Z CZASU LETNIEGO NA CZAS ZIMOWY!

Uwaga! Przypominamy, że dziś w nocy przesuwamy nasze zegary z 3:00 na 2:00

Dziś pozornie spaliśmy o godzinę dłużej. Dlaczego właściwie przesuwamy wskazówki zegara dwa razy w roku? Sprawa jest oczywista jeśli chodzi o czas letni, czynimy to po to, by korzystać jak najdłużej z naturalnego światła słonecznego. Dobre dla wzroku, ale i dla kieszeni. Dzieci powinny uczyć się przy świetle dziennym, gdyż sztuczne oświetlenie w efekcie psuje wzrok. Zmiana czasu na letni sprawia, że lampkę nocną zapalamy nie o 19:00, lecz o 20:00. Jak ma się to do czasu zimowego, który nastąpił dziś nad ranem? Nasz organizm przyzwyczaił się do towarzyszących nam promieni słonecznych przy wstawianiu, zatem kiedy za oknem ciemno, człowiek nie odczuwa potrzeby wstawania z łóżka. Od dziś rano jest nieco jaśniej…lecz tylko przez kilka następnych dni. Nastanie niebawem prawdziwa zima i zmiana czasu będzie się miała nijak do oszczędności i wydajności organizmu. Jaki zatem jest sens, przestawiać dwa razy w roku wskazówki zegara? Tradycji stało się zadość? Tak po prostu…

Paulina ZYCH

KULTURALNY WSUS

Spotkanie z Arturem Barcisiem na WSUS.

Artur Barciś
Artur Barciś

Komedia, to tragedia, która przydarzyła się komuś innemu” – tymi słowami, zaczerpniętymi z wypowiedzi W. Allena  po raz pierwszy Artur Barciś rozbawił studentów Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych.

Spotkanie  z Arturem Barcisiem , reżyserem, aktorem teatralnym, filmowym, telewizyjnym i dubbingowym, zainicjowane i zorganizowane zostało przez Samorząd Studencki Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych. Gość  został przyjęty przez oczekujących na spotkanie z nim studentów bardzo optymistycznie.

Zgodnie ze złożoną wcześniej przez Artura Barcisia obietnicą, odpowiedział  na wszystkie zadawane przez studentów pytania. Nie zabrakło także ciekawych i zabawnych anegdot.

Artur Barciś to postać odbierana  optymistycznie – któż nie zna Tadeusza Norka z kultowego serialu „Miodowe lata”? Sam aktor mile wspomina grane przed publicznością na żywo odcinki serialu, który przyniósł mu tak wielką sławę. Mimo wszystko wolałby być znany również z innych ról, bądź reżyserowanych przez niego spektakli:

Wciąż ludzie kojarzą mnie z Norkiem. Dzieci, które dorosły nieco do oglądania seriali,  uważają nawet, że to nowy serial choć ostatni odcinek nagrywaliśmy dziesięć lat temu – mówi Artur Barciś – Powiem szczerze, że podczas nakręcania odcinków miałem nie raz problem z tym, aby się nie roześmiać podczas wypowiadanej kwestii – dodaje.

Barciś to nie tylko aktor, ale też reżyser spektakli teatralnych. Na jego przedstawiania przybywają tłumy ludzi. Zakup biletu na spektakl jest niezwykle trudny, gdyż wszystkie rozchodzą się w bardzo szybkim tempie. Rola reżysera jest, jak się okazuje, niesie za sobą odpowiedzialność:

Reżyseria jest dla mnie odskocznią, ale to nie dlatego, że aktorstwo mi się znudziło. Bycie reżyserem to ogromna odpowiedzialność bo, gdy uda mu się zrobić coś dobrego to cala zasługa leży po jego stronie. Jeżeli coś pójdzie nie tak, to odpowiedzialność także spłynie na reżysera. To bardzo podniecające – mówi aktor – Jeśli spektakl będzie do dupy, to ja za to odpowiem – dodaje.

Autorytetem  aktora w zakresie tworzenia scenariuszy jest Krzysztof Kieślowski. To właśnie on stanowi inspirację dla Artura Barcisia:

Moim autorytetem reżyserskim jest Kieślowski. Wielu reżyserów światowych właśnie od niego uczyło się, jak kręcić film. On kręcił po to, aby pytać. Dlatego film pozostaje w pamięci widza. To tak zwane kino dialogu. – wyznaje Artur Barciś.

Życie Artura  Barcisia nie toczy się jednak jedynie wokół pracy. Aktor jest także oddanym kibicem piłki nożnej. Jak się okazało, lubi on oglądać zarówno rozgrywki Legii jak i poznańskiego Lecha:

Oglądam rozgrywki piłkarzy z różnych klubów, ale tylko tych na dobrym poziomie. Na meczach tak się emocjonuje i drę, że połowa wsi mnie słyszy! Kibicuje dobrej piłce – mówi Barciś – Gdy słyszę, że któryś z Polaków wygrał złoty medal i grają „Mazurek Dąbrowskiego” to zazwyczaj ryczę – dodaje.

Spotkanie z Arturem Barcisiem odebrane zostało przez studentów bardzo optymistycznie, całe przebiegało w bardzo przyjaznej atmosferze. Mamy nadzieję, że pan Artur jeszcze nie raz odwiedzi WSUS, aby podzielić się swoimi historiami i uchylić nam rąbka tajemnicy zawodu nie tylko aktora, ale także reżysera.

Paulina BALCERZAK

Fot. T. Dymaczewski

Przewodniczący Samorządu Studenckiego Bartosz Nowak z Arturem Barcisiem.  Artur Barciś na WSUSie  Artur Barciś

REFORMA MUSI BYĆ

Dbanie o wysoką jakość kształcenia i zwiększanie szans absolwentów na rynku pracy, to najważniejsze cele reform uczelni w Unii Europejskiej. Do takich wniosków doszli eksperci zgromadzeni na międzynarodowej konferencji w Sopocie. We wtorek zakończyło się dwudniowe spotkanie zorganizowane w ramach prezydencji Polski w UE. Było ono odpowiedzią na komunikat w sprawie modernizacji systemów szkolnictwa wyższego, opublikowany przez Komisję Europejską 20 września 2011r. Dokument jest związany z unijną strategią rozwoju gospodarczego i wzrostu zatrudnienia.

W konferencji wzięli udział przedstawiciele krajów członkowskich Unii Europejskiej, a także eksperci w dziedzinie szkolnictwa wyższego. Uczestnicy zgodnie stwierdzili, że szkoły wyższe w całej Europie wymagają spójnej, przemyślanej reformy. Troską władz każdej uczelni powinna stać się przede wszystkim jakość kształcenia i zwiększanie szans absolwentów na rynku pracy. Wyzwaniem współczesności będzie stworzenie takich warunków edukacji, aby odpowiedzieć na dynamicznie zmieniającą się sytuację we wszystkich sektorach zatrudnienia.
Trzeba myśleć m.in. o tym, jak przygotować uczelnie na czasy po kryzysie, by europejscy studenci byli konkurencyjni na rynku pracy. – powiedział wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Zbigniew Marciniak.

Jak to zrobić? W Komunikacie Komisji Europejskiej znajduje się kilka propozycji, które po rzetelnym wprowadzeniu w życie powinny rozwiązać problemy wyższej edukacji. Według ekspertów należy przede wszystkim podnieść poziom wykształcenia, tak aby liczba absolwentów odpowiadała potrzebom Europy. Następnie, co bardzo ważne, należy poprawić przydatność wyższego wykształcenia. Ma się to odbywać nie tylko poprzez wspieranie wymiany pracowników i uwzględnianie w ramach zajęć zdobywania praktycznego doświadczenia. Zdaniem ekspertów, kluczem do sukcesu ma też być monitorowanie edukacyjnych ścieżek rozwoju absolwentów i zgodność ich zawodowych wyborów ze zdobytym wykształceniem.

Ważne będzie również zwiększenie mobilności studentów i intensyfikacja współpracy między uczelniami w całej Unii Europejskiej. Wymiany studenckie mają być sposobem na zdobycie doświadczenia praktycznego, poszerzenie horyzontów. Planowane jest położenie większego nacisku na programy mobilności takie jak Erasmus i Erasmus Mundus. Mają one wywoływać pozytywne skutki zarówno dla uczestników jak i dla angażujących się w nie instytucji. Założenie jest takie, że do roku 2013 z programu Erasmus skorzystają trzy miliony studentów. Zwiększy się też liczba zaangażowanych w nie nauczycieli akademickich i doktorantów.

Istotne będzie też zwiększanie innowacyjności, wprowadzanie nowych programów badań naukowych i współpraca uczelni z potencjalnymi zakładami pracy. W realizacji tych założeń ma pomóc dofinansowanie ze środków unijnych. Szacowane środki, o których mowa w Komunikacie Komisji to około 40 mld euro.

Pod koniec listopada konkluzje dotyczące modernizacji europejskich uniwersytetów ma przedstawić unijna Rada ds. Edukacji. Więcej informacji w Komunikacie Komisji do Parlamentu Europejskiego, Rady, Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-społecznego i Komitetu Regionów na stronie http://eur-lex.europa.eu

Paulina REZMER

ZJEŚĆ JESIEŃ

Głównym zajęciem Polaków jest narzekanie na pogodę. Kiedy więc nadchodzi jesień, nasi krajanie (zresztą my wszyscy) jesteśmy w swoim żywiole. Postanowiłam walczyć z wszechobecnym malkontenctwem i was również do tego zachęcam. Jak? Sprawdźcie.

Faza 1 – piknik miejski
Zamiast jęczeć, że ciemno i zimno wystarczy ubrać ciepłe rękawiczki i szalik, uzbroić się w podstawowe akcesoria piknikowe i udać na spacer. Poznaniakom polecam szczególnie Sołacz albo Park Adama Mickiewicza, bo w centrum. Krakowiakom nie trzeba polecać nic, bo przytulnych skwerów i wygodnych ławek w grodzie Kraka nie brakuje. Wiem, bo sprawdzałam w ostatni czwartek i piątek.
Aby godnie celebrować piknik miejski należy mieć ze sobą termos z gorącą herbatą, praktyczne plastikowe pojemniczki, w których przechowamy nasze specjały, papierowe serwetki i dobry widok na otaczającą nas namacalną rzeczywistość. Moja propozycja na lekki, łatwy i przyjemny sposób spędzenia wolnego czasu na jedzeniu wygląda następująco:
pieczywo chrupkie – bo prawie nic nie waży i nie trzeba go taszczyć po mieście,
łosoś wędzony – najlepiej z Biedronki, bo tani i zawsze smaczny,
sałata lodowa – nazwa adekwatna do panujących na dworze warunków atmosferycznych, a więc zielenina będzie doskonale schłodzona i krucha,
serek topiony – może być śmietankowy, będzie pasował do reszty,
jabłko, banan lub inny owoc bogaty w cukry, witaminy i minerały, wszak trzeba pracować nad odpornością,
NÓŻ – przydatne narzędzie piknikowe.
Sposób użycia: w doborowym towarzystwie siadamy na dowolnie wybranej, dobrze nasłonecznionej ławeczce i spontanicznie łączymy składniki. Całość zapijamy gorącą herbatka z termosu. Nie wolno nam zapomnieć się uśmiechać do najprawdopodobniej szalenie zdziwionych przechodniów.

Faza 2 – jabłko, jabłko, jabłko
Jabłko to polska odpowiedź na zimno, deszcz, wiatr, kałuże i mroczną stronę porannego wstawania na zajęcia. Sposobów na zjedzenie jabłka jest mnóstwo. Pozwolę więc sobie polecić tylko kilka. Jeden – jabłko kroimy w kostkę, najlepiej ze skórką. Wrzucamy do miseczki razem z płatkami śniadaniowymi, zalewamy jogurtem i… start w dobry dzień gotowy. Dwa – jabłko kroimy w kostkę, wrzucamy do garnka razem z plasterkiem cytryny, cynamonem, cukrem, nastawiamy na wolny ogień, gotujemy przez pół godziny i… kompot domowej roboty zamiast sztucznie słodzonego, zimnego soku z kartonu gotowy. Trzy – jabłka obieramy ze skórki, kroimy w „ósemki”, wrzucamy na patelnię razem z cebulką. Prażymy, posypujemy majerankiem, lekko solimy i pieprzymy i dodatek do kotleta schabowego gotowy! I jeszcze cztery – sałatę lodową rwiemy na kawałki, kroimy jabłko, banana, dodajemy rodzynki, łyżkę oleju, skrapiamy sokiem z cytryny… i sałatka witaminowa na szybką przekąskę gotowa.

Faza 3 – Endorfiny
Jeśli jest już naprawdę źle trzeba uciec się do naturalnego wspomagania organizmu. Należy zrobić to przy użyciu łatwo dostępnych środków i niskim nakładem czasu. Na przykład tak: rozgrzać piekarnik do 120 stopni, banana, razem ze skórką, przekroić na pół. Wzdłuż, nie w poprzek. Do środka wpakować kawałki czekolady, najlepiej mlecznej, bez dodatków. Owoc można owinąć aluminiową folią. Pozostawić w piekarniku na 12-15 minut. Po wyciągnięciu spożyć natychmiast! Inny sposób to makaron z dawką pozytywnej energii. Jak go zrobić? Do gorących ugotowanych świderków lub wstążek dodać półtłusty biały ser i udekorować solidną łyżką gęstej, dwunasto- lub osiemnastoprocentowej śmietany. Posypać brązowym cukrem i cynamonem. Uwaga! Całość polać czekoladą stopioną w rondlu z odrobiną masła. Do dzieła! Z takim menu żadna jesień nie powinna Wam być straszna.

Paulina REZMER

AHOJ, PRZYGODO! FESTIWAL PODRÓŻY i FOTOGRAFII

Kiedy na dworze zimno, ciemno i nieprzyjemnie wystarczy… przenieść się w inne, dowolnie wybrane miejsce na ziemi. Jak? To bardzo proste. Taką możliwość mieli wszyscy, którzy w ubiegły weekend udali się na Poznański Festiwal Podróży i Fotografii. Specjalnie dla Was udaliśmy się na sobotnie wykłady i prezentacje. Oto relacja.

Podczas festiwalu uczestnicy mogli posłuchać relacji z niesamowitych podróży, obejrzeć zdjęcia, a także wziąć udział w warsztatach fotografii. Szczególną uwagę zwrócili na siebie panowie Romuald Koperski i Tomek Michniewicz, gość specjalny festiwalu. Pasjonaci fotografowania byli szczególnie zadowoleni z warsztatów zorganizowanych przez firmę Nikon.

Obecny na festiwalu Tomek Michniewicz jest dziennikarzem, fotografem i zapalonym podróżnikiem. Przez szerszą publiczność rozpoznawany szczególnie dzięki radiowemu programowi „Trójka przekracza granice”. Połączenie pasji i doświadczenia radiowego sprawiło, że przedstawiona przez niego opowieść urzekła i zafascynowała słuchaczy. Michniewicz opowiadał o współczesnych poszukiwaczach skarbów. Sprawił, że nawet najbardziej sceptycznie nastawieni słuchacze uwierzyli, że przygody Indiany Jonesa zdarzają się ludziom naprawdę. Tym, którzy chcą wiedzieć więcej polecam zajrzeć do napisanej i promowanej przez Michniewicza książki „Gorączka. W świecie poszukiwaczy przygód”. Wszak w każdej bajce jest ziarnko prawdy.

Swoimi historiami i stylem bycia urzekał słuchaczy również Romuald Koperski, przewodnik po Syberii i pionier wypraw samochodowych tym, w powszechnej opinii nieprzyjaznym, terenie. Jeśli ktoś nie wierzył wcześniej, że samochodem kupionym od niemieckiej armii można dojechać na koniec świata, to z pewnością zmienił zdanie po wysłuchaniu opowieści. Koperski dla swoich widzów przygotował relacje fotograficzną i filmową, a o samych podróżach opowiadał z pasją, zachowując dystans i swobodnie żartując. Przejechał Syberię piętnastokrotnie i, jak sam mówi, nie zamierza na tym poprzestać. Tego wyjątkowego człowieka matka natura obdarzyła wieloma talentami i poza tym, że jest on dobrym mówcą, warto pamiętać, że jest również utalentowanym pianistą, rekordzistą Guinessa w długości grania na instrumencie Chopina. Zagrał najdłuższy koncert fortepianowy trwający 103 godziny i 7 minut.

Wielką atrakcją miało być również wystąpienie Michała Pauliego, polskiego artysty i podróżnika, który podczas wizyty w Tajlandii niefortunnym zbiegiem okoliczności dał się wplątać w przemyt narkotyków. Miało być, bo jego opowieść o skazaniu na śmierć okazała się słabo przygotowana i okraszona skąpą ilością zdjęć w większość nie należących do prelegenta. Czy to przykre, czy wstydliwe wspomnienia sprawiły, że opowieść Pauliego była chaotyczna i niezbyt porywająca. Być może lepsza relacja znajduje się w książce jego autorstwa zatytułowanej „12 x śmierć”.

Organizatorzy przedłożyli strawę dla ducha nad strawę dla ciała. Skromne stoisko z przekąskami dla wygłodniałych uczestników festiwalu zostało całkowicie przyćmione obecnością stanowiska z książkami. Można było nabyć lektury w atrakcyjnych cenach i z autografami samych autorów. Tym, którzy opuścili tegoroczny festiwal pozostaje czekać do przyszłego roku lub zainteresować się innymi imprezami tego typu. Amatorzy podróżowania z pewnością znajdą coś dla siebie w bogatej festiwalowej ofercie. Więcej informacji na stronie festiwalu http://festiwalpodrozy.pl/

Paulina REZMER, Bartek ŁOWIGUS

MISJA DLA LUDZI Z MISJĄ

– Bez waszego udziału tej imprezy nie udałoby się zorganizować – zaczął motywacyjną pogadankę jeden z organizatorów. Każdy przez chwilę mógł poczuć się ważny. Ale tylko przez chwilę. Przez tę krótką chwilę, po której dochodzi do ciebie, że to czysta kurtuazja. Bo to był maraton – on się nie może odbyć bez biegaczy. Bez ubranych w białe szaty wolontariuszy chyba by się jednak udało…

Ale na pesymizm nie ma miejsca. Wszak jesteśmy tu z własnej woli. Zgłaszając się każdy był świadom tego, co go czeka. Motywacyjna pogadanka znów działa. Zawodzi za to wszystko inne. Ale po kolei…

Na początku był chaos…

– Dziękujemy serdecznie za zgłoszenie. Zapraszamy na spotkanie organizacyjne – głosił e-mail od Urzędu Miasta. Udało się! Przyjęli mnie! Po chwili uniesienia dociera jednak do mnie, że pewnie przyjęli wszystkich, którzy się zgłosili. Ale dobrze tak czasem poczuć się potrzebnym. Zwłaszcza, że ten stan nie trwał długo. Docieram na miejsce spotkania. Określone było ono oczywiście bardzo precyzyjnie – Hala Arena. – Ten komunistyczny moloch ma być miejscem spotkania kilkudziesięciu osób? – pomyślałem spodziewając się już pierwszych kłopotów. No i długo nie trzeba było czekać. Wejście na halę: po lewej ludzie robiący sobie zdjęcie na leżącej na ziemi trójwymiarowej makiecie stadionu, na wprost wejście na parkiet zastawiony przez jakieś stoiska, z prawej stołówka. Rozglądam się w poszukiwaniu jakiejś informacji o szczegółach naszego spotkania. Po kilku minutach znajduję! Na jednym z filarów dumnie powiewa przyklejona kartka – Odprawa wolontariuszy – ze schludną, szablonową strzałką w prawo. Kartka, która pamiętać mogła już co najmniej kilka edycji maratonu i innych imprez, może nawet chrzest Polski. Ale ważne, że ze swojego zadania wywiązuje się znakomicie.

z chaosu wyłonili się pierwsi bogowie…

Bóg z niego był taki, jak Olimp z Areny. Ale jego ręka sprawiedliwości sięgnęła mnie w połowie drogi do kolejnego punktu nawigacyjnego. – Zatrzymaj się Pan – zawołał poirytowany moją ignorancją ochroniarz. Przez chwilę pomyślałem, że może zbezcześciłem świętą niemal makietę stadionu. Ale nie, udało mi się przeskoczyć nad tym trójwymiarowym arcydziełem. Facet w czerni nie odpuszczał – Gdzie Pan idziesz? – wywiązała się między nami krótka dyskusja, z której wyniknęło, że o spotkaniu nic Pan nie wiedział. Jego miłosierdzie pozwoliło mi jednak podążać dalej za wskazówkami na filarach. Z jednym tylko zastrzeżeniem – Usiądź Pan na trybunach i nie przeszkadzaj. A w czym to niby miałbym przeszkadzać? Zasiadłem i obserwuję. Fakt, dzieje się. Na parkiecie scena, a na niej wodzirej i kilkanaście osób. – Zapraszamy na quiz z wiedzy o naszym maratonie! – super, pomyślałem. Może się czegoś dowiem jeszcze przed spotkaniem. Przysłuchuję się dosyć uważnie. Pytania najróżniejsze: o patrona, o trasę, o sponsorów. Nic na czym można by się potknąć, trzymając w ręku oficjalną ulotkę. Gdy jednak na pytanie o markę samochodu, który przypadnie w nagrodę zwycięzcy maratonu usłyszałem odpowiedź – Polsat? – pomyślałem sobie – Co ja tutaj robię? Jakiś 30. raz tego dnia.

a słowo stało się ciałem

W końcu zaczęli zjawiać się moi współtowarzysze niedoli. Z lekkim spóźnieniem przybyli też dumni Panowie z plakietkami organizatorów. Nim jeszcze zaczęli swoją odprawę udało mi się podsłuchać rozmowę spiskowców. – Powiedział, że mamy go nie słuchać, bo będziemy mieli i tak swoje osobne spotkanie – raportował rozmowę z przywódcą konspiracji jeden z kolegów. Poczułem się lekko wyobcowany. – Przyjdzie mi opuścić spotkanie grupy trzęsącej całym poznańskim wolontariatem? – pomyślałem zrezygnowany. Czułem jak życiowa szansa może przejść mi koło nosa. Szybko jednak wyrwał mnie z objęć tej frustracji organizator. Rozpoczęła się odprawa. Padają już słynne słowa o naszej niezbędności. Garść informacji odnośnie trasy, zadań. Nic interesującego. Przynajmniej dla mnie, bo większość wiary skrupulatnie notowała każde słowo prowadzącego, jakby przekazywał im jakąś tajemną naukę. Ja byłem w grupie tych, którzy chcieli dziś otrzymać jedynie pakiet żywnościowy, koszulkę i przydział. Reszta nie grała roli, wszak było sobotnie popołudnie. I stało się. Zostałem numerem 32, uzyskałem swój rewir, porwałem jednorazówkę z prowiantem i opuściłem Arenę. W powietrzu czuć było, że zbliża się coś wielkiego…

Sprint na maraton

Jest niedziela, 8:30. Wieczorem i w nocy robiłem naprawdę dużo by zapomnieć co się działo przez ten czas odkąd opuściłem Arenę. Na tyle trzeźwo byłem jednak w stanie ocenić sytuację, by zorientować się, że praktycznie jestem już spóźniony. Ostatni odcinek pokonuję sprintem. Przynajmniej te 200 metrów, na które starczyło mi siły. Resztę trasy przemierzam w stylu, który mógłbym określić jako trucht rozpaczy. Gdzieś po drodze słyszę komentarz – O, zobacz wnusiu, już biegną – przemilczałem. Po chwili docieram na miejsce. Trwa narada białych koszulek. Pytam się, czy ktoś wie gdzie mamy stać. Spoglądają na mnie nieufnie. Dopiero gdy przybrałem kostium zbawiciela Poznania udało mi się dowiedzieć, że…nie wiedzą. Tak, należałem do jednych z tych naiwniaków, którzy liczyli, że będzie jakoś oznaczone miejsce gdzie mamy stać, ktoś z organizatorów zainteresuje się naszą obecnością przed wyścigiem. Teraz trochę mi wstyd.

Pierwsze wrażenia

Miasto budziło się do życia. Przynajmniej ta część, która miała to szczęście spać w nocy. O coś takiego na moim stanowisku podejrzewałbym jednak jedynie tylko garstkę. Zdecydowaną większość stanowili lekko zataczający się bohaterowie sobotnich nocy. – No zaraz będę, idę do lewiatana po browary – zawołał do wyposażonego już przecież w całkiem czuły mikrofon telefonu jeden z przechodniów. O jakże poczuł mi się bliski. Sam wykazywałem już pierwsze oznaki potrzeby uzupełnienia płynów. Eureka! Zabrałem przecież pakiet żywnościowy… Okej, rozumiem, że nie nazywał się on pakietem ratunkowym i nie musiał zawierać piwa, kebaba i jakiegoś red bulla. Ale na litość boską, nie zwał się też pakietem głodowym bym musiał raczyć się dwoma wafelkami i rogalikiem. Z wodą pogodziłem się najszybciej. Resztę prowiantu odłożyłem na gorsze czasy, które przez te 7 godzin musiały przecież się kiedyś przytrafić. Rozejrzałem się po ulicy. Białe koszulki już zwarte i gotowe. Czekały tylko na sygnał.

Do roboty

Zawołał miejski strażnik z naprzeciwka. Białe koszulki zaczynają się nerwowo rozglądać. Ale to do mnie pierwszego podchodzi stróż prawa i porządku. – Jakby jechało tu jakieś auto, to bezwzględnie nie wpuszczaj. Ale nie będzie jechało bo tam dalej jest zamknięta droga – zrozumiałem jego przesłanie bardzo dokładnie – za bardzo się nie napracuję. Dla reszty był to policzek. Te aż przesadnie ambitne persony ciągle liczyły na to, że będą prowadzić walki z agresywnymi przechodniami lub chociaż reanimować masowo mdlejących zawodników. Rozkosznie było patrzeć na ich lekko już rozczarowane miny. Ja zaś odizolowałem się od tego zgiełku słuchawkami i modliłem się tylko by bateria wytrzymała ten maraton…

Poznań Know-how, ku**a, know-how!

Wobec takiego okrzyku nie mogłem przejść obojętnie. Odrzucam słuchawki, zresztą i tak nie miałem już ochoty dłużej cieszyć się z małych rzeczy. Wiedziałem, że przede mną wielkie chwile. Zaczęło się coś dziać! Podbiegam do strażnika. Ten ostro się tłumaczy. – Proszę pana nic na to nie poradzę, że jest błędnie poprowadzony objazd. Tutaj nie ma wjazdu. I cała seria takich samych pytań i takich samych odpowiedzi. – Widzisz, źle pokierowali ruchem i wszyscy tu jadą, bo są zakazy dokoła – pożalił mi się lekko już poddenerwowany strażnik. A samochodów przybywało, mało kto chciał słuchać wyjaśnień. Dzielny wojownik w walce o spokój na drogach wreszcie się poddał i zgłosił sprawę do przełożonych. W tym momencie zrobiło mi się go żal. Wszystko bowiem co mieli mu do powiedzenia to to, że wiedzą, że jest ciężko i że go rozumieją i wspierają całym sercem. Na rozwiązanie problemu miał jednak poczekać kilkanaście minut. Kilkanaście minut wyjaśnień trwało dla niego pewnie całą wieczność. Ale w końcu udało się wybrnąć z tej sytuacji. W samą porę, bo bieg się rozpoczął, a na horyzoncie pojawili się pierwsi biegacze.

Maratony dwa

Nie trzeba było długo obserwować zmagań zawodników, by zorientować się, że biegi są dwa. W pierwszym udział brało kilkanaście osób, w drugim kilka tysięcy. Ten pierwszy wyścig należał do Kenijczyków, którzy niczym cygański tabor objeżdżają kolejne miasta by wygrywać maratony. Dla nich liczy się tylko zwycięstwo i nagrody. Jakby to miało jakoś zmienić sytuację ich biednego kraju. Reszta biegła by coś sobie udowodnić, może dla rozrywki. Grobelny chyba sam nie wie po co biegł. Publika równo dopingowała jednak wszystkich. Były transparenty, gwizdki i trąbki. Brakło tylko palonych opon i było by jak na manifestacji Solidarności. Lekko irytowała mnie stojąca za mną pani tłukąca o masywne udo butelką wypełnioną żwirkiem dla kota. Na trasę schodziły się całe rodziny. Moją uwagę przykuła pewna matka z dzieckiem. Chłopak przez co najmniej pół godziny dopytywał – No mamo, gdzie tata? Powinien już być. Kolejni biegacze mijali ich, a wśród nich brak ukochanego ojca. Dzieciak wyraźnie był tym faktem poirytowany. Matka przyjęła to ze spokojem. Najwyraźniej przyzwyczaiła się do problemów męża na dłuższych dystansach.

Za zakrętem stali, rower mu zabrali…

Nie brakowało interesujących zjawisk wśród publiczności, ale niektórzy biegacze wprawiali mnie w osłupienie. Tak oto trasę przemierzali tatusiowie z niemowlakami w wózkach, emeryt w samych slipach (no co, emerytkom z naprzeciwka się podobało), facet o kulach czy niewidomy sznurkiem przywiązany do przewodnika. Furorę zrobił jednak starszy pan biegnący i śpiewający jednocześnie. Nie tylko ja byłem zdziwiony, gdy ledwo łapiących oddech młodzieńców, mijał emeryt, do tego z pieśnią na ustach. Gdy usłyszałem – Tam na polu stoi krowa, cierpi bo już pełna mleka – moja praca nabrała sensu. Ożywił się też strażnik. Zbyt wziął do siebie przesłanie płynące z dalszych wersów tej piosenki. Zaczął prześladować rowerzystów, którzy nie zastosowali się do jego polecenia opuszczenia trasy. No cóż, każdy musiał mieć swoje pięć minut.

Biedni wolontariusze

Gdy stróż prawa udał się wlepiać mandat groźnym przestępcom, ja uciekłem do pobliskiej knajpki na herbatę. Wtedy pierwszy raz poczułem, że komuś jest mnie żal. Kelnerka musiała bardzo współczuć mi, że marznę, że nic z tego nie będę miał, że stoję tyle godzin – gdy kazała mi zapłacić 6 złotych za głupi dzbanuszek herbaty. Frajer – tak też mogła pomyśleć, ale raczej sprawiła, że zacząłem zastanawiać się znów nad sensem swojego działania. Tym razem z innym skutkiem. W lokalu z bankomatem pozbyłem się znamienia, które nie pozwalałoby mi spokojnie przejść po mieście – białej koszulki. Opuściłem swój posterunek i oczywiście towarzyszyły mi wyrzuty sumienia. Ale tylko przez pierwsze 15 sekund. Potem skupiłem się już tylko na jedzeniu i spaniu. Wszak moja obecność tam była zbędna. Utwierdził mnie w tym przekonaniu mail, którego otrzymałem już kilka dni później. A w nim podziękowania i zapewnienia, że przysługuje nam za to bilet na lodowisko. I wszystko jasne! Od początku chodziło tylko o to, by wolontariuszy zostawić…na lodzie.

PAWEŁ KLAPIŃSKI

MIĘDZY DWIEMA KULTURAMI

Zapachy przypraw, kebebów, klaksony zniecierpliwionych kierowców, wysokie krawężniki, wszędzie biegające koty, çay w małych szklankach, rozpadające się kamienice, łopczące czerwone flagi, promy przeprawiające się przez Bosfor, ostrygi w azjatyckiej części, Hagia Sophia i kobiety w chustach na głowie – taki jest smak mojej przygody…

Stambuł. To właśnie w tym mieście rozpoczął się mój erasmusowy kilkumiesięczny pobyt w Turcji. Była to moja pierwsza wizyta w byłej stolicy Imperium Osmańskiego. Pamiętam, jak po odprawie, samotnie ruszyłam metrem, a potem tramwajem do czekających na mnie przyjaciół na Sultanahmet, jeszcze po stronie europejskiej miasta. Na początku to miejsce mnie przeraziło, kiedy starałam się dotrzeć do moich znajomych porwał mnie prawdziwy tłum. Z czasem przyzwyczaiłam się do ogromnej ilości osób, która nigdy nie maleje, nawet nad ranem. Było to moje pierwsze zderzenie z egzotyką, pierwsze – jak dla mnie – orientalne miasto, które odwiedziłam. Zapachy przypraw, kebebów, klaksony zniecierpliwionych kierowców, wysokie krawężniki, wszędzie biegające koty, çay w małych szklankach, rozpadające się kamienice, łopczące czerwone flagi, promy przeprawiające się przez Bosfor, ostrygi w azjatyckiej części, Hagia Sophia – to wszystko i zapewne jeszcze wiele więcej szczegółów, które umknęły mojej pamięci, sprawia, że chcę do tego miasta powrócić, zanim jeszcze je opuściłam.

Everything is possible

Jeszcze z walizką w ręce znalazłam się w miejscu, gdzie Europa się kończy, a Azja zaczyna. Gdzieś pomiędzy. Zauroczona wszystkim dookoła. Muzyką, która sprawiała bezwiednie, że moje ciało chciało zatańczyć. Barwami, które niczym tęcza rozpościerały się przede mną i ludźmi. Choć niewielu z nich mówiło po angielsku w ich oczach widziałam prawdziwą serdeczność. To miejsce, gdzie to, co niewyobrażalne i niemożliwe, może stać się rzeczywistością. Już pierwszego dnia znajomy Turek powitał mnie słowami – This’s Turkey. Everything is possibile.
Przed przyjazdem tutaj, wiele zastawiałam się na temat obyczajów tu panujących. Nie sądziłam jednak, że tak szybko je zobaczę. Pierwsza, niby banalna rzecz, to ściąganie butów przed wejściem do mieszkania. Niektórzy robią to jeszcze przed progiem, a buty zostawiają na klatce schodowej i nie przeszkadzają im trzymane w rękach zakupy. Chodzenie z męską obstawą nie jest obowiązkiem zawsze i wszędzie – zdarzają się oczywiście rejony, w które nie warto się wypuszczać, jeśli ewidentnie wygląda się jak yabancı (obcokrajowiec). Większość Turków bardzo chętnie pomoże zagubionej turystce – albo dokładnie nam wytłumaczy jak i gdzie iść, albo wręcz nas tam zaprowadzi. Równie ciekawym zwyczajem jest ściszanie telewizji, radia, podczas odprawianych pięć razy w ciągu doby modlitw w meczetach. Muzułmanie są bardzo religijni.
Trudno nie wspomnieć o tureckiej herbacie, cudowna! Piję ją ze smakiem przy każdej okazji. Co ciekawe, pijam ją słodką, choć w Polsce nie słodzę herbaty. Najciekawsze co mnie spotkało już na samym początku to właśnie ludzie. Gdziekolwiek jestem, mam pewność, że zawsze, gdy zwrócę się z prośbą o pomoc, uzyskam ją. Turcy są bardzo ciekawi przyjezdnych i chętnie inicjują znajomość. W miejscach turystycznych na pewno kryje się za tym w jakimś stopniu chęć np. sprzedania czegoś czy zarobienia jako przewodnik, ale stanowcza odmowa powinna załatwić sprawę. Częstowanie herbatą, kawą jest niezobowiązujące – jest wyrazem gościnności i tak powinniście to traktować.

Interesującym zjawiskiem jest język. Urzędowym jest język turecki. W każdym przewodniku jest napisane, że bez problemu można używać również angielskiego, co jest zupełnym kłamstwem. Większość z nich nie potrafi powiedzieć słowa i niekiedy ciężko jest się dogadać, szczególnie kiedy chcemy zapytać o drogę na ulicy. Każdy z nich mówi co innego, w zależności od tego co zrozumiał. Porozumieć można się także po niemiecku czy rosyjsku, a najczęściej mieszanką wszystkich języków. Obowiązkowy jest tu również symbol „na szczęście”, zwany Okiem Proroka (nazar boncuğu) – dostępny we wszelkich możliwych rozmiarach. Ma za zadanie „chronić od złego spojrzenia”. Turcy wieszają je nad wejściem do nowych domów, nowo otwieranych firm, czy w samochodach.

 Wzdłuż i wszerz

Korków na razie nie ma tylko na Bosforze, ale może to kwestia czasu. Niewielkimi promami można regularnie pływać między europejską a azjatycką częścią Stambułu. Może tłok na drogach wynika też z tego, że każdy Turek chce być posiadaczem auta. Bo ten, kto ma samochód, uważany jest za bogatego. Droga należy do niego. Im większe auto tym lepiej, a przechodzień i rowerzysta najlepiej niech ucieka. Zewsząd słychać więc trąbienie. Jeśli kierowca trąbi raz i dłużej to tak, jakby chciał powiedzieć „uwaga jadę!”. Kilka krótkich, autobusowych „tid”, „tid”, „tid” oznacza „Jestem, właśnie przyjechałem. Jak ktoś chce wsiadać to zapraszam”. Jeden krótki sygnał i zaraz potem przeciągłe „tiiiid” ma pospieszyć maruderów i zastąpić zniecierpliwione „co się zatrzymujesz baranie! Jedź nie ma na co czekać”.
Taksim – chyba jedna z najsłynniejszych ulic Stambułu. Ta ulica nigdy nie śpi. O trzeciej nad ranem idzie się w równie gęstym tłumie, jak po południu. Księgarnie i sklepy z płytami otwarte po północy nikogo nie dziwią. Tu organizowane są wystawy i happeningi. Tutaj odbywają się jedne z najlepszych imprez, na których byłam, ale o tym jeszcze wspomnę później. I tutaj młode kobiety, przefarbowane na blond – dla podkreślenia prozachodnich przekonań – umawiają się na kawę w Starbucksie. Tuż obok, na ulicy, wąsaci mężczyźni albo starsze kobiety przez kilka godzin usiłują sprzedać skarpetki albo paczkę chusteczek higienicznych.

Mój samolot, który z ogromną siłą wystartował – dobrze wiedział co robi. Wzbijał się by sięgnąć po przygodę, coś nowego i nietuzinkowego. Ale o tym i owym napiszę jeszcze później. Do usłyszenia!

Daria JÓZWIAK

Turcja  Turcja/ Fot. Daria Józwiak  Turcja.  Turcja.  Turcja/ Fot. Daria Józwiak  Turcja/ Fot. Daria Józwiak

OKULARY, OKULARY…MAM DWIE PARY!

W tym roku powróciły na salony okulary w rozmiarze XXL. Kto by się spodziewał, że widmo śmiesznych okularów, z albumów naszych rodziców, wróci kiedyś jak bumerang i zrobi tak wielką furorę!? Nie tylko wśród nastolatek, bo i …właśnie nasze mamy znowu chętnie po nie sięgają! Kolor nie ma znaczenia: czerwone, czarne, bordo, panterka, pomarańcz…każde z nich wyglądają świetnie, bo duże i zasłaniają pół twarzy.

 Mają wiele zalet, latem skutecznie chronią przed słońcem, zimą wersja „zerówki”, wspaniale prezentuje się do  większości kreacji. Okulary są elementem stroju, ostatnio zdobią ciuszek bardziej niż biżuteria. Kolor oprawki  nie musi być odpowiedni do koloru stroju. Czasy, w których nosiło się buty w kolorze bluzki, lub torebki  odeszły do lamusa. Dziś moda pozwala na więcej swobody i luzu. Być może pan Hilary też nosił wygodne  okulary w rozmiarze XXL, dlatego nawet nie spostrzegł, iż „…okazało się, że ma je na własnym nosie”.

Paulina ZYCH

MŁODZI – OBURZENI

W maju tego roku specjaliści komentujący sytuację w Hiszpanii oceniali ruch młodych M-15 jako słabo zorganizowaną formację z niejasno określonymi postulatami, w przypadku której trudno mówić o stałości. Dziś fala protestów Oburzonych ogarnia wiele państw, a postulaty wypowiada się z rosnącym przekonaniem. Do światowego protestu doszło 15 października w tysiącu miast na całym świecie.

Od wieków jest tak, że za całe zło tego świata odpowiada jakiś system. To przeciw niemu należy się sprzeciwiać. Tak społeczeństwo funkcjonuje, że w którymś momencie mówi się kategoryczne „nie” – uroki demokracji. Sprzeciw jest domeną ludzi młodych. Protest Oburzonych to nie nowość, choć jego organizacja odbywa się z wykorzystaniem nowych środków komunikacji i przekazu. Portale społecznościowe jako narzędzie jednoczenia i mobilizacji ludzi o podobnych poglądach podziałały doskonale podczas rewolucji w Egipcie. Sprawdziły się i u Oburzonych. Według socjologów platformy Facebook i Twitter pełnią ogromną rolę w formowaniu się ruchów społecznych, porównywalną z… rolą kościoła w czasach narodzin Solidarności.

Nie bez powodu podkreśla się lewicowy charakter haseł protestujących, choć sami demonstranci nie posługują się żadnymi emblematami partyjnymi i nie identyfikują się z opcjami politycznymi. Główną przyczyną protestów jest nierówność społeczna, chciwość i skorumpowanie bankierów oraz bezradność rządów wobec kryzysu gospodarczego. Nie popadając w skrajności można stwierdzić, że krytyka kapitalistycznej rzeczywistości oraz braku relacji klasy politycznej z klasą społeczną to cechy charakterystyczne dla wszystkich znanych nam z ostatnich pięćdziesięciu lat przewrotów.

Moim zdaniem kapitalizm to bomba z opóźnionym zapłonem, nie tylko dla ludzi, ale też dla naszej planety. Nasz dobrobyt jest finansowany ze szkodą dla innych państw, a EBC reprezentuje ten niesprawiedliwy i zabójczy system. – mówi 27-letni Tobias protestujący we Frankfurcie nad Menem. Protest nie jest wymierzony w sam kapitalizm, ale w sposób, w jaki ów kapitalizm funkcjonuje.

Lech Wałęsa popierający protesty na Wall Street, w jednym z wywiadów, stwierdził „Kapitalizm wytwarza coraz więcej pieniędzy, ale nie zauważa ludzi. To coraz większy problem na całym świecie”. Problem ten dostrzeżono w 82 krajach. W ponad 950 miastach na świecie młodzi ludzie wyszli na ulice i choć media oceniają, że akcja zakrojona na tak szeroką skalę powinna zgromadzić więcej uczestników, warto mieć na uwadze, jak ciężko dzisiaj zmobilizować młodzież do uczestnictwa w takich wydarzeniach. Jeśli wierzyć zapowiedziom organizatorów, fala protestów nie jest jednorazowa. Protesty trwają nadal w Nowym Jorku, Amsterdamie i Frankfurcie. W większości miast mają charakter pokojowy, choć w Rzymie za sprawą chuliganów przeistoczyły się w uliczne zamieszki. Doszło nawet do profanacji jednego z kościołów w Lateranie. Władze Rzymu szacują straty na miliony euro. Inaczej rzecz miała się w Nowym Jorku. Demonstranci w iście amerykańskim stylu urządzili pikniki, koncerty i połączyli protest z zabawą.

W warszawskich protestach 15 października wzięło udział kilkaset osób. Wśród nich znaleźli się m.in. Wanda Nowicka z Ruchu Palikota oraz Ryszard Kalisz z SLD. W marszu wzięło też udział trzech Hiszpanów, którzy w maju okupowali madrycki plac Puerta del Sol. Przed rozpoczęciem manifestacji odczytali oni list, w którym podkreślili, że najważniejsze „jest rozbudzenie społecznej świadomości, wyzwolenie się ze strachu przed tym, co jest, oraz pozyskanie siły, by walczyć z niesprawiedliwością i nadużyciami”.

 Paulina REZMER

 Fot. Joanna Arent z Nowego Jorku   Fot. Joanna Arent z Nowego Jorku   Fot. Joanna Arent z Nowego Jorku   Fot. Joanna Arent z Nowego Jorku

STUDENCKA BIUROKRACJA NADCIĄGA

Pakiet informacyjny zawierający listę opłat i regulamin studiów oraz podpis oświadczenia, że student zapoznał się z „powyższą treścią”. Umowy dotyczące opłat za usługi edukacyjne oraz gwarancje, że studia będą odbywały się na właściwym poziomie. Czy właśnie to czeka studentów po nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym?


Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich przyjęła, że znowelizowana ustawa, która obowiązuje od 1 października nie wymusza na uczelni obowiązku zawierania umów ze wszystkimi studentami. Zdaniem KRASP, do podpisywania dokumentów zmuszeni będą, podobnie jak do tej pory, jedynie ci, którzy płacą za wyższą edukację. A studenci studiów stacjonarnych uczelni publicznych do nich nie należą.
Inne stanowisko w tej sprawie zajęła minister nauki Barbara Kudrycka, która oświadcza, że zgodnie z nowymi przepisami uczelnia powinna podpisywać ze studentami umowę określającą warunki odpłatności za studia i usługi edukacyjne. Według minister obowiązek ten dotyczy również studentów studiów stacjonarnych na uczelniach publicznych. Ustawa określa, że dodatkowe usługi, za które płaci student to m.in. powtarzanie zajęć, zajęcia w języku obcym lub wykraczające poza program studiów. Od pierwszego października odpłatny jest też drugi kierunek studiów.

Władze uczelni reprezentowane przez KRASP inaczej interpretują nową wersję ustawy. Według nich przepisy nie wymagają podpisywania umów ze wszystkimi studentami. Działanie takie byłoby niepotrzebnym mnożeniem biurokracji i „łamałoby dotychczasowy ustrój szkolnictwa wyższego, określający relacje uczelnia-student jako administracyjno-prawne a nie cywilno-prawne”.
Parlament studentów zajmuje stanowisko zgodne z tym, które reprezentuje ministerstwo. Przewidując zwiększenie autonomii uczelni w tworzeniu nowych kierunków studiów po wprowadzeniu w życie Krajowych Ram Kwalifikacji studenci oczekują gwarancji, że poziom nauczania nie ulegnie obniżeniu. Parlament studentów RP oczekuje, że uczelnie do 10 grudnia nadrobią zaległości i podpiszą umowy ze wszystkimi żakami.
Prof. Katarzyna Chałasińska-Macukow, rektor Uniwersytetu Warszawskiego stwierdza, że podpisanie umowy nie jest gwarantem stabilności poziomu nauczania. Z ustawy nie wynika obowiązek wprowadzania do umowy takich gwarancji. Stabilność poziomu kształcenia powinna być określana przez regulamin studiów.
„Według mnie to są poważniejsze gwarancje, które powinni mieć studenci niż to, że np. cena dyplomu nie wzrośnie. Te gwarancje powinny być, w moim pojęciu, zawarte w regulaminie studiów każdej uczelni. Podpisanie takiej umowy, jakiej wymaga ustawa, tego nie załatwi. Uczelnia nie ma obowiązku tego typu gwarancji wpisywać do umowy, zgodnie z tym zapisem w ustawie” – powiedziała rektor Uniwersytetu Warszawskiego.
W oczekiwaniu na kompromis wypracowany między rektorami, ministerstwem i studentami tym ostatnim pozostaje jedynie hołdowanie zasadzie quod discis, tibi discis.
Paulina REZMER