduje,że nie czują się izolowani, są z innymi w swym nieszczęściu, takimi samymi, lub nawet w nieco lepszej niż oni sytuacji. Widok kilkudziesięciu ludzi na wózkach inwalidzkich, chorych psychicznie, uszkodzonych okołoporodowo, z przeróżnymi defektami nie deprymuje, wprost przeciwnie, powoduje,że wszyscy czują się swojsko, nikt nikogo nie obserwuje, nikt nikomu nie współczuje. Bywa,że relaksem jest wyjazd na wczasy rehabilitacyjne – tu podobna sytuacja- można porozmawiać, rozmówca nas rozumie, bo też jest rodzicem chorego od urodzenia dziecka, bądź jego dziecko zostało kaleką w wyniku wypadku. Z wczasami jednak nie taka prosta i łatwa sprawa. Według przepisów Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych ma obowiązek dofinansowywać raz w roku wyjazd osoby niepełnosprawnej wraz z opiekunem na wczasy rehabilitacyjne, ale od kilku już lat jest to wyłącznie martwy przepis. Przyczyna? Brak pieniędzy. Odbiera się najsłabszym członkom społeczeństwa jedyną przyjemność, bo w budżecie nie gwarantuje się wystarczającej kwoty na te cele. Skandal? Czy nie za delikatne określenie? Na zatrudnienie całej rzeszy urzędników reprezentujących Fundusz pieniądze są , na wczasy rehabilitacyjne nie ma .Parlamentarzyści twierdzą ( Pan W. Pahl),że władze najwyższe dbają o niepełnosprawnych , bo w Sejmie… są podjazdy dla wózków, a posłem jest inwalida poruszający się właśnie na wózku. Zapomina się jednak,że osoby chore umysłowo i psychicznie nie mają swego reprezentanta w Sejmie i Senacie, a poruszający się nie o własnych siłach parlamentarzysta, mający zdrowy umysł i psychikę, nie rozumie tych , którzy mają zdrowe nogi, ale szwankuje im głowa.. Jak bardzo przedstawiciele społeczeństwa w Parlamencie dbają o ludzi chorych świadczy fakt, że zasiłek pielęgnacyjny nadal wynosi 153 zł, a renta socjalna jest w dalszym ciągu żenująco mała i nie przekracza 600 zł. Rewaloryzuje się ją corocznie o +- 20 zł, każąc jeszcze w zamian płacić podopiecznym za pobyt w dziennych domach opieki różnego rodzaju( podlegają pod OPS) . Jak widać Państwo nie rozpieszcza ludzi chorych – niepełnosprawnych, którzy sami nie upomną się o swoje prawa, bo nie potrafią , to właśnie im zabiera się pieniądze, bo przecież nie zareagują. Komu się odbiera? Najbiedniejszym. Niedawno dyskutowano o tym, by matka opiekująca się w domu chorym od urodzenia dzieckiem, miała ten czas opieki wliczony w emeryturę. Dyskutowano. Już się nie dyskutuje. Temat ucichł. A póki co niepełnosprawny jest wciąż na garnuszku swoich rodziców lub rodziny, odbiera mu się nawet prawo do bycia finansowo samodzielnym. Co na to Unia Europejska, jakoś nie słychać, by któryś z europosłów dopominał się o takie same prawa naszych niepełnosprawnych, jakie mają niepełnosprawni urodzeni w państwach unijnych ( poza Polską).

Danuta ZYCH

MIŁOŚĆ OD ŚWIĘTA?

Czerwone serduszka na wystawach sklepowych, słodkie misie z napisem „Kocham Cię” w różnych językach, kolorowe kartki z najróżniejszymi wyznaniami miłosnymi, których człowiek nie ma odwagi powiedzieć na głos osobie, na której mu zależy. Tak, Walentynki – 14 lutego – święto przez jednych uwielbiane i wyczekiwane, a przez drugich znienawidzone.

Walentynki 201214 lutego to Święto Zakochanych, potocznie zwane Walentynkami. W tym dniu zakochani mówią sobie, jak bardzo są dla siebie ważni i jak bardzo się kochają, nieśmiali wyznają miłość osobie, do której coś czują. To dzień szczęścia, nadziei, miłości, szansy na lepsze jutro – być może spędzone z osobą, którą kochamy. Czy rzeczywiście? Jak Polacy, a szczególnie młodzi ludzie, spędzają to święto?

Święto Zakochanych bardzo często jest obchodzone w polskich szkołach – począwszy od podstawówki a na liceum skończywszy. Już tydzień albo nawet dwa tygodnie przed samym dniem 14 lutego na korytarzach bądź też w klasach pojawiają się wielkie, najczęściej czerwone skrzynie z sercem i napisem: „Poczta walentynkowa”, do których młodzież może wrzucać wszelkiego rodzaju kartki z wyznaniami miłosnymi. Dla zakochanych osób, które są w związkach jest to w pewien sposób szansa na to, aby zrobić miłą niespodziankę ukochanej osobie, a dla nieśmiałych… Szansa na to, aby wreszcie ukazać swoje uczucia – choćby anonimowo. Cóż dzieje się dalej? 14 lutego osoby organizujące „pocztę walentynkową” otwierają skrzynie, wyjmując z niej stosy kopert z imionami i klasami osób, do których kartki są kierowane, a następnie, bawiąc się w listonoszy, roznoszą kartki, składając je w ręce odpowiednich osób. Jednak czy rzeczywiście jest tak, że z poczty korzystają nieśmiali? Czy kartki, które „lądują” na dnie pudła rzeczywiście są wrzucane przez ludzi, którzy chcą okazać swoje uczucie, miłość do drugiej osoby? Niestety, jest to w większości wysyłanie kartek swoim koleżankom, kolegom czy po prostu zwykłe, i czasami śmieszne – to trzeba przyznać – żarty. Święto Zakochanych zatem nie ma nic wspólnego z miłością?

Trzeba spojrzeć na to z drugiej strony – czy tego dnia na dworze nie widzimy jakby więcej par? Czy nie dostrzegamy dziewczyn i chłopaków niosących pakunki w ręku? Czy nie widzimy tego tłoku w kinach, kawiarniach, teatrach czy restauracjach? Buziaki, wręczanie prezentów, czułe słówka i trzymanie się za rączki – to znak rozpoznawczy Święta Miłości. Wszystko uroczo wygląda, składa się w całość, dzień wydaje się piękny (przynajmniej dla samych zainteresowanych, bo wśród singli zawsze znajdzie się grupa – często dość spora – która będzie narzekać na „przesłodzony zapach miłości, jaki zdaje się czuć w zimowym powietrzu”). Jednak patrząc na wszystkie zakochane pary i tych, którzy dzięki Walentynkom rozpoczynają swoją przygodę razem – zastanawiam się często – na ile to wszystko jest prawdziwe, rzeczywiste i niezakłamane. Czy po skończonym dniu cała podniosłość chwili ulatuje? Czy ludzie przestają patrzeć na siebie z miłością, czule się traktować?

Miłość to najpiękniejsze, najsilniejsze i jednocześnie bardzo kruche i ulotne uczucie, jakim człowiek może obdarzyć drugiego człowieka. Ona jest wpisana bardzo mocno w dzień świętego Walentego – wtedy dziękujemy drugiej osobie za to, że jest – mówimy, jak bardzo ją kochamy, czy w ogóle nabieramy odwagi, aby powiedzieć o swoich uczuciach, ale czy tak nie powinno być na co dzień? Każdego dnia powinniśmy mówić o naszych uczuciach, okazywać je komuś, kogo kochamy, aby nigdy o tym nie zapomniał. Każdego dnia powinniśmy dziękować sobie nawzajem – niekoniecznie poprzez utartą formułkę „Dziękuję, że jesteś”, ale chociażby przez swoje zachowanie. To ważne, aby nie zapominać o miłości, najważniejszym i najistotniejszym uczuciu w życiu człowieka.

Walentynki są świętem miłości – to pewne. To dzień, w którym szczególnie możemy okazać sobie miłość. 14 lutego pozwala nam rzucić wszystko, zatrzymać się na chwilę, przypomnieć o tym, co tak naprawdę jest dla nas ważne i czego w życiu szukamy, aby być szczęśliwym, i po prostu powiedzieć proste dwa słowa: „Kocham cię”. Musimy jednak pamiętać, że miłość musi trwać każdego dnia, aby związek stał się silny i trwały, aby się scalił i mógł stawić czoła trudnościom. 14 lutego jest jedynie symboliczną datą, bo kochać powinniśmy każdego dnia, w każdej chwili i z całego serca.

Katarzyna PÓŁTORACZYK

POLAK POTRZEBNY OD ZARAZ

Robert Lewandowski.Mam przed oczami nieco rozmyty obraz transferu owiniętego w wielki materiał nadziei.  Do tego niestrawnego dania dorzucam również tradycyjne medialne pompowanie i wszechobecnie wyczuwalny społeczny entuzjazm.  Należy dodać jedynie szczyptę zbyt dużej pewności siebie polskiej„gwiazdy” , która w brutalnym zderzeniu z zachodnio-europejską rzeczywistością przechodzi transformację w „szaraka” Bundesligi/Serie A/Ligue 1/Premiership (niepotrzebne skreślić). Bigos gotowy.

Trudno powiedzieć, którego składnika użyto w nadmiarze. Jednak z czasem te same zachwalające zawodnika media uświadamiają sobie: „A może faktycznie odrobinę za mocno dmuchaliśmy w ten balon?” Ale mleko już rozlane, yyy…tzn. bigos.
Jeszcze raz zerknąłem na tytuł i zastanawiam się po raz kolejny, jaki jest jego związek z treścią. Czyżby ironia? Absolutnie nie, już wracam do treści właściwej. Chciałem tylko przypomnieć, jak bardzo in plus zmieniła się sytuacja młodych Polaków, którzy marzą o silnej europejskiej lidze (Polska Ekstraklaso wybacz, takową jeszcze nie jesteś). Mimo, że minęło kilka ładnych lat od nieudanych wojaży Sebastiana Mili (Austria Wiedeń, Valerenga Oslo), Łukasza Madeja (Academica de Coimbra), Rafała Grzelaka (Boavista Porto), Radosława Matusiaka (Palermo. Heerenveen), Tomasza Frankowskiego (Elche, Wolverhampton), Przemysława Kaźmierczaka (FC Porto), Jakuba Wawrzyniaka (Panathinaikos), Andrzeja Niedzielana (NEC Nijmegen).  Czego im zabrakło? Umiejętności? Z pewnością nie.  Trafiali do dobrych klubów, które nie biorą pierwszego lepszego zawodnika z ulicy, który potrafi w miarę prosto kopnąć piłkę. No więc ponawiam pytanie: czego im zabrakło?
Pewnie dużą rolę odgrywała sfera psychologiczna zawodnika, który wyjeżdżał z kraju z łatką gwiazdy, a po przekroczeniu polskiej granicy wtapiał się  w tłum, by po kilku meczach na dobre przykuć się do ławki rezerwowych i z niej nie schodzić. Pieniądze były na czas, warunki do trenowania idealne, miejsce do życia wymarzone, z dala od polskiego bagienka. Nic tylko siedzieć na ławce i nie przemęczać się na treningach. Później scenariusz jeden: powrót do ojczyzny.
Polscy zawodnicy nie byli przygotowani do harówki, która w połączeniu z wylanym potem odbierała chęć do życia. „Przecież w Polsce trochę pobiegaliśmy, trochę postrzelaliśmy, trochę poudawaliśmy na siłowni jak trener nie widział” – tak mogliby rzec wymienieni przeze mnie zawodnicy.
To co takiego się stało, że takie tłumaczenie przestało być popularne? Zmiana mentalności. Robert Lewandowski (na zdjęciu) do pewnego momentu również nie był kluczowym zawodnikiem Borussii Dortmund. Jednak ciężką pracą, ambicją pokazał wszystkim młodym zawodnikom, że Polak potrafi. „Lewy” uczył się grać w piłkę jak każdy chłopak z polskiego osiedla/podwórka. Chodził grać na te same boiska, po których biegali jego koledzy. Jednak to jemu udało się dostać przepustkę do lepszego piłkarskiego świata, innym – nie.
Robert Lewandowski to tylko jeden z przykładów zmiany opinii o naszych rodakach. Są inni: Wojciech Szczęsny, Łukasz Piszczek, Jakub Błaszczykowski, Sławomir Peszko, Adrian Mierzejewski, Dariusz Dudka, Ireneusz Jeleń, Łukasz Fabiański. Jednak to nie wymienieni dżentelmeni skłonili mnie do stworzenia tego tekstu, ale 19-letni chłopak z 1-ligowej Polonii Bytom, o którym zaczęło być głośno po transferze do niemieckiego Kaiserslautern. Nikomu nieznany Jakub Świerczok przebojem wdarł się do pierwszego składu swojej nowej drużyny (wczoraj 74 minuty przeciwko Augsburgowi).
Duża w tym zasługa Lewandowskiego, który pokazał mu swoimi świetnymi meczami, że Bundesliga nie jest taka straszna jak ją malują. Może właśnie tego impulsu w postaci jednego wyróżniającego się zawodnika zabrakło Mili, Madejowi, Grzelakowi i innym. A może polskie kluby zaczęły wreszcie korzystać z metod treningowych zaczerpniętych od lepszych. Skoro nie mamy swojego systemu szkolenia, to lepiej brać pełnymi garściami od innych.
Przykład Tomasza Hajty (byłego zawodnika kilku niemieckich klubów) pokazuje, że być może idziemy w dobrym kierunku. Nowy trener Jagiellonii zapowiedział, że będzie wykorzystywał wiele pomysłów, które podpatrzył u niemieckich szkoleniowców, którzy go trenowali.  Swego czasu, to Grecy uczyli się piłki od nas (Kazimierz Górski, Jacek Gmoch), a teraz my będziemy przejmowali wzorce od Niemców, żeby nasi młodzi zawodnicy nie doznawali szoku po przeprowadzce do naszego zachodniego sąsiada.
Kolejny aspekt zainteresowania Polakami, to z pewnością pieniądze. Przykład dosłownie z wczoraj. Z Legii Warszawa do wspomnianego Kaiserslautern przeszedł kolejny Polak – Ariel Borysiuk. 20-letni defensywny pomocnik, który od 4 lat ma pewne miejsce w składzie, przechodzi do średniaka z Bundesligi za zaledwie 2 miliony euro. Może potrafimy już opakować towar przed wysłaniem na Zachód, ale musimy go sprzedać za adekwatną do jego wartości cenę. Nie bójmy się negocjować! Legia Warszawa i jej zawodnicy są znani w Europie. Jeśli nie Kaiserslautern, to z pewnością zgłoszą się kolejni. Potrzeba cierpliwości, żeby dobrze zarobić na sprzedanym towarze.

Krzysztof NALEPA

(Fot. http://berita.bursabandar.com/wp-content/uploads/2012/01/Robert-Lewandowski-200×300.jpg)

 

Wątpliwości związane z ACTA

ACTA to porozumienie zawarte między takimi krajami jak Australia, Kanada, Japonia, Korea Południowa, Meksyk, Maroko, Nowa Zelandia, Singapur, Szwajcaria i USA, które można rozumieć jako „porozumienie przeciw obrotowi podróbkami”, a także jako ochronę własności intelektualnej. Wkrótce do porozumienia ma przyłączyć się UE.

Fot. http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/acta-podpisana-rzad-tuska-okama-polakow_224180.html
Fot. http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/acta-podpisana-rzad-tuska-okama-polakow_224180.html

ACTA niewątpliwie sprzyja zachowaniu praw autorskich w takim wymiarze, w jakim funkcjonują one obecnie. W myśl polskiego prawa przykładowy twórca  utworu muzycznego może uważać go za swoją własność przez całe swoje życie, ponadto owe prawo autorskie obowiązuje jeszcze 70 lat po śmierci artysty; w tym wypadku dochody z danego utworu czerpią, oczywiście, jego spadkobiercy.

Niesamowicie długo. Można zadać pytanie: czy prawom autorskim nie przysługuje zbyt długi czas? Takie pytanie jest tym bardziej zasadne, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że własność intelektualna stanowi dosyć specyficzną wartość (nie żebym zaniżał wartość sztuki czy literatury), trudno bowiem w istocie mówić o tym, że autor piosenki posiada ją na własność tak, jak mógłby posiadać na własność, np. mieszkanie. I być może właśnie na tym polega piękno muzyki, że wraz z wejściem w obieg jakiegoś dzieła, zaczyna ono dotyczyć społeczeństwa, może mieć ono wpływ na życie kulturalne ludzi. Podobnie jest, zresztą, z wynalazkami.

Taki rozwój kulturalny jest możliwy na dużą skale, o ile skróci się czas obowiązywania praw autorskich. Tymczasem ma miejsce odwrotna sytuacja: poprzez obowiązujące prawo w tej chwili tworzy się pewną grupę sytych artystów- głównie z branży muzycznej i aktorskiej- którzy żyją dostatnie i tylko z oburzeniem reagują na wszelkie próby zniesienia obowiązującego systemu. Systemu, który się nie sprawdza.

Pomyślmy logicznie. Prawa autorskie obowiązują przez całe życie autora, również 70 lat po jego śmierci. W takiej sytuacji ludzie, którzy nie chcą zdecydować się na zakup, powiedzmy, płyty cd artysty, nie mają możliwości doczekania czasu, w którym będzie można wysłuchać jej legalnie. Powoduje to taką sytuację, że muzyka jest nagminnie ściągana z internetu, a to już jest przestępstwo. Bo o ile ściąganie muzyki na własny jedynie użytek jest legalne- chociaż ta sprawa też jest różnie interpretowana w prawie- o tyle rozprowadzanie jej na dużą skalę już nie. A przecież programy, umożliwiające pozyskiwanie utworów muzycznych, najczęściej działają na takiej zasadzie, że samo ściąganie utworu przez użytkownika internetu powoduje, iż on sam staje się osobą rozpowszechniającą muzykę. Tym samym staje się on piratem.

Gdyby jednak zmniejszono czas obowiązywania praw autorskich, to zapewne kradzieży w sieci byłoby znacznie mniej. Na pewno znalazłaby się znaczna liczba użytkowników, którzy, o ile nie zdecydowaliby się na zakup dzieła artysty, przynajmniej poczekaliby te 7, 10 lat ( przy założeniu, że tyle mniej więcej trwałyby prawa autorskie), i dopiero po tym czasie upowszechniali jego dzieło.

Jeśli jednak taki argument wyda się komuś zbyt idealistyczny, to można powołać się na inny: niemożności walki z piractwem. Przesadnie długi czas istnienia praw autorskich powoduje, że niemal wszystkie współczesne dzieła, które użytkownik pozyskuje z internetu, nie płacąc za to, pozyskuje w sposób nielegalny. Nie trudno sobie wyobrazić, jak wiele osób tak czyni. Tym samym walka z piractwem jest niemożliwa, prawo staje się niewykonalne z powodu zbyt dużej liczby dzieł, które należy chronić. Gdyby natomiast prawa autorskie obowiązywały znacznie krócej, możliwość wykrycia kradzieży byłaby znacznie większa z racji mniejszej ilości spraw.

Prawa autorskie jak najbardziej powinny istnieć, poszanowanie własności jest przecież przejawem funkcjonowania cywilizowanych społeczeństw. Ale nie powinny one być tak rozłożone w czasie, jak to jest obecnie.

Każda jednostka żyje w społeczeństwie i posiada wobec niego pewne zobowiązania. Niewątpliwie artyści posiadają zobowiązania natury kulturalnej. Mogą być one zrealizowane, o ile wprowadzi się pewne zmiany.

Artyści zdają sobie sprawę z tego, że obowiązujące prawo nie szczególnie ich chroni. Ale zamiast postulować skrócenie czasu trwania praw autorskich, co niektórzy opowiadają się za porozumieniem ACTA, które teoretycznie niesie zagrożenie łatwej inwigilacji obywateli przez władze. Wśród popierających ACTA znalazło się Stowarzyszenie Filmowców czy Związek Kompozytorów Polskich.

Właśnie  możliwość inwigilacji poprzez internet budzi największe kontrowersje. W dyskursie publicznym pojawiali się prawnicy, którzy krytycznie odnosili się do tego zarzutu. Według nich artykuły ACTA nie wnoszą właściwie niczego nowego do polskiego prawa. Ale w związku z takim twierdzeniem nasuwa się logiczna wątpliwość: jeśli artykuły ACTA niczego nie zmieniają w polskim prawie, to jaka jest potrzeba podpisywania porozumienia ACTA? Czy nasze prawo nie jest wystarczające do walki z piractwem w sieci?

Być może więc w ACTA zakłada jednak pewne ogólniki, które można dosyć dowolnie interpretować, co wcale nie musi przynieść korzyść użytkownikom internetu?

Oczywiście, nie wiemy, jak to wszystko będzie wyglądać w praktyce, o ile ACTA wejdzie w życie, możliwe nawet, że ta sprawa to taka wielka zmyłka ze strony rządu, który poprzez swoje działanie pragnie odwrócił uwagę od spraw służby zdrowia i wielu innych problemów. Jednak ACTA budzi słuszne podejrzenia, kontrowersje. A największe chyba oburzenie wiąże się z tym, że rząd nie sprowadził żadnych konsultacji społecznych w sprawie tego porozumienia.

Krzysztof OLSZEWSKI 

(Fot. pochodzi z http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/acta-podpisana-rzad-tuska-okama-polakow_224180.html Fot. Piotr Piwowarski)

New York, New York

O tym mieście pisano już książki, piosenki; występowało w wielu filmach,w niektórych było wręcz jednym z głównych bohaterów. Nowy Jork- miasto, o którym z całą pewnością można powiedzieć jedno- budzi emocje.

Statua Wolności/ Fot. P&TPewnego dnia razem z bratem i koleżanką stwierdziliśmy zgodnie, że jesteśmy w orwellowskim kraju. Już wcześniej były tego pojedyńcze przejawy, ale nasza wizyta na plaży przesądziła.

Pojechaliśmy na Jamaica Beach. Ponieważ jest to plaża na samiuśkim końcu Nowego Jorku, tłukliśmy się różnymi liniami metra ponad dwie godziny i wywiozło nas na obrzeża miasta. Adam polecał tę plaże ze względu na jej odludność (w zatłoczonej metropolii to naprawdę duży plus) i spore fale. Super, wreszcie dojechaliśmy. Ledwo zdążyliśmy ściągnąć ciuchy i skierować się do wody, kiedy podszedł do nas pan ratownik, żeby poinformować, że na razie nie można się kąpać, bo wszyscy ratownicy oprócz niego udali się na miejsce, w którym chyba właśnie ktoś się utopił i on został sam do pilnowania całej plaży. Spoko- facet był miły, niech mu będzie. Nie wolno się kąpać.

Idziemy więc na dalszą plażę, gdzie widziałyśmy z Anią kąpiących się ludzi. Po drodze spotykamy dwie umundurowane strażniczki. Grzecznie nas proszą, żebyśmy się nie kąpali, dokądkolwiek pójdziemy, bo dziś już dwie osoby utonęły. Taa- nigdzie nie wolno się kąpać.

Gramy w piłkę pożyczoną od miłego pana z sąsiedniego ręcznika. Podchodzi facet w kąpielówkach i radzi, żeby nie wchodzić za linki, obok których gramy (ciągle nam tam piłka wpadała i któreś z nas po nią latało; przecież widzieliśmy, że ogrodzone i nie lataliśmy tam złośliwie czy dla własnej przyjemności), bo za tymi linkami znajdują się gniazda mew, i za wchodzenie tam są wysokie grzywny. Nie wolno wchodzić za linki.

Raany! W metrze trzeba uważać na „podejrzane paczki” i zgłaszać policji, kiedy się takie zobaczy; na lotnisku ściągać buty i paski, żeby nas mogli dokładniej przeszukać. Wszystko to oczywiście dla naszego bezpieczeństwa (czego nie omieszkają dodawać zawsze po jednym z tego typu „komunikatów bezpieczeństwa”). A ja mam gdzieć bezpieczeństwo! Chcę być wolna, a nie bezpieczna! .

Mieszkając na Manhattanie przyzwyczaiłam się do używania połowy objętości płuc, ponieważ istniała obawia, że przy pełnym, głębokim wdechu we wszechobecnym smrodzie (występuje w różnych natężeniach-zależnie od pory dnia i dzielnicy) po prostu padnę.

Powietrze gęste od różnego rodzaju zapachów, niekoniecznie atrakcyjnych dla powonienia, to jeden z uroków Manhattanu. Nie sposób opisać tej charakterystycznej nuty, ale ktoś, kto był tu przynajmniej raz, od razu ją pozna- nagrzany asfalt; smród śmieci wystawianych w czarnych, ociekających podejrzanym „sokiem” workach na ulice w dni wywożenia nieczystości; zapach orzechów smażonych w cukrze na ulicznych stoiskach, konkurujący z aromatem parówek i bajgli z sąsiednich budek; specyficzny zapach metra wydobywający się spomiędzy kratek wentylacyjnych i do tego wszystkiego zapach wilgoci, wszechobecny w Nowym Jorku „humid”. Zapach nie do powtórzenia w żadnym innym miejscu.

Kolejna rzecz, tak charakterystyczna dla Wielkiego Jabłka, to Central Park, po którym w weekendy przewalają się masy nowojorczyków przez cały tydzień zamkniętych w szklanych biurach i otoczonych betonem i asfaltem; to tutaj szpanuje się modnym strojem do joggingu i rasowymi psami.

Wypadałoby podsumować Nowy Jork, ale jedyne, co mi się nasuwa, to że to nie jest miejsce dla mnie, chociaż przynajmniej raz w życiu warto tu przyjechać- ze względu na różnorodność kulturową, na tą mieszankę ludzi różnych ras, wyznań; na ten angielski z wieloma akcentami, na restauracje i sklepy z jedzeniem z całego świata; na otwartość ludzi i na to poczucie możliwości, oczekiwanie w powietrzu, bo tutaj wszystko się może przecież zdarzyć.

Aleksandra PODBIEŁŁO

II NABÓR NA STUDIA W WYŻSZEJ SZKOLE UMIEJĘTNOŚCI SPOŁECZNYCH!

Wyższa Szkoła Umiejętności Społecznych w Poznaniu zaprasza na drugi nabór na wszystkie kierunki! Nabór trwa do 27 lutego!

Zrób coś dla siebie! Zainwestuj w swoją przyszłość!

Posiadamy Studencką Rozgłośnię Radiową PanDa, internetową gazetę Twoje-Wieści oraz pracownię telewizyjną – wszystko co wiąże się z nowym mediami.

Naszych studentów kształcą najlepsi specjaliści w Polsce. Jesteśmy jedyną taką uczelnię z tradycjami. Rektorem uczelni jest specjalista w dziedzinie savoir-vivre, publicysta prasowy i telewizyjny a także autor wielu prac naukowych.

Więcej informacji na www.wsus.pl

WYGLĄD BUDUJE AUTORYTET

2.

 

Red. Marek Zaradniak i prof. Michał Iwaszkiewicz/Fot. Paulina Zych.Student powinien przyjść na egzamin elegancko ubrany. W marynarce. Czy w takim razie wykładowca może być w eleganckim golfie, w swetrze. Jeden z kolegów opowiadał niedawno, że gdy studiował i przyszedł na egzamin, będący w swetrze wykładowca widząc, że ma marynarkę szybko wyszedł i wrócił przebrany…
– Obawiam się, że ta anegdota nie do końca jest prawdziwa. Oczywiście egzamin wymaga odpowiedniego zachowania obu stron. Mówiliśmy już o tym, że student musi przyjść stosownie ubrany. Na niektórych wydziałach przestrzega się tego w sposób wyjątkowo konsekwentny. Na przykład na Wydziale Prawa. Na innych wydziałach zwłaszcza artystycznych jest dopuszczalna większa swoboda. Natomiast istotną sprawą jest przypomnienie, że egzamin to jednak spotkanie. dwóch stron. Plaga egzaminów pisemnych jest w środowisku akademickim czymś nienormalnym. Oczywiście bierze się to z ilości studentów. Prawdziwy egzamin może być tylko ustny, bo wówczas wykładowca ma rzeczywistą możliwość sprawdzenia wiedzy i kompetencji słuchacza. Osobiście prowadzę wyłącznie egzaminy ustne. Jedynie w dużych grupach jako wstępny, obowiązuje test pisemny.
Wracając do stroju. Swego czasu mówiliśmy o szacunku do samego siebie w związku z zasadą punktualności. Ta zasada narzuca też określony styl ubioru egzaminatora ?
– To prawda. Dotyczy to nie tylko egzaminu, ale i wykładów. Kiedy nie mam żadnych wykładów i spotkań przychodzę w stroju sportowym. Taki mam obyczaj, ale jeśli mam zewnętrzne spotkanie obowiązują stosowna marynarka i krawat z wszystkimi dodatkami. To samo dotyczy egzaminu. Nie wyobrażam sobie egzaminatora, który będzie przyjmował studenta ubrany w sposób zbyt nonszalancki, bądź nie zachowujący tego, co składa się na element autorytetu. Bo wygląd też buduje autorytet.

Rozmawiał: Marek ZARADNIAK

Rum, Depp i dziennikarski no(te)s

No, kto by nie chciał żyć w Ameryce lat sześćdziesiątych, kiedy można zatankować samochód do pełna za 20 $, a za trzykrotność pełnego baku wynająć przyzwoite, choć trochę egzotyczne, mieszkanie?

Fot. http://teaser-trailer.com/movie/rum-diary/Żeby dopełnić obrazu wspomnę, że za dwa dolary można mieć cztery drinki. I to właśnie one są podstawą „Dziennika zakrapianego rumem”. Przynajmniej z pozoru.

W filmie Bruce’a Robinsona mamy do czynienia ze swoistą reinterpretacją istotnego elementu greckiej tragedii, a więc chóru. A raczej mielibyśmy z nią do czynienia, gdyby nie swoisty happy end. Ale o tym później.

Jeśli ktoś wybrał się na „The Rum Diary”, żeby po raz kolejny zobaczyć odtwórcę Jacka Sparrowa w lekkim klimacie, w cieniu palm i z butelką rumu, z pewnością się zawiódł. Jeśli ktoś wybrał się na „The Rum Diary” po to, żeby ujrzeć ludzką metamorfozę (i Amerykę lat sześćdziesiątych), ten zaspokoił swoją potrzebę i ciekawość. Ten, kto spodziewał się fajerwerków na zakończenie, wyjdzie z wrażeniem niewypału.

Dla mnie najważniejsze jest wrażenie (a może przekonanie?), że reżyser rozsiewa postaci wspomnianego wcześniej greckiego chóru w najmniej oczekiwanych momentach. To chór w przerysowanych osobach alkoholików na skraju upadku, dorobkiewiczów-przyszłych milionerów i biedaków, którzy wszystko stawiają na jedną kartę. Ich głos jest głosem krytyki nie tylko czarno-białej Ameryki lat sześćdziesiątych. Jest komentarzem współczesności. Jeśli tylko chcemy się w ten komentarz wsłuchać, mimo uszu puszczając pijackie zwidy, wytarte szlagiery i szczęśliwe zakończenia, warto poświęcić dwie godziny życia.

Paulina REZMER

Ab ovo ad ACTA

Internet, poza nadrzędną funkcją komunikowania, służy do trzech rzeczy. Oglądania pornografii, zarabiania pieniędzy i konsumowania kulturowej – przeważnie ciężkostrawnej i mało odżywczej – pulpy.

Istnieją, owszem, wirtualne muzea, parki i galerie, ale nie łudzę się, że 100% internautów urządza sobie popołudniowe spacerki po Luwrze. Homo internautus większość czasu spędza na portalach społecznościowych oraz stronach z filmami i serialami, których legalność jest – eufemistycznie mówiąc – kwestią sporną. Niektórzy oddają się przyjemności „grania w gierki” w sieci na średnio trzy godziny dziennie i choć do japońskiej wersji nolife’ów im jeszcze daleko, to groźba, że w ogóle przestaną wychodzić z domu już dawno realnie zawisła w wirtualnym powietrzu.

Fot. Paulina ZychInternauci entuzjastycznie partycypują w wątpliwej jakości dyskusji o ACTA tylko dlatego, że obejrzeli frajerski filmik utrzymany w big-brotherskim tonie kolejnego ograniczania swobód obywatelskich. Na społeczeństwo padł blady strach, nie dlatego, że obawia się cenzury, ale dlatego, że zaistniało ryzyko zamknięcia portalu, którego nazwa przywodzi mi na myśli niesmaczną mieszankę szejka z kwękaniem i na którym propaguje się równie niesmaczny dowcip. Nie daj Bóg trzeba będzie na powrót zacząć ze sobą rozmawiać po polsku, a nie hasłami spod obrazków, których poziom nie przewyższa wcale poziomu malowideł z jaskiń w Górach Kantabryjskich. Naprawdę, wielka to strata dla ludzkości.Większość dyskutujących nawet nie wysiliła się, żeby przeczytać, co na ten temat mają do powiedzenia gazety, nie wysłuchała radiowców. Za to na podstawie sądów buduje sądy. Nie żartuję, jak mi ktoś nie wierzy, niech ściągnie słuchawki w autobusie i przysłucha się rozmowom współpasażerów.Proszę państwa, paradoks. My-społeczeństwo radośnie rozdające nasze dane osobowe na prawo i lewo boimy się, że ktoś ograniczy naszą wolność osobistą.My-społeczeństwo (z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy) klikające „lubię to” pod każdą pierdołą i wrzucające na swoje wirtualne ściany po tysiąckroć przerobione w popularnym programie do obróbki zdjęcia protestujemy przeciw ograniczaniu własności intelektualnej.My-społeczeństwo dla zabicia czasu uprawiające wirtualne marchewki i marihuanę wyrażamy obawę, że ABW, najlepiej we współpracy z CIA i FBI, wyważy nam drzwi o czwartej nad ranem, a nasze żony i dzieci za kłaki zawlecze na przesłuchanie w pokoju bez okien za to z lustrem weneckim.My-społeczeństwo śmiejące się z matchstick man’a o twarzy zepsutego ziemniaka ubolewamy nad ograniczaniem wolności tworzenia.

My-społeczeństwo w ciemno podpisujące umowy i zobowiązania jednym kliknięciem myszki w okno „I agree”.

My-społeczeństwo wirtualnie okradające realnych ludzi.

My-społeczeństwo z tęsknotą wpatrujące się w przerobione zdjęcia szesnastolatek w galeriach pod wszystko mówiącymi tytułami „Chudość, Miłość, Zaje**stość”.

My-społeczeństwo plujące jadem bez ortografii i interpunkcji w komentarzach na blogach polityków, a ukrywające się pod pseudonimami.

Koniec końców my-społeczeństwo żyjące w cieniu wiecznego postradzieckiego, smoleńskiego, rządowego i gazeto-wyborczego spisku nie ufamy sobie do tego stopnia, że w niepodpisanym jeszcze dokumencie upatrujemy (odnoszę wrażenie, że z upodobaniem) końca wolności słowa i działania.

My-społeczeństwo nieudolnie trawiące rzucone nam ochłapy informacji z bezpłatnych gazet, niedyskretnie bekające podejrzliwymi sądami ludzi równie anonimowych jak my sami.  bbbb

My-społeczeństwo podnoszące kwiatowy bunt z popularnego graffiti Banksy’ego – puknijmy się w głowy.

Paulina REZMER